niedziela, 27 listopada 2011

Waldemar Łysiak RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW SALON


fragment:

3. Pieski przydrożne
J. Kossecki: „Kiedy po II Wojnie Światowej powstał cały system «państw
socjalistycznych», podstawą akcji «zmiękczania komunizmu» i «obrony praw
człowieka» stała się ideologia liberalno-wolnomularska. Nurt ten był w PRL
powiązany z róż nymi centrami zachodnimi, jak paryska «Kultura», a jawną formę
organizacyjną przybrał pod postacią KSS KOR w latach 1976-1981, przenikając nie
tylko do kręgów kultury, nauki i dziennikarstwa, lecz także do niektórych środowisk
katolickich. Mafijne metody działania («swoi» — «obcy») i techniki manipulacji
obejmowały oskarżanie przeciwników tego nurtu o zaściankowość, obskurantyzm,
nacjonalizm i ksenofobię, a jednocześnie — indoktrynowanie ludzi wciąganych w
sferę wpływów KOR bardzo elastyczną argumentacją, wyrabiającą u
indoktrynowanych poczucie ważności wobec otoczenia z racji «wyższej misji» (...)
Wśród założycieli i przywódców KOR zna leźć można wielu ludzi organizacyjnie lub
przynajmniej ideologicznie związanych z wolnomularstwem. Jednym z przywódców
KOR był Adam Michnik, ideowy wychowanek Słonimskiego, czołowego polskiego
wolnomularza".
„Antyklerykalizm" i kosmopolityzm — fundamenty „braterskiej" doktryny
masońskiej (wszyscy ludzie równiejsi są braćmi) — stały się też tajoną bazą
ideologiczną dysydenckiej „lewicy laickiej" w PRL-u. Tajoną, gdyż świadomość
narodową Polaków ciągle jeszcze mocno zaśmiecał nieszczęsny patriotyzm, będący
dla różowych elit (podobnie jak dla wolnomularzy) nacjonalizmem faszystowskim par
excellence. Korowscy „ludzie światli" vel „ludzie rozumni", którzy później (1990)
utworzą „partię ludzi rozumnych" (Unię Demokratyczną), wykorzystywali dla
szerzenia kosmopolitycznych („europejskich") poglądów nie tyle swą trybunę
polityczną (tu trzeba było udawać stonowany patriotyzm i mówić do szarego tłumu o
„obronie robotników", „obronie praw człowieka" etc.), ile lansowane przez siebie ikony
literackie, międzynarodowe nazwiska, zwłaszcza Gombrowicza i Miłosza, co
mocno działało na świadomość inteligencji polskiej .
Zaczęło się to długo przed zbudowaniem KOR-u — wraz z „odwilżą" roku 1956. A.
Waśko: „Podstawę podskórnego, antypolskiego nihilizmu w kulturze rozpowszechnili
po roku 1956, powołując się na autorytet Gombrowicza, sfrustrowani
eks-zetempowcy, szukający podświadomie literackiego alibi dla swoich stalinowskich
zaangażowań. A takiego alibi dostarczało właśnie głoszenie poglądu, że tradycje
narodowe, którymi żyła Polska międzywojenna i podziemna w latach 40-ych, były
anty-intelektualne i nieeuropejskie, więc ich odrzucenie (nawet na rzecz sowieckiego
marksizmu) było właściwie zrozumiałe i nie stanowiło żadnej zdrady. Tezę powyższą
głosili mistrzowie inteligencji polskiej: Miłosz, Kołakowski, Mrożek, Błoński i inni".
„Gombrowiczowską" diagnozę Waśki potwierdził A. Horubała: „Jak można
przemawiać, jak można dalej pisać książki, gdy się uczestniczyło w tak gigantycznym
kłamstwie i firmowało zbrodnię? Można wybrać drogę zanegowania sensu historii,
zanegowania odpowiedzialności. Śmiech ze wszystkiego, negacja wartości tradycji
— to wszystko było doskonałym alibi (...) Stało się tak głównie dzięki
«Trans-Atlantykowi» Gombrowicza. Ta opowieść dezertera, który własne
tchórzostwo uzasadnia śmiesznością narodowej tradycji i wiernością samemu sobie,
była niezwykle atrakcyjną protezą".
Protezą dla bieżącego wybielania się i dla bardzo rozwojowego (myślimy o
przyszłości, panowie!) antypatriotycznego kosmopolityzmu. Słusznie rzecze R. A.
Ziemkiewicz, iż według michnikowszczyzny: „Dobry Polak to taki Polak, który
całkowicie odrzuca swą narodowość na rzecz kosmopolityzmu. A jeśli nie może się
wylegitymować jakimś przodkiem w KPP lub organizacjach zbliżonych, to jedyną
drogą uzyskania przezeń glejtu człowieka rozumnego jest publiczna aprobata dla
stwierdzenia, ze wszyscy Polacy, z wyjątkiem tych, którzy to publicznie przyznają, to
ciemni antysemici". Ów filosemicki kosmopolityzm był oczywiście (był, jest i będzie)
maskowany przez „Salon" wzniosłą frazeologią, a podpierany miazmatami
wspomnianych, wynarodowionych ikon „Salonu", na czele właśnie z W. Gombrowiczem.
Głównie dlatego (a nie przez wartość swych dzieł literac kich) Gombrowicz jest
jak Lenin, „wiecznie żywy". Pewien bohater mojej powieści „Dobry" tłumaczy to
rozmówcy tak:
„ — Pan nie czytał Gombrowicza, «wielkiego polskiego pisarza »? Bożyszcze
polskich intelektualistów i literackich smakoszów Polskę ma za nic, za szambo, za
śmieć, ojczyznę za anachronizm, patriotyczne myślenie za nacjonalizm, szowinizm i
debilizm, przywiązanie do rodzimych symboli za obmierzłą staroświeckość, kult
męczenników za analfabetyzm, słowem polskość to strawa głupków. Robił wszystko,
by jego czytelnik poczuł wstyd i wstręt do samego siebie, iż urodził się jako Polak,
żeby się jak naj szybciej wyzbył polskiego łupieżu w kosmopolitycznej odwszalni".
Cz. Miłosz, autor „Pieska przydrożnego" (gazetowyborcza nagroda „Nike"),
poszedł jeszcze dalej. I zaszedł dalej — do Nobla (J. Narbutt: „Miłosz brnął w pogoni
za sukcesem, podlizując się międzynarodówce kosmopolitów i antypolonistów. Zapłacono
mu za to Noblem"). Oba pieski przydrożne — i Gombrowicz, i Miłosz — nie
kochały (delikatnie mówiąc) Polski, polskości i Polaków, lecz o ile Gombrowicz
gardził tym wszyst kim, to urodzony na Litwie Miłosz prócz pogardy czuł również
zwierzęcą wprost nienawiść „kresową", tę charakterystyczną, nieuleczalną złość (lub
raczej wściekłość), którą Litwini, Białorusini i Ukraińcy czują wobec „ Koroniarzy " i
„Lachów". Zawsze twierdził, że nie jest Polakiem i że nie czuje się Polakiem ani
trochę — jest stuprocentowym Litwinem (dziwne tedy, że nie osiadł w ukochanym,
wolnym już Wilnie, i że nie podpisywał się per Miłoszevicius lub Miłoszevickas, lecz
tylko pozornie dziwne — na Litwie nie było michnikowskiego różowego „Salonu" robiącego
mu klakę i „szmal"', zaś Kraków wybrał, jak tłumaczył, bo ten przypomina
Wilno). Głosił to całemu światu — w radiu francuskim przedstawił się: „ — Jestem
Litwinem, który pisze po polsku". Co jest znowu dziwne (że po polsku), bo na kartach
swych „Prywatnych obowiązków" stwierdził: „Zamiast ogłaszać książki po polsku, z
równym powodzeniem można by było umieszczać rękopisy w dziuplach drzew".
Swoją niechęć do języka polskiego wyrażał bez ustanku, tak przy użyciu poezji (poetycko
zwał ów język „mową nierozumnych i nienawidzących" tudzież „mową
pomieszanych, chorych na własną nienawiść"), Jak i przy użyciu prozy, zarzucając
językowi Polaków „ niechlujność fonetyczną" („Piesek przydrożny") oraz
„ciamkanie, syczenie, bełkotanie, arytmię, bezkształtność i bijące wszelkie rekordy
ubóstwo literackich form" („Prywatne obowiązki"). J. Majda: „Okazuje się, że Miłosz
nie jest jednym z nas, lecz człowiekiem zewnętrznym i zupełnie nam narodowo
obcym, wręcz obcokrajowcem, gdyż pasją jego twórczości literackiej stało się
obrzucanie Polaków i języka polskiego złośliwymi oszczerstwami".
Nie tylko Polaków i języka — również Polski jako państwa i polskości jako takiej.
Polska to był dla niego „irytujący obszar między Niemcami a Rosją" („Prywatne
obowiązki"), którego właściwie nie powinno być — „Dla Polski nie ma miejsca na
Ziemi" („Rok myśliwego"). Mawiał: „Polska to Ciemnogród" („Prywatne
obowiązki"), z lubością dokładając grubszą obelgę, zaczerpniętą u pewnego
hitlerowca: „«Anus mundi» — odbytnica świata. To określenie Polski odnotował
pewien Niemiec w 1942 roku" („Abecadło Miłosza"). Zapytywał też siebie (w
wierszu „Natura"): „Na jak długo starczy mi nonsensu Polski?", i wreszcie znalazł
rozwiązanie: „Gdyby mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze" („Rodzinna
Europa"), „Prymas Tysiąclecia", kardynał S. Wyszyński, przeczytawszy kilka
antypolskich fraz Miłosza, wybuchnął (świadectwo M. Okońskiej): „ — Może czlowiek
błądzić, ale nie ma prawa o tym pisać, upowszechniać tego, zatruwać tym duszy
narodu! Tego czynić nie wolno! To jest wobec narodu zbrodnia!".
„Anus" Miłosza musiał być obszerny, jeżeli ów Litwin trzymał tam nie tylko cały „ten
kraj", lecz i jego mieszkańców:
„Nieszczęsnych Polaków, umiejących myśleć tylko politycznie, mam w dupie"
(„Zaraz po wojnie"). Miał tam również orła polskiego, więc kiedy amerykański
wydawca umieścił orła na projekcie okładki miłoszowego (wielce paszkwilanckiego)
podręcznika do historii literatury polskiej, Miłosz się wściekł; później wspominał
(„Prywatne obowiązki"): „Na okładce był orzeł bez korony. Mój list — ze są dwa
orły, jeden z koroną, drugi bez, i że żadnego sobie nie życzę — wprawił wydawcę w
najwyższe zdumienie (...) Przyznaję, że na «polskość» jestem alergiczny" (ta alergia
nie przeszkodziła mu wziąć „chlebowca" — Orderu Orła Białego). Przyznał również,
iż trwa to u niego od dziecka — od wczesnej młodości czuł „obsesyjną nienawiść" do
Polaków („Zaczynając od moich ulic"). Nie przeszło mu to nigdy — nigdy nie
polubił „świń": „Polak musi być świnią, ponieważ się Polakiem urodził" („Prywatne
obowiązki").
Przyczyny świniowatości Polaków są według Miłosza aż trzy: głupawy nawyk
patriotyzmu (zwał go „moczopędnym środkiem narodowym" — wiersz „Toast"),
obsesyjny nawyk antysemityzmu i bezsensowny nawyk katolicyzmu. Patriotyzm jako
taki budził w Miłoszu permanentny gniew, gdyż był przezeń kojarzony (wręcz
utożsamiany) z „nacjonalizmem" typu faszystowskiego. A czasami również z
pederastią: „Kurczowy patriotyzm bywa nieraz odpowiedzią na wewnętrzną zdradę.
Czy Polacy nie są podobni do niektórych homoseksualistów?" („Rodzinna Europa").
Miłosz więc unikał tego pedalstwa bardzo starannie, m.in. komunizując, już od
młodości („ — Nie macie pojęcia jaką fascynującą przygodą intelektualną byt
komunizm", 1992), i w dobie stalinowskiej pracując etatowo dla czerwonego reżimu.
Pracą dla instytucji antykomunistycznych brzydził się zawsze:
„Pośród emigrantów byłem bodaj jedynym, który odmówił pisania dla Wolnej Europy,
bo nie podobało mi się jej bicie w patriotyczny bęben i kropienie święconą wodą"
(„Abecadło Miłosza"). Nie podobał mu się również opór antyhitlerowski : „ Warszawa
okupacyj na była dla mnie miejscem i czasem spotkania z polskim nacjonalizmem w
jego najwyższym natężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego
nikt nie ma prawa krytykować " („Rok myśliwego"). „Moja niechęć do przywódców
AK była silna (...), cały konspiracyjny aparat żył nierealnością, ponieważ w siebie
pompował narodową ekstazę" („Rodzinna Europa"). Wpompowali, skurczybyki,
również w Litwina uważającego patriotyzm za tyfus, zmuszając go do majstrowania
antologii poezji patriotycznej pt. „Pieśń niepodległa" (1942), co uczynił klnąc, ze
strachu, by nie podpaść akowskim skrytobójcom, czyli „jakoś ustawić się w tamtej
Polsce" (sic!). Później nigdy nie dał wznowić tej antologii: „Cisną mnie, żebym
pozwolił na jej druk w Polsce. Mówię: nie chcę, bo to było dawno i nie mam z tym nic
wspólnego (...), nie życzę sobie podpisywać się pod «Pieśnią niepodległą»" („Rok
myśliwego").
Wszawemu patriotyzmowi Miłosz przeciwstawiał rozsądną („bierną") kolaborację.
Nie tylko z sowietyzmem, również z nazizmem, o czym świadczy jego wrogość
wobec zbrojnego kontestowania hitlerowskiej okupacji. J. Majda: „Miłosz był wtedy
zwolennikiem narodowej bierności i lojalności wobec okupantów. Uważał, że
partyzantka, konspiracje, powstania to nonsens; podawał tu za chwalebny przykład
postawę Francuzów". Rzeczywiście podawał: „Jeżeli 99% Francuzów żyło jak zwykle
po klęsce 1940 roku, to jest to normalne" („Rok myśliwego"). „Nienormalna" alias
„nonsensowna" była dla Miłosza wszelka ojczyźniana walka, bitwy pod Grunwaldem
nie wyłączając (nazwał Grunwald „plugawym nonsensem"). Całość tej przyrodzonej
głupoty Polaków określił jako „powiązany system narodowej paranoi" („Życie na
wyspach"). S. Trepka: „Oto do czego może prowadzić fałszywy blask noblisty
pierwotnie zafascynowanego komunizmem, kosmopolity obcego naszej
suwerenności i wypranego z uczuć patriotycznych".
Sam Miłosz — podobnie jak Kuroń i cały KOR — unikał słowa „kosmopolityzm";
zwał tę predestynację elegancko: „pewną międzynarodowością umysłu": „Moją
ambicją od dawna była pewna międzynarodowość umysłu" („Zaraz po wojnie"). W liście
do M. Wańkowicza serio o sobie i kpiąco o Polakach tłumaczył: „Jestem bardzo
mało polski w sensie, jaki temu słowu zwykło się nadawać; standardy obowiązujące
wśród szlachetnych Polaków są mi najzupełniej obce. Mój umysł jest żydowski".
Dlatego wiązał się zawsze z Żydami przeciw Polakom, czując silną duchową więź:
„Gdzieś na dnie tliła się myśl, że ich i moja lewicowość jest przebraniem dla naszej
inności" („Rodzinna Europa"). Wolał eksponować lewicowość, zamilczając
porównywalną litewską i żydowską nienawiść wobec Polaków. To on — wbrew
nieustannej pomocy, jaką gojowska Warszawa i Armia Krajowa udzielały gettu —
rozpowszechnił (wiersz „Campo di Fiori") jedną z najparszywszych kalumni wymierzonych
w Polaków: że gdy Niemcy mordowali Żydów z warszawskiego getta, Polacy
beztrosko bawili się obok muru getta na karuzeli, przywesołej muzyczce.
Czegóż jednak można oczekiwać od katolików? Ich religię Miłosz przezwał
„narodową ułudą" („Traktat teologiczny") i „glebą dla snów paranoicznych"
(„Prywatne obowiązki"); ich Madonnę (Najświętszą Marię Pannę Częstochowską)
— „pogańską boginią" (dlaczego? — bo nie jest judaistyczna?); ich Śluby
Jasnogórskie — „ przedsięwzięciem faszyzacji Polski" służącym „kropionemu
święconą wodą gałgaństwu" („Tygodnik Powszechny" 1997); ich krucyfiksy —
„próchnem":
„Krucyfiks chwytasz, bo tak ci bezpieczniej.
Drewno masz w ręku, a w tym drewnie próchno.
Pacierze mruczysz, ale strachem cuchną".
Jemu cuchnęła wiara katolicka, dlatego zaperzył się solennie:
„Z polskim katolicyzmem nie chcę mieć nic wspólnego" („Zie mia Ulro"). „Przyrzekłem
sobie, że nie zawrę nigdy przymierza z polskim katolicyzmem (...), czyli że nie
poddam się małpom" („Rodzinna Europa"). Nawet tu okazał się przecherą — umierając
„poddał się małpom": wysłał list do czołowej „małpy" vel „świni", do Jana Pawła
II, prosząc o błogosławieństwo tego króla „małp". I otrzymał je, ale to nie dziwota,
gdyż ów król traktował już jako „ludzi dialogu" różnych ludobójców (Arafata —
wielokrotnie, Saddama, bojówkarza Al Sadra, etc.), tudzież kilku komunistycznych
oprawców. Summa summarum liczy się to, że — jak krzyczały telewizje — „Czesław
Miłosz umarł pojednany z Bogiem". Co musi go w grobie uwierać, gdyż ów piesek
przydrożny pisał w „Piesku przydrożnym": „Kiedy byłem, jak to się mówi,
pogodzony z Bogiem i światem, czułem się fałszywie, jakbym udawał kogoś, kim nie
jestem". No właśnie.
Dzięki glejtowi od króla „małp" i dzięki gwałtownym naciskom „Salonu" — truchło
renegata zostało złożone (przy tyle razy wyszydzanym przezeń „kropieniu święconą
wodą") na Skałce, w Krypcie Zasłużonych krakowskiego kościoła Paulinów.
Rozsierdziło to wielu Polaków. Obiektem krytyki stali się m.in. kardynał F. Macharski i
przeor skałkowskich Paulinów, A. Napiórkowski. Prezes Krakowskiego Oddziału
Związku Literatów Polskich, K. Strzelewicz, publicznie zapytał: „Czy o. Napiórkowski
nie rozumie, że hańbi polski panteon szczątkami człowieka, który zwał członków
Armii Krajowej bandytami, a Polaków świniami z urodzenia, i który oświadczał, że
jest alergicznie uczulony na wszystko co polskie? (...) Oburzająca impreza pochówku
Miłosza na Skałce dowodzi, ze Polacy są pod kolejną okupacją".
Skałka to istotnie święte miejsce — znajdują się tam sarkofagi kilku głośnych
polskich ludzi pióra (Wyspiański, Pol, Kraszewski, Asnyk itd.; także Długosz, chwalca
„plugawego nonsensu" Grunwaldu). Te sarkofagi popękają chyba od furii
przewracających się szkieletów, bo Miłosz jako „literaturoznawca" nie zostawił suchej
nitki na wszystkich swych poprzednikach, całą polską literaturę chłoszcząc jako
bałach prowincjonalny. Słowacki i Norwid to nacjonalistyczni durnie, Sienkiewicz i
Reymont to grafomani, etc. — aż głupio te antypolskie i antygojowskie brednie
cytować. Przed Miłoszem Polska miała tylko jedno złote pióro — łatwo zgadnąć, to
Gombrowicz! „Późno, chyba dopiero przy końcu lat pięćdziesiątych, zrozumiałem, że
mimo wszelkich różnic łączy nas ta sama obsesja" („Zaczynając od moich ulic") —
chodziło o obsesję antypolskości; polskość drażniła jednego i drugiego. Miłosza
drażnił nawet Chopin: „Chopin drażni" pisał („Inne Abecadło"). Wyłącznie
Gombrowicza głaskał:
„«Trans-Atlantyk» (...) zawiera podstawową rozprawę z Polską-zmorą i z polskim
ceremoniałem nacjonalistycznego karlenia". „W miarę sił szerzyłem kult
Gombrowicza" („Ziemia Ulro"). Ergo: masoński (vide Słonimski), korowski i
salonowy kult kosmopolityzmu. Rzecz charakterystyczna: chociaż Miłosz cenił też S.
Brzozowskiego, za to, że ów protestował „przeciwko swemu rodzinnemu środowisku,
tj. przeciwko Polsce rozczulającego obyczaju, katolickiego kościółka, kultu
narodowego męczeństwa", tudzież za to, że bohater powieści Brzozowskiego „
uzyskuje wewnętrzną wolność przez podeptanie narodowego zakazu", wreszcie za
całą Brzozowskiego próbę „wyzwolenia się od Polski" („Człowiek wśród
skorpionów") — nie starał się szerzyć kultu Brzozowskiego, gdyż ten nie szerzył
kosmopolityzmu, tylko, niestety, pragnął ulepszać „zmorę" („Miałem pretensję do
Brzozowskiego o to, że pragnął być wychowawcą narodu").
Decyzja władz Krakowa o złożeniu w Krypcie Zasłużonych truchła kosmopolity,
który się zasłużył chłoszcząc przez całe życie oszczerczo „zmorę" (Polskę) tudzież
polskie „małpy" i „świnie" — wzburzyła patriotów („skorpionów"). Lecz to wzburzenie
jest mało zrozumiałe dla większości społeczeństwa, bo z telewizora tudzież z
salonowych gazet wie ono, że Miłosz był noblistą, „wielkim polskim poetą", a niewielu
zna jego książki. Tym bardziej niewielu zna monografie naukowe, gdzie jest mowa o
antypolskości Miłosza. Pisali lub napomykali o niej prof. B. Chrząstowska, prof. A.
Fiut, prof. M. Stępień, dr hab. J. Majda, J. Trznadel, T. Walas, A. Romanowski, E.
Morawiec, S. Trepka i inni. Ale gdy docent Majda mówił o tym publicznie, zauważył,
iż nawet belfrowie polonistyki grzeszą tu ignorancją („Nawet nauczyciele poloniści
znali najczęściej tylko kilka lekturowych wierszy i byli zaskoczeni, gdy mówiłem o
awersji Mi łosza do polskości").
Dzięki „Salonowi" wywodzącemu się z KOR-u — III Rzecz pospolita pełna jest
purenonsensów, krzyczących absurdów, rzeczy stojących na głowie, obrażających
elementarną sprawiedliwość, przyzwoitość i herbertowską „kwestię smaku". Nie
trzeba daleko sięgać — weźmy tylko dwa tegoroczne pogrzeby (a możnaby dodać i
trzeci: pogrzeb „barda" J. Kaczmarskiego, gorącego piewcy antypolskości i
kosmopolityzmu, człowieka, który porzucił wojujący judaizm dla „zbawieniowego"
chrześcijaństwa, czyli przechrzcił się, w dniach zgonu!). Latem 2004 sprowadzo no do
kraju prochy płk. R. Kuklińskiego, a na cmentarzu miał spicz były pełnomocnik
antykomunistycznego bohatera, J. Szaniawski, ewidentny długoletni kapuś SB (vide
mój artykuł pt. „Pełnomocnik", tom „Łysiak na łamach 6"). Również latem 2004
nienawidzący Polski i Kościoła Litwin ląduje z honorami w kościelnej Krypcie
Zasłużonych. Łatwiej byłoby znieść pogrzebanie go w Alei Zasłużonych cmentarza
Rakowickiego, bo każdą taką aleję (Warszawa ma swoją, powązkowską, gdzie leżą
Bierut i in.) będzie można kiedyś, gdy jakimś cudem „Salon" utraci władzę,
przemianować na Aleję Zasłużonych dla Komunizmu, i po krzyku. Lecz Skałka to
groza, chyba że chodzi o paralelę z proniemieckim biskupem, który wyklął i
unicestwił króla patriotę (vide rozdział „Blizna" moich „Wysp bezludnych"). Wojtyła
nie zdąży już chyba wyświęcić Miłosza na kolejnego patrona kraju, tak jak Miłosz nie
zdążył „wysadzić tego kraju w powietrze", chociaż bardzo chciał, bo to „irytujący
obszar miedzy Niemcami a Rosją", ergo „zmora".
Zatem irytację patriotów można zrozumieć. Dla nich danie Miłoszowi rangi
narodowego idola jest faktem z gatunku „horribilis". Jeśli człowiek, który
konsekwentnie wyrażał się o Polsce, Polakach i wszelkiej polskości w sposób
bardziej brutalny (bardziej nienawistnie) niż Hitler i Stalin razem wzięci — jeśli taki
człowiek zostaje z fanfarami pochowany wewnątrz Krypty Zasłużonych, pośród
pisarzy i poetów, którymi gardził jak wszami — to to jest „Finis Poloniae!" dla ludzi
kochających Ojczyznę. Cóż mógłby im poradzić terapeuta? Może śmiech? —
wiadomo, że terapia śmiechem czasami przynosi dobre rezultaty. Lecz jak ich
rozśmieszyć? Czy wystarczy dać im do przeczytania najświeższą (pośmiertną)
włoską opinię o Miłoszu? Profesor języka i literatury rosyjskiej na Uniwersytecie
Weneckim, lewak V. Strada, tak się wypowiedział dla lewicowego „Corriere della
Sera": „Gorące pragnienie stworzenia poezji, w której rozpoznałby się cały naród,
wyniosło twórczość Miłosza do roli symbolu samej Polski". No pewnie!
Rozpoznaliśmy się bez trudu. Cały naród, pardon — cała chlewna trzoda. My,
obywatele irytującego chlewa między Niemcami a Rosją, też tak uważamy, signore
Strada! Tylko z „zoologicznymi" patriotami mamy jeszcze kłopot. Im chyba trzeba
mocniejszej niż śmiech terapii — elektrowstrząsów. Albo „pulia w gołowinu!". Za
bardzo się przejmują. Bez rozwałki — tacy już będą.
Natomiast polska klasa wyższa — elita inteligencka, elitka półinteligencka i
subelitka ćwierćinteligencka — będzie jak zawsze wodoszczelna, faktoodporna
skafandrowo. Fakty do niej nie dotrą i spłyną bez żadnego śladu. Jeśli bowiem fakty
przeczą dogmatom „Salonu" — to tym gorzej dla faktów! Jeśli prawda przeczy tezom
„Salonu" — to na pohybel prawdzie! „Salon" solidnie trzyma polską warstwę
inteligencką za jaja, czyli w okolicach, gdzie ona ma sumienie i rozum. Tresuje ją
kosmopolitycznie, antypatriotycznie, antypolsko, „postępowo", używając niby spotów
reklamowych dwóch zboczeń wielkich ikon: homoseksualnego „internacjonalizmu"
W. Gombrowicza i filosemickiej „międzynarodowości" Cz. Miłosza. Komunizm,
trockizm i wolnomularstwo były w PRL-u katapultą tej gry, a w III Rze czypospolitej
„globalizm", „antyklerykalizm", „polityczna poprawność" i „tolerancja" stanowią jej
hasła zamydlające (maskujące) istotę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz