poniedziałek, 30 września 2013

Odkrywanie



Tomasz Filipiak

WSD Toruń III



Konwersja G. K. Chestertona



Zasadnicza trudność w przedstawieniu konwersji G.K. Chestertona polega na tym, że jak każda konwersja, także i ta jest w gruncie rzeczy tajemnicą. Jak napisał: Można tylko podać argumenty za katolicyzmem, ale nie da się uchwycić tego, co sprawia, że się go przyjmuje. Tajemnicę tę można przybliżyć za pomocą porównań. Spróbuj sobie przedstawić, jak mogłeś nauczyć się myśleć? Albo spróbuj opisać, jak nauczyłeś się czytać czy chodzić? Jest to bardzo trudne, bo robiłeś to odkąd pamiętasz. Trudno jest pomyśleć, jak to być mogło, kiedy się nie myślało. Podobnie jest z konwersją. Odkrycie Kościoła katolickiego i jego skarbów, spojrzenie w blask bijący od tej starej, a ciągle nowej rzeczywistości napełnia duszę taką radością, że z niechęcią i bólem wraca do stanu sprzed nawrócenia – podobnie człowiek wyleczony z ciężkiej choroby, dręczącej go od urodzenia, na przykład ze ślepoty, będzie z niechęcią wracał do czasów, kiedy nie widział. Jest to jakaś odwrotność tego, że widzący nie potrafi sobie wyobrazić, jak żyje ślepy. Trudno już będąc katolikiem, wyobrazić sobie, że mogłoby się nim nie być[2]. Jeśli spojrzysz na św. Pawła Apostoła, w jego pismach znajdziesz tą samą trudność. G.K. Chesterton powraca, choć z trudem, do tych smutnych czasów kiedy wydawało mu się, że Kościół katolicki to „stara religia”, ba! Cofa się nawet dalej, do czasów, kiedy sądził, że wszystkie religie to zwyczajna bujda. Zrozumienie dlaczego to robi rzuci światło nie tylko na jego własną drogę do Kościoła, ale pomoże prowadzić innych do tych wrót. A dzieje się tak po prostu dlatego, że Chesterton jest jak żeglarz, który dopłynął do wspaniałego, nowego lądu i nie pomyślał, nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby zachować go w tajemnicy dla siebie. Nie jest jak człowiek, który znalazł skarb w roli i szybko go zakopał, by inni go nie zabrali. Jest raczej naśladowcą Kaleba, woła głośno – do mnie i do ciebie: kraj, który znalazłem, jest wspaniałym krajem! No i daje nam do ręki mapę z narysowaną drogą. Drogą do skarbu. Nie jest to oczywiście jedyna droga dojścia, tak samo, jak trasa i sposób w jaki Kolumb dotarł do Ameryki nie jest jedynym sposobem, by się tam dostać. Jak napisał H. Belloc w przedmowie do dziełka Chestertona „Kościół katolicki i konwersja”:
Wchodzi i cynik, i sentymentalista, głupi i mądry, wieczny sceptyk i niedowiarek oraz osoba zbyt łatwo ulegająca autorytetowi. Każdy z nich wchodzi na swój sposób. Spotykamy przypadek konwersji, w którym niewątpliwą rolę odegrały podziw i naśladowanie jakiejś wielkiej osoby. Następnie dowiadujemy się o konwersji, która dokonała się w zupełnej samotności i dziwimy się, że konwertyta do tej pory nie wie o istnieniu wielu innych neofitów. Za chwilę jednak mamy do czynienia z trzecim, zupełnie innym konwertytą, który do Kościoła wchodzi nie z samotności ani nie pod czyimś wpływem, ale z pogardy dla niewystarczalności lub zła tego, co go otacza. Kościół jest naturalnym domem ludzkiego ducha”[3].
Droga Gilberta Chestertona do katolicyzmu była długa i wielostopniowa. Zaczynał jako skrajny sceptyk, niemal poganin, by następnie stać się anglikaninem, ale niejako przez pomyłkę, aby w końcu zostać szczerym katolikiem. Można powiedzieć, że Gilbert był chrześcijaninem, choć myślał, że jest poganinem a katolikiem został na długo przed wejściem do Kościoła katolickiego. Spróbuję w tym referacie przedstawić zatem i konwersję G.K. Chestertona i argumenty, jakie przedstawia za nawróceniem. Z wielkim żalem muszę jednak przyznać, że będą to tylko przykładowe argumenty, niejako próbka promocyjna z nowo otwartego akweduktu. Wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody!
Niestety, nie dane mi było posiadać posępnego i okrutnego ojca, którego mógłbym publicznie wskazać jako powód mego dziedzicznego obciążenia. Nie miałem też bladej matki o zatrutym umyśle i skłonnościach samobójczych, która ściągnęłaby na mnie przekleństwo artystycznej duszy. Z przykrością widzę, że nie zdołam wypełnić obowiązku nowoczesnego człowieka i obwiniać każdego, który sprawił, że jestem jaki jestem. Trudno mi określić, jaki właściwie jestem, ale tak czy owak większość z tego to moja własna wina[4].

W tych słowach Chesterton krótko opisał swój sposób patrzenia na swoją przeszłość. Mimo tego sądzę, że warto, abyś poznał tło dla życia tego człowieka. Nie po to, oczywiście, by jego konwersję wyjaśnić, ale by ją lepiej docenić. Kiedy lilia wyrasta wśród cierni, jest to coś zupełnie innego niż lilia, która zakwitnie sobie w ogrodzie botanicznym.

Po przeszło trzech stuleciach pozostawania na uboczu, Kościół katolicki w Anglii zaczynał się odradzać. Wpłynęło na to wiele czynników, między innymi napływ emigrantów z katolickiej Irlandii czy ruch intelektualny nawiązujący do średniowiecza. Decyzją Piusa IX w 1850 roku utworzono arcybiskupstwo w Westminsterze i 12 diecezji. Historia rozwoju katolicyzmu w Anglii łączy się z takimi postaciami jak Stephen Wiseman, pierwszy arcybiskup Westminsteru; jego następca – Henryk Edward Manning czy John Newman. W Kościele, który po latach prześladowań odradzał się właściwie od nowa, nie brakowało problemów. Trapiły go konflikty między starymi a nowymi katolikami, kwestia stosunku katolicyzmu do tradycji angielskiej, spory wokół wierności Rzymowi, zawirowania ekumeniczne, nieokreślona podległość jurysdykcyjna emigrantów irlandzkich czy w końcu spory między liberałami a ultramontanistami o tożsamość katolicyzmu angielskiego. Jednak ten Kościół potrafił z zapałem zaangażować się w rozwiązanie ważnych spraw społecznych. Kardynał Manning zabierał głos w obronie robotników przed wyzyskiem. Starał się związać z Kościołem robotników i mieszczan, widząc w nich przyszłość katolicyzmu angielskiego.
Natomiast anglikanizm epoki wiktoriańskiej był bardziej konwencją niż religią wyznawaną na poważnie. Jego duchowni byli przedmiotem drwin i bohaterami wielu żartów. Tzw. sprawa Gorhama[5] pokazała, że był to Kościół zupełnie zależny od państwa. Obok niego działały liczne mniejsze lub większe wspólnoty religijne wyrosłe z pnia reformacji: unitarianie, metodyści, itd. Szerzyły się nowe idee: scjentyzm, spirytyzm, ewolucjonizm, socjalizm itp.
G. K. Chesterton przyszedł na świat w rodzinie średniozamożnej, powierzchownie religijnej. Jego rodzice – Marie Luise i Edward wierzyli co prawda w Boga i bywali na nabożeństwach (ojciec nawet od czasu do czasu słuchał kazań kard. Manninga), ale ich wiara właściwie niewiele poza to wykraczała. Byli teistami[6]. Jednak swoje dzieci, Gilberta i jego młodszego brata Cecila[7], mimo iż dawali im dużo swobody, wychowali w atmosferze poszanowania dla kultury, w duchu wiktoriańskim. Posłali synów do jednej z najlepszych szkół w Anglii – gimnazjum św. Pawła w Londynie. Gilbert w szkole uczył się słabo, sprawiał wrażanie ucznia zupełnie rozkojarzonego i po prostu leniwego. Za to wykazywał wielki talent artystyczny – pisał wiersze, nawet poświęcone Matce Bożej, poszukiwaniu Boga i (uroczy zresztą) poemat o św. Franciszku Ksawerym. Jednak jego religijność była szczątkowa, bardziej przypominała uwielbienie trubadura dla pięknej królewny niż prawdziwe, rozumne przekonanie. Chrześcijaństwo postrzegał uczuciem, ale nie rozumem – jako piękne, choć nieprawdziwe. W gimnazjum dał się wciągnąć koledze do klubu dyskusyjnego, złożonego z młodych, zbuntowanych przeciw nędzy obecnej wszędzie wokół. Ku jego zdumieniu, był najwybitniejszym z całej tej grupy młodych socjalistów.
Po ukończeniu nauki w gimnazjum postanowił kształcić się w szkole artystycznej - Slade School of Art. Towarzystwo na uczelni było typowe dla środowiska artystycznego końca XIX w. Agnostycy, nihiliści, anarchiści mieszali się w tym kotle jak w bigosie (zrobionym, niestety, ze zgniłej kapusty). Moralność, nie mówiąc już o wierze, powszechnie uważano za przesąd i starocie, nie obowiązujące nikogo, a już na pewno nie artystów. Młody Chesterton, choć sam nie aniołek, był zdumiony (a nawet zbulwersowany) przekonaniami kolegów – a raczej ich zupełnym u nich brakiem. Na ich tle on sam – agnostyk – odkrywał, że nie jest ateistą. Jedno mógł zapisać na plus: „zetknąłem się wtedy ze sporą, reprezentatywną próbką łajdaków”[8].
Środowisko takie nie mogło wyciągnąć go z kryzysu, w jakim się znalazł. Został sceptykiem, zaczął wątpić we wszystko, aż doszedł do przekonania, że cały świat to jedna wielka bujda, a istnieje tylko on sam (solipsyzm). Jak napisał później powodem tego było to, że „jego oczy były zwrócone do środka, a nie na zewnątrz, co sprawiało, że jego moralna osobowość miała bardzo brzydkiego zeza”[9] W odróżnieniu jednak od jego kolegów takie myśli były dla niego torturą. Oni wątpili we wszystko i uważali że w ten sposób stają na szczytach człowieczeństwa. On nie miał – akurat co do tego jednego – wątpliwości, że spada w czarną przepaść. Nie widział jednak sposobu, jak to przerwać. Próbował ratować się buddyzmem, ale nic to nie dało. Chodził dla rozrywki na seanse spirytystyczne. Wiedzy tam nie znalazł, wprost przeciwnie – niektóre wpadki stolika spirytystycznego wspominał później z rozbawieniem. Lecz bardziej niepokoiły go zjawiska, jakie się przy tych seansach działy. Jak pisał:

Nie wykluczam, że igraliśmy wtedy z ogniem, nawet z ogniem piekielnym. (…) Widziałem wystarczająco dużo, by móc zaświadczyć z całkowitą pewnością, że dzieje się tam coś, co nie jest w zwykłym tego słowa znaczeniu przyrodzone... Nie będę próbował rozstrzygać, czy sprawiała to podświadoma, ale wciąż ludzka siła, czy też jakieś moce... Ale jakie by nie były tego powody, ta siła nie mówiła prawdy ani o zaświatach, ani o tym świecie[10].

Zagłębiając się w coraz mroczniejszy sceptycyzm, dokopał się w końcu do diabła. Był szczerze wstrząśnięty, gdy spostrzegł, że z łatwością może sobie wyobrazić najpotworniejszą zbrodnię, choć nigdy nie popełnił najmniejszej. Niepokoiła go chęć rysowania różnych ohydnych rzeczy. W końcu miał dość. Postanowił walczyć. Nicią, na której wydobył się z przepaści było z jednej to, że nawet w mrokach swego sceptycyzmu nie sądził, że zło jest relatywne i nierzeczywiste. Miał więc jakiś punkt odbicia. Z drugiej strony sformułował na swój użytek prosta teorię (inną niż Kartezjusz w podobnej sytuacji). Oto doszedł do wniosku, że nawet jeśli życie jest snem, to nie jest koszmarem, ale snem całkiem przyjemnym. Mamy ręce, którymi możemy klaskać, nogi którymi można machać, kolory, które można oglądać itd. Mogłoby przecież tego nie być. Z tych dwóch powodów był uważany za ortodoksa i optymistę. Jego religijność zawisła na cienkiej nici wdzięczności i zdumienia nad swoim istnieniem[11]. Wdzięczności okazywanej jednak nieznanemu Bogu. Gilbert nie uważał się wtedy za chrześcijanina – chyba że w sensie cywilizacyjnym.
Pewnego razu jeden z kolegów poprosił go o napisanie kilku recenzji z dziedziny sztuki i literatury. Okazały się całkiem niezłe. W ten sposób „został dziennikarzem tylko dlatego, że nie został artystą”. Odkrył „najłatwiejszy zawód świata”[12], który miał wykonywać już całe życie. Porzucił naukę na uczelni i został redaktorem w wydawnictwie Redway.
W roku 1896 kolega ze studiów – Lucjan Oldershaw - zaprosił Chestertona do rodziny Bloggów, z których córką był zaręczony. Gilbert poznał tam siostrę narzeczonej Lucjana – Frances i zakochał się od pierwszego wejrzenia. Bloggowie mieszkali w dzielnicy artystycznej i Frances także znała to środowisko. Tym większe było zdumienie Gilberta, że będąc zanurzona w tym środowisku … wyznawała spokojnie swoją wiarę (była anglikanką z Kościoła Wysokiego):

Zajmowała się ogrodnictwem (w Londynie!). Z tą samą przekorą wyznawała religię. Dla mnie (…) było to coś całkiem niewytłumaczalnego. Wielu ludzi głosiło religie, głównie orientalne, analizowało je lub o nich dyskutowało. Ale to, żeby ktoś uznawał religię za rzecz praktyczną, tak jak ogrodnictwo, było dla mnie czymś całkowicie nowym, a dla jej otoczenia również niezrozumiałym. Dla całego tego agnostycznego czy też mistycznego świata praktykowanie religii było jeszcze bardziej zagadkowe niż jej wyznawanie[13].

Zaczęli się częściej spotykać. Im bardziej poznawał Frances, tym bardziej przekonywał się, że odnalazł bratnią duszę. Dla niej po raz pierwszy (i ostatni) przejechał się na rowerze – w surducie i cylindrze[14] czy „włamał” się na stację kolejową, by odzyskać parasolkę której zapomniała. Przede wszystkim jednak odkrył, że wiarą można żyć, a nie traktować ją jak oderwany od życia pogląd. W 1898 zaręczyli się. Ślub jednak musieli odłożyć do czasu, aż Gilbert zgromadziłby środki na utrzymanie rodziny.
Praca w Redway nie dawała bowiem wielkich dochodów. Gilbert przeniósł się do większego wydawnictwa Fisher Unwin, ale zarobki ciągle miał niewielkie. Pisał jednak znakomicie. Dlatego znajomi zaproponowali mu, by nawiązał współpracę ze społecznie radykalnie nastawionym pismem Speaker. Tak też zrobił. Był to rok 1899. W tym roku także wybuchła wojna burska Anglii przeciw republikom południowoafrykańskim: Transwalowi i Oranii. Anglicy powszechnie poparli tę wojnę, z powodów patriotycznych i kolonialnych. Sprzeciwiali się jej pacyfiści z powodów ideologicznych. Natomiast Chesterton był przeciwny wojnie, ale nie dlatego, iż nie był patriotą. Uważał po prostu za sprzeczność popieranie prawa Anglii do wojny toczonej jakoby w obronie rodaków[15], a jednocześnie odmawianie tego prawa Burom broniącym swoich domów i gospodarstw. Nie był również pacyfistą:

Twierdziłem, że Burowie walczą w słusznej sprawie, a nie, że nikt nie ma prawa walczyć. Według mnie burscy rolnicy mięli jak najbardziej prawo wziąć konia i strzelbę, by bronić swych gospodarstw i małej rolniczej republiki zaatakowanej przez kosmopolityczne imperium na rozkaz kosmopolitycznych finansistów[16]
Takie poglądy wyrażał w swoich artykułach. Nic więc dziwnego, że dostawało mu się od jednych i drugich. Wtedy właśnie poznał Hilarego Belloca, katolika i publicystę. Okazało się, że obaj popierają Burów i – co chyba ważniejsze – z tych samych powodów. Obaj uważali, że imperializm jest zupełnym przeciwieństwem patriotyzmu. Chestertonowi, który dzięki dyskusjom z bratem Cecilem był świetnym polemistą, ogromnie spodobał się sposób mówienia Belloca. Mówił wartko i obrazowo, nigdy nie nudził. Ich znajomość zamieniła się w przyjaźń, w to, co Bernard Shaw nazwał potem tandememChesterbelloc. Belloc otworzył Chestertonowi oczy na pozytywną rolę katolicyzmu w historii Anglii. Zainteresował go Kościołem katolickim (to on zabrał Gilberta pierwszy raz na katolicką pasterkę). Najbardziej jednak zafascynowała Cherstertona przedstawiona przez Belloca katolicka nauka społeczna. Rozczarowany już socjalizmem Gilbert dowiedział się o idei dystrybucjonizmu[17], zaprezentowanej przez Leona XIII w Rerum Novarum. Ponieważ sam niedawno doszedł do podobnych poglądów, zaskoczyło go, że papież wskazał tą drogę na długo przedtem. Było to kolejny krok Gilberta ku katolicyzmowi. Można powiedzieć, że Belloc odegrał w życiu Chestertona podobną rolę co w życiu św. Augustyna św. Ambroży.
W 1901 roku poznał kolejną osobę – anglikańskiego duchownego, socjalistę, jednego z założycieli Brytyjskiej Partii Pracy. Podobnie jak Chesterton Noel bardzo chętnie brał udział w różnych dyskusjach. Wypowiadał się w sposób zupełnie inny niż tzw. inteligencja. Gilbert zauważył wtedy pewną prawidłowość:

Spora część inteligencji była najwidoczniej zupełnie pozbawiona inteligencji. (…) Cała ta klika szydziła z typowych bohaterów starych fars – m.in. z prostackiego i komicznego wikarego z The private secretary. Ja sam, wychowany najpierw na tej farsie, a potem na sceptycyzmie związanym z duchownymi byłem skłonny uwierzyć, że takie słabe osoby reprezentowały umierające przesądy. Odkryłem jednak, że bardzo często było to osoby najzdolniejsze i najsilniejsze. To śmieszny wikary, ograniczony umysłowo duchowny wstawał i poddawał błądzącą dyskusję jakiemuś rodzajowi testu na prawdziwość; to po nim było widać, że posiada podstawy jakiegoś systemu myślenia[18].
Chesterton zaczął się wtedy zastanawiać, czy popularny obraz duchownych i w ogóle chrześcijaństwa jest prawdziwy. Wszystko co obserwował zadawało mu kłam. Postawa Conrada Noela, a z drugiej strony jego ekscentryzm, sprawiły, że bracia Chestertonowie zaczęli się poważniej zastanawiać nad Kościołem. Dostrzegli, że choć chrześcijanie w sprawach wiary muszą być ze sobą zgodni, w pozostałych sprawach różnią się praktycznie we wszystkim niczym kolory tęczy. Podobało się to Gilbertowi, który lubił bardzo różnorodność. Przestali także być (zwłaszcza Cecil) antyklerykałami. Odepchnięci przez socjalizm, sceptycyzm i inne głupstwa, znaleźli biegun, który zaczął ich przyciągać. Zaczęli ciążyć ku chrześcijaństwu z przekonania, choć jeszcze powoli. Najlepiej ten stan ducha oddał Cecil słowami z Ewangelii: Czy on jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem, że byłem ślepy, a teraz widzę. W 1901 Conrad Noel udzielił ślubu Gilbertowi i Frances[19].
Gilbert pod wpływem Noela zainteresował się teologią. Zaczął odkrywać, że bardzo dobrze odpowiada ona na jego pytania: najbardziej o pytanie na zło – przez naukę o grzechu pierworodnym i nieutożsamianie człowieka z Bogiem. W czasie polemiki z Robertem Blathfordem, zarzucającym chrześcijaństwu stosowanie tortur i innych okrucieństw, napisał:
Nie wystarczy zakrzyknąć „chrześcijanie prześladowali – precz z chrześcijaństwem!”, tak samo, jak nie wystarczy krzyczeć: „wyznawca konfucjanizmu ukradł mi szczoteczkę do zębów – precz z konfucjanizmem!”. Chcielibyśmy wiedzieć, czy wyznawca konfucjanizmu ukradł szczoteczkę z jakiegoś powodu typowego wyłącznie dla wyznawców konfucjanizmu czy też z powodu typowego również dla wielu innych ludzi. Jest ewidentne, że chrześcijanie torturowali swoich przeciwników z powodu typowego dla ogromnych rzesz ludzi – bo mocno wierzyli w swe poglądy i bez skrupułów próbowali je narzucić... Chrześcijanie nie wymyślili tortur. Przejęli tylko straszne zabawki pogan. Tortury powstały jako dzieło państwa, społeczeństwa, ideałów społecznych, innymi słowy – socjalizmu. (…) Pan Blathford zadaje niewłaściwe pytanie. Nie ma sensu pytać: „dlaczego chrześcijaństwo jest tak złe, skoro jakoby jest tak dobre?” Właściwe pytanie brzmi: „dlaczego wszystko, czegokolwiek tknie się człowiek, jest tak złe, skoro jakoby jest takie dobre?” Czemu najbardziej szlachetne plany i zamiary nie mogą oprzeć się zepsuciu? Gdyby pan Blathford ruszył tropem tej zagadki... jego septyczna pielgrzymka zakończyłaby się tam, gdzie zaczyna się chrześcijaństwo. Odkryłby dogmat o grzechu pierworodnym[20].
Tylko chrześcijaństwo potrafiło dać odpowiedź na pytanie o to, dlaczego życie jest takie piękne i zarazem takie złe. Gilbert nie był w stanie uruchomić maszyn dobra i zła świata, dopóki nie sprzęgł ich za pomocą chrześcijaństwa.
Pomogła mu też postać św. Franciszka z Asyżu. Święty ten fascynował go i jednocześnie zdumiewał. Zapytywał sam siebie: Dlaczego ktoś, kto kochał to, na co ślepi byli wszyscy inni ludzie, postanowił być ślepy na to, co wszyscy inni ludzie kochali? Dlaczego został mnichem, a nie trubadurem[21]? Wierzył, że odpowiedź na te pytania będzie zarazem odpowiedzią na problemy obecnego świata.
Zastanawiał się również nad powodami, dla których ludzie nie lubią chrześcijaństwa i zaciekle je atakują. Zauważył, że sądząc z tych ataków, chrześcijaństwo to rzeczywistość niezwykła, posiadająca w sobie szczególny dar łączenia wad sobie przeciwnych:
Chrześcijaństwo nie może być wszak czarną maską na białym obliczu świata, a jednocześnie białą maską na czarnym obliczu świata. (…). Wygląda na to, że to nie chrześcijaństwo jest tak złe, że można w nim znaleźć wszystkie wady, ale że każdy kij jest wystarczająco dobry, by nim uderzyć w chrześcijaństwo[22].
Ponadto dostrzegł, że każdy z krytyków chrześcijaństwa atakował je z jednego, sobie swoistego, punktu widzenia i oskarżali chrześcijaństwo o jego pomijanie. Socjaliści oskarżali o sprzyjanie bogatym, kapitaliści o sprzyjanie biednym.. Ale żaden z nich nie potrafił zachować proporcji swojej własnej doktryny. Tylko chrześcijaństwo potrafiło ułożyć z różnych wartości wieżę, która nie byłaby domkiem z kart.
Rozmyślał także nad postacią Chrystusa. Jak pozostałe rozwiązania, także to było niekonwencjonalne. Zamiast zapytywać, jak jego współcześni, czy Jezus był Bogiem, zaczął od pytania, jak ludzie mogliby odbierać Boga, który rzeczywiście stałby się człowiekiem i chodziłby po ziemi. Z pewnością byłaby to postać, w której dostrzegalibyśmy wielkie sprzeczności. Słuchając wypowiedzi takiej osoby, odbieralibyśmy je jako sprzeczne, bo Bóg patrząc na wszystko z góry widziałby związek między sprawami dla nas zupełnie oddzielnymi. Bylibyśmy jak ludzie oglądający układającego puzzle bez znajomości obrazka, który ma powstać. „Mięlibyśmy przy nim uczucie, że wywraca wszystkie nasze normy do góry nogami, i zarazem uczucie, że z całą pewnością ustawia każdą normę tam, gdzie być powinna”[23]. Jedynym wyjaśnieniem tych sprzeczności jest przyjęcie, że Jezus z Ewangelii był rzeczywiście Synem Bożym. W 1903 roku po raz pierwszy określił się publicznie jako chrześcijanin.
Tymczasem jego sytuacja zawodowa bardzo się zmieniła. Po pierwszych publikacjach w Speakerze pisanych pod inicjałami G.K.C. do redakcji przyszło wiele listów z prośbą o ujawnienie tożsamości tego fantastycznego publicysty. W ciągu dosłownie kilku miesięcy stał się niezwykle popularny. Jego styl pisania jest bardzo dowcipny, bardzo miło się go czyta. Posiadał niezwykłą zdolność poruszania tematów ważnych i doniosłych w sposób lekki i przejrzysty. Potrafił pisać praktycznie o wszystkim i o wszystkim pisał o wiele lepiej niż pozostali. Spod jego pióra wychodziły nie tylko eseje i felietony. Wydawał też tomiki wierszy i książki. Wśród nich były m.in. powieści kryminalne, których bohaterem był ksiądz Brown. Wyrobił sobie nie tylko charakterystyczny styl, ale też charakterystyczny wygląd. Był bardzo wysoki i tęgi, a przy tym jako niedoszły artysta bardzo lekko traktował sprawę ubioru. Jego żona próbowała uczynić z niego dżentelmena. Dawało to efekty raczej humorystyczne. W końcu postanowiła, że lepiej będzie dać mu po prostu wyróżniające elementy stroju. W ten sposób był rozpoznawalny na londyńskich ulicach dzięki kapeluszowi, pelerynie, okularach na łańcuszku (no i po papierosie). Popularność poprawiła znacząco jego finanse. Był zapraszany na wiele odczytów, jeździł z wykładami po całej Anglii. Zapraszano go też na debaty z różnymi postaciami zarówno ze świata polityki jak i przedstawicielami różnych stronnictw i ruchów. Otrzymał też propozycje pisania w gazetach „Daily News” i „The Illustrated London News”. Razem z Frances wynajmowali skromne mieszkanie w Londynie. Później przeprowadzili się do podlondyńskiej miejscowości Beaconsfield, wynajmując tam dom o nazwie Overroads (dopóki nie zbudowany został ich własny dom).

W tym punkcie muszę dać jedno wyjaśnienie. Kiedy mowa o chrześcijaństwie Gilberta, nie chodzi tu o kościół anglikański w jego wydaniu liberalnym. Jeśli mówił o chrześcijaństwie, prawi zawsze miał na myśli anglokatolicyzm. Pod wpływem Frances i Conrada Noela stał się członkiem Kościoła Wysokiego, skrzydła anglikanizmu najbardziej zbliżonego do katolicyzmu. Choć potem napisał, że „anglokatolicyzm był po prostu jego niepełną konwersją na katolicyzm[24], to w owym czasie wydawało mu się, że jego droga do wiary zakończyła się. Odnalazł spokój w chrześcijaństwie, porzuciwszy znacznie bardziej nieokreślone i obojętne przekonania niż anglikanizm: agnostycyzm czy unitarianizm. Jak to się stało, że w końcu uczynił ten mały krok wprowadzający go do Kościoła katolickiego? I dlaczego ów mały krok zabrał mu tak wiele czasu?
Opisując po latach, z myślą o potencjalnych konwertytach, swoją drogę do katolicyzmu (w książce „Kościół katolicki i konwersja”) podzielił ją na trzy etapy: protekcjonalność wobec Kościoła, odkrywanie Kościoła i ucieczkę przed Kościołem.
W pierwszym etapie człowiek broni Kościoła przed urojonymi i rzeczywistymi zarzutami, przełamuje swoje uprzedzenia (i stara się przełamać uprzedzenia innych). Ale nie chce się nawrócić, nawet o tym nie myśli. Ten etap zaczyna się od spostrzeżenia, że Kościół katolicki jest instytucją atakowaną ze wszystkich stron, nieraz argumentami sprzecznymi ze sobą. Krytyka Kościoła istniała już dawno, ale wraz z upływem czasu zmieniał się dość dziwnie przedmiot tej krytyki. Chesterton pisał:
Cała reformacyjna argumentacja przeciwko katolicyzmowi została całkowicie odwrócona. Współczesny świat nie tylko uniewinnił Kościół praktycznie od wszystkich zarzutów reformacji, ale oskarżył go o przeciwne zbrodnie. To tak, jakby tłum reformatorów oskarżał papieża o sknerstwo, a sąd nie tylko uniewinnił go, ale skazał za rozrzutne rozdawanie pieniędzy owemu tłumowi[25].
Podobnie jest z dzisiejszym zamiłowaniem do sztuki – przeciwnym nauczaniu protestantów[26]. Doszedł do wniosku, że Kościół katolicki „jest znienawidzony jak nic innego na świecie po prostu dlatego, że sam jest jak nic innego na świecie”[27] Właśnie w ten sposób zaczęło się jego zdumienie nad rzeczywistością katolicyzmu. Gdy bronił chrześcijaństwa przed niesprawiedliwymi zarzutami współczesnych, bronił także katolicyzmu. Wspominał, że kiedy zaczął pracować w Daily News, zadał sobie trud sporządzenia listy piętnastu nieprawdziwych stwierdzeń na temat Rzymu[28]
Garść przykładów: Gilbert zauważył nieprawdziwość twierdzenia, że szkoccy konfederaci prezbiteriańscy walczyli o wolność religijną, skoro nie uznawali tolerancji religijnej. Inny zarzut mówił, że Kościół domagał się tylko ortodoksji, a nie moralności. Jeśli to prawda, mówi Chesterton, to w odniesieniu do zwolenników zbawienia przez wiarę. Na krytykę mszy łacińskiej odpowiedział, że nie chodzi tu o różnicę między martwym językiem, a żywym językiem, lecz o różnicę między martwym językiem a językiem umierającym, który nieuchronnie się degeneruje. Jeszcze inny zarzucał katolikom, że ich formuły modlitewne wypowiadają bez zrozumienia i automatycznie. To nieprawda, ripostuje Chesterton. Kiedy katolik mówi np. Kyrie eleison mówi to co myśli. Bezrefleksyjnie za to wypowiada słowa wielu współczesnych, zaczynając listy od Szanowny Panie a kończąc Z wyrazami szacunku. Inny spór dotyczył autorytetu Biblii. Chesterton analizując krytykę tradycji na rzecz autorytetu Pisma Świętego zauważył dziwną sprzeczność. Otóż wyobraźmy sobie, że jakiś przypadkowy przechodzień obserwuje katolickie obrzędy. Widzi, że cześć przez okadzenia, błogosławieństwa i temu podobne oznaki kultu jest przez Kościół oddawana Najświętszemu Sakramentowi, obrazom, relikwiom i Biblii. Wiedząc to, będzie szczerze zdziwiony tym, że protestanci wybrali z tych licznych przedmiotów kultu jeden, a pozostałe odrzucili jako katolickie fałszerstwo. Pojawiać się mogą pytania o to, co kierowało protestantami, że ten akurat,a nie inny przedmiot kultu sobie upodobali? Dlaczego mówią: Najświętszy Sakrament, relikwie, obrazy to bałwochwalstwo papistów, ale Pismo Święte to szczera prawda? W dodatku Chesterton zauważył, mając na myśli nowoczesną krytykę biblijną, że protestanci zarzucając Kościołowi, że nie wierzy w Pismo Święte sami odkrywają, że w nie nie wierzą. Analizując Biblię w najdrobniejszych szczegółach, prześwietlając ją ze wszystkich stron doszli do zaprzeczenia boskości Pana Jezusa i do skreślenia wielu ze swoich przekonań – o istnieniu piekła i nieba na przykład. Mimo to nie przestają zarzucać katolikom lekceważenia Biblii:
Postęp polegał na tym, że syn kopał swojego ojca za to, że zamknął na klucz piękną i wartościową księgę, którą tenże syn następnie podarł na tysiąc kawałków[29].
Wielu zarzucało księżom (zwłaszcza jezuitom), że często mijają się z prawdą i zwyczajnie kłamią. Ale ta wada jest o wiele powszechniejsza w sopłeczeństwie – odpowiada Gilbert. Każda dama powie, że dziecko drugiej kobiety jest ładne – nawet jeśli jest brzydkie jak noc. „Niedorzecznością jest piętnować pół tuzina papistowskich księży za grzech popełniany codziennie przez pół miliona protestanckich świeckich”[30]. Zdarza się, co prawda, że ksiądz staje się rozpustnikiem. Ale dlaczego rozpustnik miałby zostawać księdzem? Po co miałby ślubować czystość i posłuszeństwo i narażać się na dotkliwe sankcje i ostracyzm, gdy je złamie? Z talentem i zainteresowaniami jakie posiada mógłby przecież bez problemów znaleźć zajęcie bardziej odpowiadające jego pragnieniom i nie niosące takich konsekwencji. Kościół jest wrogiem patriotyzmu i państwa, mówiło wielu. Gilbert się z tym nie zgadzał. Po pierwsze dlatego, że zarzut ten opierał się na szowinistycznej definicji patriotyzmu, a po drugie – trudno oskarżać o wrogość do państwa Kościół, skoro to on je właściwie stworzył, przez kulturę i instytucje. Chyba nie będziecie sądzić – pyta ironicznie – że gdy św. Augustyn lądował w Anglii spotkał już kluby dżentelmenów pijących kawę, czytających gazety i grających w golfa w niedzielne popołudnie? Wiele jednak kontrowersji brało się po prostu z ignorancji. Gilbert przytacza stwierdzenie, które razu pewnego usłyszał: „Nieposłuszeństwo księdzu jest jedynym grzechem, który nie może zostać odpuszczony. Grzech taki nazywamy zarezerwowanym”. To nieprawda. Widać jasno, że ktoś usłyszał pojęcie „grzech zarezerwowany” i kierując się uprzedzeniami ubrdał sobie, że znaczy to a to.

Walcząc z tymi uprzedzeniami Chesterton osiągnął stan, który opisał następująco:
Kiedy ktoś naprawdę widzi Kościół, nawet jeśli nie podoba mu się to, co widzi, nie widzi tego, co spodziewał się, że wywoła jego niechęć. Nawet jeśli wciąż chce zabijać, nie potrafi już oczerniać. (…) Opada z niego święty pancerz niepokonanej ignorancji; nigdy już nie może być tak głupi jak przedtem[31]
Chesterton nie nawrócił się jednak na katolicyzm po prostu dlatego, że nie podobał mu się protestantyzm.
Kościół wyciągnął mnie z anglikanizmu – tak jak na długo przedtem sama idea matki Bożej wyciągnęła mnie ze zwykłego protestantyzmu – przez to, że był sobą, to znaczy, że był piękny. Nawróciłem się na skutek pozytywnego wpływu jaki wywarło na mnie to czego jeszcze nie miałem, a nie dzięki negatywnemu deprecjonowaniu tego, co już posiadałem[32]
Zaczął się drugi etap drogi, nazwany przez Chestertona odkrywaniem Kościoła. Broniąc Kościoła przed niesprawiedliwymi atakami pozbył się sam uprzedzeń wobec niego. Spod sadzy wyłonił się ciekawy obraz. Zaczyna się interesować Kościołem. Zapoznaje się z jego słownictwem i odkrywa, że ma ono zupełnie sensowne znaczenie, inaczej niż w prasie popularnej, gdzie takie pojęcia jak „grzech powszedni” czy „rada ewangeliczna” nie oznaczają nic. Jak pisał, ten etap właściwie nie jest etapem, ale postępem. Chociaż trwał dość długo, jest bardzo przyjemny. Człowiek przypomina wtedy odkrywcę nowego kontynentu – gdziekolwiek by nie postawił nogi zobaczy coś nowego i niezwykłego. „To etap, kiedy człowiek stara się nieświadomie się nawrócić”.

Między innymi wtedy Chesterton zauważył wyraźnie, że katolicyzm, choć sprawia wrażenie starej, jest religią nową i młodą, a protestantyzm jest martwy, choć sprawia wrażenie młodego. Młodość Kościoła nie polega na tym, że są w Nim młodzi ludzie. Chodzi o nowość idei. Zdarza się, że młody człowiek zachwyci się dziewictwem, postaciami św. Klary czy św. Teresy i wstąpi do klasztoru, czy nawet do seminarium, ale raczej się nie zdarza, żeby ktoś został kalwinistą, bo pociąga go wizja ludzi przeznaczonych do zła odwiecznym wyrokiem Boga. Próżno szukać protestantów, którzy chcieliby wrócić do oryginalnych nauk Johna Knoxa, tak jak katolicy chcą wrócić do nauk św. Jana od Krzyża. Jeszcze jeden przykład pokazujący tę różnicę. Pewnego razu Gilbert komentował wypowiedź Jamesa Douglasa o aktualności Johna Bunyana – pisarza protestanckiego z XVII w. Douglas stwierdził, że powinniśmy docenić geniusz literacki Bunyana nie przejmując się jego przestarzałą teologią, podobnie jak podziwiamy Dantego, nie przejmując się jego martwą teologią. Gilbert zauważył, że teologia Dantego wcale nie jest martwa. Oczywiście, Douglas pewnie powiedziałby, że to normalne – papista uważa papistowski dogmatyzm za żywy. Ale według Chestertona problem polega na tym, że Douglas jako protestant uważa protestancki dogmatyzm a martwy. Przy tym Kościół ma wielką zdolność łączenia w sobie aspektów wielkości z czymś jednocześnie swojskim – Gilbert przyrównał to do mamuta, który stałby się domowym zwierzaczkiem. W końcu odkrył też to, że Kościół miał rację tam, gdzie on się mylił – mając na myśli doktrynę z Rerum Novarum. Opisał to w ten sposób, jakby ktoś powiedział nam nie, żebyśmy nie chodzili do pubów w ogóle, ale do konkretnego pubu, np. pod Świnką i Dzwonkiem. Jeśli go zlekceważymy, a potem dostaniemy w tym pubie łomot, będziemy cenić bardziej jego radę. W gruncie rzeczy nie potrzebujemy religii, która ma rację tam, gdzie my mamy rację. Potrzebujemy religii, która ma rację tam, gdzie my jej nie mamy. Taki jest katolicyzm. Natomiast wszystkie inne religie są „dziećmi swoich czasów”, odbijając ich ograniczenia i mentalność. To nie inne religie dają wolność myślenia, ale właśnie katolicyzm. Więcej, w Kościele człowiek uczy się, jak naprawdę myśleć. Gilbert śmiał się po swojej konwersji z opinii, że teraz osiągnął pokój w bezmyślności i ślepej wierze w dogmaty. Odpowiadał że spokój w wierze na tym nie polega. Raczej jest jak sytuacja paralityka, który po wyzdrowieniu nie leży dalej na łożu, ale uczy się od nowa chodzić. „Kościół od wewnątrz jest o wiele większy niż od zewnątrz”.

...

Religa rozumu – religią złego ducha

Dodane przez: Tomasz Rowiński | 25.09.2013, 9:53 | komentarzy: 25
    fot. WORLD HISTORY ARCHIVE/Agencja BEW

Rewolucja próbowała małpować religię objawioną ustanawiając oficjalny i publiczny kult rozumu. Jeśli miałbym określić jego charakter mógłbym nazwać go demonicznym - pisze Tomasz Rowiński.
Jakiś czas temu miałem okazję wymienić opinie na temat Rewolucji Francuskiej z redaktorem pewnego bardzo dobrego pisma filozoficznego, wszak niekatolickiego. Wyraził on przekonanie, że Rewolucja nie była antychrześcijańska, ale antyfeudalna. Co możemy rozumieć to w taki sposób, że skierowana była przede wszystkich przeciw bardzo wąskiej grupie arystokracji (znaczenie węższej niż w dawnej, przedrozbiorowej Rzeczpospolitej), która wciąż dzierżyła nieprawdopodobnie duże przywileje polityczne. Z taką opinią potrafiłem godzić się jednak tylko do pewnego stopnia. Rewolucja społeczna trwała we Francji cały wiek XVIII kiedy to stan trzeci bogacił się i zyskiwał znaczenie oraz siłę przede wszystkim ekonomiczną. Rok 1789 był z takiej perspektywy tylko politycznym podsumowaniem wcześniejszych wydarzeń.
Musimy jednak oddzielić mgliste oczekiwania poruszonego paryskiego tłumu od intencji ideologów rewolucji, które były w sprawach religii, a szczególnie katolicyzmu niezwykle proste. Owszem nieraz łączyły się one z postulatami społecznymi i politycznymi, ale także uderzały w samą religię jako społeczny zasób fałszywych twierdzeń i zabobonów. Praktycznym wyrazem antykatolickiego charakteru rewolucji były szeroko dziś znane – także w Polsce wiedza o tych wydarzeniach jest już coraz powszechniejsza - mordy dokonywane na osobach duchownych. Do tego dołączyć trzeba akty profanacji grobów królewskich w opactwie Saint-Denis, a także profanacje kościołów, czy przede wszystkim, wielokrotne znieważanie i niszczenie Najświętszych Postaci. Z dużym prawdopodobieństwem w czynach tych niejednokrotnie mieszały się najrozmaitsze motywacje dokonującego ich motłochu. Jednak wrogość wobec pozostałości francuskiego feudalizmu nie wykluczała wcale wrogości wobec Kościoła, także jako rzeczywistości duchowej. Co więcej, zło niejednokrotnie zwodzi ludzi, posługując się ich brakiem świadomości, dla zniszczenia większego dobra. Zresztą trzeba sobie zdać sprawę ze stopnia antykatolickiego poruszenia tamtych czasów, który przyzwalał ludziom wyciągać z grobów kości królów, czy niszczyć tabernakula. Kto z nas by się na to poważył nawet w największym gniewie?
Pod względem opinii na temat religii klasycznym przykładem rewolucyjnej ideologii są pisma Condorceta, który nawet w obliczu śmierci z rąk politycznych rywali trwał w niezachwianym przekonaniu o nieuchronnym postępie dziejów i nieograniczonych możliwościach rozwojowych rodzaju ludzkiego. Także pod względem moralnym. Sądził także, że postęp ten może on oglądać na własne oczy poprzez dzieło Rewolucji. Paradoksalność tej opinii, zapisanej w roku 1794, polega tym, że jej autor był świadkiem pięciu lat faktycznej hekatomby, którą mogli oglądać paryżanie od dnia zdobycia Bastylii. Gilotyna dla postępu pracowała bardzo ciężko. Oczywiście dla Condorceta jednym z elementów stojących na drodze postępu był Kościół i religia.
Jak się okazuje jednak nie każda religia. Rewolucja bowiem próbowała małpować religię objawioną ustanawiając oficjalny i publiczny kult rozumu. Jeśli miałbym określić jego charakter mógłbym nazwać go demonicznym. Czy nie jest to przesada? Oczywiście jego demoniczność nie polegała na mnożeniu się sytuacji opętania, choć doprawdy nie wiadomo jak inaczej określić ludzi w dzikim szale bezczeszczących relikwie wiary i świadectwa katolickości własnego kraju.
Demoniczność, o którą chodzi wynika z pytania o to kto jest dość inteligentny by nazwać siebie „bogiem rozumu” i kto jest takim rozumem, który w całej rozciągłości sprzeciwia się Bogu i sposobowi w jaki on sam chciał się nam objawić? Jeśli potraktujemy to pytanie jako ważne pytanie teologiczne i duchowe odpowiedź będzie prawie nie do podważenia. Takie ambicje ma tylko ten, który był aniołem światłości, by potem stać się znakiem upadku. Chodzi oczywiście o szatana.
Możemy sobie wyobrażać religię szatana jako proste zwierciadło religii objawionej, czyli rzeczywistość epatującą złem i okrucieństwem. Takie elementy odwróconego od Boga społeczeństwa rozpoznajemy od razu – są to kulty wprost satanistyczne, są to ludobójstwa, uśmiercanie nienarodzonych, chorych lub sędziwych. Jest to wszelkie okrucieństwo, złośliwość i podłość. Jest jednak jeszcze inna twarz religii rozumu upadłego anioła. Ewangelie dają nam jej znakomity obraz w scenie kuszenia Jezusa na pustyni. Tam właśnie szatan, mistrz inteligencji i poznania (choć nie nadprzyrodzonego) rozpościera przed Jezusem swoje możliwości. Ponieważ diabłu nie jest dostępna nadprzyrodzona wizja świata bada on co to znaczy właściwie, że Jezus jest Synem Bożym. Jego inteligencja podpowiada mu, że to ktoś niezwykły, że to Mesjasz, ale nie dowierza, że jest on Drugą Osobą Trójcy Świętej. Dlatego skrada się jak pyszałek pewien swego.
Kolejne pokusy szatana współgrają niejako z obietnicami „religii rozumu”, którą znamy pod różnymi historycznymi i współczesnymi postaciami. Ma ona też swoje różnorodne wcielenia, od panteizmu, czy deizmu, aż po ateizm, przedstawiający się jako najwyższej próby racjonalność. Czasem też widzimy ją jako taką czy inną ideologię – czyli rzeczywistość parareligijną. Pierwsza pokusa wobec Jezusa dotyczy zaspokojenia głodu, a zatem jest obrazem społeczeństwa dobrobytu. Czy nie ma w nas pragnienia nieograniczonej konsumpcji? Nawet „przyjemności religijnych”? Druga, kiedy szatan zachęca Jezusa by skoczył z narożnika Świątyni, stanowi zachętę do „przetestowania” własnej mocy – dziś byśmy powiedzieli, że za tą pokusą wobec człowieka kryją się ciemności wszystkich niebezpiecznych eksperymentów genetycznych. Są one niczym innym jak próbą sięgnięcia po owoce drzewa życia rosnącego w rajskim ogrodzie. Człowiek pragnie realizować swoją potęgę wobec natury. Trzecia pokusa dotyczy władzy – kontroli nad narodami, nad człowiekiem. Obraz tej pokusy zobaczyliśmy w twarzach totalitaryzmów, które okazały się jednak nieudolne w maskowaniu zła jakie niosły razem ze swoimi obietnicami. Jan Paweł II mówił, że współcześnie stoimy wobec zagrożenia totalitaryzmu, który kształtuje się pod przykrywką demokracji. Demokracja bowiem sama w sobie nie jest zabezpieczeniem wobec siły oddziaływania jaką ma „bóg rozumu”. Demokracja, jak każdy ustrój ma szansę się ostać tylko jeśli uzna prymat tego co duchowe, tego co pochodzi od Boga.
Ewangelia uczy nas jednak, że nie wystarczy powtarzać „Panie, Panie…”, ale faktycznie wspierać to co sprawiedliwe. Znamy z najnowszej historii Polski przypadki osób publicznych, polityków którzy publicznie twierdzili, że są ludźmi wiary, katolikami, ale w swojej praktyce realizowali (lub wciąż realizują) program „księcia tego świata”. Pod płaszczykiem dobrych intencji, górnolotnych sformułowań, domagania się praw dla kolejnych grup godzących w prawdę o człowieku realizują „królestwo tego świata”. Człowiek otoczony jego mechanizmami ma wrażenie, że Boga nie ma lub że jest on słaby i nic nie znaczy. Żeby zobaczyć, że jest inaczej trzeba zacząć odrzucać pokusy jakie oferuje nam „bóg rozumu”. Łaska Boga otwiera bowiem na ten Rozum, którego my nie znamy i który nie chodzi naszym i drogami. Wróćmy na chwilę do raju i drzewa poznania. Bez znajomości dobra i zła każda, nawet najbardziej kusząca propozycja szatana musi zakończyć się jednym. Czy będzie to smak zakazanego owocu, czy też chleb wywiedziony z kamieniu, człowieka spotka gorycz śmierci.
Tomasz Rowiński

Buldogi na dywanie

Felieton    „Nasz Dziennik”    28 września 2013
Reżym komunistyczny w walce o lepszy dostęp do żłobu rozpada się” - głosiła anonimowa ulotka podrzucona w marcu 1968 roku przez SB w gmachu Wydziału Humanistycznego UMCS w Lublinie. Wtedy była to wiadomość przedwczesna i wskutek tego nazbyt optymistyczna. Co innego dzisiaj. Dzisiaj wiadomość o rozpadaniu się reżymu komunistycznego nabiera żywej aktualności, co potwierdza trafność słynnego spostrzeżenia, że co ma wisieć - nie utonie. Wprawdzie reżym komunistyczny, a ściślej biorąc - jego najtwardsze jądro w postaci soldateski nie tylko w roku 1980 przejęło ręczne sterowanie państwem, nie tylko w drugiej połowie lat 80-tych zainspirowało nomenklaturę do rozpoczęcia rozkradania majątku państwowego, co trwa aż do dnia dzisiejszego, nie tylko z pomocą „lewicy laickiej”, skupiającej elementy socjalnie i rasowo bliskie, przeprowadziło selekcję kadrową w strukturach podziemnych, w następstwie której wyłoniona „strona społeczna” z „wiernym synem Kościoła” oraz „drogim Bronisławem” na czele dogadała się w Magdalence z reprezentacją soldateski pod dyrekcją generała Kiszczaka co do podziału władzy nad mniej wartościowym narodem tubylczym, któremu z tej okazji zafundowano nawet telewizyjne widowisko pod tytułem „Obrady okrągłego stołu” - ale także ustaliła, że na podstawie tej umowy soldateska kontynuuje okupację naszego nieszczęśliwego kraju, pozostawiając Umiłowanym Przywódcom, wśród których liczba konfidentów jest nieznana, tak zwane „zewnętrzne znamiona władzy”, nazywane niekiedy „naszą młodą demokracją”.
Aktualnie wyznaczony do piastowania tych zewnętrznych znamion jest pan premier Donald Tusk - oczywiście pod ścisłą kontrolą starannie dobranych jawnych współpracowników - który niedawno buńczucznie ogłosił zakończenie kryzysu. Oczywiście jak zwykle się mylił, bo kryzys nie tylko się nie zakończył, ale najwyraźniej właśnie wchodzi w fazę ostrą - czego dowodem jest właśnie walka o lepszy dostęp do żłobu, jaką ostatnio możemy obserwować w łonie okupującej nasz nieszczęśliwy kraj soldateski. Czy to ogłoszenie oszczędności w resorcie obrony, czy też rywalizacja między ulokowaną w naszej niezwyciężonej armii agenturą państw zaprzyjaźnionych, czy też i jedno i drugie sprawiło, że walka buldogów przeniosła się spod dywanu na dywan, dzięki czemu możemy raz jeszcze potwierdzić trafność ulubionej teorii spiskowej.
Jak pamiętamy, niedawno wiceminister obrony narodowej pan generał Skrzypczak miał być szantażowany przez „kręcącego sze” przy handlu bronią jakiegoś izraelskiego grandziarza, który się odgrażał, że jak go nie posłucha, to on pokaże mu „ruski miesiąc”. Już samo ujawnienie tego faktu było sygnałem, że ze spoistością reżymu komunistycznego nie jest najlepiej, ale dopiero zdymisjonowanie szefa wojskowej kontrrazwiedki pokazuje, jak głęboko sięgają korzenie konfliktu. Wydało się bowiem, że wojskowa kontrrazwiedka nie chciała wydać generałowi Skrzypczakowi certyfikatu dostępu do informacji niejawnych. Co to są te „informacje niejawne”? Na gruncie mojej ulubionej teorii spiskowej wyjaśniam, że chodzi o informacje, kto, na jaką skalę i jakimi sposobami doi czy wręcz okrada Rzeczpospolitą. Takie rzeczy lepiej utrzymywać w tajemnicy przed osobami niepowołanymi, a zwłaszcza - przed opinią publiczną, toteż są one starannie ukrywane, co w żargonie soldateski nazywane jest „ochroną kontrwywiadowczą”. Najwyraźniej tedy generał Skrzypczak nie należał do watahy objętej „ochroną kontrwywiadowczą”, co oczywiście nie znaczy, żeby sam był tej ochrony pozbawiony - chociaż oczywiście z ramienia kogoś innego. Dymisja szefa kontrrazwiedki oznacza w tej sytuacji, że jego wataha została chwilowo zmuszona do defensywy, ale to nie jest ostatnie słowo, bo wiadomo, że fortuna variabilis Deus mirabilis i już słychać, że niezależna prokuratura wszczęła przeciwko generałowi Skrzypczakowi śledztwo o „korzyści majątkowe” - co pokazuje, że grandziarz nie rzucał słów na wiatr, zaś wpływy Mosadu są w soldatesce tak samo silne, jak GRU i BND. Tak czy owak, przeniesienie walki buldogów spod dywanu na jego powierzchnię pokazuje, że żłób coraz bardziej pustoszeje, zaś w walce o lepszy do niego dostęp pęka spoistość komunistycznego reżymu.
Stanisław Michalkiewicz

sobota, 28 września 2013

zdjecie
E.Sądej/Nasz Dziennik

Sejm nie darował dziś życia chorym dzieciom

Piątek, 27 września 2013 (18:34)
Najnowszy wpis prof. Krystyny Pawłowicz na blogAiD

Dzisiejszy dzień w Sejmie był bardzo smutny, a jednocześnie pokazał prawdziwe oblicze wielu ludzi kreujących się na wrażliwych; pokazał oblicze wielu lekarzy zasiadających w Sejmie, którzy przysięgą Hipokratesa składali przyrzeczenie ochrony życia, a nie dążenia w kierunku jego zabijania i niszczenia. Emocjonującym przedmiotem obrad w Sejmie był dzisiaj obywatelski projekt ustawy podpisany przez ponad 400 tys. osób. Projekt dotyczył ograniczenia aborcji w kierunku wyłączenia istniejącej dzisiaj możliwości zabicia dziecka z powodu podejrzenia u niego ciężkiej choroby. Wniosek przedstawiała pani Kaja Godek, która mimo swojego młodego wieku uzasadniła projekt w sposób dojrzały i godny.
    Dzisiejsze obrady wykazały chamstwo posłów lewej strony: Ruchu Palikota, SLD, jak również części posłów Platformy Obywatelskiej i PSL. Pani Godek spotkała się z wyzwiskami, posłowie Ruchu Palikota i SLD przezywali ją i kazali jej „się wynosić z sali”. Niestety, pani marszałek Kopacz nie reagowała odpowiednio, czym doprowadziła do zachowań absolutnie naruszających godność wnioskodawców i powagę miejsca. Pani Godek wyjaśniła w oparciu o orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i art. 2 polskiej, obowiązującej ustawy o Rzeczniku Praw Dziecka definicję dziecka jako istoty od chwili poczęcia, co oczywiście spotykało się z barbarzyńskimi, ciągłymi atakami, chamskimi wyzwiskami z lewej strony sali, w czym celowali Armand Ryfiński i sam Palikot.
    Pani Kopacz nie tylko nie reagowała na to niegrzeczne, grubiańskie traktowanie przedstawicielki prawie pół miliona obywateli polskich pragnących skorzystać z możliwości wprowadzenia zmian ustawy, ale sama zwróciła pani Godek uwagę, aby nie używała sformułowania „zabijanie dzieci”. Bardzo asertywnie zachowała się pani Godek, która na głos poinformowała salę, czego pani Kopacz po cichu od niej zażądała. W dalszych ciągu swego wystąpienia używała tego zwrotu, który po prostu oddaje przecież stan faktyczny.
    Projekt poparty ponad 400 tys. podpisów, bez zagłębiania się w jego treść przez większość posłów, głosami PO, Ruchu Palikota, SLD i części PSL Sejm odrzucił, nie dopuszczając go do dalszych prac ustawodawczych.
    Jak zwykle rzecznik praw dziecka Marek Michalak ani nikt w jego imieniu nie zabierał w tej sprawie głosu.
    Obecna możliwość zabicia dzieci tylko ze względu na podejrzenie u nich choroby jest nieludzka. Warto przypomnieć sobie, jakie boje toczono w Sejmie przy projekcie ustawy zakazującej rytualnego uboju i ustawie o ochronie zwierząt. Dzisiaj Sejm pokazał większością lewackich głosów, że wyżej ceni sobie dobro i zdrowie zwierząt niż życie chorych, bezbronnych, ludzkich dzieci. Szczególnie naganna jest w tej sprawie rola ministra zdrowia, który nie udostępnia informacji o licznych aborcjach przeprowadzanych w polskich szpitalach.
    Przy wyborach musimy pamiętać nazwiska posłów, którzy dziś opowiedzieli się przeciwko życiu chorych dzieci. Przeciwko ofiarowaniu życia dzieciom chorym np. z zespołem Downa, które – jak wiemy – dochodzą niekiedy do sukcesów naukowych, startują na olimpiadach, są szczęśliwe i kochane przez swoich rodziców i bliskich, głosowało dziś wielu posłów czczonych na pierwszych stronach gazet.
Wśród posłów głosujących przeciwko obywatelskiemu projektowi byli np. z PO: sportowcy Leszek Blanik i Iwona Guzowska – wydawałoby się ludzie, którzy potrafią mieć większą wrażliwość, związkowiec Jerzy Borowczak, poseł Andrzej Halicki, który niedawno walczył z okrutnym ubojem zwierząt, ale – jak widać – nie ma wrażliwości dla chorych i bezbronnych dzieci, którym nie chce dać szansy na urodzenie się. To, co wzburzało szczególnie, to głosowanie przeciwko dalszemu procedowaniu tej ustawy przez lekarzy (!): przez panią marszałek Kopacz, a także panią poseł Halinę Szymiec-Raczyńską, która nawet przyznała się, że jest lekarzem ginekologiem.
    Przeciwko tej ustawie, co było dla mnie osobiście ogromnym szokiem, głosowały też dwie osoby niepełnosprawne z PO: pan Sławomir Piechota i poseł Marek Plura, obaj jeżdżący na wózkach inwalidzkich. Oni się urodzili, byli z pewnością kochanymi dziećmi, zrobili kariery w życiu publicznym, zostali posłami, a teraz sami odmawiają możliwości prawa urodzenia się innym niepełnosprawnym. Przeciwko dalszemu procedowaniu głosował też pan premier Tusk. Co było osobiście dla mnie zaskoczeniem, przeciwko głosował również członek Tatrzańskiego Pogotowia Górskiego pan Piotr van der Coghen.
Przywołuję te nazwiska, by pamiętać o nich przy wyborach. Podobnie z PSL, które mieni się jako tradycyjna partia ludowa, a której czołowi przedstawiciele także głosowali przeciwko prawu chorych dzieci do urodzenia się. Na przykład poseł Jan Bury czy poseł Stanisław Żelichowski. Pamiętajcie rolnicy, zapamiętajcie chłopi na wsi te nazwiska. Pamiętajcie też, że mimo iż na sali był prezes PSL pan Janusz Piechociński, to nie zagłosował, nie chciał poprzeć tej ustawy.
    Natomiast nie było tutaj zaskoczeniem, że nad dalszymi pracami zagłosowało całe Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska, a także kilka osób, które odeszły z PO, m.in. pan poseł John Godson.
    Dzień, w którym odrzucono projekt obywatelski, jest dniem kolejnej klęski Polaków, którzy mogą się przekonać, że deklaracje konstytucyjne o ich prawach do demokratycznego, bezpośredniego udziału w sprawowaniu władzy jako suwerena w państwie polskim są mitem, są jedynie papierowym zapisem konstytucyjnym. Skorzystanie z tego prawa uniemożliwia Polakom obecny układ władzy PO – PSL, SLD i cale lewactwo z Ruchu Palikota, które okopało się z pychą w polskim Sejmie.
    Pani Kai Godek należą się ogromne podziękowania za godne znoszenie w Sejmie wszystkich upokorzeń i Pan Bóg jej za to zapłaci.

środa, 18 września 2013

Koniec globalnego ocieplenia

Koniec globalnego ocieplenia i upadek prognozowania za pomocą modeli komputerowych.
Mike Adams, naturalnews.com
USA
2013-09-16
Nauka i technologia
Przez lata, wszyscy słyszeliśmy, że globalne ocieplenie zagraża naszej planecie. Jednak teraz, naukowcy ostrzegają, że era globalnego ochłodzenia wydaje się być przed nami, po tym jak w ubiegłym roku zarejestrowano niezwykłą ekspansję oceanicznego zlodowacenia.

Nawet ostatni raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu ONZ (IPCC) wskazuje na to, że według wielu naukowców era globalnego oziębienia jest obecnie w toku.

Okazuje się, że przewidywanie globalnego ocieplenia było jedynie apokaliptycznym straszeniem opartym na błędnych modelach komputerowych.

Globalny szwindel globalnego ocieplenia. Wykład Lorda Christophera Moncktona.


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Na przykład, w 2007 roku BBC poinformowało, że Arktyka nie będzie miała lodu w lecie 2013. Oto jak dokładnie straszono w tej publikacji: "Naukowcy z USA przedstawili jedną z najbardziej dramatycznych prognoz zniknięcia arktycznego lodu. Ich najnowsze badania modelowe wskazują, iż północne wody polarne mogą być wolne od lodu w okresie letnim w ciągu zaledwie 5-6 lat.Profesor Wiesław Masłowski powiedział American Geophysical Union, że poprzednie badania nie brały pod uwagę obecnych procesów utraty lodu."


Obecne lato 2013 roku jest już za nami, i trudno dyskutować z najnowszymi zdjęciami satelitarnymi lodowca. Obrazy te, przedstawione poniżej, ujawniają powstanie ponad miliona kilometrów kwadratowych nowego lodu na przestrzeni ostatniego roku. Jest to wzrost o 60 procent w stosunku do poprzedniego roku, donosi Daily Mail.

Oto zdjęcia satelitarne, pokazujące ekspansję lodu:


Jak widać na obrazku, zasięg lodu w sierpniu 2013 (po prawej) znacznie wzrósł w stosunku do sierpnia 2012 (po lewej stronie).

Teraz muszę stwierdzić rzecz oczywistą, że wyższe temperatury spowodowałyby topnienie lodu, powodując tym samym zmniejszenie się ilości lodu, a nie zwiększenie. Tak więc, obecność szybko rosnących ilości lodu jest dowodem na to, że temperatury w tym regionie spadają a nie wzrastają. Jest to fakt, chyba że wierzysz w magię, w którą wierzy wielu “naukowców”. Jaką magię? A no magię, w której w jakiś sposób wyższe temperatury przyczyniają się do tworzenia lodu.

Debata w parlamencie europejskim, gdzie Baroso, mimo opublikowania zdjęć idzie w zaparte:


Niemniej jednak, istnieje wielu "naukowców", którzy wierzą tak głęboko w ich argumenty globalnego ocieplenia, że zostali zmuszeni do wymyślenia jakiegoś skomplikowanego, nowego wytłumaczenia by wyjaśnić powstawanie lodu w Arktyce. To wytłumaczenie jest teraz nazywane "pauzą". Mówią, iż szybko rozwijające się lodowce są spowodowane "pauzą" w globalnym ociepleniu!


Link do oryginalnego artykułu: LINK


(przypis prisonplanet.pl
O tym kto stworzył politykę globalnego ocieplenia oraz dlaczego rządzące elity nie wycofają się z tej teorii nawet chodząc po pas w śniegu w środku lata, można przeczytać w artykułach:
Pierwsza Globalna Rewolucja. Czyli kto wymyślił problem CO2.
Rothschild Australia przejmują wiodącą rolę w światowym rynku CO2.
Audycja Wiadomości PrisonPlanet.pl: Problematyka globalnego ocieplenia.
Wielka Globalna Transformacja.
Alan Watt. Nowy wspaniały świat i wielka globalna transformacja. 

|  Globalne ocieplenie obalone: raport NASA wskazuje, że dwutlenek węgla chłodzi atmosferę.  |  Pierwsza Globalna Rewolucja. Czyli kto wymyślił problem CO2.   |  "Naukowcy" żądają pernamentnej recesji by zatrzymać zagrożenie globalnego ocieplenia.   |  Audycja Wiadomości PrisonPlanet.pl: Problematyka globalnego ocieplenia.   |  Audycja Wiadomości PrisonPlanet.pl: Problematyka zrównoważonego rozwoju.   |  WWF wzywa do ubóstwa by uratować planetę.   |  Degrowth - cofanie rozwoju. Nowa polityka ekologicznych fanatyków.  |  Ecocide: kryminalizacja ludzkości w imię ratowania planety.   |  Eko-szaleństwo: jak dżdżownice są obwiniane za "globalne ocieplenie", a ekolodzy proponują eutanazję niedźwiedzi polarnych.  |  Fiasko ustanowienia eko-faszystowskiego rządu podczas szczytu w Durban.   |  Globalne ociep... Zima trzydziestolecia w Berlinie i śnieg w marcu.   |  Profesor bioetyki: podajmy ludności środki farmakologiczne by przyjęła "Zielony Porządek Świata".  |  Film: Ecoscience - plan globalnej eksterminacji ujawniony.  |  Ban Ki Moon deklaruje, że "model konsumpcji jest martwy", opisując świat przymusowej pracy na rzecz środowiska.   |


niedziela, 15 września 2013

Upadek polskiej oświaty.
Dr Jerzy Jaśkowski
Polska
2013-09-09
Nauka i technologia

Polski system edukacji jest niszczony systematycznie od ponad 250 lat. Pierwszymi, którzy zaczęli go“unowocześniać” byli obcokrajowcy. I tak pierwszą reformę “oświaty” przeprowadził du Pont. Reforma była przeprowadzona pod szyldem Komisji Edukacji Narodowej - 1772r. i ks. Konarskiego, rzekomego patrioty. Ksiądz Konarski tym się odznaczył, że większą część majątku zrabowanego OO. Jezuitom przepuścił przez siebie. Z kolei p. Pierre Samuel du Pont nie był byle kim, ponieważ wcześniej zreformował oświatę we Francji. Skutkiem tego była rewolucja w 1789-96 r. Jak wiadomo skończyła się rzezią Francuzów. Biorąc pod uwagę dzisiejszą gęstość zaludnienia Francji,“rewolucjoniści” wymordowali od 8 do 10 milionów ludzi. Drobiazg. W Polsce było to trochę mniej, w tzw. Insurekcji Kościuszkowskiej. Pan du Pont po wyjeździe z Polski reformował oświatę dla Stanów Zjednoczonych za co gen. Washington pozwolił mu nie tylko na dalszą reformę oświaty w Stanach, ale dał monopol na handel prochem. W okresie wojen zwanych wyzwoleńczymi i podboju kontynentu stanowiło ten monopol niekończące się źródło zysków. Jak wiadomo jest to obecnie największy ”zakład” chemiczny na świecie.

Obecnie podobną rolę, pełni  w przybliżeniu p. Norman Davies usiłujący uczyć tubylczą ludność historii. Ciekawym jest jednak to, że swoje prace opiera tylko na opublikowanych już materiałach polskich. Przecież jako znający doskonale język np. angielski mógłby dotrzeć do archiwów i przedstawić tamtejsze dokumenty lub amerykańskie. Szczególnie dotyczy to np. Powstania Warszawskiego. Dlaczego to np. amerykanie mając lotnisko po drugiej stronie Wisły nie mogli tam lądować przynosząc pomoc Warszawie? A tu nic?!

Najbardziej metodycznie do reformy oświaty podeszła monarchia austro- węgierska. Już w 1846 roku w czasie tzw. Rabacji - inaczej zwanej “Rzezią Tarnowską”  lub “Rzezią Galicyjską” - wymordowano ponad 3000 szlachty czyli - wg dzisiejszych kryteriów - wymordowano ponad 3000 ludzi z wyższym wykształceniem, ale przy obecnej gęstości zaludnienia byłoby to tyle samo co ok. 20-25 000, a więc jest to podobna wielkość jak w tzw. Mordach Katyńskich. O Mordach Katyńskich ludzie co nieco wiedzą, ale o mordach austriackich nic.

Dlaczego?
To proste. Austriaccy starostowie płacili po 10 talarów za zabitego szlachcica, a tylko po 5 za doprowadzonego żywcem. Potem te “opróżnione” szlachectwa sprzedawali za gotówkę. Powstała grupa ludzi tzw. hrabiów galicyjskich. A potomków tych rzeźników z Rabacji do dnia dzisiejszego nazywa się w okolicach “pilarzami” od rżnięcia piłami ludzi (Co w około 100 lat później powtórzyły bandy UPA. Przypominam, że jeden z przywódców UPA - Mielnik był  szkolony przez Abwehrę w Wiedniu, a drugi Bandera przez Gestapo w Gdańsku).

Ci nowobogaccy “hrabiowie” obstawiali uniwersytety krakowski i lwowski pisząc usłużnie odpowiednią historię Polski. Stąd np. takie nagłaśnianie epoki Jagiellońskiej. Przecież Jagiellonowie byli “dziadkami” Habsburgów. No, a niech by ktoś napisał źle o “dziadku”  miłościwie panującego nam Cysorza!
Byłoby to samo co pisanie w stanie wojennym źle o np. Jaruzelskim alias Wolskim alias Słuckim i kto tam wie jeszcze jak. Nieznajomość historii prowadzi do powtórek. W stanie wojennym także mieliśmy i mamy całą czeredę usłużnych pisarzy.

Po 1920 zostały tylko i wyłącznie opracowania tej szkoły, które wypociły teorię powtarzaną jak mantrę przez obecnych bezmózgowców, jakoby przyczyną upadku Rzeczypospolitej było warcholstwo szlachty. A np. o wymordowaniu 11 najwyższych urzędników Korony (wielkiego Hetmana, Kanclerza itd) po wejściu na tron Sasa nikt nie śmie wspomnieć. Dlatego także UB, podczas czystek w latach 1944 - 56 dokonując aresztowań Polaków, zabierało wszelkie dokumenty, a więc i kroniki rodowe. Stąd brak źródeł do historii Polski.

Obecnie niszczenie pozostałości systemu oświaty posuwa się błyskawicznie. W chwili obecnej wyrzuca się ok. 10 000 etatów nauczycielskich podając za jedyną przyczynę zmniejszenie liczby uczniów. Nie podaje się natomiast prawdziwej przyczyny, to jest ogromnej redukcji godzin przeznaczonych na edukację. Nauka historii została sprowadzona do 1 godziny tygodniowo, podobnie geografia, fizyka etc. Zlikwidowano eksperymenty i doświadczenia w szkołach z chemii, fizyki, biologii. Taki np. minister z Bożej łaski Roman Gertych zlikwidował matematykę na maturze i 15 roczników zostało pozbawionych elementarnej wiedzy - logiki. Jeszcze dalej poszła p.Hall pozostawiając nauczanie na poziomie jaki w 1942 roku ustalono na naradzie u Hitlera, o czym pisze w swoich pamiętnikach gen. Moll. Postanowiono, że Polacy mają posiadać umiejętność czytania i pisania tj. mniej więcej poziom 3 klas. Rosjanie mieli tylko czytać i znać znaki drogowe. Biorąc pod uwagę, że obowiązkowe w Polsce jest tylko 6 klas, a pierwsze 3 klasy są bezstresowe, to tak naprawdę pozostały 3 lata nauki.

Jeszcze dalej w niszczeniu oświaty idą kolejne zmiany poprzez powstawanie tzw. szkół demokratycznych, które reklamuje prof. Bogusław Świderski. Mają to być szkoły, oczywiście bezstresowe, w których dzieci i młodzież będą mogły sobie wybierać przedmioty, określać czas zajęć, bez oceny jakości przyswajanego materiału. Jeżeli to nie jest tylko chęć wyłudzenia od nowouryszy obecnie 800 złotych miesięcznie, to jest ewidentnym przykładem rozkładu systemu edukacji. Niestety tabliczki mnożenia nie da się inaczej nauczyć jak na pamięć. Widać wyraźnie, że tzw. reformatorzy wzorują się na zachodnich szkołach dla nas zapominając, że tam nadal istnieją szkoły z bardzo ostrym egzekwowaniem wiadomości dla wybranych.

Na o wiele wyższym poziomie umysłowym byli chłopi w Wandei w 1793 roku, którzy w drugim punkcie swoich postulatów postawili konieczność istnienia szkół w każdej parafii, tak aby dziecko nie miało do niej więcej aniżeli pół wiorsty, ponieważ dziecko musi także pomagać rodzicom, a nie tracić czas na wędrówki. O tym zupełnie nie wiedział inny profesor będący ministrem Mirosław Handke ze swoimi osinobusami (autor reformy edukacji 1999).

A nasi “radni” likwidują szkoły, szczególnie na wsiach pod pretekstem finansowym. W XIX wieku na Pomorzu chłopi we wsi posiadającej 11 dymów potrafili utrzymać nauczyciela za własne pieniądze, aby dzieci nie były “głupie”. Obecnie rodzice wolą kupić dziecku quada lub komputer… Jak widzimy, ci obecni rodzice nie dorośli do takiego poziomu jaki istniał na przysłowiowej wsi 200 lat temu. To są właśnie skutki upadku oświaty przez ostatnie 70 lat po wojnie.

Sprawa oświaty jest w Polsce marginalizowana od początku istnienia państwa Piastów. Ani Piastowie ani tym bardziej kniaziowie z Lituwy nie byli zainteresowani szkolnictwem. Pomimo, że Polska istniała od morza do morza i granica przebiegała ok. 500 km za Kijowem, a handel polski obsługiwały dwa porty na Morzu Czarnym, żadnemu z Jagiellonów nie przyszło do głowy otwarcie dalszych szkół wyższych- uniwersytetów. Takie książątko z Prus, kraju wielkości dwu województw polskich miało dwa uniwersytety, a olbrzymi kraj o powierzchni ponad miliona kilometrów kwadratowych miał tylko jedną wyższą uczelnię. Obecnie jest jeszcze gorzej. Kraj zamieszkiwały przez ok. 35 milionów ludzi posiada ponad 470 “wyższych” uczelni, podobno publikuje ok. 40 000 doktoratów rocznie ale tak naprawdę tylko ok. 100 patentów. To co te doktoraty znaczą??? z wyjątkiem papierków pozostaje tajemnicą tych “wyższych” uczelni. Jak to jest możliwe, że poseł w czasie kadencji, pracując za społeczne pieniądze, kończy maturę albo jeszcze lepiej i maturę i “wyższą”szkołę zwaną licencjatem czyli dawniejsze kursy pomaturalne. I to wszystko w czasie, za który mu płacą podatnicy, przeznaczonym na zajmowanie się sprawami okręgu wyborczego. Czy nie powinni oni zwracać tych pieniędzy podatnika rzekomo przeznaczonych na utrzymanie biur i wynagrodzenie, skoro pan poseł zajmował się własnym “wykształceniem”?

Dla porównania ok.90 milionowe Niemcy posiadają tylko 80 wyższych uczelni ale za to patentują ok 17500 wynalazków rocznie. Do czego doprowadziło takie rozdrobnienie w Polsce widać w sejmie. Posłowie chwalą się tylko i wyłącznie liczbą zatwierdzonych ustaw. Naprawdę jest imponująca. Nie ma możliwości  przeczytania tych kartek, dlatego kilka razy w roku dochodzi do tzw. nowelizacji czyli poprawiania ustaw. W sumie nikt nie wie, która jest obowiązująca.

A skutki takiego bałaganu prawnego są istotne dla oświaty. Tworzone podręczniki są bezmyślnie przepisywanymi co roku dawnymi książkami. Zmienia się tylko formę ale większość treści pozostaje ta sama. Jeszcze w latach 90-tych uczono młodzież, że ludzie wyjeżdżali na Sybir do pracy ponieważ tam lepiej płacono!

Od wielu, wielu lat wtłacza się do głów młodzieży w szkołach, a dorosłym w mass mediach nazwiska osób rzekomo zasłużonych dla Polski i przedstawia się je jako wybitnych bohaterów. Niestety postacie te nie tylko, że nie zapisały się w historii pozytywnie dla polskiej racji stanu, ale wielokrotnie działały na jej szkodę. W podręcznikach pomija się natomiast zupełnym milczeniem ludzi naprawdę zasługujących na uznanie. Pomija się postacie, które zupełnie bezinteresownie, z narażeniem własnego życia pracowały na chwałę Rzeczpospolitej. Takim cichym bohaterem jest ks. Augustyn Kordecki. Wspomina się o nim w szkole, ale tylko podczas lektury “Potopu” Henryka Sienkiewicza, a nie na lekcjach historii - jako o człowieku, którego postawa zmieniła bieg wydarzeń i zapobiegła dalszemu rabunkowi Polski przez Szwedów. A przecież Szwedzi rabowali i wywozili wszystko, co się ukraść dało łącznie z drzwiami i futrynami okiennymi. Mało kto w Polsce wie, że np. zamki i pałace Jury Krakowsko-Częstochowskiej obrabowane przez Szwedów nigdy już nie odzyskały swego blasku, a w muzeum w Sztokholmie chwalą się zrabowanymi z Polski precjozami i żaden „polski rząd”nie występuje o zwrot tych dzieł sztuki. W Szwecji są to praktycznie jedyne dzieła sztuki, więc załatwiają sprawę tylnymi drzwiami i wygaszają wszelkie dyskusje na temat zwrotu tych zabytków. Oczywiście starsi i mądrzejsi z MSZ nie są zainteresowani sprawą. Dopiero przykład ks. A. Kordeckiego w trakcie obrony Jasnej Góry w Częstochowie powstrzymał dalszą grabież Polski i zapobiegł rozbiorowi Kraju. Przecież Szwedzi oraz Wołosi i Elektor Brandenburski przy współpracy zdrajców np. Radziwiłłów, czy Radziejowskich, dążyli do rozbioru. Bohaterskiemu księdzu licznych pomników jednak się nie stawia.

Innym takim cichym bohaterem jest ksiądz biskup Kajetan Sołtyk, który za sprzeciw względem tzw. traktatu gwarancyjnego uzależniającego formalnie Polskę od Rosji był jednym z pierwszych z długiego łańcucha zesłańców na Sybir w 1767, gdzie przebywał do 1773 roku. Przeżycia na zesłaniu tak zmieniły ks.Biskupa, że nigdy nie odzyskał zdrowia i zamarł kilka lat po powrocie do Kraju.

Podobnie postać generała Kazimierza Pułaskiego bardziej jest znana w USA aniżeli w Polsce. A przecież to on jako jeden z pierwszych przeciwstawił się Moskalowi (w owym czasie Rosja zwana była Moskwą, a mieszkaniec tego państwa Moskalem) w Okopach Świętej Trójcy i Barze, przez ponad 4 lata bronił Polski. Przez ponad 6 miesięcy bronił Częstochowy przed Moskalami. (Konfederacja Barska nie jest tak czystą sprawą, jak się opisuje obecnie. Duży wkład w jej wywołanie mieli agenci i pieniądze z zewnątrz, bardziej przysłużyła się konfiguracjom międzynarodowym aniżeli Polsce).

Za to nagłaśnia się wszędzie postać Tadeusza Kościuszki "jako największego bohatera”przedrozbiorowego. A tak naprawdę ten zdolny rysownik nigdy wojskowym nie powinien być. Będąc członkiem tzw. Korpusu Kadetów Szkoły Rycerskiej (trzynaścioro dzieciaków, jeden sierżant i jedna markietanka) został zauważony przez króla Stanisława Poniatowskiego (do tej postaci jeszcze wrócimy) jako zdolny rysownik i wysłany do Paryża na pobieranie dalszych nauk malarskich w Akademii Malarstwa i Rzeźby. Po powrocie do Polski został mianowany generałem i dowodził bitwą pod Dubienką 18 lipca 1792 roku. Nie popisał się tam ani roztropnością, ani wiedzą, ani odwagą uciekając z pola bitwy z jednym batalionem. Naoczny świadek Julian Niemcewicz w swoich pamiętnikach tak to opisuje:
”Szukając Naczelnika już późną nocą dotarłem do karczmy żydowskiej i zastałem Naczelnika z płaczem piszącego raport do króla: “No chwała Bogu Naczelniku, że was tutaj zastałem, wielka wiktoria, tylko jeden batalion gdzieś przepadł. - Ten batalion jest ze mną - odpowiedział Kościuszko z płaczem”. 

A potem ten rzekomy bohater narodowy za 60 000 franków i przy pomocy innych europejczyków wywołuje powstanie mające odciągnąć wojska moskiewskie idące na Paryż w celu zdławienia rewolucji we Francji. Paryż uratowany, ale Polska stracona. Cała ta awantura skończyła się wymazaniem Polski z mapy świata na 120 lat i tysiącami zabitych oraz zesłanych na Sybir. Za ten czyn został ponownie nagrodzony w 1943 roku przez tych samych Moskali, którzy tworzoną u siebie polską-sowiecką dywizję nazwali jego imieniem. Jak gdyby na ironię.

O tym jak ważna jest edukacja i mass media świadczy najlepiej afera jaka wybuchła w 2009 roku po opublikowaniu przez byłego wysokiej rangi funkcjonariusza tajnych służb w Niemczech informacji, że w 1948 roku, przed wyrażeniem zgody na powstanie NRF, Stany Zjednoczone wystawiły dokument, który musi podpisywać przed wyborami każdy premier i prezydent Niemiec. Dokument ten jednoznacznie oddaje całą oświatę i informację pod zarząd USA.

Wnioski:
1. Nie wolno rozpatrywać historii Polski bez badania wpływu innych państw na nasz kraj.

2. Podboje nie zaczynają się od wprowadzenia wojsk, czy też blokad gospodarczych, ale od zmiany mentalności danego społeczeństwa. Zmiana ta dokonuje się najczęściej wiele lat przed faktycznym zniewoleniem.

3. Społeczeństwo nie posiadające własnych elit, czyli ludzi wykształconych, jest łatwym łupem bezwzględniejszych sąsiadów.

4. Społeczeństwo nie posiadające własnej, prawdziwej historii przestaje istnieć w okresie najdalej 3 pokoleń.

5. Jedynym sposobem ratowania takiego młodego społeczeństwa, w obecnej dobie, jest indywidualna nauka. Opanowanie nauki przez państwo zawsze kończy się indoktrynacją. Dotyczy to wszystkich dziedzin łącznie z naukami ścisłymi. Najlepszym dowodem tego stanu rzeczy jest np. w Polsce brak nowych patentów.

6. Jest kompletnym absurdem pozostawianie nauki w rękach “młodzieży” ( tzw. wybór przedmiotów). Jak się czegoś nie zna to się nie lubi. Zestaw przedmiotów na danym kierunku powinien być zawsze szerszy aniżeli węższy. Do 18 roku życia nauka powinna być w systemie ogólnokształcącym, a nie jednokierunkowym. Zdolności i zainteresowania rozwijają się w różnym wieku. Podstawy wiedzy muszą być wynoszone z młodości.

Film: Niewidzialna wojna. Wykład o procesach destabilizacji i przejmowania krajów.


OGLĄDAJ DALEJ>>>

PS. Ciekawe kogo moje prace tak bulwersują, że jak mi podali Czytelnicy powstała już kolejna strona“krytykująca je”. Przecież utrzymanie strony kosztuje, ktoś opłaca “człowieka”, opłaca abonament?

P.S. Od 1880 roku monopol prasowy jest trzymany przez konsorcjum Rothschilda. W ten prosty sposób wszystkie gazetki i gazety mają mniej więcej ten sam zakres informacji. Niepoprawne politycznie informacje są przemilczane, a właściwe nagłaśniane. Stąd także rozbicie prasy w poszczególnych krajach na lokalne dzienniki. Powoduje to powstanie rozbicia ”dzielnicowego”. Afery nagłaśniane lokalnie nie przeszkadzają “politykom” na robienie karier w innych regionach. Dlatego np. w Polsce przewozi się “polityków” przed wyborami, do różnych województw. Ustanowienie prawa, że można być posłem tylko z regionu w którym się mieszka znacznie utrudniłoby manipulacje.

Przykład obecny: nigdzie nie można znaleźć zdjęć ludzi rzekomo zatrutych gazem w Syrii, a to wg różnych źródeł od 1600 do ponad 4000 ludzi. Tak zwykle chętni reporterzy nie opublikowali ŻADNEGO zdjęcia. To jedno przedstawiające dzieci, nie jest zdjęciem osób zatrutych gazem bojowym. Jeżeli to w ogóle są ludzie.


Dr Jerzy Jaśkowski SFMRM    Kontakt do autora: jjaskow@wp.pl