czwartek, 22 maja 2014

Kaczmarski

Bard, poeta, człowiek




Read more: 
http://www.pch24.pl/bard--poeta--czlowiek,22255,i.html#ixzz32PiTMDyo





Adam Chelstowski / FORUM


Współczesna szkoła pomijając jego twórczość czyni ogromną szkodę młodzieży. Identyfikowanie go jedynie jako autora „nieśmiertelnych” „Murów” świadczy o nieznajomości jego poezji. Myślenie o nim jedynie jako o antysystemowym bardzie nie docenia twórczości, w której stawiał pytania, prowokował, ale też pięknie przedstawiał polską i światową kulturę. Jacek Kaczmarski – dziś przypada dziesiąta rocznica jego śmierci.

Prywatne życie Kaczmarskiego oscylowało wokół kobiet, alkoholu i zapatrzenia w samego siebie. Przez wielu znienawidzony. Bo i było za co – dwie porzucone żony, rozbite małżeństwa kochanek, koncerty zawalone z powodu upicia. Jednocześnie agnostyk, antyklerykał, związany przez długi czas ze środowiskiem Unii Wolności. Pomimo to chyba żaden współczesny poeta, poza Zbigniewem Herbertem, nie miał tak znacznego wpływu na wielu konserwatystów w Polsce. Kunszt, którym posługiwał się Kaczmarski w swojej poezji, patriotyczne odniesienia i stawiane pytania egzystencjalne przysporzyły mu wielu słuchaczy i czytelników.

Rodowód mój nie sięga…

Jacek Kaczmarski urodził się w 1957 r. Jego rodzice poznali się na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ojciec zajmował się malowaniem obrazów, natomiast matka poświęciła się pracy pedagogicznej. Na początku szkoły podstawowej Jacek zamieszkał u rodziców swojej matki, którzy zaznajamiali go z podstawami kultury, sztuki, historii, uczyli również języków obcych. Mając osiem lat, zainspirowany filmem „Helena trojańska”, stworzył cykl kolorystycznych rysunków „Kwadrygi greckie”. Szybko zaczął pisać opowiadania i limeryki, które dedykował swoim rodzicom z okazji świąt.
Już w trakcie liceum „załatwił” sobie wstęp na studia polonistyczne poprzez uzyskanie tytułu laureata olimpiady polonistycznej. Jego zdolności były tak duże, że czas studiów był dlań okresem odpoczynku – pracę magisterską napisał już na trzecim roku. Od czasu liceum tworzył. Wygrywał konkursy piosenki studenckiej. To właśnie w tym okresie, inspirowany Włodzimierzem Wysockim, napisał słynną „Obławę”, która doczekała się aż trzech kontynuacji w jego twórczości (choć ostatnią z nich Kaczmarski uznał za nieudaną). Z tego okresu pochodzą również utwory: „Przybycie tytanów”, „Starzy ludzie w autobusie” czy słynne „Mury”. Te ostatnie sprawiły Jackowi Kaczmarskiemu najwięcej przykrości. Jego twórczość identyfikowana jest niekiedy jedynie z tym utworem. Szkopuł tkwi w tym, że paradoksalnie jest to wiersz skierowany… przeciw ruchom rewolucyjnym, opartym na tłumie, który wreszcie pozostawia poetę samego – „a śpiewak także był sam”. W ostatnim refrenie – niechętnie śpiewanym bądź nawet pomijanym podczas imprez solidarnościowych – tytułowe mury rosną, a łańcuch nadal kołysze się u nóg.

Wkrótce do Kaczmarskiego przypięto łatkę antysystemowego barda, szczyt jego młodzieńczej popularności zbiegł się z karnawałem „Solidarności”. Niewątpliwie poeta krytykował komunizm, widział wiele wad ówczesnego reżimu, pragnął wolności. Nie możemy jednak zapominać, że Kaczmarski wychował się w partyjnym domu, a do końca zachował – jak sam to określał – „lewicową wrażliwość”. Wielu patriotów, żądnych kolejnego wieszcza i barda, zaczęło wszystkie utwory Kaczmarskiego rozpatrywać pod kątem politycznym. Stało się tak na przykład z niewinnym ideowo wierszem „Wędrówka z cieniem”. Podmiot liryczny, porzucony przez dziewczynę, spaceruje ulicami w deszczu, a „cień” owej dziewczyny stale się za nim wlecze. Można się domyśleć jedynie zażenowania Kaczmarskiego, gdy usłyszał krążącą polityczną interpretację tego utworu, według której tytułowym „cieniem” jest… agent bezpieki.

Wkrótce na zaproszenie francuskich związków zawodowych Kaczmarski wyjechał wraz z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapiński, z którymi wykonywał programy „Raj”, „Mury” czy „Muzeum”, na trasy koncertowe po Francji. Tam zastał go stan wojenny. Szybko zaangażował się w działalność na rzecz ciemiężonej Ojczyzny. Wtedy też faktycznie część jego utworów można określić mianem „bogoojczyźnianych” – wówczas powstawały takie utwory jak „Katyń”, „Barykada (Śmierć Baczyńskiego)”, „Rozbite oddziały”, czy też dość dobrze zakorzeniona w powszechnej świadomości „Nasza klasa”. Kaczmarski zaczął pracę w Radiu Wolna Europa, w której prowadził przez długi czas audycję „Kwadrans Jacka Kaczmarskiego”. W ten sposób trafił w Polsce „pod strzechy”. Kasety z nagraniami jego piosenek zaczęły krążyć po kraju, a zbuntowana młodzież przy ogniskach grała na gitarach „A my nie chcemy uciekać stąd”, „Sen Katarzyny II”, „Mury” czy – jeśli ktoś miał na tyle umiejętności instrumentalnych – „Obławę”. Podróżował również po całym świecie, dając koncerty dla rozsianej Polonii. Choć w Australii witano go: „Panie Kaczmarkiewicz, pana nazwisko jest tu powszechnie znane…”, to jednak zyskał sobie wielu przychylnych słuchaczy i środki do utrzymania na niełatwej emigracji.

1 maja 1990 r. ponownie stanął na polskiej ziemi. Wtedy rozpoczął się też – w mojej opinii – najlepszy czas w twórczości Kaczmarskiego, który trwał aż do jego śmierci. Utwory, które wtedy powstawały, wolne już były zazwyczaj od politycznego piętna (choć nie zawsze – spójrzmy na „Rechot Słowackiego”, „Wojnę postu z karnawałem” czy „Reportaż Bośnia II”). Zasadniczo jednak Kaczmarski poświęcił się motywom egzystencjalnym. Powstał wtedy piękny, aczkolwiek mało znany program kolęd „Szukamy stajenki”, w którym Kaczmarski porzucił swą gitarę i zaśpiewał przy akompaniamencie profesjonalnych muzyków. Wnet rozczarowanie odzyskaną przez Polskę wolnością wzięło nad Kaczmarskim górę i postanowił wyjechać do Australii. Tam stworzył program „Dwie skały”, z którego oprócz „Śniadania z Bogiem”, „Powtórki z Odysei” czy „Trenu spadkobierców” mogę z czystym sumieniem polecić dowcipną „Wakacyjną przypowieść z metafizycznym morałem”, w której Kaczmarski opowiada o wyprawie na plażę ze swą córką w celu szukania muszelek.

Jednak najlepszy w mojej ocenie program poetycki stanowi zbiór wierszy „Mimochodem”, napisanych w 2000 i 2001 r. Jeden z nich – „Dwadzieścia lat później” – został napisany wprost na dwudziestą rocznicę powstania „Solidarności”. Od Kaczmarskiego, poproszonego o stworzenie piosenki na tę okazję, oczekiwano napisania czegoś w rodzaju „Murów” czy „Zbroi”. Tymczasem powstał utwór, w którym poeta gorzko rozprawia się z dawnymi muszkieterami, którzy porzucili ideały na rzecz doczesnych interesów. W konsekwencji rzecz jasna Kaczmarski nie wykonał tego utworu na oficjalnych obchodach dwudziestolecia „Solidarności”… Pozostałe utwory z tego programu to prosta w swej formie, ale niezwykle głęboka „Piosenka napisana mimochodem”, „Obłomow, Stolz i ja”, w której Kaczmarski przewidział nieco swą przyszłość w chorobie, czy „Legenda o miłości” – poetycki skrót życia zakochanych w sobie mężczyzny i kobiety.

Już podczas wykonywania programu „Mimochodem” Kaczmarski zauważył u siebie niepokojące utraty głosu, kaszle, bóle gardła. Jesienią 2001 r. lekarze stwierdzili pierwsze podejrzenia nowotworu. Kaczmarski jednak tak się przestraszył tego faktu, że nie powiedział o nim bliskim i sam chyba weń niezbyt wierzył. 12 stycznia 2002 r. w Paryżu wykonał swój ostatni koncert, a w marcu tego samego roku zdiagnozowano u niego rak płaskonabłonkowy przełyku. Zbiórki pieniędzy na niewiele się zdały – Kaczmarski nikł w oczach. Przeszedł zabieg tracheotomii. Paradoksalnie człowiek, który przez całe życie śpiewał, głos był istotą jego działalności, nagle zaniemówił. Rozpoczął pracę nad swoim ostatnim tomikiem poezji „Tunel”, wydanym już po jego śmierci.
Jacek Kaczmarski zmarł 10 kwietnia 2004 r. w Gdańsku, przyjąwszy przed śmiercią sakrament chrztu. „Brniemy, brniemy zaciekle dopóki życia staje danym za frajer Piekłem, rzadko dostępnym Rajem” (Dance Macabre, 19 sierpnia 2003).

Mój pierwszy kontakt z twórczością Kaczmarskiego miał miejsce gdy miałem pięć lat. Pamiętam, że ze zrozumiałych względów najbardziej podobał mi się wówczas utwór „Bajka o głupim Jasiu”. „Obławę” znałem na pamięć, przez mgłę pamiętam odtwarzaną na starym magnetofonie „Zbroję”. Do jego wierszy wróciłem mniej więcej w gimnazjum. Przeżyłem okres zafascynowania „Murami”, ale szybko zacząłem odkrywać fakt, że Kaczmarski wielkim poetą był, a nie zgoła pierwszym lepszym śpiewakiem. Poprzez wiele jego utworów sięgałem po książki, czytałem wiersze, oglądałem obrazy, do których Kaczmarski nawiązywał w swojej poezji. Zapewne do wielu tych pomników kultury i sztuki – gdyby nie wiersze Jacka – nigdy bym nie dotarł.

Wiem, że nie jestem w tym odosobniony. W pierwszej klasie liceum wziąłem udział w ogólnopolskim konkursie poświęconym poezji Kaczmarskiego. Spotkałem tam wielu ludzi w moim wieku, którzy z jego twórczością byli dobrze zaznajomieni. Mimo wysokiego poziomu udało mi się dotrzeć do finału i zająć pierwsze miejsce. W kolejnych latach poznawałem ludzi, starszych lub rówieśników, z którymi głęboko różniłem się poglądami politycznymi czy światopoglądowymi, a jedynym placem zgody, na którym mogliśmy się spotkać, była twórczość Kaczmarskiego. Do dziś wpleciona w wypowiedź fraza z któregoś z wierszy Kaczmarskiego powoduje uśmiech u tych, którzy znają ów utwór. A paradoksalnie, mimo fatalnego braku zainteresowania poezją barda ze strony szkoły, wśród młodych ludzi Kaczmarski jest niezwykle popularny. Powyższy artykuł zatem, choć znacznie pobieżny, traktuję jako hołd oddany zmarłemu dziesięć lat temu poecie.
Na koniec chciałbym przypomnieć mało znany utwór Kaczmarskiego, który w 2014 roku, będącym również trzydziestą rocznicą śmierci bł. Jerzego Popiełuszki, powinien na nowo wybrzmieć.

Epitafium dla księdza Jerzego
(wg obrazu Janusza Kaczmarskiego)


Nie wyje wiatr, nie szumi las i śnieg nie pada.

Grzmot się nie toczy i nie szarpią chmur pioruny.

Trwa niezmącona noc człowieka i owada

Pod fioletowym niebem od dalekiej łuny.


Świetlista przepaść się nad głową nie otwiera,

Nie wzywa do niej w trwodze Głos Gromowy -

I wszystko żyje, chociaż śpi - a ja umieram -

Ciemniejszy fragment mroku pozbawiony mowy.

Krew płynie ze mnie, coś mi jeszcze opowiada

O bólu takim, jaki się nikomu nie śnił.

I trójca gwiazd w ramiona Krzyża się układa

I ja ze wszystkich sił przyciskam Go do piersi.

Narada. Rozkaz. Myśl zdradziecka.

Akcja. Orzełek. Mundur. Ślad.

Minister. Premier. Rakowiecka.

Rozwaga. Prowokacja. Ład.

Może był krzyk, oprawców strach i smród benzyny,

Szczekanie psów, smak knebla, gorzki protest ciała.

Twarz na tle lasu z rtęcią potu albo śliny,

Głos: Patrz, jak bijesz, bo znajdziemy się w opałach.

Może z powrotem szybko szli po własnych śladach

I jeden, ręce wycierając, rzekł: ohyda.

A drugi drżał, potykał się i w lęku biadał -

Nie nad tym co uczynił - ale, że się wyda.

Nie wiem, skąd nagle pewność mam, że już mnie nie ma,

Że już mnie wchłonął Ten, kto wszystkich nas pomieści.

Jest cień na progu mroku, cień z Gwiazdami Trzema

Z czaszką u stóp, na której szara zieleń pleśni.

Ksiądz Jerzy. Syn. Męczennik. On.

Ojczyzna. Bóg. Czerwony smok.

Napis na płótnie. Tłum. Płacz. Dzwon.

"Bezkrwawy do historii krok".

Jacek Kaczmarski

1985

Jak wyśpiewał Kaczmarski w jednym ze swych utworów: „Lecz niech czyta, kto umie, niech nauczy się czytać! Niech powraca – do Słowa”. Z okazji rocznicy śmierci poety powróćmy do jego utworów – powróćmy do słowa.

Kajetan Rajski

wtorek, 20 maja 2014

Stanisław MICHALKIEWICZ

Trzy stronnictwa w sztucznej mgle

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    18 maja 2014
Ajajajajaajaj! Kakoj szkandał! Pani posłanka Krystyna Pawłowicz sprofanowała pana Władysława Bartoszewskiego, zatwierdzonego w charakterze „skarbu narodowego” jeszcze przez panią Magdalenę Albright, co to nie mogła się zdecydować, czy jest bardziej Serbką, czy jednak Czeszką. Drugim, a właściwie jakim tam znowu „drugim”; nie żadnym „drugim”, tylko pierwszym naszym „skarbem narodowym” był prof. Bronisław Geremek, nazywany przez tęże panią Albright „Drogim Bronisławem”. Jak jednak wiadomo, „Drogi Bronisław” zginął w wypadku komunikacyjnym, a wieść gminna głosi, że „był szczęśliwy aż do ostatniej chwili życia”, podobnie jak francuski prezydent Feliks Faure, o którym po jego śmierci też tak mówiono. W tej sytuacji pan Władysław Bartoszewski został naszym jedynym „skarbem narodowym”, więc trudno się dziwić, że niezależne media głównego nurtu jednym głosem krzyknęły z oburzenia, kiedy pani Pawłowicz nazwała go „pastuchem”. Takie rzeczy niestety się zdarzają, a nawet zdarzały się w starożytności, o czym w „Żywotach Cezarów” zaświadcza Swetoniusz Trankwillus opisując, jak to cesarza Klaudiusza spostponował pewien Grek, mówiąc mu: „I ty też jesteś staruchem i to głupim”. Krzyk oburzenia podniesiony w niezależnych mediach rozumiemy tym lepiej, że musiały one w tym jazgocie jakoś ukryć rewelacje ujawnione przez pana Pawła Piskorskiego, że niemiecka CDU przekazywała pieniądze Kongresowi Liberalno-Demokratycznemu. Podejrzewam, że CDU tylko te pieniądze przekazywała, natomiast mogły one pochodzić od niemieckiego wywiadu, który w ten sposób budował w naszym nieszczęśliwym kraju potężne dzisiaj Stronnictwo Pruskie. Podejrzewam też, że pan Piskorski mógł być inspirowany do szczerości przez Stronnictwo Ruskie, które mogło otrzymać zadanie pierwszego poważnego ostrzeżenie pana premiera Tuska, że jeśli nie przestanie wierzgać przeciwko ościeniowi, to podobnie śmierdzące dmuchy zaczną się pojawiać jeden po drugim. Początkowo niezależne media poszły za ciosem, ale potem ktoś musiał włączyć im surdynę, toteż podniosły krzyk oburzenia, a następnie zajęły się roztrząsaniem przyczyn uzyskania nagrody Eurowizji przez osobnika prezentującego się tam w postaci kobiety z brodą. Ale Stronnictwo Ruskie nie zrezygnowało i wkrótce niezależne media doniosły, że karambol, do jakiego doszło przez kilkoma dniami w miejscowości Kowiesy koło Skierniewic, mógł być spowodowany przez sztuczną mgłę, jaka powstaje tam w następstwie jej produkowania przez miejscowych sadowników, którzy w ten sposób chronią sady przed przymrozkami. Okazało się przy tym, że ci sadownicy dysponują bardzo wydajnymi urządzeniami do wytwarzania takiej mgły i nawet jedno takie zostało pokazane. Zważywszy iż te same media unisono i z wielką pewnością siebie wyśmiewały informacje o możliwości pojawienia się sztucznej mgły w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, a tym razem nikt nie ośmielił się na ten temat ironizować, nie można wykluczyć, iż polecenie snucia hipotezy sztucznej mgły pod Kowiesami jako przyczyny karambolu, mogło wyjść od jakiegoś ważnego oficera prowadzącego, jako kolejne poważne ostrzeżenie premiera Tuska. Toteż nic dziwnego, że w tej sytuacji premier Tusk postanowił schronić się za parawanem sztabu kryzysowego, który został zwołany w celu uchronienia naszego nieszczęśliwego kraju przed powodzią. Tej powodzi wprawdzie jeszcze nie ma, ale jak będzie trzeba, to wystąpi, a wtedy premier Tusk na czele sztabu antykryzysowego wystąpi jako unus defensor naszego nieszczęśliwego kraju. W ten sposób, przynajmniej częściowo, immunizuje się na zagrożenia płynące z pojawiających się poważnych ostrzeżeń.
To wszystko może być oczywiście efektem przypadkowej koincydencji, ale czy musi być rzeczą przypadku to, że hipoteza sztucznej mgły pod Kowiesami pojawiła się zaraz po tym, jak premier Tusk skrytykował węgierskiego premiera Orbana za żądanie autonomii dla Węgrów zamieszkałych na Rusi Zakarpackiej? Od tego żądania zdystansował się nawet pan prezes Kaczyński, który wprawdzie Wiktora Orbana podziwia i w ogóle - ale przecież nie do tego stopnia, by wspólnie z nim praktykować dbałość o interes państwowy, kosztem terytorialnej integralności Ukrainy. Bo Wiktor Orban postąpił zgodnie z preambułą nowej węgierskiej konstytucji, w której wpisano sformułowanie o „koronie Świętego Stefana” - co oznacza terytorium Węgier sprzed traktatu w Trianon z 4 czerwca 1920 roku, który był dla Węgier traktatem rozbiorowym, jako kara za uczestnictwo w I wojnie światowej po niewłaściwej stronie. Od Węgier amputowano około 2/3 terytorium, między innymi - Ruś Zakarpacką, którą Stalin po II wojnie światowej wziął sobie od Czechosłowacji i dołączył do Ukraińskiej SSR. To, że Polska wyrzekła się nie tylko swoich Kresów Wschodnich, ale nawet pamięci o nich, najwyraźniej nie jest dla węgierskiego premiera Orbana dostatecznym powodem, żeby robić to samo.
Bo nieubłaganie pryncypialne stanowisko naszych Umiłowanych Przywódców wynika z ich zaangażowania w świętą sprawę krzewienia demokracji na Ukrainie. Akurat władze w Kijowie wykonując kategoryczną sugestię Naszej Złotej Pani z Berlina, z wielkim przytupem urządziły spotkanie tamtejszych byłych prezydentów, Umiłowanych Przywódców, przewielebnego duchowieństwa wszystkich obrządków i tajemniczych osobistości, nazwały je „okrągłym stołem”, a zasiadający obok premiera Arszenika Jaceniuka u jego szczytu pełniący obowiązki prezydenta pan Turczynow zagroził separatystom, że zostaną „ukarani”. Wszystko to oczywiście być może, ale najwyraźniej ruska razwiedka musiała nacisnąć jakieś klawisze również w Ameryce, bo nagle tu i tam zaczęły pojawiać się obszerne relacje, że sytuacja na Ukrainie jest również rezultatem rywalizacji tamtejszych oligarchów, którzy wykorzystują zaistniały zamęt do umocnienia swej władzy w poszczególnych regionach. Taki np. Igor Kołomyjski, finansowy grandziarz, któremu premier Arszenik Jaceniuk wypuścił w arendę Dniepropietrowsk, zorganizował sobie prywatne wojsko, które, jako jedyne - jeśli oczywiście nie brać pod uwagę 400 amerykańskich komandosów, o których pisze niemiecki „Bild”, podobno walczy z separatystami. Widać zatem, że i ci oligarchowie próbują wykorzystać czas do 25 maja, kiedy to nowym ukraińskim prezydentem zostanie pan Piotr Poroszenko, który w tym celu kupił sobie polityczny przewrót jako „główny sponsor Majdanu”. Jest to z ich strony wyraz przezorności w sytuacji, gdy Julia Tymoszenko, brylująca przy „okrągłym stole” zagroziła niedawno, ze jeśli wybory prezydenckie 25 maja przegra, to urządzi „kolejna rewolucję”. Biorąc pod uwagę, że majątek pięknej Julii szacowany jest na co najmniej 17 miliardów dolarów, to może ona zasponsorować nie jeden, a kilka Majdanów z tysiącami „aktywistów”. W tej sytuacji nic dziwnego, że każdy oligarcha próbuje okopać się we własnym udzielnym księstwie, obstawić prywatnym wojskiem, bo wtedy nie będzie miało specjalnego znaczenia to, czy górę weźmie pan Poroszenko, czy piękna Julia. Przy tej okazji wydało się, że na łaskawym chlebie w ukraińskiej firmie kontrolowanej przez Janukowyczowego kolaboranta był Aleksander Kwaśniewski, który - żeby było śmieszniej - kolegował tam z synem wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, pana Bidena. Występując na konferencji prasowej Aleksander Kwaśniewski buńczucznie oświadczył, że jest znakomitym polskim „artykułem eksportowym”, na co nie mogą spokojnie patrzeć rozmaici „zawistni ludzie” Miał zapewne na myśli dawnych swoich kolegów z SLD, którzy ostentacyjnie wprost nie mogli uwierzyć w prawdziwość tych strasznych doniesień. Na razie niezależne media głównego nurtu podają wszystko jak leci, bo najwidoczniej ani Stronnictwo Pruskie, ani Stronnictwo Amerykańsko-Izraelskie jeszcze nie obmyśliło skutecznej taktyki odporu tej propagandowej ofensywy Stronnictwa Ruskiego. W tej sytuacji zaplanowana powódź wydaje się jakimś wyjściem z sytuacji, więc jeśli nawet by się nie pojawiła za sprawą sił natury, należałoby ją jakoś sprokurować.
Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 8 maja 2014

Koniec grożenia palcem


Koniec grożenia palcem - niezalezna.pl
foto: arch. GP
Dotychczasowe sankcje USA wobec Rosji były próbą straszenia. Obecnie wszystko wskazuje na to, że wchodzimy w fazę prawdziwych sankcji.

By były one skuteczne, muszą realnie uderzyć we Władimira Putina, który ma zdeponowane na Zachodzie co najmniej 40 mld dol., ale ich najważniejszym celem powinny być instytucje finansowe Rosji. Wówczas rozmaitym cwaniakom przestanie się opłacać robić interesy z Moskwą, bo ta będzie niewypłacalna. Taki obrót sprawy oznaczać będzie nabrzmiewanie konfliktu między USA a Niemcami, co dla Polski jestkorzystne, sprowadza się bowiem do wywierania nacisku na Berlin, by przestał angażować się po stronie Putina. Warto wspomnieć, że jeśli w tej rozgrywce przeciwko Putinowi Obama zdecyduje się wykorzystać sprawę katastrofy smoleńskiej, będzie to oznaczało natychmiastową śmierć polityczną Donalda Tuska.

poniedziałek, 5 maja 2014

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 4 maja 2014

Nim ochłoną ze zdumienia


Pełniący obowiązki prezydenta Ukrainy pan Turczynow i premier Arszenik Jaceniuk przyznali, że Kijów nie kontroluje sytuacji co najmniej w dwóch obwodach na wschodzie Ukrainy. A nie kontroluje, bo nie może liczyć ani na swoich urzędników, ani na tamtejszą milicję, ani na Gwardię Narodową, ani nawet na Służbę Bezpieki Ukrainy, które albo biernie oczekują rozwoju wypadków, to znaczy - kto ostatecznie weźmie górę i komu trzeba będzie się zameldować, albo wręcz przechodzą na stronę „separatystów”, którzy w związku z tym przejmują inicjatywę nie tylko w tych „co najmniej dwóch” obwodach, ale również w innych wschodnich prowincjach. Ta deklaracja wyjaśnia przyczyny, dla których władze w Kijowie próbowały wciągnąć na Ukrainę oddziały wojskowe z państw NATO, a w ostateczności - „błękitne hełmy” z ONZ. Ale amerykański sekretarz stanu John Kerry oświadczył, że NATO nie odda „ani guzika” - ale tylko z terytorium Paktu, do którego Ukraina nie należy między innymi dlatego, że stanowczo nie życzą sobie tego Niemcy.
Widać wyraźnie, że strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie jak dotąd wytrzymuje wszystkie próby niszczące, które zaaplikowały mu Stany Zjednoczone w ramach aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, do której właśnie powróciły po raz kolejny po sławnym „resecie”, czyli deklaracji prezydenta Obamy z 17 września 2009 roku. Najwyraźniej we wschodnich obwodach Ukrainy powtarza się scenariusz krymski z tą może różnicą, że tutaj Rosja raczej powstrzyma się, przynajmniej na początku, przed inkorporacją wschodnich obwodów do terytorium Federacji, zadowalając się umacnianiem miejscowych „republik”, za pomocą których przebije sobie korytarz do Krymu bez konieczności oficjalnego wprowadzania tam własnych wojsk - o czym wielokrotnie zapewniał Amerykanów rosyjski minister obrony Sergiusz Szojgu. Te „republiki” nie będą oczywiście uznawane przez większość państw, podobnie jak Południowa Osetia, czy Abchazja, ale to nie jest konieczne dla istnienia korytarza do Krymu, a przede wszystkim - dla przejęcia przez Rosję de facto kontroli nad uprzemysłowionymi obwodami Ukrainy, a więc do faktycznego rozbioru tego państwa.
Taka perspektywa skłania do zastanowienia, czy przypadkiem kijowski Majdan, którym tak się podniecali nasi Umiłowani Przywódcy, nie narodził się z inicjatywy ruskich szachistów, którzy przecież nie od dziś potrafią grać na wielu fortepianach jednocześnie, w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców, co to z uporem maniaka uderzają w jeden klawisz - albo w ten, albo w tamten. Starożytni Rzymianie powiadali: „is fecit cui prodest”, co się wykłada, że zrobił ten, kto skorzystał. Jak dotąd najwięcej na ukraińskim przewrocie skorzystała Rosja, która nie tylko przejęła Krym i nie musi teraz martwić się o dzierżawę bazy morskiej w Sewastopolu, ale wobec postępującej utraty kontroli nad wschodnimi prowincjami przez Kijów, wypełnia próżnię polityczną również i tam. Zarówno pełniący obowiązki prezydenta pan Turczynow, jak i premier Arszenik Jaceniuk wyszli na tym przewrocie jak Zabłocki na mydle, bo wprawdzie mianowali się dygnitarzami, ale właśnie kompromitują przed społecznością międzynarodową nie tylko siebie, ale - co jest niewątpliwie znacznie gorsze i potencjalnie brzemienne w skutki - całe ukraińskie państwo, które nie tylko coraz bardziej demaskuje się jako pseudonim sitwy skorumpowanych królewiąt zwanych „oligarchami”, ale również - jako rodzaj „państwa sezonowego”.
Myślę, że warto zatrzymać się na moment nad owymi „oligarchami”, a zwłaszcza podjąć próbę odpowiedzi na pytanie o ich związki z sowieckimi tajnymi służbami. Czy na przykład taki pan Piotr Poroszenko, który okazał się „głównym sponsorem Majdanu”, a obecnie wystawił swoja kandydaturę w zaplanowanych na 25 maja wyborach prezydenckich nie miał aby jakichś bliskich spotkań III stopnia z KGB? Przebieg jego dotychczasowej politycznej, a również i biznesowej kariery może na to wskazywać. Zatem nie można również wykluczyć, że pan Piotr Poroszenko zasponsorował kijowski Majdan w sekretnym porozumieniu z ruskimi szachistami, którym taki właśnie pretekst był potrzebny do dokonania rozbioru Ukrainy, w następstwie którego pan Poroszenko może liczyć na udzielne księstwo w postaci porozbiorowej resztówki. Dokładnie tak właśnie kombinował sobie w okresie „potopu” szwedzkiego książę Janusz Radziwiłł, który dla swoich kombinacji wymyślił pozory patetycznych patriotycznych uzasadnień, którymi uwiódł pana Kmicica. Czyżby zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi w ten sam sposób udało się wyprowadzić w pole nie tylko „aktywistów Majdanu”, ale i naszych Umiłowanych Przywódców, że ci - oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - wystąpili w roli pożytecznych idiotów?
Tego też wykluczyć się nie da. „Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka. To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse” - śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence „Rejtan, czyli raport ambasadora” - oczywiście Ottona Magnusa von Stackelberga, który w raporcie przesłanym Katarzynie tak charakteryzuje Polaków: „La liberte polonaise n’ayant jamais porte que sur l’imagination... a accoutume la nation au seul culte de l’appareil exterieur” - co się wykłada, że wolność polska zawsze skierowana w stronę wyobraźni, przyzwyczaiła naród do kultu działań zewnętrznych, a ściśle biorąc - do kultu pozorów. Ale wychowanie dzieci obejmuje również ich karcenie i jeśli z tego właśnie punktu widzenia spojrzymy na rewelacje ogłoszone niedawno przez byłego dygnitarza Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Platformy Obywatelskiej Pawła Piskorskiego, to można nabrać podejrzeń, że oto Stronnictwo Ruskie przystąpiło do karcenia Umiłowanych Przywódców naszego nieszczęśliwego kraju.
Mianowicie pan Piskorski przypomniał sobie, jak to w początkach lat 90-tych, kiedy to światło nie było jeszcze oddzielone od ciemności, niemiecka CDU futrowała finansowo Kongres Liberalno-Demokratyczny markami, które „aferałowie” wymieniali następnie po kantorach, w ten sposób wstępnie forsę przepierając. Tym razem niezależne media głównego nurtu zamiast zamilczeć roztropnie, podniosły hałasy, co oznacza, że pan Piskorski chyba nie działa samotnie. W tej sytuacji premier Tusk wszystkiemu zaprzeczył, a w szczególności - że KL-D otrzymał od CDU jakąś „pożyczkę”. Na to pan Piskorski przytomnie replikował, że on nie mówił o żadnej „pożyczce”, tylko o darowiznach.
W ten oto sposób dyskurs polityczny niebezpiecznie zbliżył się do „danych wrażliwych”, na co podczas przesłuchania u resortowej „Stokrotki” w TVN zwrócił uwagę Aleksander Kwaśniewski. Po pierwsze - zeznał, to wszystko wydarzyło się dawno, a poza tym, a właściwie nie tyle „poza tym”, co przede wszystkim - „tak nie można”. Ano, jużci prawda; pan Aleksander Kwaśniewski, kiedy tylko na skutek karygodnej lekkomyślności naszego mniej wartościowego narodu tubylczego został prezydentem Rzeczypospolitej, natknął się na publikację w tym samym tygodniku „Wprost”, który teraz wdał się w rozmowę z panem Piskorskim, a która wtedy dotyczyła krociowych sum, jakie PZPR kradła z Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego „Pewex” i lokowała na kontach w szwajcarskich bankach. Ile tego mogło być, na to wskazywała informacja, że w latach 1988-89, kiedy dyrektorem Pewexu był Marian Zacharski, PZPR wykorzystała 800 zezwoleń dewizowych, realizując zatem więcej niż jedno dziennie, zaś przykładowy transfer z jednego dnia obejmował 22 mln franków szwajcarskich i 750 tys. dolarów. I tak dzień w dzień przez co najmniej 18 lat - bo tyle lat istniał Pewex. Kto do tych pieniędzy ma dostęp, jaki robi z nich użytek i tak dalej - o tym sza. Aleksander Kwaśniewski bowiem zareagował na tamtą publikację pogróżką, że jeśli jeszcze chociaż jedno słowo ktoś na ten temat piśnie, to on zarządzi „lustrację totalną”.
Na takie dictum Jacek Kuroń i prof. Karol Modzelewski napisali do prezydenta Kwaśniewskiego list z propozycją, by już się nie kłócić, byle tylko premier Józef Oleksy, właśnie oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji, podał się do dymisji. I tak się stało - co pokazuje, że tajemnice III Rzeczypospolitej są przez naszych Umiłowanych Przywódców strzeżone w porozumieniu ponad politycznymi podziałami, podobnie jak wznoszą się oni ponad polityczne podziały, kiedy idzie o sprawy naprawdę dla naszego nieszczęśliwego kraju istotne. Mam tu na myśli zarówno Anschluss do Unii Europejskiej, jaki nastąpił 1 maja 2004 roku, jak i ratyfikację traktatu lizbońskiego. Czy jednak III Rzeczpospolita ma jakieś tajemnice wobec zimnego rosyjskiego czekisty Putina? Myślę, że przed nim żadnych tajemnic ona nie ma i dlatego rada, jaką Jacek Kaczmarski wkłada w usta ambasadora Stackelberga: „Dlatego radzę; nim ochłoną ze zdumienia, tą drogą dalej iść; nie grozi niczym to! Wygrać, co się da wygrać! Rzecz nie bez znaczenia, zanim nastąpi europejskie qui pro quo” - jest niestety, a właściwie właśnie nabiera coraz większej aktualności.
Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

niedziela, 4 maja 2014

Skwieciński dla wPolityce.pl: Gdyby wygrali Niemcy, to Polaków po prostu by nie było. Nie odmrażajmy sobie uszu na złość „Wyborczej”

fot. wikimedia commons
fot. wikimedia commons
Z wielkim oburzeniem przyjęli niektórzy artykuł Piotra Zarembyw którym autor krytykuje skłonność części prawicy, by „na złość mamie odmrozić sobie uszy” i by, skoro niektórzy nasi przeciwnicy relatywizują zbrodnie komunizmu, w odwecie zrelatywizować ludobójstwo hitlerowskie. A już najgorszym kamieniem obrazy było proste stwierdzenie Zaremby, że
w latach 1944-1945 to Armia Czerwona uratowała nas przed zagładą.
A przecież to jest stwierdzenie oczywistego faktu, z którego bynajmniej nie wynika konieczność sympatii do ZSRR, odczuwania wobec niego jakiejkolwiek wdzięczności itd.
Zasięg i skala zbrodni popełnionych na narodach, które miały nieszczęście czy to na skutek geopolitycznej przemocy, czy to na skutek własnego wyboru trafić do radzieckiej strefy wpływu (czy szerzej: do obozu międzynarodowego komunizmu) są wstrząsające i horrendalne. Do tego stopnia wstrząsające i horrendalne, że uzasadniają postawienie tezy, iż to właśnie bolszewizm, a nie faszyzm był największym złem, które w XX wieku dotknęło ludzkość. Albo przynajmniej równym złem. Nie wypowiadam się tu ani za, ani przeciw tej tezie. Ale to jest to teza poważna.
Tylko że oprócz refleksji w skali makro, czyli całej ludzkości jest jednak coś takiego, jak refleksja w skali mikro, czyli lokalnej. Bo przecież żadne zjawisko, dobre czy złe, nie rozkłada się „po równo”. Coś, co większości przyniosło dobro, jakiejś mniejszości mogło przynieść zło, i oczywiście odwrotnie. A jeśli mówić raczej nie o źle i dobrze w stanie czystym, tylko o ich mieszankach (czyli jeśli mówić o świecie realnym, a nie tym z prelekcji politruków najróżniejszych jedynie słusznych kierunków ideowych) to ta prawidłowość jest jeszcze bardziej oczywista. Coś, co w skali planetarnej niosło zagładę, w skali lokalnej mogło kogoś (nie tylko poszczególne osoby, również i zbiorowość, nawet cały naród) uratować.
I tak właśnie jest z Polakami i Armią Czerwoną. Jak napisał Paweł Hertz
oni nas nie wyzwolili, ale oni uratowali nam życie.
To lapidarne zdanie oddaje istotę rzeczy. Armia radziecka przyniosła nam oczywiście nowy terror i nową niewolę. Przyniosła rzeczywistość złą, a w niektórych aspektach straszną. Ale zarazem taką, którą naród mógł przetrzymać i przetrzymał. Tymczasem „za Niemca” byliśmy „następni po Żydach w kolejce do piachu”. Taka dosłownie wtedy mówiono; taka była wówczas powszechna świadomość naszych dziadków i pradziadków. A wszystko, co dziś wiemy o niemieckich zamierzeniach na okres po wygraniu przez III Rzeszę wojny, o Generalplan Ost i o ludobójczym szale, w jakim znaleźli się wtedy i zwykli Niemcy, i nazistowskie elity dowodzi, że była to intuicja prawidłowa.
Tymczasem Stalin, będąc oczywistym zbrodniarzem, mającym na rękach również masę polskiej krwi (i z czasów „operacji polskiej” NKWD w 1937 roku, i z lat 39-41, i z okresu późniejszego) nie planował jednak eksterminacji naszego narodu i jego likwidacji. I z naszego punktu widzenia to była zasadnicza różnica między nim a Hitlerem.
Oczywiście – można na to odpowiedzieć żachnięciem i przytoczeniem iluś tam przykładów radzieckich zbrodni. Przykładów prawdziwych, tylko że nic nie zmieniających. Bo celem Kremla nie była likwidacja Polaków, tylko ich sterroryzowanie i zniewolenie. Temu służyły te zbrodnie. Zaś zbrodnie niemieckie (oprócz tego, że kosztowały życie znacznie większej liczby naszych rodaków, niż radzieckie) były elementem łańcucha, zmierzającego do fizycznej likwidacji narodu.
Można też odpowiedzieć tak Józef Beck, który przed 1939 rokiem stwierdził, że
jeśli napadną na nas Niemcy, przegramy wolność; jeśli napadną Rosjanie, stracimy duszę.
Ładnie to brzmi, i nawet jest w tym coś z prawdy (jak prawie we wszystkim…). Ale jak uczy historia ze stanu „utraty duszy” potrafiliśmy się wydobyć, i w końcu zrzucić jarzmo. A ze stanu utraty życia (bo gdyby wygrał Hitler, to by nas po prostu fizycznie nie było, przynajmniej w Europie środkowej) raczej się nie wraca.
Coś, co z punktu widzenia Estończyka, Łotysza, Węgra czy antykomunistycznie nastrojonego obywatela któregoś z państw zachodnich było większym złem (czyli zwycięstwo Stalina nad Hitlerem) dla nas było złem mniejszym. Mniejszym, bo choć było straszne, niosło śmierć wielu najlepszym przedstawicielom narodu i wiele, wiele innego paskudztwa, to przynajmniej zapewniało Polakom przetrwanie.
I przecież to wszystko są „oczywiste oczywistości”, nad którymi nawet dyskutować trudno.
Ale wielu nie potrafi dostrzec tej oczywistości.
Jeśli jest to kwestia ograniczenia intelektualnego, to mniejsza. Ale są też tacy, którzy nie tyle nie potrafią, ile nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Bo boją się, że jak raz w swoim rozumieniu przyznają w czymś rację stronie przeciwnej, to cały ich świat ideowy się posypie. I widzą, że strona przeciwna bez przerwy proponuje im jakieś rodzaje relatywizmu. Sądzą więc, że jedyną reakcją, dającą im pewność nie zachwiania się w tej walce z przeważającym przeciwnikiem jest eskalacja własnego radykalizmu.
Tym osobom zasugerowałbym, żeby zastanowiły się, czy naprawdę pewne są własnych wyborów, jeśli tak bardzo obawiają się, że dostrzeżenie prostego i oczywistego faktu może je podważyć.
Piotr Skwieciński

sobota, 3 maja 2014

Relacje naocznych świadków wczorajszych wydarzeń w Odessie




Relacje naocznych świadków wczorajszych wydarzeń w Odessie : ... ruskie tituszki(ok. 700) miały pecha - zachciało im się napaść na proukraińska manifestację wtedy gdy w pobliżu przechodzili/wracali z meczu(Czarnomorec Odessa vs. Metalist Charków) kibice obu drużyn. Dodatkowo charkowianie mieli świeżo w pamięci jak tituszki pobiły ich kolegów w Charkowie, wiec natychmiast ruszyli na pomoc bitym pałkami, prętami i brukowcami manifestantom. Większość tituszek jak zauważyli co się dzieje zaczęli uciekać do swego obozowiska namiotowego na ul. Kulikowe Pole, a cześć do domu związków zawodowych, gdzie chcieli się zabarykadować i bronić. Uciekając strzelali do kibiców i manifestantów zabijając 4 osoby i raniąc kilkanaście innych. To rozwścieczyło do białości kibiców, którzy spalili namioty separatystów i rzucili sie w pościg za tą częścią tituszek, która uciekała w stronę bud. związków zawodowych. Kiedy tituszki tam dobiegli, widząc ścigających ich kibiców i odesczan zabarykadowali wejście i je podpalili butelkami z benzyną, aby odgrodzić sie od atakujących. Pożar szybko się rozprzestrzenił obejmując prawie cały parter i zmuszając bandytów do uciekanie na kolejne, wyższe pietra. Akcję straży pożarnej początkowo uniemożliwiali sami tituszki rzucając z górnych pieter butelki z benzyną, kamienie, meble, a także oddając strzały z posiadanej broni palnej. Dopiero kiedy zorientowali się, ze płonie już cały parter i zaczyna się palić I piętro, a gęsty trujący dym uniemożliwia oddychanie przestali walczyć i zaczęli wołać o pomoc i wyłazić na parapety górnych pieter. Rozwścieczeni kibice nie chcieli ich wypuścić ale odesczanom udało się ich trochę uspokoić i zaczęto ściągać tych z parapetów i wywozić po cichu resztą milicynymi wozami od tyłu budynku. Ogółem zatrzymano ponad 130 osób, a 36 tituszków się zaczadziło. Rzecz charakterystyczna ŻADEN z nch NIE był mieszkańcem Odessy a duza część była obywatelami FR i Naddniestrza. Reszta to Ukraińcy z różnych regionów opłaceni przez "nieznanych" ludzi ;-). Tak właśnie wyglądało naprawdę "bestialskie"(wg. mediów rosyjskich) znęcanie się nad bezbronnymi kobietami i dziećmi, które przybyły "pokojowo" zamanifestować miłość do Putina i FR.

Co dalej z wojną

Co dalej z wojną na Ukrainie? Paweł Kowal: „Putin rozumie, że Zachód nie jest gotowy do działania i postępuje dalej…” NASZ WYWIAD

thenews.com
thenews.com
wPolityce.pl: Rośnie napięcie na Ukrainie. Tamtejszy premier przekonywał, że decydujące będzie najbliższych dziesięć dni. Okazuje się, że jego słowa były prorocze - na południu dochodzi do kolejnych zamieszek, rośnie liczba rannych i ofiar. Wybory na Ukrainie są jednak nie za dziesięć, ale za ponad 20 dni. To będą decydujące cztery tygodnie?
Paweł Kowal, europoseł i polityk Polski Razem: Władimir Putin już dwa tygodnie temu wyraźnie powiedział, że jego celem jest tzw. Noworosja, czyli południowe tereny Ukrainy, więc Jaceniuk wiedział, co mówi, a zachodni politycy powinni się zastanowić nad swoją pamięcią. To normalna próba desantu na południu Ukrainy, choć w tych terenach mamy do czynienia z nieco inną sytuacją niż na wschodzie - Rosjanie znajdą tam mniejszą liczbę miejscowych chętnych do rozróby, więc zostały zastosowane inne metody, ale plan jest jednoznaczny. Ponieważ Zachód nie zareagował w sposób adekwatny, nie rozpoczął realnego procesu odstraszania Rosji, to mamy do czynienia z następnymi krokami. Nie ma w tym nic dziwnego.
Jednym ze strategicznych celów jest stworzenie Unii Europejskiej-bis, czyli nowego imperium rosyjskiego jako partnera dla UE, ale taktycznie pierwszym celem Rosji jest to, by nie dopuścić do wyborów na Ukrainie 25 maja i utrzymać stan destabilizacji jako coś permanentnego. Taki scenariusz po 2-3 latach byłby uzasadnieniem w ustach dyplomatów rosyjskich, by w rozmowach z Unią Europejską czy Stanami Zjednoczonymi domagać się dla Ukrainy takiego statusu, jaki podyktuje Rosja.
W wyobrażeniu Rosji 25 maja na zachodzie Ukrainy odbywają się w miarę normalne wybory, a na wschodzie szaleją rozróby i trwają zamieszki. Czy przy realizacji takiego scenariusza, wybory zostałyby uznane za wiarygodne?
Każdy rozumie, że te wybory, by miały pełną legitymizację, muszą odbyć się na całym terytorium Ukrainy. Wiadomo, że jest wyłączony Krym, wiadomo, że w części obwodu donieckiego czy ługańskiego te wybory nie będą się mogły odbyć, ale mimo wszystko to część południa. Próba destabilizacji południowej części Ukrainy ma za zadanie wywołać wrażenie, że Ukraina nie jest gotowa do przeprowadzenia wyborów. A i w Kijowie są politycy, którzy chcieliby, by wybory zostały przełożone.
Kogo ma pan na myśli?
Na przykład Julię Tymoszenko.
Jak duże jest prawdopodobieństwo, że dojdzie do rosyjskiego scenariusza destabilizacji Ukrainy podczas wyborów?
Decydujące są najbliższe dni - i w tym sensie Jaceniuk ma rację – to w najbliższych dniach rozstrzygnie się, czy Rosji udało się oderwać kawałek Ukrainy na południu. Jeżeli Putinowi uda się to zrobić, to moim zdaniem jest to koniec Ukrainy - nie tylko w tym kształcie terytorialnym, ale również politycznym. Oznacza to tak poważne klęski rządu w Kijowie, że kwestią czasu stanie się destabilizacja Kijowa – już nie na tle separatystycznym, bo Kijów jest nastawiony patriotycznie – ale w postaci pretensji innych sił politycznych do obecnego rządu na Ukrainie, że nie utrzymał całości terytorium.
Mówił pan o niewystarczającej reakcji ze strony Zachodu na to, co się dzieje na Ukrainie. Czego należy oczekiwać po działaniach UE czy NATO?
Odpowiedzi są udzielone dawno: chodzi przede wszystkim o prawny status Rosji. Zgodnie z wszystkimi normami międzynarodowymi kraj, który zajmuje terytorium swojego sąsiada, okupuje go, jest agresorem. Natomiast Zachód prowadzi z Rosją rozmowy, jak gdyby ta była partnerem w pokojowym rozwiązaniu tej sytuacji. Rosja zgłasza terytorialne pretensje do sąsiada, czego w Europie nie było od kilkudziesięciu lat, a Zachód udaje, że tego nie widzi. Nie mówimy o reakcji militarnej, ale formalnej, która nie nastąpiła. Po drugie – jeśli chodzi o kwestie obrony – mieliśmy dużowięcej słów niż realnych działań tak po stronie NATO, jak i po stronie UE. Putin odebrał to antyrosyjskie gadanie bez konkretnej reakcji jako wyraz słabości. I dlatego posunął się dalej. Europa nie stworzyła mechanizmu odstraszania.
Mało, że nie stworzyła mechanizmu odstraszania: nie zrezygnowała też z dozbrajania Rosji, co najlepiej widać na przykładzie Francji.
Dokładnie tak. Projekty zbrojeniowe niemiecko-rosyjskie i francusko-rosyjskie są w zasadzie kontynuowane, a Mistrale gotowe do wysłania. Wreszcie w najbardziej wrażliwej dziedzinie energetyki nic się nie zmieniło. U nas się mówi o idei unii energetycznej, która może kiedyś powstać, a może nie, a Gazprom wykorzystuje każdą minutę. Istnieje szereg kontraktów, które są w tej chwili podpisywane i realizowane. Chodzi o kontrakty na South Stream, umowę Austrii z Gazpromem na końcówkę gazociągu… Mógłbym wyliczać całą litanię podobnych sytuacji. Mamy taką sytuację, że my się cieszymy jakimiś pomysłami na przyszłość, a tracimy cenny czas – mówię to także o polskim rządzie – a nie następują działania, które mogą odstraszyć Rosję. Putin rozumie, że Zachód nie jest gotowy do działania i postępuje dalej.
Brzmi to pesymistycznie.
Realistycznie. Dzisiaj część polityków nie chce mówić słowa „wojna”, bo ludzie nie chcą tego słyszeć, część opinii publicznej w ogóle nie chce mówić o Ukrainie, bo ta kwestia przestała się klikać na portalach i czytać w gazetach, a uważam, że w Polsce powinno być kilku polityków, którzy mówią, jak jest. Nie powiedziałem niczego, czego nie mógłby dostrzec trzeźwo myślący człowiek, jeśli się dobrze rozejrzy.
Wspomniał pan o syndromie wyparcia i tym, że ludzie nie chcą już słuchać o Ukrainie. W jakimś stopniu wszyscy przyzwyczailiśmy się do permanentnej obecności Rosji na Ukrainie.
60 lat nie było w tej części świata regularnej wojny. Proszę zwrócić na wymiar propagandowy tej wojny: ludzie pytają, kiedy Rosjanie wkroczą na Ukrainę. A przecież oni już dawno wkroczyli! Ostatnio mieliśmy dość zabawną, choć smutną sytuację - rebelianci i Rosjanie zestrzeliwują śmigłowiec, a media podają, że ci łaskawie uratowali pilota… którego wcześniej zestrzelili! Szaleństwo.
To także propaganda językowa. Mówi się o „separatystach”, jak gdyby przyjechali znikąd. Czy to właściwa terminologia?
Problem separatyzmu istnieje, bo jest związany z terroryzmem. W sprawie o której mówimy, mamy jednak do czynienia ze stroną – to nie są separatyści, którzy powstali samorzutnie. Ta wojna będzie opisywana w podręcznikach jako bardzo specyficzna, natomiast nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z agresorem, którym są Rosjanie. Ma pan jednak rację, że należy się zastanowić nad terminologią – trzeba pomyśleć, czy powinniśmy używać terminu „wojna domowa” - ponieważ mamy tu do czynienia z agresorem zewnętrznym.
Powstaje też kwestia społeczeństw państw UE. Jeśli dziś Ukraina jest na Zachodzie Europy traktowana jako strefa, którą należy odpuścić Rosji, to jak zareagują na Estonię, Łotwę czy wschodnią Polskę?
Skala szaleństwa w tej sprawie jest olbrzymia – proszę zwrócić uwagę, że nawet w Polsce, po prawej stronie sceny politycznej, pojawiły się sugestie, by nie interesować się tym, co się dzieje na Ukrainie. By Polska uznała swoją neutralność.
Mówi Pan o Januszu Korwin-Mikkem.
Tak. Wzywanie Polski, by udawała, że nie widzi i nie słyszy, to wzywanie osoby, która jest zagrożona gwałtem, by gwałtowi się poddała. To szalony plan polityczny, w którym Polska ma demonstrować powolność wobec agresora – konsekwencja tego może być tylko jedna: naciski na Polskę. To stwarzanie przestrzeni do nacisków na Polskę.
Patrząc z perspektywy czasu, nie żałuje pan chyba jednak, że nie udało się nawiązać współpracy między Polską Razem a Kongresem Nowej Prawicy?
Czytając oświadczenie KNP zrozumiałem, że między nami – niezależnie od podobieństw – jest rów i przepaść, jeśli chodzi o rozumienie stosunków międzynarodowych. Nigdy nie byłem zwolennikiem tej współpracy, szanuję wielu ludzi, którzy popierają KNP, ale to dzisiaj nie ma znaczenia. Sytuacja, w której partia, która ma się za wolnorynkową, sugeruje spiski kapitalistyczne, poddaje krytyce NATO i snuje teorie spiskowe na temat planów wojennych, Paktu Północnoatlantyckiego, wzywa do neutralności i de facto wystąpienia z NATO i UE, jest szalona. Myślę, że wszyscy, którzy rozważają poparcieKNP, powinni się w ciszy zastanowić, co z tym zrobić.