piątek, 27 kwietnia 2012

Postępaki w służbie Świętego Spokoju – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2009-11-21 3:01 pm 
Życie człowieka postępowego raczej usłane jest różami, ale wiadomo, że nie ma róży bez kolców. A z kolcami nigdy nic nie wiadomo; nie tylko potrafią kłuć znienacka, ale w dodatku – w takie miejsca, że trudno zachować się – jak mawiał Jan Kobuszewski – „z godnościom osobistom”. A taki właśnie casus pascudeus przytrafił się pani red. Halinie Bortnowskiej, przewodniczącej rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i działaczy stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita”, zwalczającego ksenofobię mniej wartościowego narodu tubylczego. Pokrywa się to zresztą z działalnością Helsińskiej Fundacji, która wygrała przetarg na usługi delatorskie na rzec z wiedeńskiej Agencji Praw Podstawowych, monitorującej mniej wartościowe narody europejskie pod kątem antysemityzmu, ksenofobii i homofobii. I wszystko pod każdym, a zwłaszcza finansowym względem wyglądało znakomicie, kiedy coś podkusiło zamieszkałą we Włoszech panią z fińskim paszportem do zaskarżenia państwa włoskiego z powodu krzyża wiszącego na ścianie sali publicznej szkoły. Trybunał w Strasburgu uznał, że „wieszanie krzyży w klasach to naruszenie prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”.
Ciekawe dlaczego strasburski trybunał nie chce napiętnować zmuszania rodziców przekonanych o szkodliwości obowiązku szkolnego do posyłania własnych dzieci do szkół – ale nie o to w tej chwili chodzi, tylko o dysonans poznawczy, jaki orzeczenie strasburskiego trybunału wywołało u pani red. Haliny Bortnowskiej. Nie chodzi przy tym o nią osobiście, chociaż jest ona osobą reprezentatywną dla tzw. katolików postępowych, co to na różnych eleganckich sympozjonach ekumenicznie piją sobie z dzióbków, ale o ukazanie na jej przykładzie sposobu rozstrzygania rozterek między religią i postępem. Pani redaktor Bortnowska, rozważając w „Gazecie Wyborczej”(„Gdzie krzyże”) różne „za” i „przeciw”, dochodzi do konkluzji następującej: „Miałabym do zasugerowania jeszcze inny projekt: przenieść znaki do przestrzeni osobistej. Religia jest przecież sprawą osobistą (…). Czuję, że projekt jest odważny. Ale może odwagi potrzeba.
Otóż pani red. Halina Bortnowska jak zwykle się myli. Projekt wcale nie jest „odważny”, tylko jak najbardziej konformistyczny, bo pod pozorem przełamującej różne stereotypy oryginalności usiłuje przeforsować postulat wyrażony w haśle „państwa neutralnego światopoglądowo”. Jest to sztandarowe hasło marksizmu kulturowego, narzucane obecnie europejskim narodom poprzez ustawodawstwo Unii Europejskiej. Jako postulat polityczny, jest ono oczywistym nonsensem, ponieważ podstawową funkcja każdego państwa jest ustanawianie praw. Ustanawiając prawa, państwo arbitralnie decyduje, jaka etyka obowiązuje na terenie publicznym, a ponieważ każda etyka zakotwiczona jest w konkretnym światopoglądzie, który dostarcza uzasadnienia dla etycznym norm i ich hierarchii, to narzucając konkretną etykę, jako podstawę systemu prawnego, państwo siłą rzeczy preferuje uzasadniający ją światopogląd, a zatem – nie jest „światopoglądowo neutralne” i być nie może. Dlatego hasło neutralności światopoglądowej państwa służy wyłącznie do rugowania z przestrzeni publicznej etyki chrześcijańskiej, jako podstawy systemu prawnego i narzucenia w tym charakterze zasady demokratycznej – to znaczy tego, co aktualnej większości wydaje się słuszne.
Jest to jednoczesne uderzenie w trzy fundamenty cywilizacji łacińskiej: w grecki stosunek do prawdy, w zasady rzymskiego prawa i w etykę chrześcijańską, uderzenie obliczone jeśli nie na zniszczenie cywilizacji łacińskiej, to przynajmniej – na jej bastardyzację. Dotychczas tego rodzaju operacje dokonywane były albo w imię socjalizmu, albo w imię ateizmu. Pani red. Halina Bortnowska próbuje robić to w imię chrześcijaństwa. Ale to oczywiście tylko pozór, bo swoją „odważną” propozycją rugowania „znaków” z przestrzeni publicznej do „osobistej” pokazuje, że służy bardzo popularnemu wśród postępaków bożkowi, któremu na imię Święty Spokój.
Stanisław Michalkiewicz
Felieton   „Nasz Dziennik”   21 listopada 2009

niedziela, 15 kwietnia 2012


Siedem zgonów smoleńskich

Posted in ■ aktualności■ historia by Maciejewski Kazimierz on 15 Kwiecień 2012
Czy ci, którzy za dużo wiedzieli o tragedii smoleńskiej musieli zginąć?

Trudno bez szczegółowej wiedzy wyrokować, łatwiej stawiać tezy, ale obowiązkiem mediów jest informowanie, a nad zgonami osób związanych z katastrofą smoleńską wciąż w środkach masowego przekazu panuje grobowa cisza (grobowa par excellence). 10 kwietnia to nie tylko śmierć 96 osób z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. To także śmierć siedmiu innych, których odejście owiane jest do dzisiaj tajemnicą.
Grzegorz Michniewicz
23 grudnia 2009 r. (czyli po ustaleniu wizyt w Smoleńsku przez Tuska i Putina) ginie Grzegorz Michniewicz, dyrektor generalny Kancelarii Premiera Tuska (z oficjalnej informacji wynika, że powiesił się na kablu od odkurzacza). Michniewicz podlegał Tomaszowi Arabskiemu. Zginął w dniu, kiedy do Polski po remoncie z szeregiem usterek powrócił Tu-154M. Ten sam, który kilka miesięcy później rozbił się pod Smoleńskiem. Śmierć Michniewicza zaskoczyła wszystkich, którzy go znali. Nikt nie widział w nim potencjalnego samobójcy. Dyrektor w Kancelarii Premiera Tuska jeszcze tuż przed mniemanym samobójstwem dzwonił do żony, umawiając się na następny dzień. Wysyłał SMS-y do znajomych. Śmierć Michniewicza w dużej mierze została przez media przemilczana.
Bp Mieczysław Cieślar
18 kwietnia 2010 r. w wypadku samochodowym ginie ewangelicki biskup Mieczysław Cieślar. Miał być następcą ks. Adama Pilcha, pełniącego obowiązki naczelnego kapelana ewangelickiego w Wojsku Polskim, który poniósł śmierć w Smoleńsku. Cieślar zajmował się w sposób ekspercki sprawami inwigilacji środowisk protestanckich przez Służbę Bezpieczeństwa PRL. Media sprawę śmierci Cieślara przemilczały.
Krzysztof Knyż
2 czerwca 2010 r. Krzysztof Knyż zmarł w Moskwie na sepsę (według oficjalnej wersji). Co ciekawe, zachodnia prasa pisała, że został zamordowany we własnym mieszkaniu. Był operatorem kamery “Faktów” TVN. Miał sfilmować podchodzenie do lądowania polskiego samolotu prezydenckiego na lotnisku w Smoleńsku. Według dostępnych informacji był jednym z pierwszych reporterów, któremu udało się znaleźć w miejscu wypadku, zanim rosyjskie siły specjalne zmusiły ich do opuszczenia terenu. Czy materiał, który sfilmował, był prawdziwą przyczyną śmierci Knyża? Na to pytanie media nie szukały odpowiedzi. TVN, dla którego zmarły operator pracował, podał jedynie krótką informację o śmierci operatora.
Prof. Marek Dulinicz
6 czerwca 2010 r. ginie w wypadku samochodowym prof. Marek Dulinicz, szef grupy archeologicznej, która niebawem miała wyjechać do Smoleńska i rozpocząć prace badawcze na terenie upadku Tu-154M. Dulinicz miał być inicjatorem tej ekspedycji. Aktywnie starał się o przyspieszenie wyjazdu. Do misji archeologicznej w Smoleńsku doszło dopiero pięć miesięcy po jego śmierci. Prace polskich archeologów prowadzone były na potrzeby rosyjskiej, a nie polskiej prokuratury, czyli każde znalezisko będące dowodem w śledztwie mającym ustalić przyczyny katastrofy, było od razu oddawane Rosjanom. Śmierci Dulinicza media “salonu” nie odnosiły w kontekście innych tajemniczych zgonów po katastrofie.
Siergiej Tretjakov
W czerwcu 2010 r. w Stanach Zjednoczonych ginie Siergiej Tretjakov, uciekinier z Rosji, były agent KGB, a potem Służby Wywiadu Zagranicznego (SVR), który w 2000 roku podjął współpracę z Amerykanami. Według dziennikarzy włoskiego tygodnika “L’Espresso”, o czym informowała “Nasza Polska” w zeszłym numerze, międzynarodowi obserwatorzy nie wierzą w naturalną śmierć byłego funkcjonariusza SVR, który miał umrzeć na zawał serca (swego czasu podano, iż zmarł, zachłysnąwszy się kawałkiem mięsa). Z dokumentów opublikowanych przez WikiLeaks wynika, że agent Tretjakow korespondował z szefem Stratforu, jednej z agend CIA. W korespondencji dokonał rekonstrukcji wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. 12 dni po katastrofie konkludował: “Rosjanie mają takie plany (scenariusze), aby zabić innych zachodnich przywódców, które mogą być wykonane”. Tretjakov zwrócił przy tym uwagę, że złe stosunki między Władimirem Putinem a Lechem Kaczyńskim nie były tajemnicą. Sprawą zajęły się media zagraniczne, ale niestety polskie śmierć tę przemilczały.
Eugeniusz Wróbel
15 października 2010 r. w Zalewie Rybnickim znaleziono poćwiartowane zwłoki Eugeniusza Wróbla. Ta szósta smoleńska śmierć wydaje się najbardziej dramatyczna i pozostawiająca po sobie najwięcej pytań. Wróbel był wybitnym ekspertem zajmującym się m.in. sprawami stricte lotniczymi. W niektórych dziedzinach był uważany za największego specjalistę w Polsce. Zajmował się tematyką komputerowych systemów sterowania lotem samolotów, precyzyjną nawigacją satelitarną dla lotnictwa, przepisami i prawem lotniczym. Był wiceministrem transportu w rządzie PiS. Według ustaleń prokuratorskich został zabity i poćwiartowany przez własnego syna, który najpierw przyznał się do zbrodni, a następnie jej zaprzeczył. Syn błyskawicznie został uznany za niepoczytalnego i odizolowany poprzez poddanie obserwacji psychiatrycznej. Do śmierci Wróbla jego rodzina była uważana za wzorową. Nic nie wskazywało na chorobę psychiczna syna. Pokój, w którym miał dokonać zbrodni, nie zawierał żadnych śladów świadczących o ćwiartowaniu piłą. Trudno wyobrazić sobie szaleńca tnącego piłą własnego ojca, który następnie z pietyzmem doprowadza pokój do czystości. Minister Wróbel, ekspert komisji sejmowej badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, zdążył wypowiedzieć wiele krytycznych opinii na temat upadku tupolewa.
Dariusz Szpineta
2 grudnia 2011 r., podczas urlopu w Indiach, w hotelowej łazience powiesił się lub został powieszony 39-letni Dariusz Szpineta, założyciel firmy Ad Astra Executive Charter, pilot, ekspert lotniczy, autor opracowania “Operacja »Kłamstwo smoleńskie«”, w którym poddał krytycznej analizie dokumentację lotu rządowego tupolewa do Smoleńska 10 kwietnia 2010 roku. Dwa lata wcześniej ujawnił prokuraturze fakty korupcji w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego, gdzie za łapówki handlowano licencjami pilota. Wcześniej parokrotnie wypowiadał się w mediach w sprawie Smoleńska, wskazując, że lot Tu-154M był lotem wojskowym. Znajomi z 13-osobowej grupy, która pojechała do Indii, mówią, że przed śmiercią był w dobrym nastroju. Dariusz Szpineta był zawodowym pilotem i instruktorem pilotażu oraz wielkim miłośnikiem lotnictwa. Media przemilczały i tę śmierć…
Robert Wit Wyrostkiewicz • NASZA POLSKA
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze “Naszej Polski” Nr 14 (857) z 3 kwietnia 2012 r.

Mikołaj Dowgielewicz

Mikołaj Dowgielewicz, sekretarza stanu w MSZ. Odpowiada on za politykę europejską i jest jednym z głównych architektów spolegliwej wobec Brukseli (której był urzędnikiem) i wasalnej wobec Berlina (od którego zależą najlepsze posady w strukturach europejskich) polityki rządu Donalda Tuska. To on programował prezydencję polską w UE, on brał udział w negocjacjach fatalnego dla Polski paktu fiskalnego. O Mikołaju Dowgiele- wiczu było głośno przed 4 laty, gdy toczyła się debata nad ratyfikacją osłabiającego pozycję Polski w UE traktatu lizbońskiego. Wtedy pojawiła się informacja, że ówczesny szef Komitetu Integracji Europejskiej - który miał dbać o interesy Polski w Komisji Europejskiej - jest jednocześnie pracownikiem Komisji Europejskiej na urlopie bezpłatnym. Z tej pracy nie zrezygnował i miał zagwarantowany powrót na równorzędne - oczywiście znakomicie opłacane - stanowisko. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny element ujawniony 4 lata temu, że Mikołaj Dowgielewicz miał wtedy do spłacenia kredyt w wysokości ponad 320 tys. euro zaciągnięty podczas pracy dla struktur europejskich. Wówczas nawet zajmująca się korupcją Grażyna Kopińska z Fundacji Batorego uważała, że minister nie może się zdecydować, czyim jest urzędnikiem. Widoczny był więc klasyczny konflikt interesów, bo w takiej sytuacji, gdy wystąpi różnica zdań między Warszawą a Brukselą, to Mikołaj Dowgielewicz być może nie będzie twardo negocjował, by nie narażać się Komisji Europejskiej.
Od 2 maja Mikołaj Dowgielewicz rozstaje się z pracą w rządzie Donalda Tuska i będzie pełnił funkcję wicegubernatora Banku Rozwoju Rady Europy. Bez poparcia Berlina nie dostałby tej sowicie wynagradzanej posady. Mikołaj Dowgielewicz jest kojarzony z tzw. korporacją Geremka, a więc grupą osób wprowadzoną do służby dyplomatycznej i struktur państwa zajmujących się integracją europejską przez tego byłego ministra spraw zagranicznych. W przeszłości Dowgielewicz był szefem zespołu ds. zagranicznych Unii Wolności, pracował m.in. w gabinecie politycznym ministra spraw zagranicznych Bronisława Geremka, był członkiem Rady Politycznej Unii Wolności.


Nasz Dziennik  Jan Maria Jackowski

Macierewicz: Jeśli to nie był zamach, to co?

Macierewicz: Jeśli to nie był zamach, to co? - niezalezna.pl(foto. Tomasz Hamrat/Gazeta Polska)
Wiemy już, że ani błąd pilota, ani brzoza nie spowodowały tragedii. I wiemy, że na pokładzie mogło dojść do eksplozji.

Jeszcze rok temu nikt chyba nie wierzył, że rychło uda się wyjaśnić tajemnicę katastrofy smoleńskiej. Wydarzenia związane z tą tragedią powszechnie porównywano ze zbrodnią katyńską. Analogii jest tak wiele, że obezwładniają: arogancja władz rosyjskich, otwarta niechęć rządu Donalda Tuska,dessinteresment Zachodu skonfundowanego postawą polskiego rządu. A jednak mimo to po 24 miesiącach zespół parlamentarny wspierany przez patriotyczne media, anonimowych badaczy, naukowców zagranicznych i polskich nie tylko obalił rosyjską wersję wydarzeń, lecz także przedstawił najbardziej prawdopodobną hipotezę przyczyn i przebiegu katastrofy.

Samolot rozerwały eksplozje

To, co się stało na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r., najlepiej oddaje konkluzja raportu nr 456 firmy Grzegorza Szuladzińskiego Analytical Service Company.

„Najprawdopodobniejszą przyczyną katastrofy były dwa wybuchy tuż przed lądowaniem. Jeden z nich miał miejsce na lewym skrzydle, około połowy jego długości, i spowodował wielkie lokalne zniszczenie, w rezultacie rozdzielając skrzydło na dwie części. Efekt wtórny to naruszenie wiązań między frontowym kadłubem i resztą statku powietrznego. Drugi wybuch, wewnątrz kadłuba, spowodował jego gruntowne zniszczenie i rozczłonkowanie. Samo lądowanie (czy upadek) w terenie zadrzewionym, wszystko jedno jak nieudane i pod jakim kątem, nie mogło w żadnym wypadku spowodować takiego rozczłonkowania konstrukcji, które zostało udokumentowane”.

Do tej konkluzji nasi eksperci dochodzili nie tylko bardzo żmudnie, ale przede wszystkim z wielkimi oporami. Bardzo trudno było przyjąć do wiadomości, że Lech Kaczyński i wielka część polskiej elity zostali zamordowani z zimną krwią. Bo choć ustalone fakty nie przesądzają politycznej interpretacji wydarzeń (eksplozje mogli spowodować np. islamscy terroryści), to sam fakt mrozi krew w żyłach, a jego polityczne konsekwencje są ogromne.

Znaczenie ma także brutalna kampania polityczna i propagandowa od momentu tragedii, zakazująca wręcz badania hipotezy zamachu. Hipotezy, którą w normalnych warunkach rozpatrywano by jako najbardziej prawdopodobną. Dlatego też gdy blisko miesiąc temu otrzymałem pierwszy projekt raportu nr 456 autorstwa firmy Analytical Service Company Grzegorza Szuladzińskiego z Sydney, przede wszystkim zacząłem szukać w nim błędów. Trwało to dość długo, przez co autor był zaniepokojony, czy to aby nie strach sprawia, że odkładamy publikację. A to rzeczywiście był strach.

Zbyt wiele jednak faktów się zgadzało, w zbyt dużym stopniu analiza Szuladzińskiego pasowała do badań, które wcześniej przeprowadzili i zespół prof. Kazimierza Nowaczyka, i prof. Wiesław Binienda, i wreszcie inni nasi eksperci.

Badania trajektorii lotu, skrzydła i kadłuba

Zespół prof. Nowaczyka przeanalizował więc na podstawie zapisów systemów TAWS i FMS pionową i poziomą trajektorię lotu oraz wykazał, że po pierwsze Tu-154M nigdy nie uderzył w brzozę, gdyż przeleciał kilkanaście metrów nad nią, po drugie zaś gwałtowna zmiana kursu samolotu przed samą katastrofą dokonała się wcale nie zaraz za brzozą, lecz ponad 140 m dalej. Badania zespołu wskazują, że samolot nigdy nie zszedł poniżej 20 m nad poziomem pasa lądowania, następnie, odchodząc na drugi krąg, wzbił się na 36 m. I tu dochodzimy do najważniejszego odkrycia prof. Nowaczyka, który wnikliwie zbadał zapisy rejestratora parametrów lotu. Okazało się, że rejestrator zanotował dwa silne wstrząsy, do których doszło za brzozą. Badanie FMS wykazało z kolei, że samolot rozpadł się ostatecznie w powietrzu mniej więcej na wysokości 15–17 m, gdy na skutek utraty zasilania elektrycznego doszło do unieruchomienia wszystkich przyrządów nawigacyjnych.

Prof. Wiesław Binienda związany z NASA udowodnił z kolei, że skrzydło nie mogło zostać odłamane przez brzozę. Przeciwnie, eksperymenty prowadzone przez laboratorium prof. Biniendy oparte na programach badawczych NASA udowodniły, że uderzenie skrzydła Tu-154M w brzozę przecina ją bez uszczerbku dla zdolności nawigacyjnych samolotu.

Na eksplozję wskazywała wreszcie rekonstrukcja kształtu samolotu w trakcie katastrofy, wykonana na podstawie zdjęć części i odłamków samolotu leżących na miejscu tragedii. Ta benedyktyńska praca wykonana przez bardzo nieliczny zespół pozwoliła wyodrębnić najbardziej prawdopodobne miejsca eksplozji – na lewym skrzydle i w przedniej części lewego centropłatu.

Świadkowie słyszeli detonacje

Mieliśmy też niemal od początku inne dowody wskazujące na to, że do katastrofy doszło w powietrzu, a słynna brzoza nie miała z nią nic wspólnego. Najważniejszym była relacja żony jednego z posłów lecących samolotem, który w ostatnich sekundach zdążył zatelefonować do niej. Jak opowiadała już 11 kwietnia w ABW, na nagraniu, które odsłuchała z poczty telefonicznej ok. godz. 9:15–9:30, słychać było, jak mąż woła do niej: „Asiu, Asiu”. W tle słychać było szum wiatru wdzierającego się do samolotu i narastający krzyk przerażonych ludzi. A równocześnie słychać było trzask łamiących się ścian samolotu, „jakby pękających wafli”. Nagranie trwało 3–4 s i mimo obietnic ABW nigdy nie zostało odzyskane z poczty głosowej.

Jeszcze dobitniej o przebiegu katastrofy mówi por. Artur Wosztyl, pilot jaka-40 wiozącego dziennikarzy, który wylądował na Siewiernym 40 min przed tupolewem. Wosztyl, który stał na lotnisku w pobliżu swojego jaka, w odległości mniej więcej 300 m od tragedii, mówi, że słyszał, jak „silniki Tu-154M nagle zwiększają obroty, a następnie zabrzmiały trzaski, huki i detonacje. Po nich słychać było dźwięk zamierających silników. I zapanowała cisza”. Relacje pozostałych świadków są identyczne lub bardzo podobne. Większość z nich słyszała detonacje, a niektórzy widzieli także błysk wybuchu wokół lecącego samolotu.

Pytania do Donalda Tuska

Dlatego gdy Szuladziński przysłał swoją analizę udowadniającą, że to eksplozja spowodowała śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego i całej delegacji, nie można było tych faktów dłużej lekceważyć. Razem bowiem wszystkie te relacje i badania składają się na jedyne spójne wyjaśnienie tego, co się stało. Oczywiście raport Grzegorza Szuladzińskiego to hipoteza, która powinna być zweryfikowana badaniami wraku i oryginałów zapisów z czarnych skrzynek. Wątpię jednak, by to się udało, dopóki rządzi Donald Tusk. Trudno bowiem uniknąć pytania, dlaczego jego rząd, mając silny argument w postaci porozumienia z 1993 r. w sprawie zasad wzajemnego ruchu lotniczego wojskowych statków powietrznych RP i Federacji Rosyjskiej w przestrzeni powietrznej obu państw, oddał wyjaśnianie tragedii Rosjanom, dlaczego nic nie robi w celu odzyskania wraku, skrzynek, telefonu satelitarnego prezydenta? Dlaczego nie dopuszczono do sekcji zwłok amerykańskich ekspertów sprowadzonych przez rodziny i dlaczego karze się prokuratorów próbujących nawiązać kontakt ze służbami amerykańskimi w celu wyjaśnienia tragedii? I wreszcie dlaczego rząd Tuska odrzucił wszelkie propozycje USA, NATO i UE uczestniczenia przez ich ekspertów w badaniu katastrofy, a jego rzecznik nazywa rozmowy z kongresmenami USA i starania na rzecz powołania komisji międzynarodowej „zdradą stanu”?

Czy premier o tym wiedział?

W trakcie tych blisko dwuletnich badań wiele było momentów wstrząsających, gdy miałem fizyczne wręcz odczucie dotykania zła, tchórzostwa, zdrady. Nigdy nie zapomnę przemówienia premiera Tuska straszącego Polaków wojną z Rosją, jeśli będą się domagali prawdy, oraz wzruszających deklaracji pani minister Kopacz o przekopaniu terenu tragedii na metr głęboko i o wspólnocie pracy polskich i rosyjskich patologów podczas sekcji zwłok ofiar tragedii. Rzecz tylko w tym, że nic z tego nie było prawdą, że wszystkie niemal spośród tysięcy słów wypowiedzianych na ten temat przez Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego i innych przedstawicieli PO były fałszywe.

Dziś mamy do czynienia z nową sytuacją. Nie pytamy, co się stało, i nie koncentrujemy się na polemikach z raportami Anodiny czy komisji Jerzego Millera. Wiemy, że są fałszywe, a eksperci Millera napisali raport, nawet nie badając skrzydła i brzozy, które miały być przyczyną katastrofy. Takie lekceważenie nauki, prawa i własnych obowiązków dyskwalifikuje te ustalenia. Dziś koncentrujemy się na analizie hipotezy eksplozji jako przyczyny katastrofy, bo jest to jedyna hipoteza w pełni wyjaśniająca to, co się stało, i nikt nie przedstawia wiarygodnej alternatywy.

Ale też przychodzi czas na pytania: kto jest za to odpowiedzialny? Co wiedział i do czego zmierzał Donald Tusk, gdy rozdzielał wizyty, gdy oddawał wyjaśnienie tragedii Putinowi, gdy zakazywał ekspertom z USA badania katastrofy i udziału w sekcji zwłok? I na koniec trzeba przywołać pytanie zadane przez Jarosława Kaczyńskiego: skąd Radosław Sikorski już dwie minuty po katastrofie wiedział, że nikt jej nie przeżył, wszyscy zginęli, a przyczyną tragedii były błędy pilotów? Bo jeśli prezydent Lech Kaczyński i polska elita zginęli w zamachu, to wiedza ministra Sikorskiego staje się straszliwym dowodem współodpowiedzialności rządu Donalda Tuska za tę tragedię.





http://niezalezna.pl/26805-macierewicz-jesli-nie-byl-zamach-co

czwartek, 12 kwietnia 2012

Prawda w oczy nie kole Józef Mackiewicz




Józef Mackiewicz

Prawda w oczy nie kole


Od wydawcy

"Książka nosiła tytuł "Prawda w oczy nie kole" i odbita była w dwóch egzemplarzach, z których jeden wręczyłem członkowi tajnej organizacji (Radziwonowi Romualdowi) dla kolportażu. Egzemplarz ten spalił Jerzy Święcicki w chwili dobijania się policji. Drugi maszynopis, przed swoim wyjazdem do Warszawy, pozostawiłem u członka AK, znanego dziennikarza Janusza Ostrowskiego". Otóż ten właśnie egzemplarz ocalał. Prawdopodobnie był w zbiorach wilnianina Juozasa Maceiki, zdeponowanych w Kownie. W roku 1950, wśród innych rękopisów, Uniwersytet Kowieński przekazał go Bibliotece Litewskiej Akademii Nauk w Wilnie. Prawidłowo opisany jako maszynopis Józefa Mackiewicza pod tytułem "Przy konfesjonale", opatrzony sygnaturą F12-2695, został tam niedawno zauważony przez Jurate Burokaite, o czym mnie uprzejmie poinformował dr Zenowiusz Ponarski. Biblioteka Litewskiej Akademii Nauk udostępniła mi tekst do publikacji, za co dyrektor Biblioteki, dr Juozas Marcinkevičius, zechce przyjąć słowa wdzięczności. Maszynopis ma 238 stron, pisanych na papierze przebitkowym, przez niebieską kalkę, dlatego trudnych do odczytania. Za przepisanie go najserdeczniej dziękuję Adzie Laskowskiej. Według skrupulatnego opisu katalogowego, brakuje stron 18 i 19. Rzeczywiście ich nie ma, ale sądzę, że albo Mackiewicz pomylił się w paginacji, bowiem rozdział "Krajowa dialektyka" kończy się na stronie 17, zaś rozdział "Wojna" zaczyna na 20, albo na stronie 18 był nagłówek "Część I". W maszynopisie są poprawione niektóre literówki i są skreślenia, a także dopiski, ołówkiem kopiowym i atramentem, poczynione prawdopodobnie przez kogoś, komu Józef Mackiewicz dał książkę do przeczytania. Ważniejsze zostały odnotowane u dołu strony, zaś przypisy autora (odsyłacze do nich są oznaczone gwiazdkami) umieszczono po rozdziale, do którego się odnoszą. Tytuł "Przy konfesjonale" napisany na osobnym arkuszu, w mojej opinii, nie ręką Mackiewicza, został prawdopodobnie nadany przez kogoś pod wrażeniem zdania "Piszę tu raczej spowiedź osobistą na tle wypadków, tak jak mi przychodzą na pamięć i na myśl, wypadków jeszcze się rozgrywających i nie zakończonych" (s. 129). Zdecydowałam opublikować ten tekst pod tytułem Prawda w oczy nie kole, bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest to właśnie książka, którą Józef Mackiewicz tak zatytułował.



Idea dwóch frontów

Wileńska tzw. "idea krajowa" nie jest sprecyzowana dość ściśle. Być może, ja ją ujmuję inaczej, niż inni zwolennicy. O genezie jej można by napisać tyle, iż by starczyło na cały pierwszy tom niniejszych wspomnień. Na razie chciałbym powiedzieć o niej tyle tylko, ile się zmieści w jednym rozdziale, we wstępie niejako, traktując przedmiot z grubsza, niby wyjaśnienie. Może niektórym się ono wydać obroną przed stekiem zarzutów, kłamstw, kalumnii, jakimi obrzucano mnie, usiłując jednocześnie poniżyć i obniżyć marzenia polityczne, których jestem wyrazicielem. "Krajowcem" stałem się dawno przed wojną, z głębokiego przekonania. Mniej z publicystyki, do której Słowo wileńskie, w którym pracowałem, mnie nie dopuszczało. Mój pogląd na politykę jest idealnym. Uważam, że o ile taktyka polityczna kroczyć może każdą drogą do celu, to w polityce winno się być uczciwym. Za uczciwego polityka uważam tylko takiego, który w swej publicznej działalności przyznaje się do popełnionych błędów, koryguje swoje tezy w miarę narastania wiadomości i doświadczenia zaczerpniętego z rzeczywistości. Który, innymi słowy, nie obawia się zmieniać przekonań, doszedłszy do wniosku, że wczorajsze były błędne albo szkodliwe dla zasadniczej idei. Każdy inny, który dopasowuje i naciąga okoliczności do raz wypowiedzianych tez, do sztucznej niezłomności swoich przekonań, albo oszukuje jednocześnie i siebie, i innych albo tylko innych. Taki polityk, który za nic na świecie nie zmieni swych przekonań, chociażby zdawał sobie sprawę z własnego błędu, wydaje mi się nie zasługiwać na miano uczciwego. Przeważnie jednak tzw. opinia publiczna osądza wręcz odwrotnie i, oczywista, popełnia błąd zasadniczy. Jeżeli chodzi o "ideę krajową" przeze mnie, a może dotychczas raczej tylko we mnie, reprezentowaną (nie miałem możności jej rozwinąć ze względów cenzuralno - politycznych), pozostaję jej wierny, gdyż przekonany jestem nadal o jej słuszności.(1) Nie przeszkadza mi to spostrzegać dziesiątki błędów politycznych, popełnionych przeze mnie na drodze, w zasadzie, jak się wyraziłem - słusznej. Co to jest "krajowość"? Przede wszystkim nazwa idiotyczna, służąca zazwyczaj do określania mieszkańców krain egzotycznych: "krajowcy"! Ci, którzy tę ideę reprezentowali oficjalnie w Wilnie, jak znany adwokat Wróblewski lub świetny publicysta Ludwik Abramowicz, chcieli odrodzenia Wielkiego Księstwa Litewskiego jako niezależnego państwa, uzasadniając swe dążenia wspólnotą geopolityczną i historyczną ziem położonych plus-minus pomiędzy Dnieprem i Bałtykiem. Nie przeczę, że zarówno w ich dążeniach, jak moich, znaczną rolę odegrywa sentyment, polityczny romantyzm, płynący po prostu z przywiązania do specyficznych cech terenu. Ale moje osobiste, głębokie przekonanie do tzw. (tylko tak zwanej) "idei krajowej" wypływa z najzimniejszego rozsądku politycznego. Gdyby mnie ktoś prosił, abym sformułował mój pogląd w "trzech słowach", ująłbym go tak: Jest to pomysł utworzenia pomiędzy dwoma wrogimi dla nas blokami, niemieckim i rosyjskim, takich organizacji państwowych, albo takiego organizmu państwowego, który by mógł prowadzić wojnę na dwa fronty. To znaczy: obronić narody zamieszkałe pomiędzy Rosją i Niemcami, nie tylko przed każdym z tych wrogów pojedynczo, ale nawet w wypadku zaatakowania nas ("nas" tzn. narody zamieszkałe jak wyżej) jednocześnie z zachodu i wschodu. - Oto cała mądrość. Uważam ją istotnie za mądrość. Historia uczy nas, że koalicja rosyjsko-niemiecka jest dla nas notorycznie zgubna. Nie będę przytaczał tu danych historycznych, które są znane zupełnie powszechnie. Sytuacja Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego nie zmieniła się w wieku XX i pozostała taką samą jak w wieku XIV, w głównych zarysach oczywiście. Dopóki narodami nie dysponowały ich nacjonalizmy, a ich książęta - mógł Witold z Jagiełłą zapoczątkować mocarstwo tak silne, że odpierające zakusy agresywne jednocześnie ze wschodu i zachodu. Z chwilą, gdy organizm Rzeczypospolitej rozdrobnił się z pojęcia "obojga narodów" na pojęcia Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Litwinów, zamieszkałych pomiędzy Niemcami i Rosją, wspólny, nie zmieniony los tych narodów zmusza nas do utworzenia takiego porozumienia, takiego układu, do takiej decyzji, która by zastąpiła łatwą kiedyś decyzję książąt - trudną dziś decyzją narodów, obarczonych skomplikowaną machiną narodowościowo - wyznaniowo - gospodarczych aspiracji. W tym ujęciu idea "krajowa" (nie lubię tego słowa), mimo pozorów romantyzmu, jest wyrozumowaną i praktyczną. Można by poszukać dla niej analogii wśród historycznych sojuszów politycznych, starych czy nowych albo wprost analogii w strategiach państwowych. Przychodzi mi pomysł porównać ją do planu Schlieffena. Skąd się bierze sława tego oficera niemieckiego sztabu generalnego sprzed pierwszej wojny światowej, która nadała mu tytuł "genialnego stratega"? Stąd, że słabe, poszatkowane Niemcy dochodzą za Bismarcka do potęgi przez zjednoczenie swych sił. Niemcy, podobnie jak ongiś Rzeczpospolita, znalazły się pomiędzy dwoma blokami kontynentalnymi: Francją i Rosją. Z chwilą, gdy się wzmocniły na tyle, aby wyemancypować od sił wypadkowych, co było głównym ich zadaniem?(2) Oto możliwość obrony na dwa fronty jednocześnie. I dlatego wszystkie sztaby generalne niemieckie od okresu Bismarcka po okres Wielkiej Wojny, miały poruczony sobie tylko jeden jedyny(3) problem: opracowanie planu jednoczesnej wojny przeciwko Francji i Rosji. Alfred hr. Schlieffen, mianowany 7 lutego 1891 roku szefem niemieckiego sztabu generalnego, niezmordowanie, aż do swej śmierci w r. 1913, poświęca całą wiedzę, zdolności i energię opracowaniu planu wojny na dwa fronty. A ponieważ zagadnienie takiej wojny stanowiło o życiu i śmierci Niemiec, przeto najlepszy plan, za jaki uznano właśnie klasyczną receptę Schlieffena, zapewnił mu nieśmiertelność w poczcie wielkich Niemców. A o cóż nam chodzi? O to, żeby przestać być igraszką niemiecko-rosyjską, żeby wyjść z impasu wiecznego lawirowania pomiędzy tymi dwoma potęgami, żeby nie dochodzić do niepodległości tylko z łaski wojny pomiędzy nimi i nie ginąć na poczekaniu z chwilą ich zgody i wspólnego działania. O nic więcej. Jakże to zrobić? - Musimy stworzyć wielkie, ogromne państwo polskie - powiadali tzw. "mocarstwowcy".(4) Bardzo słusznie. Ale, jak się rzekło, pomiędzy dwoma zaciskającymi nas kleszczami, los wspólny jest zarówno dla Polaków, jak Białorusinów, Ukraińców i Litwinów. Otóż ci nasi wspólnicy nie godzą się na koncepcję, ażeby to było tylko wielkie państwo - "polskie". Skoro się nie godzą, a będąc naszymi dziejowymi wspólnikami, narodowościowo tak się wzmocnili, że nie liczyć się z ich głosem niepodobna - musimy iść z nimi na kompromis i układać wspólnie ten organizm państwowy, aby był mocny, trwały i od wewnątrz nie rozsadzany przez(5) malkontentów. Przy tym czynić to należy w sposób, aby wzgląd na nieuniknionych malkontentów mieć tylko w wypadku ich żądań słusznych, czyli czynić uczciwie nie inaczej, jak dla absolutnego, dowiedzionego, wspólnego dobra i interesu. Powiedziałbym, że w całej tej koncepcji, różnice pomiędzy moją krajowością i ideą mocarstwową z okresu Piłsudskiego nie są zbyt duże. Różnica główna polega na tym, że "mocarstwowcy" za źródło emocjonalne traktowali patriotyzm narodowy polski, ja zaś czerpię z patriotyzmu terenu, wyzbywając się egoizmu narodowościowego dla dobra wszystkich narodowości ten teren zamieszkujących. Nie wyklucza to przewodniczenia np. narodu polskiego, ale też i łamania wszystkich bez wyjątku, kto by egoistyczne aspiracje narodowościowe usiłował forsować ponad terenowe interesy państwa. Natomiast "mocarstwowcy" uważali za możliwe nie liczyć się ze "wspólnikami" w takim stopniu, w jakim ja uważam za konieczne ze względu na ich rzeczywistą potencję. Podejście "mocarstwowców" do zagadnienia białoruskiego czy ukraińskiego, mimo całej powagi udzielanej temu ostatniemu zwłaszcza, było co nieco jakby z werandy dworskiej do podwładnego chłopa, było więc bardziej nie odpowiadające prawdziwemu stanowi rzeczy i bardziej, powiedziałbym, romantyczne od mego, a przez to o wiele mniej realne. Najpoważniejsze studium wyszłe z tego obozu w Polsce przed samą wojną, a mianowicie Problem Polsko-Ukraiński w Ziemi Czerwieńskiej Aleksandra Bocheńskiego z r. 1938, traktuje wciąż Ukraińców jako mniejszość w granicach Polski i mimo najsumienniejszego przestudiowania, nie daje nam żadnej recepty końcowej. Inna różnica, dzieląca mnie z obozem "mocarstwowców", miała już charakter swoisty: oni uważali Piłsudskiego za swego wodza, wyrocznię i człowieka genialnego, ja zaś za politycznego kretyna. (6) Genezy koncepcji mojej skłonny jestem dopatrywać się w założeniach politycznych W. Ks. Witolda: obydwa państwa utworzyły wówczas związek, który upodobnić można do dwóch ludzi opartych wzajem plecami, a zwróconych twarzami w przeciwległe strony. Wielkie Księstwo Litewskie na wschód, Korona na zachód. W ten sposób każde z tych państw miało zabezpieczone tyły. (Nie mówię tu, oczywiście, o licznych odchyleniach, w zależności od konstelacji politycznej.) Nic oczywiście nie stało na przeszkodzie, aby działać miały, zależnie od okoliczności, w jednym kierunku wspólnie. Wzmacniało to tylko ich pozycję mocarstwową. Wówczas Litwa była państwem na wskroś ruskim i rywalizowała z Moskwą o Dominium Russiae. Dziś (7) powstał wyodrębniony terenowo, trzeci(8) czynnik, mianowicie prący do samodzielności naród ukraiński. Mój plan uregulowania Europy Wschodniej przez utworzenie organizmu państwowego równego siłą Niemcom i Rosji, wyglądałby w schemacie następująco: Wielkie Księstwo Litewskie (nazwijmy je jak chcemy) obejmuje wszystkie ziemie białoruskie i litewskie w ogólnym kierunku od Dniepru i Prypeci na północny zachód, ze stolicą w Wilnie. Polska - od etnograficznej granicy białorusko-ukraińskiej, na zachód i południe, łącznie z Pomorzem, Śląskiem itd. Na południowym wschodzie Ukraina. Mniej więcej w centrum tego trójpaństwa, gdzieś u początku Prypeci, schodziłyby się trzy granice. Trzy stolice stanowiłyby: Warszawa, Wilno, Kijów. Pomiędzy tymi państwami, czy też członami jednego państwa, o wspólnej polityce zagranicznej i wojskowej, uregulowana by została definitywnie sfera i kierunek ekspansji politycznych, interesów i aspiracji terenowych. Do sfery interesów członu państwa, które nazwałem tradycyjnie "Wielkim Księstwem Litewskim", włączona byłaby Łotwa i kierunek północno-wschodni na Psków - Nowogród - Smoleńsk - Briańsk. Prusy Wschodnie objęte wspólną sferą wpływów Wilna i Warszawy. Do sfery interesów Polski należałyby odrodzone Czechy, Słowacja i Węgry aż po Bałkany. Rumunia wchodziłaby we wspólną sferę wpływów polsko-ukraińskich. Do sfery interesów Ukrainy należałby Krym, Kozacy Dońscy, Kubań po Kaukaz. Tego rodzaju organizm państwowy musiałby dążyć do wytworzenia wokół korzystnej dla siebie konstelacji, zabezpieczającej go od oskrzydlenia z północy i południa. Na północy więc utworzenie wielkiego bloku skandynawskiego z hegemonią, powiedzmy, Szwecji nad Finlandią i Estonią w antywschodnim sojuszu z Wilnem oraz nad Norwegią i Danią w antyzachodnim sojuszu z Warszawą. Na południu blok państw bałkańskich w sojuszu z Warszawą. Na południowym wschodzie hegemonia Ukrainy nad Donem i, możliwe, Kaukazem w sojuszu z Turcją. To byłby schemat.


***


Wracając do ścisłego tematu tzw. idei krajowej, czyli mojej koncepcji, odrodzenia państwa na terenach b. W. Ks. Litewskiego, w oparciu na Polskę i Ukrainę, wydaje mi się ona nie tylko korzystną dla wszystkich trzech zainteresowanych narodowości: Białorusinów, Polaków i Litwinów, ale po prostu jedyną, która im gwarantować może byt niezależny na tych terenach. W sytuacji do r. 1939 Polska miała tylko skrawek tych ziem, napęczniały zgryźliwym niezadowoleniem mieszkańców, atakowany ze strony Litwy, wciąż wystawiony na agresję sowiecką. Ten korytarz wileński nie był do utrzymania przez czas dłuższy przy takiej Polsce. Co zaś dotyczy Litwy i Białorusi, to bez oparcia na Polskę, byłyby notorycznie wystawione na niebezpieczeństwo pomiędzy Niemcami i każdą Rosją. Gdyby nawet Białoruś uzyskać kiedyś miała niezależność z rąk Niemiec czy Rosji, bez oparcia na Polskę, to ta niezależność pozostałaby zawsze nominalna, bez dostępu do morza albo pod postacią protektoratu niemieckiego, albo folwarku rosyjskiego, że już pominę strukturę sowiecką. Nad sytuacją niezależnej Litwy nie warto się nawet rozwodzić po doświadczeniach jej izolacyjnej wobec Polski polityki i niesławnego finału lawirowania pomiędzy Moskwą i Berlinem. To idealizowane przeze mnie współczesne Wielkie Księstwo Litewskie miałoby charakter państwa trójjęzycznego, trójnarodowego: Białorusini, Litwini, Polacy. Abstrahując od korzyści zasadniczej, zewnętrznej, wypływającej z mocarstwowego zabezpieczenia się przed utratą niepodległości i wyemancypowania spod władzy Moskwy i Berlina -wszystkie te trzy narodowości zyskują, przez połączenie, nie tylko siłę, ale i wewnętrzne zadośćuczynienie własnym ideałom. Następnie poważne korzyści ekonomiczne. Litwini, otrzymując dostęp do Wilna-stolicy i całej historycznej Litwy, nie tracą nic ze swego narodowościowo-kulturalnego dorobku, pozostając równorzędnym elementem w państwie, siedzą na jego dostępach do morza. Białorusini stanowią element przeważający, nie potrzebują się zatem obawiać wynarodowienia, zwłaszcza groźnego im na rzecz Rosji, uzyskują dostęp do morza i warunki normalnego rozwoju. Polacy wileńscy, zachowując swój język ojczysty i kulturę, tudzież swą tradycyjną odrębność od Korony, dochodzą wreszcie do głosu we własnej, ścisłej ojczyźnie (Heimatland), nie tracą, a nabierają powagi, jako element stanowiący zbitą masę w samym centrum i stolicy. Poza tym stanowią nie kość niezgody, ale pomost łączący Wilno z Warszawą. Jest to tylko krótki szkic. Jeżeliby jednak miał się komuś wydać naiwnym ze względu na różnice aspiracji i animozje dzielące Litwinów, Polaków i Białorusinów - to odpowiem, że, moim zdaniem, nie tylko naiwnym, ale przestępczym wydaje mi się przekładanie drobnych ambicji językowych, hegemonistycznych aspiracji poszczególnych nacjonalizmów, ponad dobro niezależności państwowej, zrzucenie jarzma niewoli, wyemancypowanie spod wiekowej zależności politycznej Berlina bądź Moskwy. - Taką właśnie przestępczą politykę uprawiał nacjonalizm litewski, rzucający się raz w objęcia moskiewskiego komunizmu, drugi - niemieckiego hitleryzmu, a gnębiący bezlitośnie wspólników własnej niedoli. Gdyby natomiast ktoś chciał się dopatrywać idealizowanej przeze mnie koncepcji przestarzałych, albo "przebrzmiałych" form, kantonalnych wzorów szwajcarskich, projektów Hymansa itp., to bym im wskazał na wzór nowszy, a przez nas gruntownie poznany dopiero teraz - wzór, moim zdaniem, idealnie rozstrzygnięty przez Związek Sowiecki - jego politykę narodowościową. Mam wielką ochotę nazwać ten wzór nawet genialnym, jedynym godnym naśladowania spośród wszystkich ponurych eksperymentów komunizmu. Okazuje się bowiem, że wzajemna nienawiść narodowa nie siedzi tak głęboko w człowieku, ani odrębność językowa nie stanowi tak ważnej cząstki jego aspiracji, gdy się ją sprawiedliwie zaspokoi przez równouprawnienie, autorytet z góry, propagandę. Wszyscy mogą być zadowoleni i mam wrażenie, iż łącznie z bogatym, silnym i niezależnym państwem, byliby zadowoleni w istocie, gdyby językowe równouprawnienie przewidywało pierwszeństwo litewskiej mowy w Kownie, polskiej w Wilnie, białoruskiej w Mińsku. Strukturę gospodarczą państwa oparłbym na litewskich erach reformy rolnej, która dała świetne wyniki, podobnie zresztą jak w Estonii i Łotwie; jednym słowem: "hutornoje haziajstwo", projektowane ongiś w BSSR w okresie śp. "nacdemszczyny". Traktując swą koncepcję szczerze i uczciwie, jako maksymalnie korzystną z możliwych, zarówno dla narodu polskiego, jak litewskiego czy białoruskiego, nie mogę uznać zarzutu zdrady interesów polskich popełnianych jako Polak, tak samo jak bym nie uznał za zdradę interesów litewskich czy białoruskich, gdybym był w tej koncepcji Litwinem czy Białorusinem. Powtarzam raz jeszcze, że temat powyższy nie traktuję nawet w przybliżeniu jako całokształt, nie traktuję tego tematu ani monograficznie, ani dyskusyjnie, nie odpierając z góry przewidzianych, a dobrze mi znanych zarzutów, kontrargumentów poważnych i potocznych, z których najbardziej popularnym wydawał mi się zawsze ten, mówiący o utopii, o przeżytkach, o niepopularności przede wszystkim idei, o której słyszeć nie chcą ani Polacy, ani Litwini, ani Białorusini. Ten ostatni argument datuje się z dobrych liberalistycznych czasów, gdy w walce, powiedzmy, pomiędzy republiką, monarchią, konserwatyzmem i demokracją, wzywano vox populi na świadka. Liberalizm jest niewątpliwie formą najprzyjemniejszą, nie powinien nam jednak utrudniać nauki, którą czerpiemy dziś z form totalnych. Hitler pokazał nam, jak można chcieć uporządkowania nie tylko jednego państwa, ale całej Europy (Das Neue Europa), nie pytając o zgodę ani popularność nie trzech, a dwudziestu trzech narodów! Ale bardziej jeszcze Związek Sowiecki nauczył nas, w jak małym stopniu popularność jakiejś idei albo głos opinii publicznej, może wpływać na bieg wypadków historycznych. Jeżeli 68 milionów obywateli sowieckich mogło wytrwać i musiało wytrwać w ciągu dwudziestu kilku lat w warunkach urągających pojęciom zdrowego sensu, ba! potrafiło tak walczyć z Niemcami, jak walczyło w obronie sprawy złej - nie uważam za stosowne liczyć się z opinią kilku milionów, dla których chciałbym stworzyć sprawę - dobrą. Jest to też powód, dla którego nie omawiam kwestii ustrojowej idealizowanego przeze mnie organizmu państwowego, względnie państwowych. Totalizm konsekwentny przeraża mnie swą jednostajną nudą. Komunizm usuwam poza dyskusję. Poza tym byłoby dla sprawy obojętne, czy byśmy mieli do czynienia ze związkiem najbardziej radykalnych republik, czy z... jednym tylko monarchą. Taka jest moja koncepcja, mój pomysł polityczny. Przytaczam go na początku książki, która wcale nie ma za zadanie rozwinięcia tego tematu. Stanowi tylko credo moich ideałów, o urzeczywistnienie których, zdawało mi się, że mam prawo się borykać na tym skrawku Europy Wschodniej, któremu od wieków królowało Wilno.(9) Tło powszechnie jest znane: toczy się mianowicie druga wojna światowa. Niektóre osoby działające wymienię poniżej, przy tym pozwalam sobie ilustrować ich działanie i raz wypowiedziane słowa, nie autoryzując je do druku. Ryzykuję w ten sposób narazić się na wiele protestów, zaprzeczeń, oburzeń, a może w przyszłości procesów. Namyślałem się... Niech już tak zostanie. Albo się pisze prawdę, albo nie! Przypisy: 1 Dopisano: i możliwości jej powodzenia 2 "zadaniem" skreślono i wpisano: troską 3 "jedyny" przekreślono, wpisano: główny 4 skreślono: z moim bratem Stanisławem Mackiewiczem na czele 5 dopisano: nacjonalistycznych 6 "kretyna" skreślono, wpisano: szkodnika 7 dopisano: Litwa rozszczepiona została na zamieszkujące ją narodowości: białoruską, polską i litewską, a prócz tego 8 skreślono: "trzeci", wpisano: nowy 9 dopisano: Dopisek o pozyskaniu zwolenników. (Patrz uwagi Świdy [?]




"Krajowa"dialektyka.


Jak już zaznaczyłem na początku, moje poglądy krajowe nie znalazły przed wojną należnego ujścia w publicystyce skutkiem skrępowania w ramach pracy zawodowej. Starałem się natomiast uwidocznić je w rozmowach prywatnych, a w prasie raczej przemycać. W Polsce byłem zdecydowanym obrońcą mniejszości białoruskiej i litewskiej, nie tylko ze względu, iż uważałem, że dzieje się im krzywda ze strony władz administracyjnych i ogólnej polityki rządowej, ile głównie, że dostrzegałem w nich element bardziej podatny dla moich koncepcji, aniżeli rządzący nacjonalizm polski. Było rzeczą oczywistą, że koncepcje tzw. "krajowe", wiodące w rezultacie do równouprawnienia narodów białoruskiego i litewskiego z polskim, w ówczesnej sytuacji tych mniejszości w granicach Rzeczypospolitej, musiały im przypadać bardziej do gustu, niż jakiekolwiek inne, reprezentowane przez polityczne stronnictwa polskie. Białorusini i Litwini uważali mnie za swego przyjaciela. Przed laty, po drugiej konferencji polsko-litewskiej w Królewcu, otrzymałem zezwolenie od ówczesnego dyktatora Litwy Voldemarasa na wjazd do Kowna. Zdarzyło się, że jadłem tam śniadanie z redaktorem naczelnym Lietuvy Bogdanasem, w reprezentacyjnym klubie "Ramowe". Nad naszymi głowami wisiał na ścianie poczet wszystkich Jagiellonów. Porównałem kiedyś żartem ten klub z wojskowym klubem w Wilnie, gdzie się jadało w asyście tylko dwóch portretów Piłsudskiego i Mościckiego. - Sercem czułem się lepiej w Kownie - powiedziałem. - Szukałem wówczas w Republice Litewskiej znamion historyczno-litewskiej tradycji i zdawało się mi, że jakiś nieśmiały cień podobnych dążeń zarysowuje się w ambicjach rządzącej partii "tautininków" (narodowców) - voldemarasowców. Jakże strasznie się myliłem! Dziś wiem już, że największym wrogiem idei "krajowej", czyli połączenia w jedno i równouprawnienia ziem b. Księstwa Litewskiego - są właśnie Litwini, ich nacjonalizm, ich szowinizm, ich płaski patriotyzm, którego najoczywistszym wyrazem jest wyłącznie ślepa polonofobia. - Ale do tego powrócę jeszcze nieraz. W Wilnie, przed wojną, utrzymywałem tedy możliwie serdeczne stosunki z Litwinami, którzy przeze mnie mieli możność przemycania swoich bolączek i postulatów w tak wpływowym organie, jakim było Słowo, w opinii ogółu. W ten sposób na prośbę działacza litewskiego Rafała Mackonisa puściłem skrót memoriału litewskiego do prezydenta Polski, z okresu rządów wojewody Bociańskiego. Tenże Mackonis namówił mnie do podróży do Lidy na proces litewski. Przebiegiem procesu byłem oburzony, uważałem go za niesprawiedliwy i napisałem reportaż, który został częściowo skonfiskowany przez władze polskie, a odbił się głośnym echem w Kownie. - Zgłaszali się do mnie również Białorusini. Kilkakrotnie działacz ich, ks. Tołłoczko, próbował za moim pośrednictwem przemycić artykuł w obronie szkoły białoruskiej. Nawet znany poeta komunistyczny Jerzy Putrament nazwał mnie kiedyś: "...kronikarzem tych ziem..." Brałem jednocześnie możliwie najczynniejszy udział w obronie prawosławia w Polsce, uważając, zresztą po dziś dzień, politykę mniejszościowo - wyznaniową polską za zgubną i głupią. Brakowało mi jednak materiału porównawczego. Mimo częstych podróży do Kowna, nie zdawało mi się, aby sytuacja tamtejszych Polaków wymagała aż tak dalekich retorsji w stosunku do mniejszości litewskiej w Polsce. Wówczas tak było może w istocie. Nie domyślałem się jednak, że w głupocie polityki mniejszościowej można osiągnąć tego rodzaju szczyt, jaki osiągnął grubianizm polityczny litewskiej administracji po zajęciu Wilna aż do dni ostatnich. W jałowych dyskusjach kawiarniano - restauracyjnych, gdzieś między brzękaniem kieliszków, zaledwie tliła jeszcze i kończyła się w szatni - "idea krajowa wileńska". Największy jej bojownik, serdecznie podziwiany przeze mnie Ludwik Abramowicz, wydawał w Wilnie tygodniczek Przegląd Wileński, którego nikt, zda się, prócz cenzorów, nie czytywał. Wraz ze śmiercią Abramowicza, "krajowość" podcięta została, zdawało się, ostatecznie. Gdy wydałem książkę swą pt. Bunt rojstów, skierowaną przeciwko praktykom administracji na naszych ziemiach, wszystkie bez wyjątku pisma mniejszościowe w Polsce, litewskie, białoruskie, ukraińskie i rosyjskie, zamieściły o niej przychylne recenzje. Aleksander Bocheński, redaktor tygodnika mocarstwowców Polityka (później Bunt Młodych) zwrócił się do mnie o wywiad w sprawie stosunków na "kresach białoruskich". Wspomniałem w nim między innymi o przygotowywanych przeze mnie "rewelacjach". Jakoż miałem zamiar wystąpić z książką polityczną, w której wyłuszczyć chciałem swój pogląd na ideę krajową. W tym czasie bowiem "krajowość" wileńską plątano z regionalizmem ludowym, który zamierzano użyć jako odtrutkę na wszelkie tendencje separatystyczne. Z drugiej strony traktowano ją jako coś pośredniego pomiędzy trochę zwariowanym romantyzmem a przestępstwem karanym za akcję antypaństwową. Wspomniany Ludwik Abramowicz był publicystą doskonałym, ale nie politykiem życiowym. Był teoretykiem z gruntu, z przekonań, z własnej wygody. Mnie się zdaje, że byłby najbardziej zaskoczony, gdyby wypadło mu stanąć w obliczu jakiegoś realnego ruchu politycznego, odpowiadającego jego własnym koncepcjom. Idea "krajowa" zepchnięta została w ten sposób w dziedzinę dialektyki kawiarnianej... W międzyczasie wybuchła wojna. (...) Litwini nie przyszli Nadchodził wieczór dnia 18 września, najbardziej niesamowity, jaki mi dane było przeżyć. W niedzielę grałem w szachy z Karolem Zbyszewskim (literatem: Niemcewicz od przodu i tyłu) na werandzie mego domu w Czarnym Borze pod Wilnem. Zaszczekały psy. U furtki stanął goniec przybyły na rowerze z redakcji, z ustną relacją od mego brata, że bolszewicy przekroczyli granicę, że Litwini zajęli rzekomo Święciany i Orany. Wiadomość o Litwinach sprawiła ulgę. - Oczywiście - powiedziałem - pomiędzy Litwą i Sowietami istnieje układ z lipca r. 1920, mocą którego wschodnia granica Litwy przebiega przez jezioro Narocz i Smorgonie. Sytuacja Wilna staje się przez to szczęśliwsza od innych miast polskich. Litwini uchronią nas przed okupacją sowiecką. Tak to jeszcze niedawno operowaliśmy dziwnymi pojęciami z dziedziny polityki traktatowej!... W ciemny wieczór walącego się w gruzy państwa, przyszliśmy ze Zbyszewskim piechotą do Wilna. Nad hotelem "St. Georges" powiewał sztandar litewski, jako widomy znak urzędowania w nim konsula litewskiego, Trimakasa. Hotel oblegany był już przez tych, którzy chcieli uciec przed bolszewikami, albo i tych, którzy się chcieli tylko dowiedzieć, czy Litwini nie zajmą wcześniej Wilna. Nastrój ten należałoby podkreślić ze względu na późniejsze stosunki polsko-litewskie i na kwestię, która ze stron mianowicie stała się winowajcą szalonej nienawiści, jaka wybuchła pomiędzy tymi narodami na terenie Wilna. Nastrój był taki, że powszechnie oczekiwano wkroczenia Litwinów, a plotki o zajęciu przez nich Oran czy Święcian, były niczym innym jak typowymi plotkami o takich zdarzeniach, których się pragnęło. Jak liczna była, że się tak wyrażę "partia" ludności oczekująca ratunku ze strony Kowna, dowodzi reakcja na nią ze strony "partii" przeciwnej. Ludzie zaczęli się nagle kłócić o coś, co w ogóle nie miało zaistnieć, bo... Litwini wcale nie zamierzali maszerować na Wilno. W poniedziałek, dnia 18 września, o godzinie 6 p.p. (tegoż dnia wieczorem wkroczyli bolszewicy) zadzwonił do mnie do redakcji naczelnik wydziału bezpieczeństwa, Jasiński. - Czy to prawda - zapytałem - że bolszewicy zatrzymali się na linii przewidzianej traktatem litewsko-sowieckim z r. 1930 i nie idą już dalej? - Bujda! Niestety, bardzo powoli, ale posuwają się wciąż naprzód. Zajęli już Oszmianę. - Hm.... jakiż to artykuł na jutro napisać... - powiedziałem żartobliwie w telefon. - Niech pan napisze przeciwko tym głosom, które podszeptują oddanie Wilna Litwie. Niech pan napisze, że nie mamy nic do oddania ani rozdawania z państwa polskiego. -A czy jednak istotnie nie byłoby lepiej znaleźć jakowejś bezbolesnej formy przekazującej Wilno Litwie i chroniącej je tym samym od bolszewików? - Wykluczone - odpowiedział Jasiński. Przypuszczam, że naczelnik bezpieczeństwa, człowiek mały, nie zabierałby w tej sprawie głosu w formie tak apodyktycznej, gdyby nie otrzymał od kogoś wskazówek. Tym kimś był przypuszczalnie poseł polski w Kownie Charwat, który, jak się później dowiedziałem, przyjechał do Wilna samochodem z Kowna, w niedzielę. Opowiadał mi później o tej podróży, ale do rozmowy tej powrócę później. Chodzi mi tylko o podkreślenie, że do jesieni roku 1939 żadnej nagminnej nienawiści do Litwinów nie dało się zaobserwować w Wilnie.


***


W redakcji Słowa paliły się już lampy. Ktoś pozapalał je wszystkie i poszedł sobie. Na pustych stołach walały się normalne porcje papieru, rękopisów, gazet. Nikt nie pracował. Był moment, gdy pozostałem zupełnie sam. Sam jeden w wielu pustych pokojach, oświetlonych niewzruszonym blaskiem żarówek. Nagle zadzwonił telefon. Krzykliwie, głośno, wśród otaczającej pustki, jak człowiek wołający o pomoc. Był to ostatni, jaki przyjąłem w niepodległej Polsce... Mówił Aleksander Zwierzyński, b. wicemarszałek sejmu, jeden z najwybitniejszych leaderów Stronnictwa Narodowego. Zapytał o wiadomości i w końcu dodał: "Co tam z tymi Litwinami?" Ale Litwini nie przyszli. Zamiaru nie mieli przychodzić. Bo nigdy w tych zamiarach nie leżało realne odebranie Wilna. Tymczasem wielkie, 52-tonowe czołgi sowieckie gniotły ziemię. Ich gąsienice dzwoniły po ojczystych drogach jak straszne kajdany, zwiastujące niewolę, coraz bliżej, coraz bliżej... Na trzeci dzień po wkroczeniu bolszewików, żona moja, która pozostała w Wilnie (literatka znana pod nazwiskiem Toporska), rozmawiała z tymże Aleksandrem Zwierzyńskim. Wciąż jeszcze łudzono się wówczas jakąś ingerencją litewską. Zwierzyński nie negował, że dla Wilna byłoby lepiej, gdyby je zajęli Litwini, ale był zdania, iż każda inicjatywa w tym kierunku ze strony Polaków, równałaby się zdradzie. Jednakże wykazał wielkie zainteresowanie postanowieniem mojej żony pójścia do Trimakasa. Zastawszy go, zapytała wprost: czy Litwini przyjdą, czy nie? - Trimakas rozwodził rękami, wskazywał na skomplikowaną sytuację... wreszcie napomknął w sposób niewiążący, iż w tym kierunku mogłaby rzecz posunąć jakaś uchwała... na przykład Wileńskiej Rady Miejskiej. - Bez wątpienia byty to jednak prywatne tylko supozycje p. Trimakasa.





Jedenasta zmiana warty


Od czasu wojny roku 1920, kiedy walczyliśmy z bolszewikami o wolność (w tym ostatnim słowie zawiera się kompletna treść każdej walki z bolszewikami), nie widziałem ich. Minęły lata, dokładnie dziewiętnaście lat, które przeistoczyły mnie z kilkunastoletniego chłopca w mundurze ułańskim, w dojrzałego człowieka. - Jadąc ze wsi Majdany do Wilna, przez Troki i Landwarów, ujrzałem ich w Landwarowie po raz pierwszy. Stało dwóch na warcie. Stare rosyjskie szynele z carskiego okresu, stare rosyjskie karabiny z trójgraniastym bagnetem, na głowach hełmy ozdobione gwiazdą. Nogi obute w nieprawdopodobnie zniszczone trzewiki i takoż postrzępione owijacze. Gdyby nie hełmy, wyglądaliby raczej na członków jakiejś bandy, na partyzantów raczej, a nie żołnierzy.



Na dworcu powiewał sztandar litewski, straż trzymali żołnierze sowieccy, kolej obsługiwali kolejarze polscy. Wokół tłum niewyraźny, zbiedniały i sztucznie sproletaryzowany: każdy wkładał na siebie co miał najgorszego. Żydzi z czerwonymi kokardami w klapie. A wśród tego galimatiasu pełno mundurów i czapek żołnierzy polskich pułków, które już dawno przestały być pułkami. Mundury te donaszał każdy w pracy codziennej, oszczędzając ubrania cywilne. (...)


Po trakcie kowieńskim posuwały się pierwsze patrole litewskie. Kolejna, historyczna zmiana warty nad Wilią. Siedziałem na chłopskiej furmance, zwiesiwszy nogi, obute w cholewy, odziany w kożuszek, do niepoznania zlany z tłem, ludźmi, klimatem kraju rodzinnego. Patrzyłem na dziwny los tego kraju, rzuconego między wschodem i zachodem Europy. Fatalne położenie przy wielkiej drodze europejskiej. Jednak, cóż za śródlądowy, międzynarodowy "Szanghaj"! Miasto wyjątkowe w Europie, miasto tylekroć palone, deptane, kopane, wznoszone w egzaltacji na podium świętości i ciskane stamtąd w błoto politycznych szacherek, sołdackich samowoli, okopów, spowite drutem kolczastym z Pierwszej Wielkiej... wciąż na nowo, wciąż na nowo przechodzące z łap do łap. Miasto o wielu bardzo twarzach, z których każda ma jeszcze sporo wyrazów w rezerwie. Miasto, które kocham i dlatego mówić o nim mam prawo wszystko, co wiem.


Zamieszkałe jest przez Polaków, ale też i przez ogromny procent Żydów. Na wpół kościelne, na wpół synagogalne. Jednocześnie pchające się ku niebu kopułami cerkwi prawosławnych. Czwarty odsetek wyznaje tu prawosławie. Tylko 0,73 procent Litwinów, ale jednocześnie 0,28 procent Niemców; poza tym Tatarzy, Karaimi... Kto chce, może szukać w Wilnie swoich rodaków, sojuszników, współwyznawców.


Historia Wilna od 1914 da się ująć w następującą litanię:

1.1914 w granicach cesarstwa rosyjskiego

2.1915 jesienią przechodzi do rąk niemieckich

3.1918 jesienią do grupy wojskowej1 samoobrony przed bolszewikami

4.1919 w styczniu do rąk bolszewickich

5.1919 w kwietniu z powrotem do Polaków

6.1920 w lipcu do bolszewików

7.1920 tegoż miesiąca oddane Litwinom

8.1920 październik - opanowane przez Żeligowskiego, stolica Litwy Środkowej.

9.1922 w lutym wcielone do Polski

10.1939 we wrześniu wkraczają bolszewicy, wcielając do Białorusi sowieckiej

11.1939 w październiku oddają Wilno Litwie.


Zatrzymuję się na razie na tym punkcie 11, choć mógłbym już recytować dalej.


Otóż w ciągu tych licznych przemian, zawsze znajdował się w Wilnie pokaźny odłam mieszkańców, który wkraczające nowe wojska, a z nimi zapowiedź nowego ładu, witał z kwiatami i szczerą albo udaną radością.


Byłem głęboko przekonany, że wojska litewskie w r. 1939 witane będą z ulgą i radością przez absolutną większość mieszkańców, bez względu na narodowość i wyznanie chrześcijańskie, tudzież przez ogromny odłam Żydów, reprezentujący sfery ortodoksyjno - zamożne.


Chciałem widzieć w tym powitaniu wojsk litewskich przez całą ludność chrześcijańską nie jakieś akcenty polsko-litewskiego wyrównania stosunków, ale przede wszystkim zapowiedź solidarności narodów i wyznań wobec czerwonego imperializmu Bolszewii. Rękę wyciągniętą do zgody nie przez podkreślenie oddania Wilna Litwie, ile przez deklarację wspólnej sprawy. Tę wspólną sprawę traktowałem w tej chwili jako nadrzędną: odebranie Wilna od bolszewików, w zestawieniu z podrzędną: czy ono ma należeć po wojnie do Polski, czy do Litwy.


Omyliłem się kompletnie. Społeczeństwo polskie zachowało się wrogo wobec faktu wkroczenia wojsk litewskich. Społeczeństwo zaś litewskie uczyniło wszystko, aby wrogość tę spotęgować i rozłam pogłębić.


Symbolem ciemnoty politycznej, głupoty mas, symbolem krótkowzroczności, jakiegoś specyficznego chamstwa, ciasnoty nieprawdopodobnej, obłędu nieomal - niech służy fakt następujący, który z szeregu niezliczonych wyliczam na miejscu pierwszym:


Oto nad Wilnem, nad lotniskiem Porubanku, błyszczy czerwona gwiazda bazy sowieckiej. Wojska sowieckie rozrzuciły swe gniazda po całej Litwie. Rząd sowiecki trzyma losy kraju i mieszkańców Wilna w swoim ręku... Straszliwy cień czerwonego terroru pada na życie, mienie i sumienie chrześcijańskiej ludności...


...Tymczasem ludność ta nie ma nic lepszego do roboty, jak tłuc się wzajemnie po własnych świątyniach, tłuc do krwi podczas modłów, spierając się o to - czy w kościołach katolickich śpiewane być mają pieśni w języku polskim, czy litewskim!!!



I przyznać muszę, że winę za obłędną nienawiść i najgłupsze rozłamy w obliczu wspólnego wroga, w lwiej części przypisać należy stronie litewskiej.


Nie całą winę, ale jej część - lwią, jak się wyraziłem. Bo nie zaczęło się od razu. Zaczęło się niby z dobrą wolą i już miałem wrażenie, że kowieńskie zapewnienia istotnie zostaną spełnione. Stało się inaczej.


Stało się zupełnie inaczej.


Polityka na własną niekorzyść Litwini, wkraczając do Wilna, nie powinni byli podkreślać momentu polsko-litewskiego sporu o to miasto. Nie zajmowali go przecie w wyniku zwycięskiego zakończenia tego sporu, ale odbierali je z rąk bolszewickich, wspólnego wroga wszystkich mieszkańców. Dawało to niezaprzeczony atut w ich ręce i otwierało nieograniczone perspektywy dla zjednania sobie sympatii nawet, wśród absolutnej większości mieszkańców, tzn. Polaków. - Ale tego rodzaju wyzyskanie sytuacji wymagało z ich strony wielkiego taktu politycznego i powagi państwowej.


Oczywiście klęskę, jaką było dla nich otrzymanie Wilna, przy jednoczesnym narzuceniu warunków sowieckich i przejście z państwa suwerennego pod półprotektorat sowiecki, mogli maskować rzekomą radością "odzyskania" stolicy. Być może, tego wymagała sytuacja rządu, utrzymanie nastroju w kraju. Należało to jednak robić tylko na wewnątrz, w Kownie, a nie w Wilnie. Że studenci kowieńscy łazili z dziękczynną manifestacją przed poselstwo sowieckie w Kownie (obrzydliwość), tego ostatecznie w Wilnie można było nie wiedzieć.


Wojska litewskie, wkraczające do Wilna, jeżeli nawet oficjalnie nie mogły tego podkreślić, winny były przynajmniej zachować oblicze, "dać do zrozumienia", że przychodzą tu jako oswobodziciele miasta, ale nie od "polskiego jarzma", tylko od bolszewickiego. Wtedy sympatia mas byłaby po ich stronie, jeżeli nie od pierwszego dnia, skutkiem negatywnego stosunku Polaków, to od dni następnych.


Litwini nie okazali jednak ani taktu politycznego, ani rozumu politycznego. Mając dodatkowy atut w postaci zasobów gospodarczych, mogąc trafić nie tylko do duszy, ale i do żołądka wygłodniałych wilnian, wyzyskali te momenty wręcz na opak.


Wilno ujrzałem pod reżimem jeszcze sowieckim, z zamkniętymi okiennicami, szare, wystrachane, jedzące w cukierniach czarny chleb, pijące kawę z landrynkiem. Dużo tylko było straganów z jabłkami - produktem sezonu. Nie było chleba, masła, słoniny, mięsa, były tylko jabłka.


Litwini przywieźli swe świetnie prosperujące przedsiębiorstwa: mięsne "Maistas", zbożowe "Lietukis", mleczne "Pienocentras". Mogli, byli w stanie nakarmić głodnych, przywrócić własność, wolność osobistą, swobodę ruchu..


Jeżeli do jakiegokolwiek chama pasowały słowa Wyspiańskiego o "złotym rogu", to chyba najbardziej do chama litewskiego z roku 1939, który wkraczał do Wilna.


Mimo jednak całej niechęci, ba, nieskończonej nienawiści, jaką nabrało społeczeństwo polskie do Litwinów, po dwóch latach zetknięcia z nimi, nie wierzę, żeby nie istniały wśród nich osoby poważne, inteligentne, politycznie dojrzałe i dobrej woli, które by nie chciały tej woli wprowadzić w czyn.


Oczywiście, wszystkie zarządzenia ukazały się jednocześnie w języku polskim. Wprowadzono radio polskie o dużej ilości godzin. Nie widziało się w pierwszych dniach żadnego dążenia do obrazy polskich uczuć narodowych.




W pierwszych dniach...


Przeciwnie, oburzała mnie natomiast postawa Polaków, która wydawała mi się zbyt mało antybolszewicka, zbyt krótkowzroczna politycznie wśród rzeczywistości nas otaczającej.


Gdy przechodziły wojska litewskie, niosąc sztandary z "Pogonią", szpalery ludności litewskiej zdejmowały, jak każe zwyczaj, okrycia głowy. Większość Polaków nie zdejmowała. Ze szczerym oburzeniem zwróciłem się do jednego ze swoich przyjaciół:


- Nie chcesz zdjąć czapki przed znakiem "Pogoni", który od wieków był naszym godłem. A jak bolszewicy każą, będziesz się kłaniał czerwonym sztandarom! - W tym momencie przepychało się właśnie po trotuarze kilku krasnoarmiejców, dodałem więc zapalczywie: - Chcesz pokazać tani patriotyzm, to lepiej bij w mordę bolszewików! (...)


Szczytowym gestem, że się tak wyrażę, wyciągniętej dłoni litewskiej należałoby uważać Dzień Zaduszny. Wilią tego dnia, wieczorem, na zapełnionej tłumem głównej ulicy Mickiewicza, słyszałem radio, które obwieszczało: "W dniu jutrzejszym społeczeństwo litewskie złoży hołd na grobach poległych żołnierzy litewskich i grobie Bassanowicza. Społeczeństwo zaś polskie złoży hołd na grobach poległych żołnierzy polskich i grobie serca marszałka Piłsudskiego".


Przyznać musiałem, że był to gest rycerski i dalej posunąć się było niepodobna, chybaż w postawieniu na pierwszym miejscu "społeczeństwa polskiego", a na drugim "litewskiego", czego, zdaje się jednak, nikt wymagać nie mógł. Jeszcze krok, jeszcze krok i bylibyśmy w domu...


Nagle, jak nożem uciął.



Zaczęło się od policji. Wiele narodów narzeka na swą policję. Rzekomo "wersalski" naród francuski, który w istocie jest jednym z najgorzej wychowanych narodów, posiada istotnie policję brutalną. W Polsce policja była na ogół grzeczna. O policji litewskiej nie da się inaczej powiedzieć, niestety, jak - chamska. Chamska dosłownie, w znaczeniu nieokrzesanego, brutalnego z natury, nieinteligentnego człowieka, któremu raptem dano władzę do ręki. Mówi o tym przysłowie białoruskie:


"Nie daj Boh świnni roh, da mużyku państwa".


Tłukli bez pardonu gumowymi pałkami; tłukąc zaś2 Polak. Litwin w Wilnie stał się zjawiskiem3. Nauka języka litewskiego zaczęła się od tych metod policyjnych. "Nauczycielami" byli policjanci, ci najbardziej potrzebni i najbliżej stojący szerokich mas, symbolizujący widomy znak państwowości. Odpowiadali tylko po litewsku, niektórzy nie rozumieli, inni nie chcieli rozumieć po polsku. Dożywianie ludności wileńskiej, za pośrednictwem państwowych sklepów spożywczych, przeistoczyło się też niebawem z momentu propagandowego, jakim być musiało, w szkołę nienawiści do Litwinów. Jeść chciał każdy. Przed sklepami stały ogromne kolejki. Policja wyrównywała je pałkami, a poza kolejką puszczała każdego, kto mówił po litewsku. Przekleństwa, krzyk, wzajemne wymyślania, bijatyki i pierwszy zarodek nienawiści do Litwinów, do ich języka, ich sposobu bycia, wybuchł wśród najszerszych, dosłownie, mas ludności, bo, powtarzam, jeść musiał każdy.


A potem potoczyło się już po równi pochyłej.


Zmiana nazw ulic. Główna ulica w Wilnie, zupełnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nosiła nazwę Mickiewicza, czyli wspólnego Polakom i Litwinom poety. Trzeba więc było okazać się kompletnym matołem politycznym, albo kierować wyłącznie złą wolą, aby zamiast wyzyskać ten moment przez podkreślenie go - zmienić nazwę Mickiewicza na Gedymina, budząc w ten sposób sztuczne podrażnienie wobec imienia Gedymina, któremu w zasadzie nikt w Wilnie nie mógł być przeciwny. Następnie wszystkie prawie ulice uległy zmianie nazw, w sposób najbardziej dziwaczny, a szyldziki przybito oczywiście w jednym tylko języku litewskim. Potem poszły szyldy sklepowe, oczywiście też tylko w jednym języku litewskim, wraz z obowiązującym "zlitewszczeniem" nazwiska właściciela.


Odtąd, dwustutysięczne miasto, w którym język litewski znało nie więcej jak dwa procent, musiało się już tylko domyślać, co zawierają do sprzedaży sklepy, nie mogąc się połapać, gdzie jest szewc, a gdzie krawiec, że "kirpykla" to fryzjer, a "kepykla" to piekarnia, a "skalbykla" to pralnia. Potem nastąpiło litewszczenie miejscowości, nawet w polskich tekstach obwieszczeń urzędowych. W ten sposób zainteresowana osoba mogła zapoznać się z nowym rozporządzeniem, ale nie wiedziała często rzeczy najważniejszej, gdzie ono obowiązuje. Któż bowiem mógł się domyśleć, że na przykład miejscowość "Czarny Bór" nazywa się nagle "Juodsiliai", albo "Porubanek" - "Kirtimai" albo "Nowa Wilejka" - "Naujoji Vilnia"!... itp. Oczywiście, że głupota władz działała tu na własną niekorzyść, albowiem każdej władzy zależeć winno na dokładnym zrozumieniu rozporządzeń przez całą ludność.


W ten sposób zaczęła się akcja litewszczenia kraju, jak się okazało - jedyna państwowa myśl przewodnia, na jaką Litwini w odniesieniu do Wileńszczyzny zdobyć się mogli. (...)




Martyrologia


Mówiąc o martyrologii, zastrzegłem sobie prawo bezstronnego sądu o stronie krzywdzącej i krzywdzonej. Histeryczne oczernianie jednych i sztuczne idealizowanie drugich, nie jest drogą wiodącą do ujawnienia rzeczywistości. To, cośmy nazywali martyrologią Polaków za czasów carskich, przesiąkniętych liberalizmem, wydaje się dziecinną zabawką w zestawieniu z życiem w tzw. reżimach totalnych. Z drugiej strony, ci wyidealizowani Polacy "zakuci w carskie kajdany", potrafili we własnym państwie zastosować reżim o wiele surowszy (Bereza!). Czyśmy, na wiosnę r. 1939 jeszcze, mogli na przykład wyobrazić sobie wojewodów Bociańskiego albo Kostka w roli anielskiej ofiary zaborców? Nie. (...)


Litwini, po wkroczeniu do Wilna, na jesieni r. 1939 wydali: "Ściśle tajny memoriał Wojewody Wileńskiego Bociańskiego z dnia 11 lutego 1936 r. O posunięciach władz administracji ogólnej w stosunku do mniejszości litewskiej w Polsce, oraz o zamierzeniach w tym względzie na przyszłość. - Dwa załączniki z dn. 11 i 21 marca 1938 r." "Memoriał" ukazał się w formie małej broszury, która kosztowała jednego lita. W ten sposób, za tanie pieniądze każdy Litwin kupić mógł sobie autentyczny dokument martyrologii litewskiej, o której tyle krzyczano w Kownie, a w którą ja swojego czasu szczerze wierzyłem i byłem nią serdecznie oburzony.


Książeczka zawiera zbiór antylitewskich zarządzeń rządu polskiego. Gdybym ją czytał o rok wcześniej, byłbym niewątpliwie szczerze poruszony. Czytając ją w okresie panowania Litwinów w Wilnie - uśmiechałem się tylko. Prawdziwy niesmak budzi jedynie następujące zdanie:


(...) unormowanie kwestii racjonalnej współpracy władz administracji ogólnej z władzami sądowymi w dziedzinie spraw litewskich - wymaga nacisku Rządu na władze sądowe(...)


Dowodzi ono, iż w liberalnej Polsce nie było niezależnego sądownictwa, które stanowi niewątpliwie o praworządności każdego demokratycznego państwa. - Ale to wszystko, co zdołałem wyłowić. Poza tym w "tajnym memoriale" nie znalazłem nic takiego, co by się równać mogło z "posunięciami władz administracji litewskiej"... w stosunku do Polaków.


Każdy Litwin, powtarzam, mógł sobie kupić za jednego lita i przekazać potomstwu dokument cierpień narodowych, ale - tego nie czynił... Ach! Tam nie było nic takiego. To były śmiesznie łagodne zarządzenia w zestawieniu z tymi, które nastąpiły w Wilnie zimą 39/40 r. Książeczka nie miała powodzenia, znikła niebawem, więcej się nie ukazała i nikt o niej nie mówił, bo mówić właściwie nie było o czym. Chyba iżby Polacy chcieli się na nią powołać i domagać zastosowania do nich tej samej miary.



Z innej zupełnie strony należy się zdobyć na bezstronność, ściślej: na bezstronną fantazję. Stykając się bowiem z Polakami o typie, powiedzmy, jakichś średnich urzędniczków, jakichś pół- i trzy-ćwierci inteligentów, zarażonych nienawiścią (zresztą zrozumiałą), myślałem sobie częstokroć: mój Boże! dać takim władzę w ręce... to by dopiero pokazali co umieją! A przecież trzeba wziąć pod uwagę, że władza na Litwie spoczywała właśnie w rękach ludzi takiego pokroju, że tam minister odpowiadać mógł poziomowi naszego półinteligenta, a już dyrektor departamentu na pewno i nieraz. Cóż dopiero mówić o niższych urzędnikach albo policjantach.


Jako przyrodnik z wykształcenia, nie wierzę w zło i dobro, nie wierzę więc w ludzi złych i dobrych, a tym bardziej w podobny podział narodów. Polityka litewska w Wilnie nie była też przede wszystkim zła, była nade wszystko głupia, nieraz bezdennie głupia. Oddawała jednak zarazem czymś dziwnie wstrętnym, czymś niesłychanie obniżającym poziom stron walczących, obniżającym aż do upodlenia.


Gdy w rezultacie "reorganizacji" szkół polskich, wyrzucono większość nauczycieli na bruk i mianowano dyrektorów Litwinów do polskich gimnazjów - wybuchł w nich, w grudniu r. 1939, strajk młodzieży szkolnej. Władze zastosowały różne represje, co samo przez się nie stanowiło niespodzianki. Ale te same władze dopuściły się opublikowania w prasie... "Uchwały uczniów Litwinów". Było coś niezwykle obrzydliwego w tym fakcie, że młodzież, że kilkunastoletnie dzieci, koledzy... w publicznej enuncjacji (denuncjacji) domagali się represji w stosunku do własnych kolegów innej tylko narodowości, domagali się zamknięcia szkół polskich. Dzieci domagały się niedopuszczenia do nauki innych dzieci. - Wstrętne.


Podobnie obrzydliwą była enuncjacja (denuncjacja) studentów Litwinów, skierowana przeciwko uczelni Wileńskiego Uniwersytetu, opromienionego nb. tradycjami Mickiewiczowsko - romantyczno-"litewskiego" rozkwitu.


W rezultacie Uniwersytet Stefana Batorego został zamknięty, profesorowie powyrzucani. Pozdzierane wszelkie nadpisy, wszelkie tablice pamiątkowe w języku polskim, wyrzuceni nawet starzy woźni Polacy. Wprowadzona została nauka w języku litewskim.


Na rok szkolny 1939/40 na uniwersytet, mimo wszelkich trudności i ograniczeń, zapisało się według danych urzędowych: Polaków 2.010, Żydów 436, Rosjan 121, Białorusinów 53, Litwinów 51, innych 24. Wykłady rozpoczęto zatem w języku, którego nie rozumiało przeszło 2 tysiące studentów, a rozumiało nie więcej ponad setka.


Trzeba się uczyć litewskiego! - wołali w jakiejś spazmatycznej, chorobliwej ekstazie Litwini, dla których kwestia języka zamykała, zdawało się, całokształt zagadnienia państwowego bez reszty. Język litewski w kościołach, w których co niedziela prawie (zwłaszcza w katedrze) urządzano krwawe bójki. Język litewski w sądach, którego nie rozumiały ani strony cywilne, ani oskarżony, ani adwokaci wileńscy, za wyjątkiem jednego. Język litewski w uniwersytecie, którego nie rozumieli studenci. Język litewski na szyldach, których odczytać nie mogli przechodnie. (...)


***


(...) Mówiono mi, że w okresie litewskim, tzw. "smetonowskim", istniało w Wilnie 49 tajnych organizacji polskich. Już sama ich liczba wskazuje, że nie kierowała nimi jednolita myśl polityczna. Pożal się Boże! Co to były za organizacje. Zbierało się po kilku uczniaków i uczennic i padało wielkie słowo: organizacja.


Opowiadał mi pewien Litwin, człowiek uczciwy, wilnianin, sam wzdrygając się z oburzenia:


"Idzie ulicą dwóch uczniaków i rozmawia głośno po polsku. Podchodzi do nich mała dziewczynka. Bóg ją wie... pewnie była to Litwinka... wtyka jednemu z uczniaków papierek do ręki. Ten ze zdziwieniem zaczyna rozwijać... Łap! go z drugiej strony za ramię policjant. Tajna odezwa. Dziewczynka, prowokatorka, Litwinka, dziecko jeszcze prawie... śmieje się. Chłopca (to syn mego znajomego - mówi opowiadający) odprowadzają do komisariatu policji, tam oczywiście biją po twarzy i odsyłają do więzienia na Łukiszki..."


Czy w takich okolicznościach 49 tajnych organizacji młodzieżowych wydaje się komuś liczbą przesadną?


Za szkolne guziki polskie policjant bije w twarz. Za czapkę polskiego kroju pałką przez łeb.


Restauracje były pełne i więzienia były pełne. Areszty, areszty, areszty wciąż nowe. Rewizje. Rewizje. W więzieniach siedziały dzieci po lat czternaście, piętnaście. Oczywiście, pisać nie wolno było o tych sprawach.


Zimą nastały mrozy. Mrozy były tego roku straszne. Wymarzły sady, wymarzły kartofle w dołach. Istnieje taki przepis od mrozów: spisać na kartce nazwiska dwunastu łysych panów i wyrzucić kartkę przez lufcik - mrozy ustaną. Ktoś w towarzystwie zabawiał się tą receptą. Spisali dziewięć osób, kartki nie wyrzucili, spis został. Nazajutrz była w tym domu rewizja. Policja litewska znalazła spis dziewięciu: "listę nowej polskiej organizacji".


Przyszedł wreszcie dzień pogromu Polaków. Bito wszystkich, kto mówił po polsku na ulicy. Zdemolowano lokal operetki polskiej, szyby w polskich redakcjach, rwano na ulicach gazety polskie.


Po kościołach zaczęto więc śpiewać "Boże coś Polskę". Nowe bicie, nowe areszty.


A Sowietom kłaniano się coraz niżej, coraz uprzejmiej salutowano na ulicach.


Wreszcie wykoncypowano "Ustawę o obywatelstwie" jako szczytowy punkt głupoty politycznej, najbardziej sprzeczną z interesami kraju, najbardziej antykrajową, jaką kiedykolwiek skomponowano na ziemiach wielko - litewskich, podcinającą wszelkie możliwe zainteresowanie ludności we wspólnym działaniu z Republiką Litewską na tym terenie.


Teraz tendencje polityczne Litwy stały się kartą otwartą. Poprzednio rozmawiałem z p. Czeczetą, naczelnikiem wydziału politycznego przy urzędzie pełnomocnika na "Kraj Wileński", na temat plotek, jakie powstały wokół rzekomo projektowanego wysiedlenia wszystkich Białorusinów do Sowietów i osiedlenia na ich miejsce Litwinów sprowadzonych z Ameryki. Czeczeta przyznał, że podobny projekt nie jest skonkretyzowany, ale mógłby "okazać się celowym".


Niewątpliwie impulsem dla projektodawców posłużyły masowe, niewidziane dotychczas, a możliwe tylko w państwach totalnych, wędrówki ludów, jak w Sowietach i Niemczech.


Pokrewnym też duchem owiana była litewska "Ustawa o obywatelstwie", zastosowana do Wileńszczyzny. Wytwarzała ona stan kompletnie paradoksalny. Gdyby została przeprowadzona w całej rozciągłości, wytworzyłaby się sytuacja, w której na terenie 665 tysięcy hektarów, świeżo pozyskanych przez Litwę, liczba "obcokrajowców" przekraczałaby dziesięciokrotnie liczbę obywateli. W samym Wilnie, czyli w stolicy państwa litewskiego, liczącym 200 tysięcy mieszkańców stałych, około 150 tysięcy okazałoby się "obcokrajowcami". Istotnie, stolica państwa w trzech-czwartych zamieszkała przez ,,obcokrajowców" to zjawisko jeszcze nie notowane w podręcznikach geografii!


Prócz tego nadmienić wypada, że do liczby "obcokrajowców" nie zaliczano jeszcze "uchodźców", tzn. kilkunastu tysięcy Polaków, którzy znaleźli się w Wilnie na skutek działań wojennych. Ci podlegali specjalnym prawom, które polegały właściwie na ograniczeniu ich we wszelkich prawach.


Nie będę się tu wdawał w szczegółową analizę ustawy o obywatelstwie, ani przytaczał jej całkowitego brzmienia, albowiem ulegała ona w przeciągu kilku miesięcy różnym zmianom, odchyleniom i poprawkom, a wkroczenie wojsk czerwonych w czerwcu 1940 roku przeszkodziło jej wykonaniu w pełnej rozciągłości.


Chodziło w niej głównie, aby wszystkim nie-Litwinom utrudnić uzyskanie praw obywatelskich, zwłaszcza zaś Polakom. Poza tym wyraźnie kładła kres wszelkim dążeniom i aspiracjom Litwy do terenów b. W. Księstwa Litewskiego i to w sposób tak drastyczny, że większość mieszkańców, nawet z najbliższych okolic, położonych w obrębie odwiecznego promieniowania Wilna, traciła prawo do obywatelstwa.


Granica sowiecko - litewska, rzucona dowolnie o kilkanaście kilometrów na wschód, południe i północ od Wilna, podcinała historyczne korzenie jego rozkwitu nieomal u nasady. W myśl zaś ustawy, odwieczni mieszkańcy kraju, których ruch populacyjny odbywał się normalnie w rejonie 50 do 200 kilometrów wokół centrum - Wilna, uznani być mogli za "obcokrajowców", o ile urodzili się zaraz za obecną granicą, powiedzmy w Smorgoniach, Bieniakoniach, Brasławiu...


Trudno sobie wyobrazić politykę "krajową" w Wilnie, która by się godziła z uznaniem za obcokrajowca mieszkańca na przykład... Smorgoń. Tego jednak chciała polityka litewska.


To były założenia teoretyczne, które, zadając cios śmiertelny tradycjom Litwy historycznej, w praktyce wyglądały zgoła ponuro: "obcokrajowcy" (powtarzam, nie należy ich mieszać z uchodźcami. "Obcokrajowcy" w subtelnościach litewskiej ustawy, to nieraz odwieczni mieszkańcy, posiadający tu nieruchomości) pozbawieni być mieli nie tylko praw obywatelskich, ale również pracy, swobody poruszania. Wydane już zostało nawet zarządzenie, że nie mają prawa korzystać z pociągów inaczej jak za specjalną przepustką. Rygorystyczne wykonanie tego zarządzenia okazało się niemożliwe. Tak na przykład większość bab mleczarek, przywożących codziennie mleko podmiejskimi pociągami do Wilna, okazało się... "obcokrajowcami".


Prócz tego, istniał jeszcze punkt ustawy specjalnie złośliwy: można było od urodzenia nie ruszać się z Wilna i pochodzić z dziada-pradziada wilnianina, tym niemniej traciło się prawo do obywatelstwa, o ile nie było się zameldowanym tu dnia 6 sierpnia 1920 roku. Ten paragraf skierowany być miał przeciwko tym, którzy służyli w armii polskiej i którzy mogli w ten sposób brać udział w wojnie przeciwko Litwie. Że ci ludzie wyciągnęli przede wszystkim w pole, aby bronić Wilna przed bolszewikami, nie obchodziło projektodawców ustawy.


Ustawa o obywatelstwie była produktem złośliwej głupoty, jej forma objawem tępego kabotynizmu.


Oczywiście, w praktyce uderzała przede wszystkim w aspiracje "krajowe", których ideologiczną dążnością było połączenie Litwy historycznej z równouprawnieniem wszystkich narodowości. Na drugim dopiero miejscu uderzała w Polaków w ogóle.


Ale szerokie warstwy społeczeństwa polskiego, złośliwie podszczuwane przez pewne grupy polityczne, usiłujące identyfikować "krajowość" z zaprzaństwem i renegactwem na rzecz litewskości, nie rozumiały tego wówczas, jak często nie rozumieją po dziś dzień. Słyszało się przecie nieraz, już po zajęciu Wilna przez Niemców, takie zdanie wśród Polaków:


"Oho, Litwini się teraz cieszą i chcą rozciągnąć Litwę po Dniepr". - Tymczasem Litwini tego właśnie najbardziej ze wszystkich możliwości na świecie - nie chcą.


Bolszewik w roli anioła sprawiedliwości


W Sowietach można by żyć, tylko tam życia nie ma. A w Litwie życie jest, tylko żyć nie można...


(Dorożkarz wileński, luty 1940)


Cóż się działo na umęczonej Wileńszczyźnie, w tę najsroższą zimę, w którą Bałtyk zamarzł od Łotwy po Szwecję? Kraj nasz rodzinny! (...)


***


W małym drewnianym kościółku śpiewają "Boże coś Polskę". Nie wszyscy wiedzą, że to pieśń patriotyczna, ale brzmi ładnie, po katolicku. Lud na kolanach. Ksiądz oczy ma przymknięte.


Czego nie dokonało dwadzieścia lat rządów polonizacyjnych, to dopełniło, przyśpieszyło, spopularyzowało kilka miesięcy rządów litewskich. Patriotyzm polski buchnął jasnym płomieniem, ogarnął indyferentnych chłopów, w większości swej Białorusinów. Ludzie zwani w urzędowych polskich raportach: bez skrystalizowanej przynależności narodowej, sami siebie nazywający "tutejszymi", przeistoczyli się w świadomych "Polaków".

Kilka tygodni poprzednich rządów bolszewickich, choć w chaosie dały im jaki taki przybytek (od niego głowa nie boli), ale otwarły jednocześnie oczy na bolszewicką rzeczywistość.


Nędza sowieckiego państwa jest tak przeogromna, iż nie dała się ukryć nawet w tak krótkim okresie, mimo wielkich wysiłków propagandowych. Nic nie mają, niczego nie widzieli, na wyroby wszelakie, zegarki, materiały, buty, ba! na żarcie rzucali się z apetytem wygłodniałej szarańczy.


- To nie ludzie - powiada do mnie chłop - toż to czyste karajedy! (korniki)


Na zmianę im miała przyjść zasobna i świetnie zagospodarowana Litwa. Na terenie wileńskim mogłaby żdziałać cuda, tak wdzięcznym wydawał się ten teren, po wielkiej klęsce Polski, po widmie bolszewickiej gospodarki.


Język, przymus językowy litewski wytworzył błyskawicznie przepaść, dalsze szykany polityczne rozproszyły ostatnie złudzenia pojednawczych możliwości.


Najbardziej niesłuszny jest pogląd na naszego chłopa, jako na stwór jakiś odrębny, rządzony odmienną psychologią od reszty ludzi. Teorię tę wymyślili nieinteligentni ziemianie. Nie ze złej woli, tylko z braku doświadczenia życiowego, ograniczonego wyłącznie stosunkami materialnymi. (...)


Tymczasem niejeden chłop wydawał mi się mniej zmaterializowany od niejednego ziemianina-szlachcica, jeśli się rzuci na szalę stopień wykształcenia i uświadomienia politycznego. Za czasów bolszewickich chłopi i robotnicy, w masie swojej, zachowali bezwzględnie więcej godności, niż masa polskiej inteligencji. Zresztą, dopatrując się specjalnie brzydkiej karty w historii naszej inteligencji okresu bolszewickiego, nie czyniłbym i w tym wypadku granicy różniącej te dwie zbiorowości. W rezultacie chłop jest zupełnie tym samym człowiekiem. Nie ma nic błędniejszego pod słońcem, niż przypuszczenie, że zatka mu się gębę dobrobytem materialnym, przy jednoczesnym deptaniu jego godności, zwyczajów, języka, takim czy innym szykanowaniu. Każdy dobrobyt materialny wlecze za sobą aspiracje moralne.


Można by się zatem dziwić, że kierownicy Litwy, sami z chłopów powstali, mogli dopuścić się takiego błędu w opracowaniu politycznego pozyskania kraju. Ale to nie był żaden błąd w opracowaniu. To była po prostu głupota, która nie dopuściła ich do żadnego zastanowienia nad jakimś pozyskaniem. Upór, brak programu, a raczej zacieśnienie tego programu do ślepej polonofobii, w której jako jedyny twórczy paragraf traktowali: język. "Wszyscy niech mówią po litewsku".


Później już, po dwukrotnym utraceniu niepodległości przez Litwinów, raz na rzecz Sowietów, drugi na rzecz Niemców, wiedzieliśmy, że praktycznie hasło to stawiali ponad ideę samej niepodległości.


Polityka językowa litewska rozdrażniła całą ludność, od nacjonalistycznej, uświadomionej inteligencji polskiej począwszy, po proletariat miejski i najbardziej indyferentną i zmaterializowaną biednotę wiejską. Zaś grubiańska metoda w praktycznym stosowaniu tej polityki, zrodziła nienawiść.


Mam pewnego sąsiada chłopa, o którym za czasów polskich mówiono, że jest Litwinem. Puszczał to mimo uszu i robił swoje. Ostatecznie nie wiedziano, czy jest Litwinem, czy Polakiem. Dopiero za czasów litewskich wyszło na jaw, gdy zaprotestował głośno, iż Litwinem nie jest. Zaprotestował właśnie w okresie, gdy mógł ze swej litewskości czerpać korzyść materialną...


Inny mój sąsiad, Białorusin rodem z Inflant, do dziś władający kiepską tylko gwarą polską, przyszedł się ze mną pożegnać w styczniu 40 roku.


- Dokąd? - pytam.


- A! Nie moga już strzymać. Ida do Polszczy, niechaj daje karabin Litwinów przepędzać!


Kwestia języka zaprzepaściła sprawę litewską. Odrębność geo-psychiczna Wileńszczyzny od reszty Polski, mimo wiekowego współżycia, jest tak duża, tak często była podkreślana przez niefortunne za czasów polskich centralistyczne posunięcia, czy to drogą osadnictwa obcych tutejszej psychice i wymowie poznaniaków, warszawiaków, Ślązaków, czy to przez nasyłanie obcego tym terenom elementu urzędniczego i nauczycielskiego, że gdyby Litwini przyszli tu z - językiem polskim, właśnie lokalnie polskim, to mimo pozornej paradoksalności zawartej w tej tezie, podejmuję się twierdzić, iż zaistniałaby możliwość pozyskania najszerszych mas ludności dla państwowej idei litewskiej.


Ale Litwinom nie chodziło o żadną ideę państwową litewską, tym mniej o historyczno-litewską, im chodziło o język litewski. Poza tym, w chorobliwej manii znęcania się nad polskością, nie mogli pominąć tej "szalonej okazji", gdy mieli polskość przed sobą bezbronną, słabą po rozgromie. Tej "okazji" nie chcieliby pominąć na pewno nawet za cenę utrzymania, czy utracenia, własnej suwerenności. Dlatego rozumiem pewnego Polaka, który wzruszając ramionami powiedział:


"Litwin to nie narodowość, to choroba".


W biedzie teraźniejszości zapomina się najłatwiej najgorszą nawet przeszłość. Bolszewicy przestali się nagle wydawać tak straszni. A ich metody działania były tak zupełnie odmienne! Oficjalna propaganda antysowiecka, zwłaszcza zaś niemiecka, operuje fałszywymi argumentami, zgęszczając barwy terroru fizycznego i ponure obrazy "azjatyckiej przemocy". Niczego podobnego się nie widzi. Na zewnątrz widzi się ludzi cichych i grzecznych. Zdeptanie jednostki przez reżim sowiecki, zniszczenie indywidualizmu bez reszty, dało możność bolszewikom tworzenia szablonu mas, a w tym szablonie wyrobienia standardowej grzeczności. Żelazna dyscyplina, panująca wszechwładnie nad jednostką, nakazała zdwoić tę grzeczność ze względów propagandowych i oczywiście do wymogów dyscypliny się zastosowano.


Bolszewicy, jadący drogą autem, podwożą ludzi. Zatrzymują się, gdy koń się spłoszy. Pomagają, gdy się komuś coś popsuje. Zabroniono im wymyślać, więc nie wymyślają. A przede wszystkim nie czynią żadnych różnic językowych.


I oto w zetknięciu z brutalną pięścią litewskiej administracji, ludność zaczęła tęsknić do grzeczności bolszewickiej. Tęsknić raczej podświadomie, raczej z zemsty na Litwinów, niż z korzyści dla siebie, bo do samego reżimu bolszewickiego nie tęsknił świadomie nikt.


Gdy szykany litewskie doszły do punktu kulminacyjnego, gdy ustawa o obywatelstwie i nieznajomość języka groziła nieraz ruiną materialną, gdy nawet dorożkarzom konnym w mieście dano miesięczny termin na nauczenie się języka litewskiego, pod groźbą odebrania prawa jazdy, usłyszałem od jednego z dorożkarzy tę świetną sentencję, obrazującą porównanie dwóch okupacji po upadku Polski.


W Sowietach żyć można, ale życia nie ma


W Litwie życie jest, ale żyć nie można.


***


(...) Otóż nękani przez Litwinów maluczcy spośród ludności polskiej, wbrew nawet własnym sympatiom, mimo swej woli, widzieli w bolszewikach stacjonujących na Litwie, tę władzę silniejszą, która jedynie może się skutecznie przeciwstawić rozpasaniu.


Czy był taki wypadek? Nie wiem. Ale nie chodzi o fakt. Chodzi raczej o tragiczną popularność podobnego wypadku, przekazywanego z ust do ust jak jasną legendę:


"Słyszał pan, co się zdarzyło na ulicy Kalwaryjskiej? Policjant litewski uderzył babę, a przechodził tamtędy bolszewik i w mordę policjanta, w mordę! w mordę!" - powtarza ze smakiem.


"Słyszałem, ale to nie było na Kalwaryjskiej, tylko na Popławach"


"To może drugi wypadek".


W "Bristolu" rzekomo pijany oficer litewski zaczepił Polkę, oficer bolszewicki ją obronił...


Dorożkarz wiózł bolszewików późno wieczorem na bazę w Porubanku. Wracał już po godzinie policyjnej. Złapali go policjanci i zbili do krwi. Dorożkarz powrócił do Porubanku i poskarżył się bolszewikom. Ci wsiedli do sanek, przyjechali do komisariatu i nabili porządnie Litwinów.


I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze... takich powiastek i temu podobnych można się było nasłuchać i przytoczyć setki. W ich autentyczność osobiście nie wierzę i dlatego tym bardziej popularność ich wydawała mi się zgubną i smutną. Tym bardziej przerażała mnie głupota polityki administracyjnej litewskiej, która z bolszewików robiła jakichś generałów Dragomirowów, jakichś srebrnych rycerzy sprawiedliwości, jakichś obrońców uciśnionych, miast piętnować ich tym, czym byli w istocie - zarazą i nieszczęściem świata, wspólnym wrogiem Polski i Litwy.


Ale masy wileńskie nie znały innej apelacji. Nie miały się komu poskarżyć. System policyjny litewski wykluczał nieomal dochodzenie przeciwko policjantowi w praktyce, tym bardziej Polak nie mógł o takim dochodzeniu marzyć. Pozostawało więc... skarżyć się bolszewikom.


Oto w jak ponurą rzeczywistość przeistoczyły się moje marzenia o wspólnej, zgodnej, trzeźwej akcji wobec wspólnego wroga.


Akcja litewska szła na rękę temu wrogowi, a nie przeciw niemu.




W mrożącym milczeniu Europy Zachodniej


Sposób,(1) w jaki Niemcy zajęli Danię i Norwegię, można by nazwać oszałamiającym, w jaki rozbili Holandię, Belgię, Anglików i Francję - bezprzykładnym. Upadek Paryża, zdobycie największych i najnowocześniejszych fortec świata - to były wypadki, mogące w tym krótkim terminie przyprawić człowieka o zawrót głowy. Ale bardziej od wypadków, powtarzam raz jeszcze, zdumiewali mnie ludzie, biorący w nich udział, ludzie, którzy tworzyli te wypadki.


Zresztą my, Polacy, pierwsi mieliśmy okazję do oszołomienia, bo pierwsi padliśmy ofiarą. Sposób, w jaki dostaliśmy, krótko mówiąc, po łbie, tak dalece odbiegał od naszych pojęć i tradycji, wyssanych dosłownie z mlekiem matki, że trudno się było utrzymać na nogach.


Nasze cierpiętnictwo i stuletnia martyrologia w zestawieniu na przykład z martyrologią Żydów pod reżimem hitlerowskim, zdawała się lekkim bluffem. Czyżby i nasze tradycje rycerskie także? Nie zdaje mi się.


W jednej z najpopularniejszych książek Francji środka ubiegłego stulecia, wydanej w r. 1864 pt. L'Histoire d'un Conscrit de 1813, która doczekała ponoć niebywałego na owe czasy nakładu, Erckmann-Chatrian zamieszczają opis "Bitwy Narodów" pod Lipskiem w 1813 roku. Znajdujemy w nim następujące zdanie:


...to byli Polacy! Najbitniejsi i najodważniejsi wojownicy, jakich w życiu widziałem!


A przecież żołnierz francuski, którego słowami przemawiają, widział na wojnie Francuzów, Anglików, Austriaków, Rosjan, Niemców, Włochów, Hiszpanów i Szwedów. Nie potrzebuję zresztą sięgać ani do kronik historycznych, ani do faktów powszechnie znanych, ani do literatury pięknej. Tak, tradycję wojenną posiadaliśmy niewątpliwie.

Tymczasem Norwegowie roku 1940, którzy do tradycji wojennej wcale się nie kwapili, walczyli ponoć jak lwy.


Podobnie walczyli Finowie. Francuzi, otoczeni ciepłą jeszcze aureolą Marny, Sommy i Verdun, zachowali się jak stado baranów.


Belgia! Zacny literat polski starej daty, Czesław Jankowski, pisał dnia 12 listopada 1914 roku:


Wskażcie mi rozdział romansu historycznego mogący iść w zawody z legendową epopeją Belgii współczesnej! Co za aureola heroizmu, co za blask patriotyzmu, co za porywająca waleczność, co za hart ducha... Belgia współczesna zadała kłam twierdzeniom, że nie ma dziś na świecie ludzi na miarę bohaterów starożytnych. Znaleźli się... itd. w tym tonie, w którym pisała zresztą cała Europa. Belgia rok 1940. Atak niemiecki na fortecę Leodium, uważaną za najsilniejszą na świecie. 11 maja, godzina 10 rano, rozpoczęty szturm na fort Eben Emael. Godzina 12 minut 15, Belgowie wywiesili białą flagę. Tylko stu zabitych. Tysiąc poddaje się do niewoli. W wydanej przez Niemców książce Der Sieg über Frankrgich w ten sposób jeden z uczestników opisuje wkroczenie do Antwerpii:


Koło jednego z domów na peryferium miasta znajdujemy stosy porzuconej broni i mundurów. Żołnierze bełgijscy przebierali się czym prędzej, aby tym łatwiej uciekać.


Jak wiadomo, po kilku dniach oporu, król Belgów poddaje się razem z całą armią i całym państwem.


Kiedyś przy piwie rozmawiałem z lotnikiem niemieckim, który był wszędzie. Na pierwszym miejscu stawia Greków.


Jest to, oczywiście, najmniej spodziewana gradacja: Na wschodzie Europy Greka uważano potocznie za coś mniej więcej lepszego od Żyda, coś pośredniego między żydowskim i ormiańskim handlarzem. W Polsce mówiło się "Nie rób z siebie Greka", to znaczyło: nie wyczyniaj z siebie durnia, wariata. Tymczasem Grecy okazali się bohaterami. Tylko Włosi nie zgotowali żadnej niespodzianki.


Trudno określić, jak dalece sięgać powinna znajomość ludzi, ażeby w życiu chroniła nas przed zawodem. I czy w ogóle można w tym względzie mówić o jakiejś świadomej "znajomości", czy tylko polegać na podświadomej intuicji? Śmiesznie jak dużo miejsca poświęca się "psychologii kobiecej". Gdyby tyleż energii wyładować w prawdziwie naukowym kierunku psychologii zwierząt, może by nareszcie logika ta wyszła z pieluszek opisowo-dyletanckich i przyczyniła się do poznania "naszych młodszych braci", jak ponoć nazywał zwierzęta św. Franciszek z Asyżu. Tymczasem istnieje niewyczerpana wprost litania wszechświatowej literatury poświęconej "znawstwu" kobiet. Kobietę, którą opisuje się na wszystkie możliwe sposoby, a są to właściwie sposoby arcyludzkie, traktuje się jako coś obiektywnie odrębnego, coś pozagatunkowego. Wszystkie nieobliczalności, jakie normalnie popełniane bywają w stosunkach pomiędzy bliźnimi, w odniesieniu do kobiety przeradzają się w naszej, podnieconej tylko erotyką, fantazji, w swoistą, kobiecie tylko przyrodzoną, nieomal cechę gatunkową. Według mnie, świadczy to nie tyle o znajomości kobiety, co raczej o braku znajomości ludzi w ogóle, albo przypomina laika, który sądzi, że kruk jest samcem wrony i bardzo się dziwi, że istnieją zarówno samice kruka, jak samce wrony, których życie duchowe i fizyczne upływa w przyrodzonych ramach, właściwych dla całego gatunku.


Jeżeli chodzi, na przykład, o moje osobiste doznania życiowe, o wiele bardziej zaskakiwany bywałem i oszukiwany przez mężczyzn, niż przez kobiety, które rzekomo mają stanowić źródło niewyczerpanych niespodzianek. Gdy miałem lat szesnaście, pierwszy prawdziwy tzw. zawód życiowy sprawił mi niejaki Grigorij Kowalenko, "wachmistrz 14-go Jej Cesarskiej Mości Elżbiety Pietrowny dragońskiego pułku". Leżeliśmy razem na jednej sali w szpitalu i byliśmy przyjaciółmi. Następnie Kowalenko wywiódł mnie, jak to się mówi, w pole, okradł z premedytacją i porzucił chorego jeszcze, w beznadziejnych okolicznościach, w Puszczy Białowieskiej. Zdarzyło mi się później coś podobnego doznawać raz po razie ze strony różnego rodzaju kolegów czy pseudo-przyjaciół. Coś takiego, po czym człowiek zwykł mówić w przygnębieniu: "No, no, tego się po nim nie spodziewałem", albo: "Kto by się tego mógł po nim spodziewać!"


Otóż przysłowie twierdzi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Jest to mądre przysłowie, ale powiedziałbym, że nie tylko przyjaciół, ile ludzi w ogóle. Najczęściej właśnie wojny i katastrofy żywiołowe wydobywają z ludzi ich przyrodzone właściwości charakterów. Dlatego też ostatnia wojna rozwarła taki upust nieoczekiwanie zróżniczkowanych charakterów, o których nie śniło się nawet naszej dobrej, przedwojennej, pokojowej literaturze, nawet w jej najszczerszym wysiłku wydobycia "sfinksów", "czarnych charakterów" i "kobiet zagadki".


***


Może to nikogo nie obchodzić, o czym opowiem poniżej. To moje sprawy osobiste pośród przeciętnych ludzi, którzy mnie otaczali. Ale właśnie dlatego, że byli przeciętni, ich postępowanie wydaje mi się godne zanotowania. Ich postępki przekraczały, oczywiście, moje oczekiwania osobiste i to właśnie może nikogo nie obchodzić. Ale w równym stopniu przekraczały oczekiwania całego Narodu, którego członkami były te pojedyncze, przeciętne osoby i to powinno obchodzić cały naród.


Jak już zaznaczyłem, w połowie zimy władze litewskie odebrały mi koncesję na redagowanie pisma, pozostawiając jedynie prawa współwydawcy. Szukając odpowiednich ludzi na stanowisko redaktora, natknąłem się kilkakrotnie na nazwisko Węckowicza. Mówiono o nim, że "człowiek uczciwy".


W naszej sytuacji chodziło nam właśnie o takiego przede wszystkim. W tym czasie najzaufańszym członkiem mojej redakcji był Teodor Bujnicki, literat wileński. On, siostrzeniec tego Węckowicza, również popierał jego kandydaturę. Doszło do układu z Węckowiczem, mocą którego redagować gazetę mieliśmy wspólnie, ja nieoficjalnie, on oficjalnie i żadne poważne stanowisko polityczne nie mogło być powzięte bez obopólnej zgody. Węckowicz dobrze był widziany w sferach litewskich.


I otóż tenże Romuald Węckowicz, liberał i demokrata, raczej socjał niż nacjonalista, "krajowiec" i Polak, okazał się w praktyce absolutnym ugodowcem w stosunku do eksterminacyjnej, antykrajowej, nacjonalistyczno-polakożerczej polityki litewskiej. Pchał Gazetę w kierunku gadzinowym. Już nie pro-litewskim, ale wprost pro-rządowo-litewskim kierunku. Korzystając zaś z ustawowych praw redaktora, poczynał sobie coraz bardziej samowolnie.


Pod wiosnę zaszły w Wilnie smutne wypadki pogromowe. Poczęto bić Polaków coraz jawniej. Ucisk policji rósł z każdym dniem. Nagle zamordowano policjanta.





Nazajutrz drugiego.


Kto był właściwym sprawcą i jakie podłoże miało to morderstwo, nie zostało bliżej wyjaśnione. Ale zarówno strona litewska zapisała je na rachunek "Polaków" w ogóle, jak też strona polska przyjęła w cichości ten zarzut na siebie, że to niby odwet, choć anonimowy, za brutalność policji.


Odbył się pogrzeb policjantów. W kondukcie z wielką paradą wzięły udział tłumy Litwinów, tzn. importowanych do Wilna urzędników itp. elementy, głównie zaś młodzież akademicka litewska. Jak to zazwyczaj bywa, wielkie skupiska chrześcijan wokół chrześcijańskiego obrządku, rzadko mają(2) wspólnego z prawdziwą nauką chrześcijańską, a często wyradzają(3) się w najbardziej antychrystusowe wyczyny. Religia stosowana nie jest tym, czym jest sztuka stosowana, jest najpodlejszym i najbardziej zakłamanym przejawem ludzkiej hipokryzji. Specjalnie zaś młodzież, często religijnie indyferentna, zaprawiana jest w tym duchu kościelno-pogromowym. Podobnie rzecz miała się w Polsce, gdy wszelkie powroty z cmentarza po złożeniu do grobu "ofiar" politycznych, przeistaczały się w dzikie pogromy żydowskie, ukraińskie itd. Identycznie postąpiła "młodzież" litewska. Tłumy jej zalały ulice z pałkami w rękach, bijąc każdego Polaka, zrywając polskiej młodzieży czapki z głowy, drąc każdy nadpis polski, gazety, rozbijając szyby w redakcjach polskich; cuchnący bezkarnością tłum wdarł się do lokalu operetki polskiej, zerwał przedstawienie, potłukł szyby. W końcu zawezwano policję pieszą i konną, której zachowanie było kompletnie bierne. Krew i podarte strzępy ubrania, pośród stłuczonego szkła, znaczyły chodniki polskiego Wilna.


Naturalnie zakazano nam o tym pisać.


Natomiast nazajutrz zawezwano redaktorów pism polskich i domagano się od nich ostrych notatek potępiających... fakt zabójstwa policjantów.


Moje stanowisko było takie: o ile pozwolą nam potępić ekscesy antypolskie, zgadzamy się potępić również skrytobójstwo, dokonane na policjantach. O ile nie - nie piszemy w ogóle nic.


Tymczasem Węckowicz zjawił się z gotowym, podławym artykulikiem, ustalonym w cenzurze litewskiej i oświadczył, że on, jako redaktor, zobowiązał się do zamieszczenia tego artykułu wobec władz litewskich. Zwróciłem mu uwagę na naszą umowę. Oświadczył wtedy, że on, a nie kto inny, jest tu redaktorem.


Powiedziałem mu wprost, że jest: "politycznym szantażystą".


- Ja z panem inaczej załatwię - odpowiedział ten "krajowy demokrata" polski, popierający nacjonalizm litewski, i poszedł do władz litewskich ze skargą na mnie.


Nazajutrz pismem oficjalnym odebrana mi została koncesja ostatecznie, nawet jako wydawcy.


Tak postąpił ów "uczciwy" człowiek. - Leon Bortkiewicz, podówczas jeszcze wierny "mój przyjaciel", dał Węckowiczowi po pysku w cukierni. Ale Węckowicz pozostał przy swojej gadzinowej robocie, a raczej zamierzał ją rozwinąć właśnie na całego... Nawet zakupił był portret prezydenta Litwy Antoniego Smetony, żeby go powiesić w swoim gabinecie redakcyjnym i w tym celu odesłał przez woźnego do sklepu dla dorobienia odpowiednich ram, gdy...


Ramy do portretu nie zostały nigdy wykupione. Natomiast zakupiono dwa inne portrety: przewodniczącego Litewskiej Republiki "Ludowej" Paleckisa i Józefa Wissarionowicza Stalina.


***


Rząd sowiecki, działający notorycznie z "woli mas pracujących", który w dniu 16 grudnia 1918 roku uznał za istniejącą tylko Sowiecką Republikę Litewską, w dniu 12 lipca 1920 roku zmienił zdanie "mas pracujących" i uznał burżuazyjną Republikę Litewską, odstępując jej zdobyte na Polakach Wilno. We wrześniu r. 1939, z woli mas pracujących, przyłączył Wilno do Białorusi Sowieckiej, ale już po miesiącu "wola mas pracujących" tak kardynalnie przeobraziła swe przekonania, że decyzją rządu sowieckiego, już nie białoruskie Wilna, tylko litewski Vilnius oddany zostaje w ręce litewskiego rządu Smetony.


Państwa Europy zachodniej zachowały wobec tego faktu zupełną obojętność.


Wilno było częścią suwerennego państwa polskiego. Wcielone, bez zgody tego państwa, do Republiki Litewskiej. Z Francją łączyły Polskę układ polityczny z 19 lutego 1921 i Traktat Gwarancyjny z 16 października 1925. Dnia 13 kwietnia 1939 premier Francji Daladier oświadczył w Izbie Deputowanych:


Francja i Polska nawzajem udzielają sobie gwarancji niezwłocznej i bezpośredniej [pomocy] przeciw wszelkiej groźbie bezpośredniej lub pośredniej, która mogłaby narazić na szwank ich żywotne interesy.[†]


Przytaczaliśmy już powyżej oświadczenie premiera Chamberlaina z dnia 31 marca i 6 kwietnia 1939:


...zagwarantowanie Polsce... wzajemnej pomocy na wypadek wszelkiego zagrożenia bezpośredniego lub pośredniego...


W dniu 31 marca dodał jeszcze:


Rząd francuski upoważnił mnie do wyraźnego stwierdzenia, iż zajmuje takie samo stanowisko w tej kwestii, jak rząd Wielkiej Brytanii.[‡]


Ale ani rząd francuski, ani rząd królewski angielski, tak samo jak palcem nie ruszył w obronie Polski wobec agresji sowieckiej, nie ruszył też palcem wobec wkroczenia na terytorium Polski wojsk litewskich.


Tymczasem rząd sowiecki, który jeszcze 28 września 1920 roku zawarł z Litwą pakt o nieagresji, a w r. 1934 przedłużył go na lat 10, a dnia 9 października [ 1939] narzucił Litwie "traktat o wzajemnej pomocy" i wprowadził swe bazy wojskowe, ogłosił w początkach czerwca 1940 rzecz niespodzianą:


Rząd litewski uprawia antysowiecką propagandę, tworzy organizację mającą na celu porywanie i mordowanie żołnierzy czerwonych stacjonujących w Litwie.


O tych "niesłychanych prowokacjach" ze strony Litwy rozgłosiło radio sowieckie we wszystkich językach. I oczywiście znowu niezliczone wiece niezliczonych "mas pracujących" poparły "mądre stanowisko rządu radzieckiego" i dały upust, w niezliczonych uchwałach, swemu oburzeniu na rząd litewski.


Naturalnie nikt na świecie nie troszczył się o to, że artykuł 7 zawartego traktatu sowiecko-litewskiego brzmiał dosłownie:


Zawarty traktat w niczym nie narusza suwerenności obydwóch układających się stron. Zachowana zostaje zasada nie mieszania się wzajemnego w wewnętrzne stosunki układających się stron. Miejscowości, w których rozlokowane zostają powietrzne i lądowe siły sowieckie w Litwie, pod każdym względem należą do Republiki Litewskiej.


Oczywiście, o żadnej prowokacji ze stromy rządu litewskiego mowy być nie mogło. Rząd litewski, a z nim społeczeństwo litewskie, posuwały swoją uległość do granic najdalszych, czyniono wszystko co możliwe i płaszczono się przed Sowietami w sposób odrażający. O rzekomej "propagandzie antysowieckiej" możemy powiedzieć najlepiej my, mający do czynienia z cenzurą, która wykreślała nam wszystko, co mogłoby nasuwać choćby cień podejrzenia, że jest dla Sowietów nieprzychylne. Komuniści w ogóle uznani byli nagle jako przyjaciele Litwy, a ci spośród nich, którzy ze względu na utrzymanie ładu wewnętrznego, musieli być jednak przyskrzynieni, rejestrowani byli oficjalnie jako - "trockistowcy".


W gruncie rzeczy nastał obecnie niby moment, o którym marzyłem na jesieni 1939. Mianowicie konflikt sowiecko-litewski. Ale nie miałem już złudzeń: ani Litwa nie będzie się bronić, ani tym mniej nie będzie popierana w tej walce przez Polaków, czy Białorusinów. Jeżeli chodzi o Polaków, o ich masy, to te zupełnie świadomie, natomiast inteligencja polska raczej podświadomie, odczuwały coś w rodzaju Schadenfreude.


Było to oczywiście najgłupsze, najbardziej ślepe, najbezsensowniejsze uczucie polityczne, na jakie właśnie zdobyć się może tylko masa, niewyrobiona i nie kierowana politycznie opinia, a tak dalece pozbawiona instynktu samozachowawczego, iż cieszyć się może z własnej zguby. Ale uczucie to było zaraźliwe. Zdawało mi się chwilami, że ulegam mu również. Do tego stopnia znienawidzone były w kraju rządy litewskie. Na poczekaniu wyprodukowano nawet piosenkę:


Raz po zwycięskiej bitwie,

Musu Wilnius przypadł Litwie,

A że kobyłka zbyt skakała,

Musu Wilnius postradała.

O jej-jej, ponas Bobras nie gieroj! itd.



Ta wesoła piosenka zapowiadała jednak w gruncie naszą wspólną(4) zgubę.

Dnia 14 czerwca 1940 roku, o godzinie 23 (moskiewskiej 24) Mołotow wręczył ministrowi spraw zagranicznych Litwy, Urbszysowi, ultimatum, w którym domagał się wypełnienia do godziny 9 rano dnia 15 czerwca następujących punktów:


1) Oddanie pod sąd ministra spraw wewnętrznych Skuczasa i dyrektora departamentu bezpieczeństwa Povilaitisa, jako bezpośrednio winnych w porywaniu, męczeniu i mordowaniu żołnierzy sowieckich stacjonujących w Litwie.


2) Utworzenie nowego rządu, który by zajął zdecydowane stanowisko do uczciwego wypełnienia postanowień traktatu sowiecko-litewskiego i ukrócenia działalności wrogów Związku Sowieckiego na Litwie.


3) Gwarantowanie wojskom sowieckim swobodnego przemarszu przez terytorium Litwy i dyslokacji ich w ważniejszych centrach kraju w takiej ilości, jaka potrzebna się okaże dla zabezpieczenia wykonania traktatu.


Rząd litewski warunki przyjął.


W obronie Litwy, a następnie Łotwy i Estonii, żadne z mocarstw Europy zachodniej nie ruszyło palcem, tak samo jak poprzednio w obronie pogwałconego art. 15 Konwencji Kłajpedzkiej, tak samo jak w obronie Polski.


Jednocześnie w samej Litwie nie było nawet mowy o jakimkolwiek proteście.(5) Ta sama młodzież litewska, która po kościołach i na ulicach biła bezbronnych Polaków, nie zdobyła się na najmniejszą bodaj manifestację patriotyczną w chwili, gdy ginęło państwo ich, ojczyzna.


W Kownie próbowano powołać rząd generała Rasztikisa, ale Mołotow oświadczył przebywającemu wciąż w Moskwie ministrowi spraw zagranicznych Litwy Urbszysowi, że kandydatura Rasztikisa nie zadowala rządu sowieckiego.


Tego dramatycznego dnia 15 czerwca, o godzinie 2 po południu, minister Urbszys nadał następującą depeszę z Moskwy:


Przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych i Komisarz Ludowy do Spraw Zagranicznych, Mołotow, wręczył mi następujące żądania:


1) Wojska sowieckie przekroczą granicę litewską dziś o godz. 3 pop. w następujących punktach: Ejszyszki, Druskieniki, Gudogaje, Ekszty, Podbrodzie.


2) Poszczególne oddziały wojsk sowieckich po przekroczeniu granic wmaszerują do Wilna, Kowna, Rosień, Poniewieża i Szawel.


3) Inne oddziały zostaną rozlokowane w poszczególnych miejscowościach Litwy, które ustalone zostaną w porozumieniu, ze strony sowieckiej, generała Pawłowa, z generałem Vitkauskasem, ze strony litewskiej.


4) Generał Pawłow i generał Vitkauskas spotkają się dnia 15 czerwca o godzinie 8 wieczorem na dworcu kolejowym w Gudogajach. Ażeby uniknąć wszelkich nieporozumień, rząd litewski wyda odnośne rozporządzenia do wojska i ludności, aby ruch wojsk sowieckich odbywać się mógł bez przeszkód.


Istotnie, generał Vitkauskas udał się natychmiast do Gudogaj, przedtem jednak zdążył wydać zarządzenia, wzywające ludność i wojsko, aby przyjaźnie i z "godnością" spotkało wkraczającą armię sowiecką.


Niepodległość litewska przestała istnieć. Dnia 17 czerwca powołano uległy Sowietom rząd litewski.


Ucieczka prezydenta Smetony i kilku jeszcze osób spośród świata politycznego i plutokracji litewskiej, była jedynym widomym znakiem narodowej kontrakcji. Ale uciekło tylko kilku. Nawet minister Skuczas, rzekomy główny sprawca prowokacji antysowieckich, pozostał, jak królik zahipnotyzowany wzrokiem węża. Aresztowanego, odesłano do Moskwy, gdzie nb. spotkał się w więzieniu z b. premierem polskim, płk Kozłowskim.


Pozostała na swych miejscach, ciepłych dochodach, (1) gospodarstwach, posadach, urzędach, sztabach i ministerstwach - cała Litwa. Dyrektorzy departamentów i generałowie, oficerowie i urzędnicy, poczta, koleje, teatry, kina, gazety, orkiestry wojskowe, sztandary, godła państwowe. I wszystko to razem przeszło bez słowa, jeżeli nie liczyć słów podłego przypochlebstwa i sztucznego entuzjazmu na rzecz Sowietów - pod obce panowanie. Wyrzekło się własnej państwowości, ojczyzny, wolności. Oficerowie zdjęli po prostu epolety i naczepili sierpy z młotem. W ciągu dwudziestu czterech godzin zastąpiono godło Pogoni - gwiazdą czerwoną, jakby chodziło tu o jakieś wewnętrzne, drobne zarządzenie administracyjne.


Z całym przekonaniem oświadczam, że świat nie znał jeszcze takiego upadku i bezmiaru upodlenia. Bywało tak, iż jakieś państwo widziało się zmuszone do poddania. Bywało, że w obronie swej zostało zdradzone. Bywało zaskoczenie, które nie dało czasu na wydobycie miecza z pochwy. Bywały chwile słabości narodu, iż tylko nieznaczna jego mniejszość porywa się w męskiej obronie i rozpaczliwym proteście. Bywały samobójstwa ludzi opuszczonych, generałów bez wojska, wodzów bez narodu. Ale żeby wszyscy jak jeden mąż, z orkiestrą i rozwiniętymi sztandarami ojczyzny, z całym aparatem państwowym nie tyle poddawali się, co przechodzili na stronę i w niewolę obcego, starzy i młodzi! Pod najpotworniejsze jarzmo bolszewickie! Takiego wypadku w historii narodów jeszcze nie było.


Działo się więc coś takiego, od czego ni to mrówki chodziły po skórze, ni to wrażenie jakiegoś zanurzania w kadzi obrzydliwości. Oficer litewski, który nie zdążył jeszcze połapać się w rangach wojskowych sowieckich, salutował na chybił trafił każdemu z nich. A żołnierze czynili to już z jakąś masochistyczną rozkoszą... Z dworca wileńskiego wychodzi jakiś bolszewik, idzie mimo autobusowej stacji, gdzie na barierce skweru siedzi z dziesiątek konduktorów i szoferów. Porywają się zaraz z jakąś obleśną, niewolniczą, rabską wiernopoddańczością i salutują. Mają durny, psi wyraz i czynią tak właśnie, tak jak to zwykł czynić pies, gdy ma okazję polizać rękę albo zamerdać ogonem. Bolszewik spogląda na nich raczej zdziwiony i odsalutowuje szybko. Nie ma pojęcia, co to są za mundury.


Gdy się weźmie pod uwagę, że 98 procent ludności uważało inwazję bolszewicką za katastrofę... ale nie przekraczało szlabanu, za którym zaczęło się już normalne życie sowieckie. Jeszcze się ono nie rozpoczęło w pierwszych dniach. Słychać tylko zbliżające się kroki straszliwego buta, słychać jak idzie, miażdżąc po drodze charaktery, indywidualności, własną miłość, własną radość. Jak po żwirze, tak skwierczą te podeszwy sowieckiego reżimu po godności ludzkiej.(6)


Jeszcze nie przyszedł, a już na jego spotkanie wymiata się na czysto izbę i z niej tę godność ludzką(7) przede wszystkim.


Nie mogłem się nadziwić. Spotykam na ulicy Kelotisa, redaktora największego w Litwie czasopisma literacko-artystycznego, Naujoi Romuva.

- No, co będziecie teraz robić? - pytam.


- A co? - patrzy ze zdziwieniem. - Pisać będziemy w dalszym ciągu. Przecież w Sowietach literatura kwitnie... No, trochę trzeba będzie na czerwono... he, he, he!


Tfu! Tenże Rafał Mackonis, tenże nacjonalista polakożerczy, wierny sługa poprzedniego reżimu, pozostaje w tej samej gazecie, której był redaktorem, a która teraz do nazwiska Smetony dodaje tylko przydomek: "krwawy".


- Jakże to tak?


- A cóż w tym złego? Ja... zostałem tylko teraz technicznym redaktorem, do polityki się nie mieszam...


Tfu! Zaiste Węckowicz nie zdążył jeszcze wykupić ramek do portretu Smetony. Podpisuje i redaguje dalej Gazetę Codzienną, przeze mnie założoną gazetę, już w duchu bolszewickim. Ten typ wysługujący się smetonowskiemu reżimowi, ten "krajowiec" i "demokrata", wraca z konferencji prasowej i w ciągu dwudziestu czterech godzin przestawia gazetę na przyjęcie stalinowskiej konstytucji.


Tfu i tfu!


Ale co tu mówić o "węckowiczach"! Recenzentem muzycznym jeszcze w Słowie a później w mojej Gazecie, był Michał Józefowicz. Cichy muzyk, nad grobem stojący staruszek, uczciwy Polak, uczciwy człowiek, któremu nikt nie kazał, a przecież podpisuje ogłoszoną przez współpracowników deklarację lojalnej i twórczej współpracy z bolszewizmem.


Profesor Mieczysław Limanowski również. Egzaltowany uczony, mesjanistyczny patriota dyletant, który gdy mówił, to gestykulował, a jak gestykulował, był jak trzepoczący na wietrze sztandar polskości. On później pracował w wileńskim teatrze sowieckim.


Profesor Otrębski podpisał również, i stary wyga dziennikarski Franciszek Hryniewicz... Teodor Bujnicki, literat i poeta, onże później pisarz bolszewicki i sekretarz Prawdy Wileńskiej, piewca Stalina... Fryderyk Łęski, b. urzędnik kolejowy i referent prasowy Dyrekcji Wileńskiej, pobożny katolik, sowiecką limuzyną rozjeżdżający następnie z czerwoną gwiazdą w klapie, w charakterze bolszewickiego reportera Prawdy.


Nie podpisali na razie: wspomniany już Bortkiewicz, następnie komunista z przekonań. Konstanty Szychowski, wychowanek jezuitów, polityczny płód mocarstwowców, hrabiów Bocheńskich i Pruszyńskich, współpracownik Buntu Młodych i monarchistycznego Słowa, korporant, pałkarz-antysemita, oficer rezerwy - wychwalający(8) gwiazdę Stalina, przeklinający "zgniłą" Polskę.


Tacy oni byli wszyscy. Z całego zespołu redakcyjnego Gazety Codziennej wyszliśmy uczciwie zaledwie czwórką: Kazimierz Luboński, żona moja Barbara Toporska, Władysław Łepkowski, redaktor techniczny.


***


Halo, halo! - okrzyknie mnie może ktoś - jakże to tak, powiadaj pan dalej coś zaczął o społeczeństwie polskim. Więc jakże to było?


Oj, było źle. Ale to co było, było już pod panowaniem bolszewickim w latach 1940/41. To specjalny rozdział, po który jeszcze sięgnę. To już należy do tamtej strony szlabanu, gdy zapadł nad tą częścią Europy Wschodniej, zdradziecko i strasznie, wśród mrożącej, przyzwalającej ciszy Europy Zachodniej.


Ale początek był równie straszny, gdy jeszcze ten szlaban wisiał i drgał nad naszymi głowami jak gilotyna. Przykro się to zaczęło, gdy taki Ludwik Chomiński, jeszcze nie proszony i nie straszony, nie popędzany, a już pisywał skwapliwie o "słońcu Stalina", a później go widzę, gdy wkoło cukierni chodzi pod rękę z hr. Michałem Tyszkiewiczem i rozmawiają, na oko zdaje się jak dwaj Polacy, tam i z powrotem się przechadzają, tam i z powrotem, a ja stoję tylko i oczy przecieram, i uwierzyć nie mogę.


Na zmianę złych i dobrych dni, złej i dobrej polityki, głupoty i mądrości, ludzkich tęsknot i ludzkiej niesprawiedliwości, napaści i obrony, walki i nadziei - przyszła beznadziejność. Na zmianę tego wszystkiego, co ludzkie, wydaje się nawet, że na zmianę pór roku i tego, co zwykliśmy czekać z każdym dniem jutrzejszym - przyszło powolne gnicie godności ludzkiej, przyszła jednolita, bez zmian, bez nadziei, wykoślawiona szaruga bolszewickiej rzeczywistości.


Nikogo na razie nie bito, nie kopano, nie strzelano. To wszystko o terrorze - przesada. Po prostu tylko odebrano nagle radość życia i cel życia. A to było gorsze od terroru.


Wszystkie plany, kalkulacje polityczne, przyszłość zginęła wobec ogromu tego nieszczęścia. Pozostała pustka. Wypełnić ją może tylko jeden warunek: Bolszewia rozbita być powinna, zgnieciona, wypalona, unicestwiona raz na zawsze i po wieki wieków. Amen.





Józef Mackiewicz Prawda w oczy nie kole. Kontra. Londyn,2002


[*] I nawet w tej ostatniej wojnie, tak sromotnie przegranej kampanii r. 1939, nie brakło przykładów, przed którymi nawet wróg zdejmował swój ociężały hełm. Czytamy w książce Blitzmarsch nach Warschau:
"Trzeci bunkier bronił się tak długo i tak zacięcie, że tylko przypadkowe trafienie w szczelinę strzelniczą i rozbicie szybkostrzelnej armaty Polaków, umożliwiło jego zdobycie. Wybuch granatu zapalił wszystko we środku i wysadził żelazne drzwi z zawiasów. Gdyśmy weszli, bohaterski obrońca leżał w poprzek tych drzwi, zwęglony, nie do poznania..."

A o naszym biednym lotnictwie:
"Ale przez brak organizacji i dowództwa, nie powinniśmy zapominać, że lotnicy polscy walczyli zacięcie. W pierwszym, drugim, trzecim i jeszcze czwartym dniu rzucali się wściekle (wiitend) na nasze maszyny".

Berliński Signal z 2 listopada 1943 r. (nr 28) pisał w artykule pt. "Die zehnte Kompanie nach sechzehnhundert Tagen...":
"Dzisiaj, po czterech latach, zapytani o najcięższe przeżycia wojenne, odpowiadają członkowie dziesiątej kompanii: Polska. Trzeba się zastanowić, czego ci ludzie dotychczas dokonali, walki w Holandii i Belgii, przekroczenie Mozy, przekroczenie kanału Alberta, przełamanie głównych linii francuskich, trzy dni trwająca bitwa nad Skaldą i później kampania wschodnia od pierwszego dnia jej trwania. Oni byli przy przełamaniu linii Stalina, szturmowali Starą Russę, siedzieli okrągły rok w kotle Demiańska i w pięciu wielkich bitwach odparli ataki bolszewików na Starą Russę. Jednakże powiada każdy z nich: Wówczas, w Polsce, wówczas było najciężej." (Była to 10 kompania 6 pułku grenadierów, włączona do armii Blaskowitza, która miała zadanie nie dopuścić polskiej armii spod Kutna, do połączenia się z Warszawą.
[†] Charakterystyczne i... historyczne jest w danym wypadku zachowanie mocarstw zachodnich zarówno wobec agresji sowieckiej na Polskę, jak i jej późniejszej na państwa bałtyckie. Do wszystkich bowiem układów powersalskich dochodzi jeszcze ten, podpisany w Londynie 3 lipca 1933 r. pomiędzy Sowietami, Polską, Rumunią, Turcją, Łotwą, Estonią, Persją i Afganistanem, do którego przyłączyły się następnie Litwa i Finlandia, a który raz wreszcie ustala definicję napastnika. Układ ten nie tylko w art. 2 uznaje za napastnika państwo, które przez wypowiedzenie wojny albo bez wypowiedzenia, wkracza na terytorium drugiego, ale zawiera prócz tego załącznik, który powiada jasno: żaden akt napaści nie może być usprawiedliwiony przez jakąkolwiek z następujących okoliczności: położenie wewnętrzne państwa, jego budowa polityczna, gospodarcza lub społeczna, rzekome braki jego administracji, zamieszki wywołane przez strajki, rewolucje, kontrrewolucje, wojny domowe, pogwałcenie praw lub interesów materialnych, albo moralnych, zerwanie stosunków dyplomatycznych, zatargi, zajścia graniczne itd. itd.
[‡] W r. 1940 rząd polski zwrócił się do rządu angielskiego z propozycją, aby ten, łącznie z rządem francuskim, wystąpił przeciwko agresji sowieckiej i znęcaniu się nad obywatelami polskimi na terytorium okupowanym przez Sowiety. Rząd angielski odmówił żądaniu polskiemu, zawiadamiając jednocześnie o swojej odmowie rząd francuski.