czwartek, 30 lipca 2015

O Kulczyku - "Czas gniewu" Robert Krasowski. fragmenty.


Jan Kulczyk po raz pierwszy otrzymał tytuł najbogatszego Polaka w 2002 roku. Niedługo później jego nazwisko zaczęło pojawiać się w kontekście powiązań ze światem polityki. A konkretnie z tzw. Aferą Orlenu. Kulisy afery opisał w swojej książce "Czas gniewu" Robert Krasowski. Przypominamy jej fragmenty.

"Wbrew nazwie w tej aferze chodziło głównie o Rafinerię Gdańską, zwaną dzisiaj Lotosem. Wielkie przedsiębiorstwo, drugą firmę paliwową w Polsce. Od kilku lat Skarb Państwa chciał Rafinerię sprzedać, ale chętni byli tylko Rosjanie. Dla rządu Buzka było to nie do przyjęcia, uzależnienie Polski od rosyjskiej energii i tak już było stanowczo za duże. I wtedy do gry wkroczył Jan Kulczyk, najbogatszy polski biznesmen. Nie mogąc się porozumieć z prawicą, zastukał do drzwi nowej ekipy. Jeszcze przed wyborami zaproponował lewicy sprzedaż Rafinerii rosyjskiemu Łukoilowi. Aby uniknąć politycznej awantury, operację miał przeprowadzić Orlen, największa polska firma, w której państwo miało 30 procent udziałów, zaś Kulczyk miał kilka. Orlen miał kupić Rafinerię, a potem ją sprzedać Rosjanom. Przy takim scenariuszu rząd mógł udawać, że nie jest stroną transakcji, że decyzję podjęła prywatna spółka, w której państwo ma tylko mniejszościowe udziały.

Aresztowanie prezesa Orlenu. UOP w garniturach

Lewica plan Kulczyka poparła i natychmiast po zdobyciu władzy zaczęła go wdrażać. Aby przeprowadzić transakcję, Kulczyk domagał się pomocy w przejęciu kontroli nad Orlenem. Jego prezesem był człowiek pochodzący z prawicowego rozdania. Kulczyk go osaczał, naciskał, straszył, ale bez skutku, stary prezes twardo odmawiał odejścia. Niewiele pomogło poparcie lewicy, Skarb Państwa miał zbyt mało udziałów, by móc go skutecznie odwołać. Więc Kulczyk o pomoc poprosił premiera, a Miller problem rozwiązał siłowo. Wezwał ministrów sprawiedliwości oraz służb specjalnych i wspólnie ustalili, że prezes zostanie aresztowany. Znaleziono pretekst - doprowadzenie do prokuratury, aby tam złożył zeznania w pomniejszej sprawie. Funkcjonariusze UOP dostali polecenie ubrania się w garnitury, bo - jak usłyszeli - będzie telewizja. Po kilku godzinach spędzonych w prokuraturze prezes spokojnie wrócił do domu, ale media pokazały sceny z aresztowania. Zrobił się wielki skandal, więc następnego dnia rada nadzorcza Orlenu mianowała nowego prezesa. Osobę wskazaną przez Kulczyka.

Pozycja tego biznesmena była niezwykła. W chwili aresztowania prezesa Orlenu siedział w gabinecie premiera. Tydzień później została zwołana Rada Gabinetowa, w czasie której prezydent i rząd omówili plan sprzedaży Rafinerii Rosjanom. Niedługo potem Kulczyk postanowił przejąć kontrolę nad radą nadzorczą Orlenu (...). I być może sam by wybrał radę nadzorczą, gdyby nie wybuch wojny z ministrem skarbu. Bo Kaczmarek nie wytrzymał, postawił stanowcze weto. Oświadczył, że tak drobny udziałowiec nie może wybrać całej rady nadzorczej. Sprzeciw Kaczmarka wywołał kryzys o zdumiewającej skali. W środku nocy w gabinecie premiera spotkali się Kulczyk, prezydent i premier, aby ustalić skład rady nadzorczej. Jeden raz prezydent pojawił się w Kancelarii Premiera. Po to, aby bronić interesów Kulczyka. Bronić przed Kaczmarkiem, od dawna oponentem Kulczyka, którego powołanie na ministra skarbu Kwaśniewski twardo wetował. To był jedyny poważny konflikt w trakcie tworzenia rządu. Ale Miller się wtedy uparł, więc Kaczmarek został ministrem. Co wprowadziło dziwne pęknięcie w relacjach Kulczyk-lewica. Prezydentostentacyjnie mu sprzyjał, premier przynajmniej udawał życzliwość, natomiast minister skarbu prowadził z nim wojnę. Ich konflikt miał swoje korzenie w latach 90., kiedy się starli w sprawie prywatyzacji browarów. Potem coraz częściej wpadali na siebie, aby w 2002 roku stanąć do wojny totalnej. Kaczmarek zablokował wielki projekt Kulczyka dotyczący prywatyzacji sektora energetycznego, czyli grupy G-8. Teraz chciał mu przeszkodzić w jego paliwowych marzeniach.

Miliard dolarów premii

Jednak tym razem Kaczmarek przegrywał. Ruszyły ostatnie przygotowania do sprzedaży Rafinerii. Ich kulisy nie do końca są jasne. Zmieniały się szczegóły planu. Orlen przestawał być głównym pośrednikiem w transakcji, ważniejszy stawał się Kulczyk oraz brytyjska firma, którą sobie wybrał za partnera. Dla władzy był to wariant bezpieczniejszy, minimalizował jej winę za sprzedaż Rosjanom, odium w całości spadało na Kulczyka. Również dla Kulczyka to było korzystne, bo wraz ze wzrostem jego pozycji rosły jego zyski. Ale z punktu widzenia interesów państwa rachunek wyglądał odwrotnie.

Doradca ekonomiczny prezydenta, Witold Orłowski, w analizie dla swojego szefa pisał, że udział Kulczyka w transakcji jest dla państwa podwójnie szkodliwy. Po pierwsze, jako pośrednik Kulczyk niepotrzebnie dostaje gigantyczną premię - około miliarda dolarów - którą państwo w przypadku sprzedaży bezpośredniej wzięłoby w całości dla siebie. Po drugie, państwo podejmuje "decyzję w ciemno", korzystając z pośrednika, traci kontrolę nad tym, kto będzie docelowym właścicielem rynku paliw w Polsce.

Te przestrogi zostały zlekceważone. Kulczyk był o krok o sukcesu, gdy znowu zaatakował Kaczmarek. W ostatniej chwili minister zablokował sprzedaż Rafinerii. Zaproponował bezpośrednią sprzedaż Rosjanom, z pominięciem zarówno Orlenu, jak też Kulczyka oraz jego prowizji. Kwaśniewski i Miller natychmiast stanęli po stronie Kulczyka, Kaczmarek został zdymisjonowany, a szef Nafty Polskiej, czyli właściciel Rafinerii, dostał polecenie jej szybkiej sprzedaży. Jednak powiązany z Kaczmarkiem prezes Nafty odmówił wykonania decyzji. Zaczęła się wielka wojna lobbystycznych koterii.

Kulczyk spotyka Ałganowa

Trzy dni po zablokowaniu transakcji Kulczyk spotkał się w Wiedniu z przedstawicielem Łukoilu. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie to, że był nim Władimir Ałganow, sławny pułkownik KGB, z którym się kiedyś przyjaźnił Oleksy. Ałganow od roku był obserwowany przez polski wywiad, więc służbom udało się odtworzyć przebieg rozmowy. Ałganow skarżył się, że nie może się dogadać z polską stroną, że Rosjanie robią wszystko, co "było uzgodnione", ale nie dostali Rafinerii, "jak było ustalone". Kulczyk odpowiedział, że "postawili na złego konia", że "należy dokonać nowych uzgodnień".

Jako gwaranta dokończenia transakcji wymienił prezydenta. Bagatelizował sprzeciw ministra skarbu, dowodził, że posiada "wszelkie pełnomocnictwa" do sprzedaży Rafinerii, że ma pełne poparcie prezydenta, którego w rozmowie określał mianem "pierwszego". Ałganow nie potraktował oferty poważnie. Odpowiedział, że w tej sprawie decyzje nie zależą od prezydenta. Kulczyk nie chciał się poddać, raz jeszcze spotkał się z Ałganowem, jednak rozmowy skończyły się fiaskiem.

Po powrocie z Austrii Kulczyk postanowił zniszczyć rywali blokujących jego transakcję. Pojawił się w gabinecie premiera. Zdał mu relację ze spotkania z Ałganowem, do której dodał zmyśloną historię o tym, że Kaczmarek wraz z szefem Nafty wzięli od Rosjan 5 milionów dolarów łapówki za sprzedaż Rafinerii. Kulczyk twierdził, że powiedział mu o tym Ałganow, co było nieprawdą, rozmowa miała trzech świadków i żaden tego nie słyszał. Miller polecił Kulczykowi, aby się spotkał z szefem Agencji Wywiadu i mu wszystko przekazał. Służby specjalne zaczęły inwigilować Kaczmarka, ale była to inwigilacja w eseldowskim stylu, bo partyjni koledzy natychmiast ostrzegli go o tym.

Na czele Orlenu prezes Kulczyk Holding

Mimo brutalnych ciosów zadanych rywalom Kulczyk nadal przegrywał, nowy minister skarbu wystraszył się ryzykownej transakcji, odmówił zdymisjonowania szefa Nafty. Więc znowu się włączyli Kwaśniewski z Millerem. Kolejny minister stracił posadę, a jego następca - wspólnie wybrany - swoje rządy rozpoczął od usuwania przeszkód na drodze Kulczyka. Blokujący operację prezes Nafty został zwolniony, zaś minister ogłosił, że do końca roku Rafineria zostanie sprzedana. Wydawało się, że po dwóch latach Kulczyk wreszcie wygrał swoją prowizję. Gdy nagle do gry włączył się Kaczmarek, wściekły za oskarżenie o wzięcie łapówki. Postanowił zablokować transakcję, skierował na Orlen uwagę mediów. Udzielił wywiadu, w którym ujawnił kulisy odwołania prezesa z udziałem służb specjalnych.

Wybuchła wielka afera, jednak pierwsza fala oburzenia skupiła się na Millerze. W tym czasie Kulczyk rzutem na taśmę próbował ochronić swoją transakcję. Szykujący się do objęcia urzędu Belka zaapelował, aby do czasu wyjaśnienia sprawy nie przeprowadzać w Orlenie personalnych zmian. Kulczyk apel zlekceważył. Wymienił szefa rady nadzorczej i mianował nim prezesa Kulczyk Holding. Rozmiar ostentacji był niezwykły, politycy z powodu afery już byli w panice, tymczasem Kulczyk bez najmniejszych oporów wyszarpywał państwu ostatnie kęsy. Jeszcze ciekawsza była logika tego wyszarpywania. Kulczyk ogrywał Skarb Państwa dzięki poparciu ministra skarbu państwa. Dzięki niemu przejął pełnię władzy nad Orlenem. Miał swojego prezesa oraz szefa rady nadzorczej, mógł zatem przeprowadzić transakcję. Widząc, że Kulczyk wygrywa, Kaczmarek zadał ostateczny cios. Uderzył już nie tylko w Millera, ale też w Kulczyka i w prezydenta. Ujawnił, że dwa lata wcześniej Kwaśniewski, Kulczyk i Miller w czasie nocnego spotkania wspólnie ustalili skład rady Orlenu. Plan Kulczyka legł w gruzach.

Komisja śledcza - oskarżenie lewicy

Sejm powołał śledczą komisję. Prace z początku toczyły się ślamazarnie, ale wszystko zmieniło się, gdy w ręce komisji wpadła notatka służb ze spotkania Kulczyka z Ałganowem. Opinię publiczną zelektryzowało zarówno to, że Kulczyk załatwiał interesy z pułkownikiem rosyjskiego wywiadu, jak również, że w rozmowie z nim powołał się na pełnomocnictwo ze strony "pierwszego". Wystraszony Kwaśniewski natychmiast pojechał do Sejmu, aby w gabinecie marszałka przeczytać posiadaną przez komisję notatkę. Wyszedł z gabinetu silnie zdenerwowany, całą winę próbował przerzucić na Millera. "Nie jestem pierwszy" - oświadczył. "W Polsce rządzi premier, a nie prezydent". "Jak po łacinie jest pierwszy?" - pytał Kwaśniewski. I odpowiadał: "Primus", czyli premier. Oburzony Miller odcinał się ostro, ale to nie było potrzebne. Sprawa była jasna, kontekst notatki wyraźnie pokazywał, że Kulczyk mówił o prezydencie. Komisja zaczęła polowanie na Kwaśniewskiego, tendencyjne, chaotyczne, pełne naciąganych oskarżeń, niemniej ujawniające fakty niewygodne dla prezydenta.

Im bliżej ciosy padały, tym bardziej Kwaśniewski się bał. Przywykł do tego, że na linii strzału znajdują się inni. On zawsze bezpiecznie stał z tyłu, skąd wygłaszał ładne zdania, jak choćby to, które powtarzał po wybuchu afery Rywina - że polityka i biznes powinny być wyraźnie oddzielone. Tym razem nie miał komfortu arbitra. Chodziło o jego decyzje, o jego głowę. Komisja krążyła wokół Pałacu, sprawdzała, z kim prezydent się kontaktował, sprawdzała nawet jego żonę, jej charytatywną fundację. Szybko zażądała przesłuchania prezydenta, ten z początku się opierał, jednak odegrał zbyt ważną rolę, aby uzasadnić odmowę. Zgodził się złożyć zeznania, jednak wizja przesłuchania budziła w nim coraz większą panikę. Źle znosił kryzysowe sytuacje, nie miał w sobie twardości Millera. Miał też obsesję służb, podobnie jak większość polityków. Choć znajdowały się one w rękach lewicy, prezydent był przekonany, że znalazł się na ich celowniku. Że zebrały na niego materiały, że podczas przesłuchania przed komisją pojawią się nowe zdjęcia, nowe fakty, że skonfrontowany z nimi może się pogrążyć. Nie wytrzymał tej presji, na kilkanaście godzin przed przesłuchaniem ogłosił, że się nie stawi przed sejmową komisją. Co wywołało fatalne wrażenie. Bo to nie była odmowa, to była rejterada.

Komisja znalazła innych ciekawych świadków. Najważniejszym był Marek Dochnal, niedawno aresztowany lobbysta, który dawał łapówki łódzkiemu baronowi w zamian za organizowanie mu spotkań z politykami Sojuszu. Służby nagrały ich rozmowy telefoniczne, bardzo malownicze, bo polityk Sojuszu targował się jak na arabskim bazarze. W zamian za częste usługi od dłuższego czasu pobierał od Dochnala stałą pensję, ale jemu ciągle było mało, więc zażądał mercedesa za pół miliona. Gdy go dostał, licytował dalej, domagał się, aby Dochnal płacił za paliwo do auta, za pensję dla kierowcy oraz opłaty za parking. Właśnie w apogeum afery Orlenu obaj - baron oraz lobbysta - zostali aresztowani. Dochnal próbował ocalić głowę, zeznając przed sejmową komisją. Był dla niej ciekawy, bo on również uczestniczył w paliwowej grze. Jako konkurent Kulczyka, bijący się o zakup Rafinerii przez koncern kazachski. To on przekonał Ałganowa, że Kulczyk nie jest w stanie przeprowadzić operacji, bo Kwaśniewski nie jest decyzyjny. Dochnal dużo wiedział, choć dużo też zmyślał. Ale przekazał mnóstwo informacji, które aferę Orlenu ułożyły w bardziej spójny obraz. Od niego komisja dowiedziała się, że Kulczyk się spotkał z szefem Łukoilu, że w rozmowach stale się powoływał na Kwaśniewskiego, że współpracował z Ałganowem także przy innych sprawach.

Po kilku miesiącach przesłuchań przebieg wydarzeń ułożył się w mocne oskarżenie lewicy. Mimo nadmiernego uzależnienia od rosyjskiej ropy, wygrawszy wybory, zależność postanowiła powiększyć. Sprzedać ostatnie narzędzia kontroli polskiego rynku paliwowego. Przyjęto taki model transakcji, w którym większość zysków ze sprzedaży trafić miała nie do Skarbu Państwa, lecz do kieszeni prywatnego biznesmena. Okazało się, że nie jest to nic nowego, bo od wielu lat ropę z Rosji do Polski sprowadza niepotrzebny zewnętrzny pośrednik, tajemnicza firma prowadzona przez dwóch ukraińskich muzyków, która pobiera za to wielką prowizję. I dzieje się tak mimo wielokrotnie zgłaszanej przez Rosjan gotowości do sprzedaży ropy bezpośrednio Polakom. Po wybuchu afery Miller tłumaczył, że chciał zmienić prezesa Orlenu, aby ograniczyć wpływy ukraińskiej spółki. Jednak nowy prezes nie tylko podtrzymał umowę z Ukraińcami, ale dodał drugiego pośrednika, z którym Orlen zawarł jeszcze bardziej niekorzystną umowę.

W całej sprawie rola Millera była mocno niejasna. Był tyleż brutalny, co tajemniczy. Czasem wydawał się pionkiem w rękach Kulczyka, a czasem jego wrogiem, bijącym go z lubością po chciwych palcach. Natomiast Kwaśniewski wypadł fatalnie. Po kilku miesiącach trudno było rozstrzygnąć, co jest większe - nagonka na niego czy powody do tej nagonki. Kwaśniewski tak konsekwentnie wspierał interesy Kulczyka, że trudno było znaleźć argumenty na jego obronę. Prezydent mocno Polaków rozczarował. Jednak społeczna uwaga bardziej skupiła się na otoczeniu władzy, na postaciach, takich jak Kulczyk czy Dochnal".

*Śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty pochodzą z książki Roberta Krasowskiego "Czas gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD", wyd. Czerwone i czarne, Warszawa 2014

wtorek, 28 lipca 2015

Benedykt XVI był prorokiem

Ks. Szymik: Benedykt XVI był prorokiem
Benedykt XVI musiał odejść w pewnego rodzaju niesławie, bo mówił prawdę, która krzyżowała szyki tym, którzy chcieli żyć, jakby Boga nie było. Krytykował nazizm, marksizm i ich współczesne popłuczyny. To wystarczy na wyrok śmierci cywilnej i dożywotni ostracyzm.

Plus Minus: Przez dziesięć lat pracował ksiądz nad trylogią poświęconą teologii Josepha Ratzingera, późniejszego papieża, zatytułowaną „Theologia benedicta". Benedicta, czyli jaka?


Nigdy nie udało mi się wpisać w tytuł tyle treści, ile w tym wypadku. To łacina, ale polskie ucho słyszy tam polski dopełniacz i czyta tytuł jako „Teologia Benedykta". I zgadza się, bo chodzi o teologię Benedykta XVI. Na głębszym poziomie jest to jednak teologia błogosławiona, zgodnie z łacińską nazwą. Jestem przekonany, że ten typ teologii, podejmowane tematy, stawiane diagnozy wstrzeliwują się w najbardziej gorący punkt współczesności. W tym znaczeniu jest ona taką myślą i takim nauczaniem, na które czekamy. I jestem przekonany, że takiego nauczania chciał i chce Bóg dla Kościoła i świata na przełomie XX i XXI wieku. Bóg tej i takiej teologii błogosławi – ufam głęboko.

Początek z wysokiego C. Musi się ksiądz teraz wytłumaczyć z tego zachwytu...

Miłość i zachwyt nie muszą się tłumaczyć. Ale już... Zanim to jednak zrobię, jeszcze podbiję stawkę. Od strony nieco (ale tylko nieco) autoironicznej i promocyjnej jest to również teologia bene-dicta, czyli dobrze powiedziana (śmiech). Taki jest język Ratzingera/Benedykta. I chciałbym, żeby taki był mój i by w mojej trylogii język ten wybrzmiał w kontekście sytuacji Kościoła w Polsce. W tytule jest jeszcze jeden wątek. Korzeniem osobowości, wielu postaw i myśli niemieckiego papieża jest świat kultury benedyktyńskiej, szczególnie liturgii benedyktyńskiej. Stara Bawaria była zwana „terra benedictina". Dodajmy do tego imię: św. Benedykt z Nursji jest jednym z najbardziej czczonych przez papieża świętych.

Jak powstała „Theologia benedicta"?

Przez lata, gdzieś od „Raportu o stanie wiary", czyli połowy lat 80., Ratzinger stawał się dla mnie coraz ważniejszym teologiem. Gdy w kwietniu 2005 roku, tuż po konklawe, wyszedł na balkon Bazyliki św. Piotra, skromny, wycofany, poczułem się jak uczniowie na górze Tabor. Jakbym usłyszał głos Ojca do tamtej trójki, teraz skierowany do mnie: „To jest mój Syn umiłowany, jego słuchajcie".

To samo można przecież powiedzieć o Janie Pawle II, Franciszku i innych papieżach?

Nie chcę mistyfikować tego wydarzenia, ale w tamtym pojawieniu się Benedykta XVI było coś więcej niż posłuszeństwo kolejnemu papieżowi. To był znak dla mnie, żebym jako teolog zajął się opracowaniem całości myśli Benedykta XVI i jej przekładem na polskie realia: tak to zrozumiałem. Przez trzy lata przeczytałem praktycznie wszystko, co napisał. Mam zwyczaj, że codziennie przy modlitwie brewiarzowej czytam jakąś teologiczną książkę. Od tamtego konklawe czytałem tylko Ratzingera. Później przez rok pracowałem nad koncepcją trylogii, a potem – czytając równolegle jego nowe teksty – przez sześć lat ją pisałem. Przygoda na dekadę życia. Ale z głębokimi korzeniami i nieznanym dalszym ciągiem!

Papież ustąpił, gdy ksiądz dopiero co zasiadł do pisania trzeciego tomu.

Pamiętam to doskonale. W dniu, kiedy zacząłem go pisać, kilkanaście minut po pierwszym zdaniu, zadzwonił do mnie ks. Tomek Jaklewicz i przekazał informację o abdykacji Benedykta XVI. Poczułem się zbity z tropu, najłagodniej mówiąc. Media od razu chciały, żebym to skomentował. Tymczasem ja nigdy wcześniej nie miałem takiego mętliku w głowie. Nie wiedziałem, co się stało. Przeważyło we mnie zaufanie do tego człowieka. Nie mam żadnych podstaw, aby nie wierzyć w jego wyjaśnienie, że jest wyczerpany duchowo i tak właśnie rozumie Bożą wolę, jak to ogłosił i zrobił.

Niektórzy odbierają to bardzo negatywnie. Mówią nawet o dezercji Benedykta XVI w obawie przed słynnymi już wilkami. Inni widzą w tym wielką pokorę i umiejętność zrobienie miejsca czemuś i komuś nowemu.

Pierwszą interpretację zdecydowanie odrzucam! Ratzinger nie bał się mówić rzeczy niepopularnych, idących pod prąd różnej maści intelektualnych mód oraz ideologii. Jak sam stwierdził – boi się tylko u dentysty. Chodzi o rzeczy, które są większe od nas. To rzeczywistość, która rozegrała się między Bogiem a nim.

Co ksiądz ma na myśli? Stwierdzenie „rzeczy większe od nas" brzmi jak pobożny wytrych...

Sądzę, że dotykamy tu tajemnicy krzyża i Golgoty. Wyobrażam sobie, że usłyszał głos Pana mówiący: „Dobrze mi służyłeś, dobry i wierny Sługo, ale teraz chcę od Ciebie czego więcej. Żebyś odszedł w pewnego rodzaju niesławie i żebyś mi dał trochę własnego cierpienia". Nie uzurpuję sobie prawa do bycia głosem Boga, ale jako ksiądz i jako wierzący wiem, że takie rzeczy non stop się dzieją w ludzkich duszach i biografiach. I nie da się ich do końca przełożyć ani na język „Gazety Wyborczej", ani „Gościa Niedzielnego". Ani „Plusa Minusa".

Idźmy dalej z tymi wyjaśnieniami miłości i zachwytu. Dlaczego diagnozy Ratzingera/Benedykta trafiają w najbardziej gorący punkt współczesności?

Pan Bóg zawsze chce tego samego. Żebyśmy Mu pozwolili się zbawić. My, we dwóch, jak tu siedzimy i rozmawiamy, ale też wszyscy ludzie, bez wyjątku. Na niczym innym Panu Bogu tak nie zależy. Czyli jeśli jakaś teologia – jakiś jej kształt, forma, nurt – nie służy zbawieniu ludzi, to oddala się od tego, czego chce Bóg. I Benedykt XVI trafia w dziesiątkę – a ja swoją trylogią chciałbym też. Chciałbym, żeby wzorem myśli papieża była to teologia, z której da się żyć. Dogmatyka jako podręcznik duchowości albo poradnik sztuki życia – oto mój ideał, którego wzorce tkwią w myśli Benedykta XVI.

Jaki widzi ksiądz temat przewodni tej myśli?

Cały czas powraca wątek prymatu Boga. Bardzo precyzyjnie, z żelazną konsekwencją i mocną argumentacją Benedykt XVI pokazuje, że brak Boga i walka z Nim to największa katastrofa nie tylko dla człowieka, ale i dla świata. Widać to doskonale w naszej historii, na przykładzie zgubnych ideologii. Benedykt jest dla nich bezlitosny. I, co ważne, jednoznacznie odsłania ich przyczynę, a nie tylko wytyka skutki.

Jakiś czytelny przykład?

Podam drobny, ale nader charakterystyczny i pod prąd. Papież gdzieś wspomina dyskusję, którą prowadził z kilkoma przyjaciółmi w domu Ernsta Blocha. Przypadkowo zeszła ona na temat narkotyków. Pytano wówczas, dlaczego fala narkomanii rozlała się po Europie dopiero w drugiej połowie XX wieku i dlaczego np. w średniowieczu w ogóle nie istniała. Odpowiedzi nie wyczerpywała konstatacja faktów, że uprawy konopi czy koki były daleko. Ratzinger postawił wówczas tezę, że najwidoczniej nie istniała wówczas tak wielka duchowa pustka, na którą dzisiaj próbuje się odpowiadać narkotykami. Wskazywał, że tęsknota duszy wewnętrznego człowieka znajdowała w średniowieczu taką odpowiedź, która narkotyk czyniła zbędnym. Teza ta spotkała się ze zdumieniem i wzburzeniem. Dla materialistów dialektycznych było to niemal jak bluźnierstwo. Przecież średniowiecze nie może być w czymkolwiek lepsze od oświeconej liberalnej demokracji!

W tym sensie Ratzinger polemizujący z różnymi prądami, krytykujący ideologie, pokazujący przyczyny oddaje wielkie zasługi teologii. Dzisiaj jest ona postrzegana przez wielu jako coś oderwanego od rzeczywistości. Piękne teorie, do niczego niepotrzebne.

Nic bardziej mylnego! Kto tak myśli, w gruncie rzeczy nie zna teologii. To dyscyplina, która ma ogromny potencjał polityczny, i boją się jej wszyscy totalitarni dyktatorzy. Taki jeden, ustrojony w piórka oświeconego sceptyka, skazał Jezusa na śmierć, dokonując bełkotliwego usprawiedliwienia własnego odrażającego tchórzostwa. Za karę znalazł się w credo jako przykład po wsze czasy: przykład strachu, głupoty i zbrodni polityki wobec prawdy i przenikliwości teologii.

Krótko mówiąc, postuluje ksiądz jak największe mieszanie się Kościoła i teologii do polityki?

Teologia jest chyba najczulszym i najbardziej rozumiejącym rejestratorem ludzkiej myśli i aktywności. Znając prawdę o Bogu, ma po temu narzędzia. Wiedzieć, kim jest Bóg, to zarazem wiedzieć to i owo o człowieku. Sądzę, że teologia powinna odgrywać decydującą rolę w kształtowaniu porządku ideowego i społecznego (co z teokratycznym czy jednoznacznie wyznaniowym państwem nie ma nic wspólnego!). Gdybyśmy traktowali ją serio, już dawno byśmy wiedzieli, że postęp i modernizacja mogą obrócić się przeciwko człowiekowi. Nie trzeba by było do tego ani kryzysów ekonomicznych, ani katastrof ekologicznych.

Przez dziesięć lat pracował ksiądz w Międzynarodowej Komisji Teologicznej. Na początku kierował nią właśnie kard. Ratzinger, zanim wybrano go na papieża. Jak zapamiętał go ksiądz z tamtych spotkań?

Komisja była jego oczkiem w głowie. Długo był jej członkiem, później szefem. A poza tym teologia była dla niego zdecydowanie ważniejsza, niż jest np. dla papieża Franciszka. Nikogo tu nie oskarżam – każdy papież ma swoje priorytety, to jasne i tak być powinno.

Jest jesień 2004 roku. Spotkanie robocze komisji trwało tydzień. Kard. Ratzinger pracował razem z nami, od rana do wieczora. Niczego nie opuszczał. Przez sześć dni nie odezwał się ani słowem. My (30 osób) zabieraliśmy głos po kilka, kilkanaście razy, wypowiadając się w sumie w siedmiu językach. On słuchał i notował coś w zeszycie, piórem z błyszczącą stalówką. Ostatniego dnia wygłosił 10-minutowe przemówienie po łacinie, w języku, w którym nikt z nas się nie odzywał. Czegoś tak genialnego jeszcze nie słyszałem. Podsumował całe nasze spotkanie, nie pomijając niczego istotnego, pokazując przy tym kierunek, w którym to wszystko powinno iść.

Dlaczego Benedykt XVI musiał odejść w pewnego rodzaju niesławie?

Najgłębiej: Jezus umierał zhańbiony, i „nie jest uczeń nad mistrza", to los Mu najwierniejszych. Odpowiedzi na to pytanie, które najczęściej słyszymy, są chybione. W ogóle nie dotykają istoty rzeczy: „był stary, mało medialny, popełniał lapsusy, nie miał takiego kontaktu z ludźmi jak Jan Paweł II...". Tymczasem on nie uciekał przed wilkami, tylko jasno mówił prawdę, która krzyżowała szyki całym grupom społecznym chcącym żyć tak, jakby Boga nie było. Jak w Biblii. Gdy jeden z proroków przypomniał królowi, że nie może żyć z żoną swego brata, wkrótce przyniesiono na tacy jego głowę. Bachanalia trwały nadal – głowa proroka ociekała krwią w misie. Nihil novi. Uciszyć proroka jest nieodmiennym marzeniem zła.

Które tematy zagwarantowały mu niepopularność i odrzucenie?

Przede wszystkim „Bezbożność" i jej demaskowanie. Na początku pycha, jako korzeń wszelkiego zła. Ratzinger/Benedykt XVI tropi ją nie tylko tam, gdzie przybiera ona postać jawnie antykościelną. Piętnuje ją również we wnętrzu Kościoła. Media zachwycają się, gdy papież Franciszek stawia do pionu kapłanów i biskupów. Tymczasem Benedykt bardzo mocno mówił, że pycha dotyka szczególnie tych, którzy są odpowiedzialni za Kościół, czyli duchowieństwo, i zaraża ich pozycję w Ludzie Bożym tym, co ma w swoim śmiercionośnym zestawie najgorszego: karierowiczostwem, przerostem ambicji i pokusą władzy.

To od strony kościelnej. A ze świeckiej perspektywy?

Zdzierał maski z systemów politycznych i społecznych. Krytykował nazizm, marksizm i ich wszelkiego rodzaju współczesne popłuczyny. Śmiał twierdzić, że te ideologie całkowicie nie umarły, ale przybierają nowe, równie groźne dla człowieka oblicza. Nie bał się wskazywać na pułapki oraz irracjonalizm ateizmu i agnostycymu, na grozę antyteizmu. To wystarczy na wyrok śmierci cywilnej i dożywotni ostracyzm. Jeden z efektów był taki, że połowa Bundestagu wyszła ostentacyjnie na czas jego przemowy, w sercu jego własnej ojczyzny. Wystarczy, prawda?

Wskazuje ksiądz, że przełomem, jeśli chodzi o wyczulenie na marksizm i jego nowe wcielenia, był rok 1968?

Nazizm znał z racji swojego pochodzenia. Rodzice wiedzieli, jakim diabelstwem jest Hitler i cała jego szatańska sprawa, i zadbali, aby rozumiały to ich dzieci. W latach 50 i 60. XX wieku na bazie źle rozpoznanej klęski faszyzmu zaczęła się odradzać lewicowość. Kulminacja nastąpiła pod koniec lat. 60. Po części, niejako po drodze, ofiarą tego procesu był też sobór (dziejący się przecież na tym świecie i w apogeum tych historyczno-politycznych przemian) w niektórych jego wymiarach. Ratzinger z różnych przyczyn kilka razy zmieniał uniwersytety niemieckie, a właśnie w 1968 roku znalazł się w Tybindze, czyli w oku cyklonu lewicowej rewolucji w jej wersji niemieckiej.

Jak to na niego wpłynęło?

Jako 41-letni profesor ujrzał i przejrzał. Zobaczył, że podobnie jak w nazizmie, tak i w marksizmie przyczyną zła jest walka z Bogiem. Wszystko, co dzieje się potem, to skutki. Gdziekolwiek brak jest prymatu Boga, zawsze obróci się przeciwko człowiekowi. Widać to dobrze w wydanym w 1969 roku „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo", chyba najwybitniejszym dziele, jeśli chodzi o teologię po ostatnim soborze. To wszystko doprowadziło do tego, że będąc jako papież w Birkenau, jasno stwierdził, że w ostatecznym rozrachunku za antysemityzm odpowiada antyteizm.

Ratzinger wiele razy pokazywał, że marksizm stał się z biegiem lat na Zachodzie czymś w rodzaju religii intelektualistów?

Z całą mocą powtarzał, że rok 1989 i wszystkie aksamitne rewolucje tamtego przełomu przyniosły nadzieję, ale nie okazały się pełnym zwycięstwem nad totalitarnymi ideologiami. Wskazywał, że już przed 1989 rokiem marksizm i liberalny kapitalizm mimo różnic zgadzały się w tym, że odmawiały religii zarówno prawa, jak i zdolności do kształtowania spraw publicznych i przyszłości ludzi. Dlatego – jego zdaniem – marksizm został pokonany w przestrzeni ekonomiczno-politycznej, ale nie został przezwyciężony w wymiarze ideowym, moralnym, obyczajowym. Liberalna Europa nie rozliczyła się z fascynacji komunizmem, także nie z jego najstraszliwszą formą – stalinizmem. Widzimy to także na polskim przykładzie, gdy przełomowi politycznemu nie towarzyszyło prawdziwe, duchowe przesilenie. Były okrągłe słowa, jak okrągły był tamten stół. Zabrakło pokuty i nawrócenia.

Teologiczna krytyka Okrągłego Stołu? Oczami wyobraźni już widzę te pełne wzburzenia komentarze.

W szerszym kontekście zmian oczekiwanych w naszej części Europy zastanawiające jest, jak łatwo całe środowiska przechodziły od dogmatycznego marksizmu w ponowoczesny relatywizm i nihilizm. Warto tymczasem przypomnieć przestrogę Jezusa z Ewangelii wg św. Mateusza, że w miejsce jednego wypędzonego nieczystego ducha wraca siedem gorszych, „gdy znajdą dom wymieciony i pusty". Kto rezygnuje z nazizmu i marksizmu, ten jeszcze nie znalazł nowego fundamentu życia. Jeśli po straszliwych ideologiach pozostanie bezbożna pustka, mogą nastać ideologie straszliwsze – „siedmiu innych duchów złośliwszych niż on sam". Wchodzą, mieszkają i jest gorzej, niż było. Ale tak być nie musi. Po wygnaniu ducha nieczystego można przecież do domu zaprosić samego Boga, bo On jest, i jest Bogiem z nami.

W ostatnich dwóch latach pontyfikatu niemiecki papież mocno krytykował gender. Do Polski ta dyskusja dotarła mocno spóźniona. Dlaczego tak wcześnie i zdecydowanie ostrzegał przed tą ideologią?

Odpowiedzią jest fenomenalna mariologia Benedykta XVI. Praktycznie całej tej mariologii używa jako wehikułu do promowania kobiecości. Stawia tezę, że Kościół bez pierwiastka maryjnego stanie się instytucjonalną atrapą. Właśnie maryjność i kobiecość, dziewicza i macierzyńska, żywa i sensualna, sprawiają, że Kościół jest domem, a nie tylko urzędem. Gender jako herezja antropologiczna uderza w człowieka, przy czym największymi jej ofiarami są właśnie kobiety. Ta krytyka gender dobrze pokazuje prorockość Josepha Ratzingera.

W czym jeszcze dostrzega ksiądz ten profetyzm?

On się ujawnił już dawno przy kilku problemach, z którymi borykamy się dzisiaj. Pamiętam szok, którego doznałem jesienią 1988 roku, będąc doktorantem KUL. W Polsce trwały strajki. W Lublinie niesamowite nastroje. Czuć było podskórnie, że komuna rzeczywiście może upaść. Tytuł doktora honoris causa na KUL odbiera prefekt Kongregacji Nauki Wiary. Mamy nadzieję, że Ratzinger poprowadzi nas na barykady. Tymczasem on wygłasza półgodzinny wykład, w całości poświęcony... in vitro. Podkreślam, 27 lat temu! Cytując Goethego, wskazywał na tragedię, do której doprowadzi oderwanie seksualności od płodności.

Zakończył dramatycznym pytaniem: „Czy słyszycie już brzęk tłuczonego szkła?". Wówczas nie słyszałem. Że pęka komuna – tak, słyszałem te trzaski. Ale probówki z ludzkimi zarodkami? Dzisiaj, zwłaszcza po przyjęciu przez Sejm ustawy o in vitro, mocno dzwoni mi w uszach ów „brzęk tłuczonego szkła". Ratzinger widział 30–40 lat do przodu. Jestem przekonany, że dopiero najbliższa historia jeszcze dobitniej pokaże nam, jak wielkim był i jest prorokiem.

Za niemieckim papieżem pisze ksiądz o współczesnym ateizmie, który coraz częściej przybiera politeistyczny charakter, symbolicznie stwierdzając, że tęcz na europejskich placach Zbawiciela przybywa.

Wciska nam się kit, że krytyka religii i Kościoła idzie w stronę racjonalizmu. Początek tej drogi jest w oświeceniu pod patronatem takich postaci jak Robespierre i Marat, którzy w imię braterstwa, solidarności i rozumu niechętnie, ale jednak, pracowali nieco gilotynką. Podobnie jak Polaków próbowano uczyć racjonalizmu sowieckimi kolbami. To jedno. A drugie, bardzo dzisiejsze, pozornie zaskakujące: z jednej strony idzie postęp techniczny, coraz to nowe wynalazki, a z drugiej, cichutko, na boku, powstaje kilkadziesiąt nowych kanałów telewizyjnych z wróżkami i horoskopami. Potężnie rozwijający się biznes. „Kaj my som?" – pytamy na Śląsku, przecież tak źle w tej dziedzinie jeszcze nie było nawet za króla Ćwieczka! Do tego jeszcze jakaś joga, najwięksi dyrektorzy, menedżerowie, wydawałoby się – najbardziej racjonalni z racjonalnych, jeżdżą na jakieś terapie z ustawień rodzinnych metodą Berta Hellingera i inne szkolenia z pozytywnego myślenia. To jest ta kraina rozumu? To jest kult bałwanów, jakiego nie znał Stary Testament. To Baal i Asztarte w nowocześniejszym wydaniu, wręcz z najordynarniejszym nawrotem do prostytucji sakralnej, amuletów, swarożyców i złotego cielca.

Co po lekturze Benedykta XVI wydaje się księdzu największym wyzwaniem dla Kościoła w Polsce?

Moim zdaniem jest nim trudna, ale ważna i decydująca synteza. Mianowicie: z jednej strony nie dać się za żadną cenę demonom nowoczesności (powtarzam: nie nowoczesności jako takiej, bo ona jest moralnie i duchowo neutralna, ale demonicznej nowoczesności, która ogłasza siebie bożkiem detronizującym Boga), zwłaszcza cenę w konkretnej kwocie i walucie, zepchnąć z tradycyjnego kursu, który jest bardzo mocno atakowany.

Po prostu: zachować kościelność wiary katolickiej i obronić prymat Boga przed człowiekiem i przed wszystkim innym. Ta linia musi jednak biec równoległe z nieustanną zdolnością nawracania się. Trzymając pierwszą linię, mocnej wierności, łatwo stać się twardym i zawziętym, niedostrzegającym własnego grzechu i własnej konieczności nawrócenia. Granica między złem i dobrem przebiega bowiem przez nasze serca, przez moje serce – a nie między ludźmi. Nieustannie oddzielać ziarno od plew. Prowadzi nas w tym Słowo Boże i kształtowane pod jego wpływem sumienie.

Benedykt mówił o relatywizmie moralnym jako o największym zagrożeniu. Z czego musimy się jeszcze nawracać w naszym polskim życiu kościelnym?

(Chwila ciszy) Sporo duchowego i moralnego porządku trzeba zrobić wśród nas, księży. Za Jezusem wzywamy do nawrócenia, ale to wezwanie jest skierowane także do nas. Słuchajmy słów nieżyczliwych nam, bo czasami w nich są ziarna prawdy. W swoim bezpośrednim otoczeniu tego nie dostrzegam, ale nie oszukujmy się: jest problem z naturalnym, ubogim stylem życia. Trzeba żyć tak jak owce. Kłania się tutaj papież Franciszek i trzeba go słuchać. Za tym idzie potrzeba większego docenienia świeckich i budowania autentycznej, wymagającej, ale jednocześnie serdecznej wspólnoty. Wsłuchujmy się też w to, co nasi krytycy przemilczają. Bo oni nas nie będą zachęcali do odwagi, bezkompromisowości i zaangażowania politycznego (uwaga: polityka jako dobro wspólne, a nie walka o władzę!).

Wydaje mi się, że brakuje nam odwagi w nazywaniu rzeczy po imieniu. Widzę swoich kolegów, którzy się mocno zastanawiają, czy na ambonie użyć słowa homoseksualista albo ateista. Przecież jak będzie mówił o potrzebie wyrzucania śmieci, płaceniu podatków, sprzątaniu po psie czy niepaleniu w piecu plastykowymi butelkami, to nikt go nie będzie krytykował. Ale niech tylko spróbuje powiedzieć, że katolik powinien dawać publiczne świadectwo swojej wiary (np. nie zmieniając sakramentalnej żony na młodszą, bo jest to decyzja o odcięciu siebie i partnerki od sakramentów, albo w parlamencie, podczas głosowania nad in vitro) – może się znaleźć w poniedziałkowej „Wyborczej" wśród napiętnowanych.

Mówi ksiądz o słuchaniu papieża Franciszka. Jednocześnie w trzeciej części trylogii jasno ksiądz stwierdza, że jego metafora Kościoła jako szpitala polowego jest niewystarczająca?

To metafora bardzo piękna, ale niepełna. Jest obrazowa, przejmująca i po części prawdziwa. Opatrywanie bieżących, najbardziej palących ran jest konieczne. Jednak sprowadzenie funkcji Kościoła tylko do szpitala polowego to za mało. Kościół musi być też potężną stacją epidemiologiczną i superkliniką, która diagnozuje na wiele lat do przodu i daje ludziom szczepionki, a jednocześnie potrafi i nie boi się przeprowadzać skomplikowanych operacji. Nie wątpię, że taki obraz Kościoła już się wyłania, a jeszcze w pełni się wyłoni z nauczania Franciszka.

Jakie szczepionki proponuje Joseph Ratzinger?

Mówi wprost: zwycięstwo z nihilistyczną i ateistyczną kulturą można odnieść tylko przez coś więcej, przez modlitwę, ofiarę, zgodę na współcierpienie z Chrystusem i świętość. Przy czym bardzo jasno podkreśla, że „świętość nie polega na biciu rekordów w osiąganiu cnoty, lecz na kochaniu wraz z Jezusem". Jeśli chodzi o modlitwę i egzystencjalną głębię, widać, że jest on spadkobiercą tego, co u nas niezbyt znane, a jednocześnie najlepsze w niemieckiej religijności i teologii. Jest niesłychanie twórczy, myśl jest świeża, nigdy nie jest konformistyczna – ani według tego, co „konserwatywne", ani wobec tego, co „postępowe". On nie jest niczyim zakładnikiem – poza Bogiem. Zdaje się, że Benedykt XVI jest tu kontynuatorem wielkiej duchowej drogi mistyków nadreńskich.

W czym widać tę kontynuację?

W jego pismach bardzo często jest mowa o zażyłości z Bogiem. W „Światłości świata" mówi Peterowi Seewaldowi, że w sumie za dużo się nie modli, że chciałby więcej, ale jest z Panem w dość zażyłych relacjach. Według Ratzingera modlitwa to pewien rodzaj przyzwyczajenia do Boga, pozwalającego nabrać zwyczajów Boga... Świetne, prawda?

Ks. Jerzy Szymik jest profesorem teologii, poetą. Przez kilkanaście lat był związany z KUL, obecnie wykłada na Uniwersytecie Śląskim. Autor przeszło 50 książek, od 1991 roku jest stałym współpracownikiem „Gościa Niedzielnego"

aktualizacja: 26.07.2015, 20:33   http://www4.rp.pl/Plus-Minus/307249991-Ks-Szymik-Benedykt-XVI-byl-prorokiem.html

czwartek, 16 lipca 2015

Stanisław Michalkiewicz....nietrudno się domyślić, że aferze podsłuchowej musi zostać położony kres

Jak pijak na odwyku

Felieton    tygodnik „Polska Niepodległa”    16 lipca 2015
Jak szybko zmieniają się etapy, a wraz z nimi – również etapowe mądrości! Jeszcze przed kilkoma tygodniami pani premierzycy Ewie Kopacz polecono zaordynować rządowi kurację przeczyszczającą, w następstwie której nie tylko zmienili się ministrowie, ale nawet Doradca Doskonały rządu naszego bantustanu w osobie pana Vincenta „Jacka” Rostowskiego, nie mówiąc już nawet o złamanej karierze pana marszałka Sikorskiego. Taka złamana kariera gorsza jest nawet od złamanego serca, albo innego członka ciała. Słowem – prawdziwe tragedie – chociaż z punktu widzenia posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej może to wyglądać całkiem inaczej. Czy zostałaby sejmowa marszalicą, gdyby nie afera podsłuchowa? A jakże! Wegetowałaby na posadzie rzecznika rządu, tłumacząc, że „to są na pewno jakieś kwoty, które wynikają z różnych takich działań” (to akurat było wyjaśnienie przyczyn braku 19 miliardów złotych, które gdzieś przepadły w związku z przejęciem przez rząd 130 mld złotych z OFE).
Ale nie o panią marszalicę tutaj chodzi, chociaż choćby na jej przykładzie widać, jak małą mądrością rządzony jest nasz nieszczęśliwy kraj – tylko o zmieniające się szybko etapy i przypisywane do nich mądrości. Oto jeszcze przed kilkoma tygodniami afera podsłuchowa stała się pretekstem dla kuracji przeczyszczającej w rządzie, tymczasem teraz okazało się, że żadnej afery podsłuchowej „nie ma”, podobnie jak wcześniej „nie było” afery hazardowej – a jeśli nawet to i owo w zagadkowy sposób przedostanie się do mediów, to najwyraźniej musiał paść rozkaz, że absolutnie w żadne takie rewelacje nie wierzymy, a każdego, kto by fałszywe pogłoski kolportował, dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej. Skąd taka zmiana etapu i to na przestrzeni zaledwie kilku tygodni?
Co się w tym czasie stało – bo coś stać się przecież musiało i to ważnego, skoro nagle padł rozkaz, że w żadne podsłuchy nie wierzymy. Nie tylko nie wierzymy, ale nawet uważamy, że samo odsłuchiwanie podsłuchów jest niegodne dżentelmena. Taki w każdym razie pogląd przedstawił platformiany arbiter elegantiarum, czyli pan Rafał Grupiński, co to w poprzednich wcieleniach wygartywał z niejednego komina: i z KL-D i z Unii Wolności i ze Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, aż wreszcie, kiedy generał Czempiński odbył mnóstwo rozmów i bliskich spotkań III stopnia, w następstwie czego powstała Platforma Obywatelska, wylądował tam w charakterze autorytetu moralnego i arbitra wyznaczającego standardy elegancji. Otóż pan Grupiński skrytykował PiS, że na widok materiałów z podsłuchów reaguje, jak pijak na widok wódki. Tymczasem trzeba reagować inaczej – tak, jak na widok wódki reaguje pijak na odwyku.
Skoro tedy nawet pan Grupiński ćwierka z takiego klucza, to jużci – musiało stać się coś ważnego, a wiadomo, że ważne wydarzenia wyznaczają granice etapów i użyteczność związanych z nimi mądrości. Cóż zatem takiego się stało, że dzisiaj podsłuchana rozmowa Aleksandra Kwaśniewskiego i innych z Ryszardem Kaliszem o przekazanych mu przez generała Noska rewelacjach na temat korupcji w naszej niezwyciężonej armii nie tylko nie staje się pretekstem do kolejnej kuracji przeczyszczającej, w następstwie której spuszczony z wodą mógłby zostać wicepremier i minister obrony narodowej pan Tomasz Siemoniak, nie tylko nie budzi niczyjego zainteresowania, ale okazuje się całkowicie wyssana z palca, co w swoim pokajaniju podkreśla pokornie sam pan Ryszard Kalisz, jakby przeczuwając, że to dopiero początek tarzania w smole i pierzu? A tak właśnie może być, bo pan wicepremier Siemoniak okazał się człowiekiem „kryształowo uczciwym” - co zaświadcza sam pan minister Grzegorz Schetyna. Skoro kryształową uczciwość pana ministra Siemoniaka gwarantuje sam pan minister Schetyna, którego „źli ludzie” w rodzaju Grzegorza Brauna wiązali, a może nadal wiążą ze sławnym „układem wrocławskim”, no to któż ośmieli podnieść nieubłagany palec na pana ministra Siemoniaka? Nawet gdyby taki zuchwalec się znalazł, to władza ludowa nie tylko ten palec, ale i całą rękę prędzej czy później mu odrąbie.
Otóż warto zwrócić uwagę, że zarówno pan minister Schetyna, jak i pan minister Siemoniak, odbyli niedawno pielgrzymki ad limina do Waszyngtonu. Pan Schetyna przeszedł pomyślnie egzamin dojrzałości w Departamencie Stanu, gdzie poprawnie odpowiedział na wszystkie pytania i został na swoim stanowisku zatwierdzony, podobnie jak pan minister Siemoniak tyle, że on nie w Departamencie Stanu, tylko w Pentagonie. Znaczy, że obydwaj są pod ochroną Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, a w tej sytuacji żadne podsłuchy zagrozić im nie mogą tym bardziej, że w związku z rozgrywką, jaką Stany Zjednoczone prowadzą z Rosją na terenie Ukrainy, odrzucane są już wszelkie pozory. Nowy gubernator Odessy Michał Saakaszwili, w poprzednim wcieleniu prezydent Gruzji, oficjalnie potwierdził, że USA będą wypłacały wynagrodzenia pracownikom odeskiej administracji, a policjanci z Kalifornii będą szkolili tamtejszych policjantów.
No to jakże w takiej sytuacji mielibyśmy wierzyć w jakieś korupcje z udziałem pana ministra Tomasza Siemoniaka, który nie dość, że jest „krystalicznie uczciwy”, to w dodatku zrobi wszystko, czego od niego zażądają? Pan Ryszard Kalisz swoje rewelacje wypowiadał co prawda jeszcze w roku 2013, kiedy światło nie było tak dokładnie oddzielone od ciemności jak obecnie i nie było jasne, czy pan minister Siemoniak nie jest przypadkiem w Stronnictwie Pruskim – ale jeśli nawet by i był, to teraz już jest po jasnej stronie Mocy i n’en parlons plus. A dlaczego n’en parlons plus? A również dlatego, że po międzynarodowej konferencji naukowej „Mosty”, jaka 18 czerwca odbyła się w Warszawie z udziałem nie tylko tubylczych ubeków starszej i nowszej generacji, ale również z udziałem ubeków izraelskich, cała soldateska zaoferowała swoje burgrabiowskie usługi Amerykanom, a ci, kierując się rekomendacją ubeków izraelskich ofertę przyjęli.
W tej sytuacji nietrudno się domyślić, że aferze podsłuchowej musi zostać położony kres, przynajmniej na razie, no a poza tym – że Platforma Obywatelska nie stoi na całkiem straconych pozycjach, bo tylko idiota stawia wszystko na jedna kartę, to znaczy – na jedną partię. Amerykanie, cokolwiek by o nich nie powiedzieć, żadnymi idiotami nie są, więc swoje łaski rozdzielą po równo – między PiS i Platformę Obywatelską, która wraz z PSL-em i panem Ryszardem Petru, to znaczy – profesorem Balcerowiczem, nadal może tworzyć koalicyjny rząd, z którym pan prezydent Duda będzie w kohabitacji.
Stanisław Michalkiewicz

Haniebna przeszłość Tadeusza Mazowieckiego



Haniebna przeszłość Tadeusza Mazowieckiego

wtorek, 14 lipca 2015

Stanisław Michalkiewicz, Bęcwalencja Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 12 lipca 2015


W tropieniu przestępstw gospodarczych tak poniósł go szlachetny zapał, że się dopiero opamiętał, gdy się za własną rękę złapał” - pisał w „Towarzyszu Szmaciaku” Janusz Szpotański, wspominając operację generała „Bagno”, czyli Mieczysława Moczara, który zresztą naprawdę nazywał się Mikołaj Diomko, bo jego prawdziwą ojczyzną – jak zresztą wszystkich „partyjniaków” - był „Związek Radziecki”. Niektórzy Czytelnicy zarzucają mi, że się powtarzam i w ogóle - że się starzeję – jakby starzenie się było rodzajem przestępstwa, a przynajmniej wykroczenia przeciwko nakazanej młodziankowatości. No ale co mam zrobić, kiedy to nie ja się powtarzam, tylko powtarzają się sytuacje, które zostały nawet opisane w satyrycznej literaturze? Nawiasem mówiąc, jest to kolejny dowód, że kontynuacja między PRL a III Rzecząpospolitą, która – nabierając coraz więcej cech organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym – coraz bardziej upodabnia się do PRL.
Za pierwszej komuny bezpieczniacy kupowali sobie na Zachodzie różne szpiegowskie wynalazki – o czym mogłem przekonać się naocznie, zwiedzając w Waszyngtonie słynne Muzeum Szpiegów – przy pomocy których zwalczali wrogów socjalizmu. No a teraz okazało się, że Centralne Biuro Antykorupcyjne kupiło sobie we Włoszech za bodajże ćwierć miliarda złotych program inwigilacyjny, przy pomocy którego italski producent podglądał CBA i jego czynności. Zawsze byłem przeciwny tworzeniu CBA, a zwłaszcza byłem przeciwny dawaniu takich dużych pieniędzy idiotom – a w CBA muszą pracować sami idioci, ponieważ tylko idiota może uważać, że korupcję można pokonać poprzez podglądanie, podsłuchiwanie i prowokowanie obywateli, a nie poprzez likwidowanie okazji do korupcji. Nawiasem mówiąc, przypuszczenie, że w CBA pracują sami idioci, jest przypuszczeniem uprzejmym, bo jeśli funkcjonariusze CBA nie są idiotami, to znaczy, że są łajdakami, którzy wiedzą, że przy pomocy stosowanych przez Biuro metod korupcji się nie zaszkodzi – bo któż upilnuje strażników – a zatrudniają się tam tylko po to, by po bratersku podzielić szmalec, wyłudzony od podatników pod pretekstem walki z korupcją.
Ale mniejsza o to, czy CBA zatrudnia idiotów, czy łajdaków; jedno przecież wcale nie musi wykluczać drugiego - bo ważniejsze są konsekwencje zakupu wspomnianego programu. Osobnik, który tego zakupu dokonał, najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy nie tylko z tego, że za pośrednictwem tego programu producent – a czy tylko producent – może podglądać CBA – bo to w końcu nie jest takie ważne – ale ponieważ CBA zbiera różne informacje o obywatelach, podejmowanej przez nich działalności gospodarczej i zawieranych transakcjach, to jest wysoce prawdopodobne, że producent – a czy aby na pewno tylko producent – za pośrednictwem CBA miał wgląd, w dodatku całkowicie darmowy, w polską gospodarkę. Banda idiotów, która teoretycznie miała chronić kraj przed korupcją, właśnie wystawiła go na wywiadowczą penetrację – uprzejmie zakładam, że z wrodzonej głupoty, bo każde inne podejrzenie byłoby mniej uprzejme. Jeśli to nie jest wystarczający powód, by te wszystkie bezpieczniackie watahy rozpędzić, no to już nie wiem, jakim jeszcze bęcwalstwem powinny się wsławić.
Ta okoliczność, mówiąc nawiasem, tłumaczy również obniżający się stale poziom intelektualny Umiłowanych Przywódców. Zgodnie bowiem z moją ulubioną teorią spiskową, Umiłowanych Przywódców wystrugują z banana jedne albo drugie bezpieczniackie watahy. A ponieważ na skutek upowszechniania się w naszym nieszczęśliwym kraju dziedziczenia pozycji społecznej dzieci piosenkarzy zostają piosenkarzami – ale oczywiście już gorszymi od rodziców, bo swój status zawdzięczają nie tyle własnym zaletom, co pozycji rodziców, albo pozycji swoich kopulantów – co widać było choćby na ostatnim festiwalu piosenki w Opolu – dzieci aktorów zostają aktorami – ale to też już raczej popłuczyny – na przykład pani Maria Peszek, śpiewająca „Chujawiaka” („Poliż mnie i’m polish...”) - rodzaj kurewskiego manifestu, przypominającego manifest, popularny za moich czasów w kołach wojskowych („Ch... ci w d... moja miła, tyś przyczyną moich łez, tyś mnie syfem zaraziła...” - i tak dalej) – no to dlaczego potomstwo agentów miałoby być lepsze?
Skoro tedy poziom agentów systematycznie się obniża – czego jaskrawym dowodem jest choćby afera podsłuchowa, kiedy to pod nosem ABW, która według ustawy ma zapewniać „ochronę kontrwywiadowczą” państwowych dygnitarzy, nieznani sprawcy za pośrednictwem kelnerów, co to zawiązali straszliwy spisek na zgubę III Rzeczypospolitej, nagrali podobno aż 900 godzin pikantnych rozmów około setki ważniaków – to nic dziwnego, że musi też obniżać się poziom, zarówno intelektualny, jak i moralny – Umiłowanych Przywódców, których watahy, jak wiadomo, wystrugują wedle potrzeb z banana. Toteż bezpieczniacy musieli rozkazać konfidentom poprzebieranym za dziennikarzy zarówno mediów przejętych od bezpieki przez Amerykanów, jak i urzędówki z Woronicza, żeby ostentacyjnie w aferę podsłuchową „nie wierzyli”. Zatem nie tylko posłusznie „nie wierzą”, ale nawet na poczekaniu klecą „standardy moralne” - że mianowicie dawanie wiary rewelacjom pochodzącym z podsłuchów jest niegodne dżentelmenów. Toteż „dżentelmenów” od razu namnożyło się u nas tylu, że niepodobna nawet splunąć, by nie trafić w jakiegoś dżentelmena. W tak podniosłej moralnie atmosferze już dziecinnie łatwe jest zainaugurowanie kampanii „wstydu” lub „potępienia”. Toteż wszyscy Zasrancen z ministrem spraw zagranicznych, panem Grzegorzem Schetyną „wstydzą się” za Korwina-Mikke, który w Parlamencie Europejskim wzniósł prawicę w rzymskim salucie i zakrzyknął: „Ein Reich, ein Volk, ein Ticket” - na wieść, że w Eurokołchozie mają wprowadzić jednolite bilety.
Nie wiadomo jednak, czy to się utrwali, bo właśnie chwieją się fundamenta Eurokołchozu. Już minęły dwa „ostateczne” terminy, kiedy Grecja powinna przedstawić program reform, żeby finansowi grandziarze mogli odzyskać swoje, zainwestowane w grecki kryzys, pieniądze – a tymczasem premier Cipras nie przywiózł do Brukseli „żadnych nowych propozycji”. Ajajajajajajajaj! W tej sytuacji premier, to znaczy nie premier, jaki tam znowu „premier”; nie żaden „premier”, tylko prezydent Eurokołchozu Donald Tusk, wkroczył elastycznym krokiem na trybunę i surowo napomniał greckiego premiera, żeby jednak jakieś „nowe propozycje” przywiózł. Jednocześnie jednak nakazał „wierzycielom”, by i oni przedstawili „realistyczne” propozycje. „Realistyczne propozycje”? Wszystko wskazuje na to, że w stosunkach Eurokołchozu z Grecją wkraczamy w ciąg „poważnych ostrzeżeń” - takich samych, jak 421 poważne ostrzeżenie, jakie Chiny wystosowały w swoim czasie pod adresem USA. Bez greckich pieniędzy, to znaczy pieniędzy, które Grecja musiałaby pożyczyć w niemieckich i francuskich bankach, by spłacić nimi swoje poprzednie pożyczki - niemieckie i francuskie banki zbankrutują, a wtedy mógłby ucierpieć nawet prestiż Naszej Złotej Pani – do czego w żadnym wypadku dopuścić nie można. Ale skoro nawet my to wiemy, to nie może tego nie wiedzieć grecki premier Cipras, więc nie jest wykluczone, że będzie puszczał mimo uszu kolejne „poważne ostrzeżenia” ze strony UE – zwłaszcza, że zimny ruski czekista aż przebiera nogami, żeby udzielić mu pożyczki. Jeśli prawdziwa jest teoria reinkarnacji, to właśnie w niego musiał wcielić się Odyseusz, co to pokonał niezdobytą Troję przy pomocy trojańskiego konia.
Stanisław Michalkiewicz

piątek, 10 lipca 2015

Grzegorz Braun i Szewach Weiss o żydowskich roszczeniach wobec Polski



Grzegorz Braun i Szewach Weiss o żydowskich roszczeniach wobec Polski
Gośćmi drugiego odcinka programu Ring TV byli kandydat na prezydenta i reżyser Grzegorz Braun oraz były ambasador Izraela w Polsce prof. Szewach Weiss. Między rozmówcami doszło do ostrej wymiany zdań, szczególnie w sprawie majątkowych roszczeń żydowskich wysuwanych wobec Polski i Polaków.

Program poprowadzili Marcin Rola oraz Andrzej Żuromski, którzy na początku wręczyli obu gościom upominki. Pierwszym poruszonym przez redaktorów tematem była sprawa kontrowersyjnej wypowiedzi Bronisława Komorowskiego, który zrównał niemiecki i polski ruch oporu. Reżyser tradycyjnie określił urzędującą głowę państwa mianem „prezydenta rezydenta”.

- Pan Komorowski wpisuje się w scenariusz zdejmowania z Niemców odpowiedzialności za zbrodnie i horror drugiej wojny światowej. I to nie nowina. Mamy do czynienia z konsekwentnymi działaniami na tej niwie, w tym kierunku. Jest zapotrzebowanie na współwinowajców drugiej wojny światowej. Tę rolę odegrać mają Polacy. Tymczasem Niemcy mają być uwolnieni z odpowiedzialności – powiedział Grzegorz Braun.

Szewach Weiss, jak na dyplomatę przystało stwierdził delikatnie, że on nie krytykuję polityków krajów w których jest gościem. Odniósł się jednak do krzywdzących, jego zdaniem, porównań. - Jeśli Armia Izraelska używa czasami takich granatów żeby zatrzymać jakąś demonstrację to w różnych krajach podają wiadomość, że Izrael używa gaz. Każdy rozumie jaka asocjacja to jest. To jest bardzo przesadzające – odpowiedział ambasador, który docenił niemiecki ruch oporu nazywając go bohaterskim.

W rundzie pytań obaj Panowie przedstawiali zagadnienia do omówienia. Braun zaczął od kurtuazyjnych słów o zaszczycie jakim jest dla niego możliwość rozmowy z ekscelencją. - Pan jest przedstawiany w polskich mediach jako przyjaciel Polski i Polaków. (…) Moja znajomość Pańskich wypowiedzi publicznych dotyczących roszczeń majątkowych wysuwanych wobec mnie, mojego narodu i mojego państwa, Pańskie stanowisko w tej sprawie nie czyni z Pana mojego przyjaciela. Jest Pan moim nieprzyjacielem w tej sprawie – zdecydowanie rozpoczął reżyser. Żąda Pan (…) ode mnie i mojego narodu i mojego państwa żebyśmy płacili za te zaległości i zobowiązania, które nie od nas zależą – dodał były kandydat na prezydenta.

- Ekscelencjo, Pańskie wypowiedzi na tematy historyczne nie czynią z Pana przyjaciela mojego narodu. Kiedy mówi Pan w tonie gloryfikującym Armię Czerwoną i Związek Sowiecki, przyłącza się Pan do wypowiedzi i działań, czynów politycznych, dziś dokonywanych przez establishment Pańskiego Państwa i przez elity pańskiego narodu. Tych wypowiedzi, które doprowadziły do zawiązania kuriozalnego sojuszu ponad podziałami. Sojuszu rosyjsko-izraelskiego przeciwko prawdzie historycznej. Ten sojusz został zawiązany w 2009 roku nad morzem czarnym, spotkanie Peres-Miedwiediew, komunikat po tym spotkaniu, który (…) podciągnął negowanie wyzwolicielskiej roli Armii Czerwonej pod kłamstwo oświęcimskie. Konkluzją było wzniesienie w Izraelu pomnika wdzięczności Armii Czerwonej – skrytykował Weissa i Izrael konserwatywny gość Ring TV.

W odpowiedzi dyplomata stwierdził, że to nie on wymyślił hasło, że jest przyjacielem Polski. Jego zdaniem ludzie sami to czują. - Wiedzą, że na tej okropnej, bolesnej uroczystości w Jedwabnym miałem odwagę powiedzieć, że ja znam inne stodoły też. (…) Że byli Polacy sprawiedliwi wśród narodów świata – powiedział dyplomata, który dodał, że sprawa mienia powinna zostać rozwiązana chociaż jest bardzo delikatna.

Nie wolno wyrzucić żadnego Polaka z żadnego mieszkania nawet jeśli to mieszkanie należało do Żydów – dodał ambasador. Jednak jego zdaniem kwestie majątkowe to sprawa moralna, szczególnie ważna dla Żydów przyjeżdżających do Polski i widzących dom w którym mieszkał ich przodek. Zdaniem Weissa Polska powinna dać Żydom, głównie starym… pieniądze. Natomiast młodsi powinni otrzymać na 40 lat przywileje dające wpływ na polską gospodarkę. Wedle ambasadora, gdy nie ma spadkobierców to żydowskie organizacje powinny przejąć ich prawa majątkowe.

Weiss uważa Stalina za zbrodniarza, ale pamięta, że w Armii Czerwonej walczyło 450 tys. Żydów. Braun natomiast przypomniał sowieckiego generała narodowości żydowskiej – Siemiona Kriwoszeina, który razem z Niemcem Guderianem odbierał wspólną defiladę w zajętym Brześciu. Weiss zadeklarował jednak, że woli rozmawiać o moralności a nie konkretnych sytuacjach i zagroził, że on także ma co przypomnieć – np. endecję. Dyplomata pochwalił się natomiast, że przekonuje izraelską młodzież do faktu, iż nie cała AK była antysemicka.

- Pan ambasador opowiada się za złamaniem prawa, za wprowadzeniem do naszego prawa specjalnego precedensu. Pan ambasador mówi o tym, że trzeba wypłacić jakieś pieniądze jakimś organizacjom – uznał Braun w podsumowaniu tego fragmentu rozmowy, na co Weiss zadeklarował, że chce to załatwić oficjalnie. Stwierdził, że specyficzne prawo dla Żydów jest uzasadnione specyficzną sytuacją jaką na ziemiach polskich spowodowali Niemcy. - Więc proszę do Niemców się zgłosić, proszę do Sowietów się zgłosić – skomentował Grzegorz Braun.

Weiss stwierdził, że między nim i Braunem jest solidarność bo obaj stracili przodków w trakcie wojny. Jednak według Brauna takiej solidarności nie ma gdyż Żydzi wysuwają roszczenia. Reżyser przypomniał słowa Israela Singera wypowiedziane na Światowym Kongresie Żydów w roku 1996:  - Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym. Weiss stwierdził, że nie zgadza się z Singerem ale w sprawie roszczeń Polacy nie powinni mieć uprzedzeń do Żydów.

- Jak Pan czuje, czy to jest podejście [poglądy Brauna – red.] większości Polaków? Wydaje mi się, że tak. To jak się Pan z tym czuje? Czy to będzie polityką przyszłego rządu jeśli na czele tego rządu będzie np. partia PiS? – zapytał Weiss, który z zadowoleniem wspomniał stosunki polsko-izraelskie w czasach rządów PiS i prezydentury Lecha Kaczyńskiego. - To mnie jakoś w ogóle nie dziwi – ocenił zachwyt dyplomaty nad partią braci Kaczyńskich Braun.

- Jak Pan myśli, kto będzie rządził w Polsce za 7-8 miesięcy? Jak Pan widzi Polskę w Unii Europejskiej tak za 6-7 lat? – to kolejny pytanie byłego dyplomaty. Przed odpowiedzią Braun powtórzył, że elity izraelskie domagają się do Polaków wypłaty odszkodowań dla pewnych organizacji gdy nie ma prawnych spadkobierców. Powoływać mają się przy tym na prawo krwi, które w cywilizowanych krajach nie funkcjonuje. Weiss potwierdził, że są w Polsce tysiące domów pożydowskich i ich sprawę trzeba załatwić. Reżyser przywołał analogię, mającą przekonać ambasadora do nieprawności roszczeń w przypadku gdy nie ma spadkobierców. Opisał hipotetyczną sytuację gdyby grupa Polaków żądała od rządu USA zwrotu majątku osób polskiego pochodzenia, które żyły w Stanach i zmarły bezpotomnie. Weiss nie zrozumiał analogii. Jego zdaniem śmierci Żydów nie można porównywać ze śmiercią kogoś innego.

- Panie ambasadorze, moi krewni poginęli w niemieckich-nazistowskich obozach koncentracyjnych. Jestem Panu coś winien za to? – pytał Braun. Weiss nie odpowiedział konkretnie na pytanie i zaczął mówić o pamięci historycznej, robiąc z Brauna jej wroga i zarzucając mu populizm. Gdy Weiss zarzucił Braunowi brak doświadczenia w dialogu, reżyser odpowiedział: - Bo tam zapraszacie tylko tych ludzi z którymi się Wam miło rozmawia, którzy kiwają głową i mówią tak, a ja mówię nie.

Według scenariusza programu pytania mogli zadawać też widzowie. Pierwsze brzmiało: Jan Paweł II, papież, często mówił o pamięci i tożsamości. Jaka Panów jest pamięć i tożsamość? Co sądzicie państwo - plusy i minusy jakże głośnego filmu „Pokłosie”? Weiss wspomniał w jednym zdaniu, że przy Janie Pawle II „nie czuł się obco”, gdy tymczasem Żydzi w Polsce po 1945 roku czuli się obco. Powiedział też, że „Pokłosie” nie pokazuje pełnego obrazu Polski i brakuje w nim Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. - Tylko analfabeta może powiedzieć „polskie obozy śmierci” – powiedział dyplomata. Bardzo ważny, za ostry – ocenił sam film.

Polski reżyser skrytykował ambasadora Polski w USA, który promował „Pokłosie”. Zdaniem Brauna pan Ryszard Schnepf jest członkiem loży B'nai B'rith Polin czyli „zawodowym Żydem”. Ta organizacja ma za swój cel uznawać roszczenia. Weissa oburzyło pojęcie „zawodowy Żyd” zanim Braun zdążył odpowiedzieć co przez to rozumie. Gdy odpowiadał, Weiss przerwał mu pytając o jego wynik wyborczy. Ambasadora ucieszył słaby wynik kandydata.

Reżyser poprosił Weissa o komentarz do słów rabina Owadii Josefa, którzy powiedział, że goje są jak zwierzęta i powinni służyć Żydom oraz słów izraelskiego generała Amina Eshela, który powiedział, że 800 lat służyli Polakom i więcej już nie będą. Zdaniem Brauna to dowody na obecny w elitach Izraela resentyment antychrześcijański i antypolski. Weiss odpowiedział, że może znaleźć wielu Polaków, którzy źle o nich mówią. Nie zwrócił jednak uwagi na to, że Josef i Eshel to elita żydowska.

- Łączy nas historia i dzieli nas historia – powiedział Weiss o relacjach polsko-żydowskich. Spotkanie z Braunem było pierwszym tego typu doświadczeniem dyplomaty. - Teraz rozumiem więcej jednak co do polskiej przeszłości po tym spotkaniu. Antysemityzm to zwyczajne słowo. To jest coś głębszego – powiedział o poglądach reprezentowanych przez reżysera.



Źródło: youtube.com – kanał Ring Tv.


Read more: http://www.pch24.pl/grzegorz-braun-i-szewach-weiss-o-zydowskich-roszczeniach-wobec-polski,36909,i.html#ixzz3fWAeY5o0

Zgodnie z masońskim planem!

Wraz z rozszerzaniem się globalizacji impakt zmian jakie ona wprowadza nie obejmuje jedynie sfer ekonomicznych, geopolitycznych, czy kulturowych ale również dotyczy sfery religijnej. Plany co do transformacji obecnych systemów religijnych i połączenia ich w jeden globalny system religijny zostały sformułowane w 1949 roku i są bardzo pieczołowicie wprowadzane w życie. W roku 2012 Klub Rzymski opublikował konkretny plan transformacji Chrześcijaństwa do roku 2050 w globalną zieloną religię. Plan ten zakłada odejście od credo gdzie człowiek jest najwyższym tworem Boga, któremu stwórca oddał ziemię pod władanie w kierunku nowego credo gdzie człowiek jest elementem świata podporządkowanym stworzeniu. Jak napisano w publikacji “staliśmy się zagrożeniem”dla środowiska i rządzący muszą je chronić ograniczając ekspresję danego przez Boga ludzkiego potencjału poprzez modyfikację religii. Obecnie więc jesteśmy ofiarą wprowadzanej w życie powolnej, niemalże nienamacalnej konwersji chrześcijaństwa w nową religię w której nadrzędnym stworzeniem ma być szeroko pojęte środowisko.


Mając na względzie tą politykę obecny rozwój wypadków polityczno-religijnych wydaje się, iż wchodzi w krytyczny zwrot. Jak podaje Associated Press “W środę papież Franciszek postawił pierwszy krok pielgrzymki do trzech krajów Ameryki Południowej po tym jak zdecydowanie wezwał do utworzenia ekonomicznego i ekologicznego nowego porządku światowego, w którym dobra Ziemi miałyby być współdzielone przez wszystkich, a nie tylko wykorzystywane przez bogatych. [...] Podejmując problem globalnego ocieplenia w Quito we wtorek, Franciszek podkreślał argumenty przedstawione w swojej encyklice z początku tego miesiąca, że planeta nie może być wykorzystywana przez nielicznych bogatych dla krótkoterminowych zysków kosztem biednych.”


Nowy Porządek Świata jest frazą-kluczem używanym w świecie globalnej polityki określającym budowę jednego globalnego rządu w którym funkcjonuje jeden globalny system polityczny, ekonomiczny jak również religijny, gdzie nadrzędnym unifikatorem całości jest globalne zagrożenie kryzysem ekologicznym co bezpośrednio określił w latach dziewięćdziesiątych Klub Rzymski.







Watykan opublikował ostatnio encyklikę skierowaną do 1,2 miliarda katolików z prośbą o wsparcie poszerzenia uprawnień rządów mających na celu zatrzymanie "globalnego ocieplenia". W kontekście tej publikacji Reuters podał “Jeden ze współautorów długo oczekiwanego papieskiego dokumentu w sprawie zmian klimatu powiedział kiedyś, że Ziemia jest przeludniona o co najmniej 6 miliardów ludzi. Dokument nauczania, zwany encykliką, ukaże się 18 czerwca w Watykanie. Być może z wyjątkiem encykliki z 1968 o antykoncepcji, żaden z watykańskich dokumentów nie był oczekiwany z taką niecierpliwością.

Polityczna lewica ma nadzieję na dokument, który połączy wiarę w globalne ocieplenie z religijnym  obowiązkiem. Sceptycy klimatyczni już zaczęli krytykować dokument.

Wybór profesora Johna Schnellnhubera, dyrektora założyciela Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu, jako jednego z trzech autorów może dać lewicy nadzieję na wywołanie zawału wśród sceptyków. Jest on opisywany jako jeden z bardziej agresywnych naukowców w kwestii wywołanego przez człowieka globalnego ocieplenia.

W rozmowie udzielonej New York Times podczas "nieudanej Konferencji Klimatycznej w Kopenhadze w 2009 roku, Schnellnhuber, który doradzał niemieckiej prezydent Angeli Merkel i jest profesorem wizytującym w Oxfordzie, powiedział nt globalnego ocieplenia: "W bardzo cyniczny sposób jest to triumf nauki, bo w końcu ustabilizowaliśmy coś - to znaczy szacunki dla nośności planety, czyli ilości populacji poniżej 1 miliarda ludzi.”


Zaangażowanie Schnellnhubera, chcącego dla ratowania ziemi obniżyć populację poniżej 1 miliarda w encyklikę jest jedynie jednym z problematycznych elementów obecnej polityki Watykanu. Obecnie bowiem naukowe ramie Watykanu zajmujące się problematyką ekologiczną zostało przejęte przezglobalistę Bp Marcelo Sánchez Sorondo (jego bibliografia świadczy o tym bezsprzecznie) i motywowanych przez komunizm/socjalizm naukowców, którzy transformują Chrześcijaństwo od środka. Znany na całym świecie krytyk teorii globalnego ocieplenia lord Christopher Monckton wyraził się na ten temat bardzo dobitnie. W komentarzu do zmian politycznych w Watykanie czytamy: “Według Moncktona, [biskup] Sorondo jest "totalnym marksistą, który zdecydował, że zmiany klimatu są przydatne dla marksizmu." Monckton stwierdził również, że Soronda nie obchodzi, czy zmiany klimatu są prawdziwe, czy nie. Zignorował informacje płynące od najbardziej wpływowych naukowców Watykanu dowodzących, że globalne ocieplenie było bardziej teoretyczne niż empiryczne.

Franciszek, który został wychowany w tradycji komunistycznej teologii wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej, zachęca Sorondo do takich działań. Poprzedni papieże tacy jak Jan Paweł II i Benedykt uważali, że należy pozwolić wypowiedzieć swoje zdanie sceptykom. Jak twierdzi Monckton, Franciszek pozwolił się zdominować Sorondo.

Monckton dalej wyjaśnił, że Franciszek jest pod wpływem ekstremistów takich jak profesor John Schnellnhuber, dyrektor założyciel Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu, który powiedział w 2009 roku na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, że jeśli globalne ocieplenie będzie kontynuowane to sześć miliardów z siedmiu miliardów ludzi zostanie przez nie zabitych.

Monckton powiedział, że Schnellnhuber będzie stał u boku papieża Franciszka, kiedy ogłosi encyklikę w przyszłym tygodniu. "Fakt, że Schnellnhuber tam jest będzie bardzo złym znakiem," oświadczył.

Wpływ jaki Schnellnhuber może mieć na papieski list martwi Moncktona. Fakt, że będzie tam obok papieża sugeruje, że Franciszek dziękuje mu za napisanie część encykliki poświęconej sprawom klimatu.”


Wykład Christophera Moncktona nt. oszustw związanych z tzw. globalnym ociepleniem:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

W tym roku na przełomie listopada i grudnia ma również odbyć się kolejne spotkanie klimatyczneCOP21 w Paryżu podczas którego kraje świata mają zobowiązać się do wprowadzenia globalnych podatków od CO2, również od osób indywidualnych, płaconych bezpośrednio ONZowi. Jeśli dojdzie do podpisania tych zobowiązań to będziemy mięli do czynienia z fundamentalną, w ramach Agendy 21, rearanżacją systemową w skali globalnej jak również powstaniem mechanizmu finansowania de facto rządu światowego wyłaniającego się z ONZ, o który jak widzimy zabiega również obecny papież Franciszek formując stwierdzenie odnoszące się do budowania “nowego porządku świata”. 



Tak więc widzimy jak zielone szaleństwo opanowało Watykan zmierzający pod rządami nowego papieża niezwykle dynamicznie w kierunku wyznaczonym przez globalistyczny Klub Rzymski, który stwierdził w 1991 roku w książce "Pierwsza globalna rewolucja”; “FIRST GLOBAL REVOLUTION”,Alexander King, Bertrand Schneider, (Orient Longman) "W poszukiwaniu wspólnego wroga, przeciwko któremu możemy się zjednoczyć, wpadliśmy na pomysł taki, iż zanieczyszczenie, groźba globalnego ocieplenia, brak wody, głód itp., spełnią nasze oczekiwania. Wzajemne oddziaływanie tych zjawisk jako całość oraz poszczególne ich elementy  stanowią zagrożenie, z którym muszą się skonfrontować wszyscy na całym świecie. [...] Wszystkie te niebezpieczeństwa są powodowane przez ingerencję ludzkości w naturalne procesy, i tylko dzięki zmianie postaw i zachowań społeczeństw, negatywne zmiany mogą być przezwyciężone. Idąc dalej tym tokiem myślowym, prawdziwym wrogiem jest sama ludzkość.”
Czy przy tak zinfiltrowanych instytucjach religijnych nadających ton i kierunek Chrześcijaństwu oraz przy takich anty-ludzkich motywacjach w sercu kościoła możemy oczekiwać na jakiekolwiek pozytywne zmiany? Odpowiedź na te pytania pozostawiamy Państwu do rozważenia.

http://www.prisonplanet.pl/

Kim są ludzie, którzy doradzali papieżowi podczas pisania encykliki „Laudato Si”?


Jednym z doradców Franciszka, który pomagał mu przygotować encyklikę „Laudato Si”, jest dobrze znany w Polsce ekonomista Jeffrey Sachs. Sachs to zwolennik aborcji i polityki kontroli urodzeń. Ostatnio był on jednym z prelegentów biorących udział w watykańskiej konferencji na temat zmian klimatycznych. Innym doradcą był Hans Joachim Schellnhuber.

„Watykan został przeniknięty przez wyznawców radykalnego ruchu zielonych, który jest w swej istocie antychrześcijański i antyludzki, godzi w biednych i sprzeciwia się rozwojowi” – pisze Catherine Snow, związana z Acton Institute. Podstawowe katolickie wartości, takie jak świętość życia ludzkiego i troska o zbawienie dusz, są przez współczesnych ekologów znienawidzone. Według nich najważniejszym globalnym problemem jest przeludnienie, a ludzie są głównymi sprawcami zmian klimatycznych – ocenia Snow.

Jeffrey Sachs uważany jest za jednego z najbardziej wpływowych ekonomistów na świecie. Doradzał rządom w Europie Wschodniej, w Afryce, Azji i Ameryce Południowej, próbującym poradzić sobie z kolejnymi kryzysami gospodarczymi. W1989 roku – jako 35-latek – doradzał „Solidarności”. Przygotował wstępny projekt tzw. planu Balcerowicza. W 1999 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Sachs, jeden z najmłodszych profesorów Harvarda, w 2002 roku został dyrektorem Instytutu Ziemi Columbia University w Nowym Jorku, gdzie opracowuje projekty ustaw dotyczące ochrony zdrowia i rozwoju. Jest specjalnym doradcą Sekretarza Generalnego ONZ Ban Ki-moona. Wcześniej doradzał Kofi Annanowi w sprawie Milenijnych Celów Rozwoju. Był nawet dyrektorem Projektu Milenijnego ONZ. Doradza Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, Banku Światowemu, OECD, WHO i Programowi Rozwoju NZ.

Jeffrey Sachs jest zwolennikiem drastycznej kontroli urodzeń. W 2011 roku wezwał do radykalnego ograniczenia liczby ludności Nigerii, uzasadniał to demograficznymi problemami Indii i Chin. Jego zdaniem ubóstwo można zlikwidować w ciągu dwudziestu lat i to w prosty sposób: ograniczając dzietność. Profesor Sachs postuluje upowszechnienie antykoncepcji i aborcji. W 2013 roku podczas jednej z debat w ONZ, ekonomista twierdził , że „świat stał się bardzo zatłoczony”, dlatego „strategicznymi celami ONZ powinny być aborcja i inne metody kontroli populacji, które pozwolą ograniczyć przyrost tam gdzie wynosi on powyżej 2,1 dziecka na kobietę”.

Hans Schellnhuber to niemiecki naukowiec, który uważa, że jeśli temperatura Ziemi podniesie się o 2 stopnie Celsjusza, dojdzie do wielkiej katastrofy. W 2009 roku twierdził, że kulę ziemską może zamieszkiwać nie więcej niż 1 mld ludności – obecnie liczbę tą szacuje się na 7,2 mld. Schellnhuber jest dyrektorem Instytutu Zmian Klimatu w Poczdamie, który zmusił niemieckich decydentów do przyjęcia radykalnej polityki klimatycznej. Jego przewidywania oparte są na komputerowo generowanych modelach. Krytycy twierdzą jednak, że mijają się one z rzeczywistością. Dane satelitarne potwierdzają, że nie było żadnego globalnego ocieplenia w ciągu ostatnich 18 lat. Pokrywa lodowa zwiększyła się, a liczba huraganów spadła – argumentują. Wszystkie przewidywane przez Schellnhubera katastrofy nie miały miejsca. Być może dlatego w 2011 roku niemiecki naukowiec zmienił wcześniejsze prognozy, przewidując, że zapowiedziane katastrofy nastąpią nie w 2020, ale w 2030 roku. Według krytyków taka korekta to zachowanie uzasadniające ocenianie prognoz klimatycznej zmiany jako „moralnej krucjaty w poszukiwaniu teorii naukowej”.

Schellnhuber jest również dyrektorem Niemieckiej Rady Doradczej w Sprawie Globalnych Zmian. Rada składa się z dziewięciu naukowców. Ich głównym zadaniem jest doradzanie decydentom w Niemczech i na całym świecie, w jaki sposób walczyć ze zmianami klimatycznymi. Drakońskie zalecenia Rady dla rządu Merkel spowodowały, że rachunki za prąd w Niemczach poważnie wzrosły. Niemiecki naukowiec wraz ze swoimi kolegami po fachu chce, by w Radzie docelowo zasiadało kilku niewybieralnych członków, mianowanych dożywotnio, którzy mieliby prawo weta decyzji parlamentu w sprawie klimatu. Uczony postulował, by do ustawy zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec wprowadzić zapis o ochronie klimatu, jako priorytecie państwa. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” oskarżył Schellnhubera o chęć przemodelowanie niemieckiego porządku konstytucyjnego.

Portal Spero News sugeruje, że papież Franciszek – jak się może wydawać – został „uwiedziony przez doradców, takich jak Schellnhuber” i wprowadzony w błąd w sprawie zmian klimatycznych. Portal dodaje, że wbrew temu, co sugerują ekstremiści, globalnego ocieplenia po prostu nie ma. Grupa ponad 90 naukowców skierowała do papieża list otwarty, w którym sugeruje, że Ojciec święty nie został poinformowany o wszystkich faktach dotyczących teorii zmian klimatycznych. Dodano, że postulowane przez papieża rozwiązania mogą wpędzić mieszkańców najbiedniejszych krajów w jeszcze większą nędzę.

Źródło: speronews.com, AS.   za:http://www.bibula.com/?p=82231

sobota, 4 lipca 2015

Nawyk robienia niepotrzebnych zakupów

Nawyk robienia niepotrzebnych zakupów

Cały zachodnia ekonomia opiera się na zasadzie gratyfikacji. Zakupy nie są dla ciebie jedynie metodą pozyskiwania najbardziej niezbędnych do przeżycia artykułów, ale przede wszystkim metodą nagradzania się, gratyfikacji, sposobem na sprawienie sobie ulgi. Wydawanie pieniędzy ma być terapią dla każdego szarego człowieka. A ten zaprogramowany został tak, aby czuć się zmęczonym, głodnym radości, niezadowolonym z życia pionkiem, który skłonny jest zapłacić dużo za wygodę i silną dawkę rozrywki. 

"Nie będziesz pożądał żadnej rzeczy bliźniego swego. To jest po prostu cholernie głupie. Pożądanie rzeczy naszych bliźnich napędza całą gospodarkę. Twój bliźni ma wibrator, który gra melodię "O, przybywajcie wierni"? Ty tez chcesz taki mieć! Pożądanie tworzy miejsca pracy, więc zostawmy je w spokoju!" - George Carlin

Dla dobra takiego systemu bardzo ważne jest, aby wyrobić w obywatelu uzależnienie od wydawania pieniędzy na rzeczy, które tak naprawdę nie są mu potrzebne. Narzędziami takiego prania mózgu są reklamy, filmy naszpikowane odpowiednim przekazem, czy szeroko lansowane w mediach trendy.


Najłatwiej to zauważyć w przypadku… dzieci, które są szczególnie podatne na tego rodzaju przekazy. W filmie dokumentalnym pt. „Korporacja”, psychologowie marketingowi analizują wyniki socjologicznych badań, z których wynika, że nawet do 40% zabawek, które rodzice kupują swoim pociechom to efekt jęków, awantur i namolnego błagania – dzieciaki naprawdę zrobią wszystko, aby tylko tatuś czy mamusia sięgnęli do portfela i kupili im upragniony prezent. 
Co zrobili z tą wiedzą właściciele firm zabawkarskich? Ano wydali miliony dolców na stworzenie kampanii marketingowych skierowanych do najmłodszych, a nawet zachęcających małych konsumentów do nękania swoich rodziców. 
 
Wielkie firmy i koncerny nie zrobiły przecież milionów na uczciwym reklamowaniu niezbędnych produktów, ale na sztucznym wywoływaniu popytu, stworzeniu społeczeństwa złożonego z milionów ludzi, którzy kupują dużo więcej niż im naprawdę potrzeba. Zajrzyj do swojej piwnicy, otwórz szafę – ile posiadasz przedmiotów, których prawie nigdy nie używałeś?

 
Kupujemy, aby poprawić sobie humor (zakupoholizm to obecnie całkiem poważne zaburzenie psychologiczne), zaimponować sąsiadom, czy też wypełnić swoją dziecięcą wizję tego, jak nasza dorosłość miałaby wyglądać. Istnieją setki psychologicznych motywów, które popychają nas do kupowania niepotrzebnych śmieci...


David Cain – redaktor serwisu Raptitude.com twierdzi, że większość problemów, z którymi borykają się Amerykanie, czyli depresja, otyłość, zanieczyszczenie środowiska czy korupcja, to cena za utrzymanie całej ekonomii. A ta „zdrowa” będzie tylko wtedy, jeśli „niezdrowi” będą obywatele. Zdrowy, szczęśliwy człowiek nie potrzebuje dużo więcej, niż to co posiada, a co za tym idzie – nie wydaje kasy na tony zbędnych śmieci, nie potrzebuje poić się pustą, przeplataną reklamami, rozrywką… Całe dekady ciężkiej pracy właścicieli wielkich korporacji dały swój efekt w postaci stworzenia wielomilionowych społeczności owczych konsumentów, których styl życia został z góry zaplanowany.

fragment z : Pracuj, kupuj, konsumuj, umieraj