niedziela, 27 listopada 2011

Waldemar Łysiak RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW SALON


fragment:

3. Pieski przydrożne
J. Kossecki: „Kiedy po II Wojnie Światowej powstał cały system «państw
socjalistycznych», podstawą akcji «zmiękczania komunizmu» i «obrony praw
człowieka» stała się ideologia liberalno-wolnomularska. Nurt ten był w PRL
powiązany z róż nymi centrami zachodnimi, jak paryska «Kultura», a jawną formę
organizacyjną przybrał pod postacią KSS KOR w latach 1976-1981, przenikając nie
tylko do kręgów kultury, nauki i dziennikarstwa, lecz także do niektórych środowisk
katolickich. Mafijne metody działania («swoi» — «obcy») i techniki manipulacji
obejmowały oskarżanie przeciwników tego nurtu o zaściankowość, obskurantyzm,
nacjonalizm i ksenofobię, a jednocześnie — indoktrynowanie ludzi wciąganych w
sferę wpływów KOR bardzo elastyczną argumentacją, wyrabiającą u
indoktrynowanych poczucie ważności wobec otoczenia z racji «wyższej misji» (...)
Wśród założycieli i przywódców KOR zna leźć można wielu ludzi organizacyjnie lub
przynajmniej ideologicznie związanych z wolnomularstwem. Jednym z przywódców
KOR był Adam Michnik, ideowy wychowanek Słonimskiego, czołowego polskiego
wolnomularza".
„Antyklerykalizm" i kosmopolityzm — fundamenty „braterskiej" doktryny
masońskiej (wszyscy ludzie równiejsi są braćmi) — stały się też tajoną bazą
ideologiczną dysydenckiej „lewicy laickiej" w PRL-u. Tajoną, gdyż świadomość
narodową Polaków ciągle jeszcze mocno zaśmiecał nieszczęsny patriotyzm, będący
dla różowych elit (podobnie jak dla wolnomularzy) nacjonalizmem faszystowskim par
excellence. Korowscy „ludzie światli" vel „ludzie rozumni", którzy później (1990)
utworzą „partię ludzi rozumnych" (Unię Demokratyczną), wykorzystywali dla
szerzenia kosmopolitycznych („europejskich") poglądów nie tyle swą trybunę
polityczną (tu trzeba było udawać stonowany patriotyzm i mówić do szarego tłumu o
„obronie robotników", „obronie praw człowieka" etc.), ile lansowane przez siebie ikony
literackie, międzynarodowe nazwiska, zwłaszcza Gombrowicza i Miłosza, co
mocno działało na świadomość inteligencji polskiej .
Zaczęło się to długo przed zbudowaniem KOR-u — wraz z „odwilżą" roku 1956. A.
Waśko: „Podstawę podskórnego, antypolskiego nihilizmu w kulturze rozpowszechnili
po roku 1956, powołując się na autorytet Gombrowicza, sfrustrowani
eks-zetempowcy, szukający podświadomie literackiego alibi dla swoich stalinowskich
zaangażowań. A takiego alibi dostarczało właśnie głoszenie poglądu, że tradycje
narodowe, którymi żyła Polska międzywojenna i podziemna w latach 40-ych, były
anty-intelektualne i nieeuropejskie, więc ich odrzucenie (nawet na rzecz sowieckiego
marksizmu) było właściwie zrozumiałe i nie stanowiło żadnej zdrady. Tezę powyższą
głosili mistrzowie inteligencji polskiej: Miłosz, Kołakowski, Mrożek, Błoński i inni".
„Gombrowiczowską" diagnozę Waśki potwierdził A. Horubała: „Jak można
przemawiać, jak można dalej pisać książki, gdy się uczestniczyło w tak gigantycznym
kłamstwie i firmowało zbrodnię? Można wybrać drogę zanegowania sensu historii,
zanegowania odpowiedzialności. Śmiech ze wszystkiego, negacja wartości tradycji
— to wszystko było doskonałym alibi (...) Stało się tak głównie dzięki
«Trans-Atlantykowi» Gombrowicza. Ta opowieść dezertera, który własne
tchórzostwo uzasadnia śmiesznością narodowej tradycji i wiernością samemu sobie,
była niezwykle atrakcyjną protezą".
Protezą dla bieżącego wybielania się i dla bardzo rozwojowego (myślimy o
przyszłości, panowie!) antypatriotycznego kosmopolityzmu. Słusznie rzecze R. A.
Ziemkiewicz, iż według michnikowszczyzny: „Dobry Polak to taki Polak, który
całkowicie odrzuca swą narodowość na rzecz kosmopolityzmu. A jeśli nie może się
wylegitymować jakimś przodkiem w KPP lub organizacjach zbliżonych, to jedyną
drogą uzyskania przezeń glejtu człowieka rozumnego jest publiczna aprobata dla
stwierdzenia, ze wszyscy Polacy, z wyjątkiem tych, którzy to publicznie przyznają, to
ciemni antysemici". Ów filosemicki kosmopolityzm był oczywiście (był, jest i będzie)
maskowany przez „Salon" wzniosłą frazeologią, a podpierany miazmatami
wspomnianych, wynarodowionych ikon „Salonu", na czele właśnie z W. Gombrowiczem.
Głównie dlatego (a nie przez wartość swych dzieł literac kich) Gombrowicz jest
jak Lenin, „wiecznie żywy". Pewien bohater mojej powieści „Dobry" tłumaczy to
rozmówcy tak:
„ — Pan nie czytał Gombrowicza, «wielkiego polskiego pisarza »? Bożyszcze
polskich intelektualistów i literackich smakoszów Polskę ma za nic, za szambo, za
śmieć, ojczyznę za anachronizm, patriotyczne myślenie za nacjonalizm, szowinizm i
debilizm, przywiązanie do rodzimych symboli za obmierzłą staroświeckość, kult
męczenników za analfabetyzm, słowem polskość to strawa głupków. Robił wszystko,
by jego czytelnik poczuł wstyd i wstręt do samego siebie, iż urodził się jako Polak,
żeby się jak naj szybciej wyzbył polskiego łupieżu w kosmopolitycznej odwszalni".
Cz. Miłosz, autor „Pieska przydrożnego" (gazetowyborcza nagroda „Nike"),
poszedł jeszcze dalej. I zaszedł dalej — do Nobla (J. Narbutt: „Miłosz brnął w pogoni
za sukcesem, podlizując się międzynarodówce kosmopolitów i antypolonistów. Zapłacono
mu za to Noblem"). Oba pieski przydrożne — i Gombrowicz, i Miłosz — nie
kochały (delikatnie mówiąc) Polski, polskości i Polaków, lecz o ile Gombrowicz
gardził tym wszyst kim, to urodzony na Litwie Miłosz prócz pogardy czuł również
zwierzęcą wprost nienawiść „kresową", tę charakterystyczną, nieuleczalną złość (lub
raczej wściekłość), którą Litwini, Białorusini i Ukraińcy czują wobec „ Koroniarzy " i
„Lachów". Zawsze twierdził, że nie jest Polakiem i że nie czuje się Polakiem ani
trochę — jest stuprocentowym Litwinem (dziwne tedy, że nie osiadł w ukochanym,
wolnym już Wilnie, i że nie podpisywał się per Miłoszevicius lub Miłoszevickas, lecz
tylko pozornie dziwne — na Litwie nie było michnikowskiego różowego „Salonu" robiącego
mu klakę i „szmal"', zaś Kraków wybrał, jak tłumaczył, bo ten przypomina
Wilno). Głosił to całemu światu — w radiu francuskim przedstawił się: „ — Jestem
Litwinem, który pisze po polsku". Co jest znowu dziwne (że po polsku), bo na kartach
swych „Prywatnych obowiązków" stwierdził: „Zamiast ogłaszać książki po polsku, z
równym powodzeniem można by było umieszczać rękopisy w dziuplach drzew".
Swoją niechęć do języka polskiego wyrażał bez ustanku, tak przy użyciu poezji (poetycko
zwał ów język „mową nierozumnych i nienawidzących" tudzież „mową
pomieszanych, chorych na własną nienawiść"), Jak i przy użyciu prozy, zarzucając
językowi Polaków „ niechlujność fonetyczną" („Piesek przydrożny") oraz
„ciamkanie, syczenie, bełkotanie, arytmię, bezkształtność i bijące wszelkie rekordy
ubóstwo literackich form" („Prywatne obowiązki"). J. Majda: „Okazuje się, że Miłosz
nie jest jednym z nas, lecz człowiekiem zewnętrznym i zupełnie nam narodowo
obcym, wręcz obcokrajowcem, gdyż pasją jego twórczości literackiej stało się
obrzucanie Polaków i języka polskiego złośliwymi oszczerstwami".
Nie tylko Polaków i języka — również Polski jako państwa i polskości jako takiej.
Polska to był dla niego „irytujący obszar między Niemcami a Rosją" („Prywatne
obowiązki"), którego właściwie nie powinno być — „Dla Polski nie ma miejsca na
Ziemi" („Rok myśliwego"). Mawiał: „Polska to Ciemnogród" („Prywatne
obowiązki"), z lubością dokładając grubszą obelgę, zaczerpniętą u pewnego
hitlerowca: „«Anus mundi» — odbytnica świata. To określenie Polski odnotował
pewien Niemiec w 1942 roku" („Abecadło Miłosza"). Zapytywał też siebie (w
wierszu „Natura"): „Na jak długo starczy mi nonsensu Polski?", i wreszcie znalazł
rozwiązanie: „Gdyby mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze" („Rodzinna
Europa"), „Prymas Tysiąclecia", kardynał S. Wyszyński, przeczytawszy kilka
antypolskich fraz Miłosza, wybuchnął (świadectwo M. Okońskiej): „ — Może czlowiek
błądzić, ale nie ma prawa o tym pisać, upowszechniać tego, zatruwać tym duszy
narodu! Tego czynić nie wolno! To jest wobec narodu zbrodnia!".
„Anus" Miłosza musiał być obszerny, jeżeli ów Litwin trzymał tam nie tylko cały „ten
kraj", lecz i jego mieszkańców:
„Nieszczęsnych Polaków, umiejących myśleć tylko politycznie, mam w dupie"
(„Zaraz po wojnie"). Miał tam również orła polskiego, więc kiedy amerykański
wydawca umieścił orła na projekcie okładki miłoszowego (wielce paszkwilanckiego)
podręcznika do historii literatury polskiej, Miłosz się wściekł; później wspominał
(„Prywatne obowiązki"): „Na okładce był orzeł bez korony. Mój list — ze są dwa
orły, jeden z koroną, drugi bez, i że żadnego sobie nie życzę — wprawił wydawcę w
najwyższe zdumienie (...) Przyznaję, że na «polskość» jestem alergiczny" (ta alergia
nie przeszkodziła mu wziąć „chlebowca" — Orderu Orła Białego). Przyznał również,
iż trwa to u niego od dziecka — od wczesnej młodości czuł „obsesyjną nienawiść" do
Polaków („Zaczynając od moich ulic"). Nie przeszło mu to nigdy — nigdy nie
polubił „świń": „Polak musi być świnią, ponieważ się Polakiem urodził" („Prywatne
obowiązki").
Przyczyny świniowatości Polaków są według Miłosza aż trzy: głupawy nawyk
patriotyzmu (zwał go „moczopędnym środkiem narodowym" — wiersz „Toast"),
obsesyjny nawyk antysemityzmu i bezsensowny nawyk katolicyzmu. Patriotyzm jako
taki budził w Miłoszu permanentny gniew, gdyż był przezeń kojarzony (wręcz
utożsamiany) z „nacjonalizmem" typu faszystowskiego. A czasami również z
pederastią: „Kurczowy patriotyzm bywa nieraz odpowiedzią na wewnętrzną zdradę.
Czy Polacy nie są podobni do niektórych homoseksualistów?" („Rodzinna Europa").
Miłosz więc unikał tego pedalstwa bardzo starannie, m.in. komunizując, już od
młodości („ — Nie macie pojęcia jaką fascynującą przygodą intelektualną byt
komunizm", 1992), i w dobie stalinowskiej pracując etatowo dla czerwonego reżimu.
Pracą dla instytucji antykomunistycznych brzydził się zawsze:
„Pośród emigrantów byłem bodaj jedynym, który odmówił pisania dla Wolnej Europy,
bo nie podobało mi się jej bicie w patriotyczny bęben i kropienie święconą wodą"
(„Abecadło Miłosza"). Nie podobał mu się również opór antyhitlerowski : „ Warszawa
okupacyj na była dla mnie miejscem i czasem spotkania z polskim nacjonalizmem w
jego najwyższym natężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego
nikt nie ma prawa krytykować " („Rok myśliwego"). „Moja niechęć do przywódców
AK była silna (...), cały konspiracyjny aparat żył nierealnością, ponieważ w siebie
pompował narodową ekstazę" („Rodzinna Europa"). Wpompowali, skurczybyki,
również w Litwina uważającego patriotyzm za tyfus, zmuszając go do majstrowania
antologii poezji patriotycznej pt. „Pieśń niepodległa" (1942), co uczynił klnąc, ze
strachu, by nie podpaść akowskim skrytobójcom, czyli „jakoś ustawić się w tamtej
Polsce" (sic!). Później nigdy nie dał wznowić tej antologii: „Cisną mnie, żebym
pozwolił na jej druk w Polsce. Mówię: nie chcę, bo to było dawno i nie mam z tym nic
wspólnego (...), nie życzę sobie podpisywać się pod «Pieśnią niepodległą»" („Rok
myśliwego").
Wszawemu patriotyzmowi Miłosz przeciwstawiał rozsądną („bierną") kolaborację.
Nie tylko z sowietyzmem, również z nazizmem, o czym świadczy jego wrogość
wobec zbrojnego kontestowania hitlerowskiej okupacji. J. Majda: „Miłosz był wtedy
zwolennikiem narodowej bierności i lojalności wobec okupantów. Uważał, że
partyzantka, konspiracje, powstania to nonsens; podawał tu za chwalebny przykład
postawę Francuzów". Rzeczywiście podawał: „Jeżeli 99% Francuzów żyło jak zwykle
po klęsce 1940 roku, to jest to normalne" („Rok myśliwego"). „Nienormalna" alias
„nonsensowna" była dla Miłosza wszelka ojczyźniana walka, bitwy pod Grunwaldem
nie wyłączając (nazwał Grunwald „plugawym nonsensem"). Całość tej przyrodzonej
głupoty Polaków określił jako „powiązany system narodowej paranoi" („Życie na
wyspach"). S. Trepka: „Oto do czego może prowadzić fałszywy blask noblisty
pierwotnie zafascynowanego komunizmem, kosmopolity obcego naszej
suwerenności i wypranego z uczuć patriotycznych".
Sam Miłosz — podobnie jak Kuroń i cały KOR — unikał słowa „kosmopolityzm";
zwał tę predestynację elegancko: „pewną międzynarodowością umysłu": „Moją
ambicją od dawna była pewna międzynarodowość umysłu" („Zaraz po wojnie"). W liście
do M. Wańkowicza serio o sobie i kpiąco o Polakach tłumaczył: „Jestem bardzo
mało polski w sensie, jaki temu słowu zwykło się nadawać; standardy obowiązujące
wśród szlachetnych Polaków są mi najzupełniej obce. Mój umysł jest żydowski".
Dlatego wiązał się zawsze z Żydami przeciw Polakom, czując silną duchową więź:
„Gdzieś na dnie tliła się myśl, że ich i moja lewicowość jest przebraniem dla naszej
inności" („Rodzinna Europa"). Wolał eksponować lewicowość, zamilczając
porównywalną litewską i żydowską nienawiść wobec Polaków. To on — wbrew
nieustannej pomocy, jaką gojowska Warszawa i Armia Krajowa udzielały gettu —
rozpowszechnił (wiersz „Campo di Fiori") jedną z najparszywszych kalumni wymierzonych
w Polaków: że gdy Niemcy mordowali Żydów z warszawskiego getta, Polacy
beztrosko bawili się obok muru getta na karuzeli, przywesołej muzyczce.
Czegóż jednak można oczekiwać od katolików? Ich religię Miłosz przezwał
„narodową ułudą" („Traktat teologiczny") i „glebą dla snów paranoicznych"
(„Prywatne obowiązki"); ich Madonnę (Najświętszą Marię Pannę Częstochowską)
— „pogańską boginią" (dlaczego? — bo nie jest judaistyczna?); ich Śluby
Jasnogórskie — „ przedsięwzięciem faszyzacji Polski" służącym „kropionemu
święconą wodą gałgaństwu" („Tygodnik Powszechny" 1997); ich krucyfiksy —
„próchnem":
„Krucyfiks chwytasz, bo tak ci bezpieczniej.
Drewno masz w ręku, a w tym drewnie próchno.
Pacierze mruczysz, ale strachem cuchną".
Jemu cuchnęła wiara katolicka, dlatego zaperzył się solennie:
„Z polskim katolicyzmem nie chcę mieć nic wspólnego" („Zie mia Ulro"). „Przyrzekłem
sobie, że nie zawrę nigdy przymierza z polskim katolicyzmem (...), czyli że nie
poddam się małpom" („Rodzinna Europa"). Nawet tu okazał się przecherą — umierając
„poddał się małpom": wysłał list do czołowej „małpy" vel „świni", do Jana Pawła
II, prosząc o błogosławieństwo tego króla „małp". I otrzymał je, ale to nie dziwota,
gdyż ów król traktował już jako „ludzi dialogu" różnych ludobójców (Arafata —
wielokrotnie, Saddama, bojówkarza Al Sadra, etc.), tudzież kilku komunistycznych
oprawców. Summa summarum liczy się to, że — jak krzyczały telewizje — „Czesław
Miłosz umarł pojednany z Bogiem". Co musi go w grobie uwierać, gdyż ów piesek
przydrożny pisał w „Piesku przydrożnym": „Kiedy byłem, jak to się mówi,
pogodzony z Bogiem i światem, czułem się fałszywie, jakbym udawał kogoś, kim nie
jestem". No właśnie.
Dzięki glejtowi od króla „małp" i dzięki gwałtownym naciskom „Salonu" — truchło
renegata zostało złożone (przy tyle razy wyszydzanym przezeń „kropieniu święconą
wodą") na Skałce, w Krypcie Zasłużonych krakowskiego kościoła Paulinów.
Rozsierdziło to wielu Polaków. Obiektem krytyki stali się m.in. kardynał F. Macharski i
przeor skałkowskich Paulinów, A. Napiórkowski. Prezes Krakowskiego Oddziału
Związku Literatów Polskich, K. Strzelewicz, publicznie zapytał: „Czy o. Napiórkowski
nie rozumie, że hańbi polski panteon szczątkami człowieka, który zwał członków
Armii Krajowej bandytami, a Polaków świniami z urodzenia, i który oświadczał, że
jest alergicznie uczulony na wszystko co polskie? (...) Oburzająca impreza pochówku
Miłosza na Skałce dowodzi, ze Polacy są pod kolejną okupacją".
Skałka to istotnie święte miejsce — znajdują się tam sarkofagi kilku głośnych
polskich ludzi pióra (Wyspiański, Pol, Kraszewski, Asnyk itd.; także Długosz, chwalca
„plugawego nonsensu" Grunwaldu). Te sarkofagi popękają chyba od furii
przewracających się szkieletów, bo Miłosz jako „literaturoznawca" nie zostawił suchej
nitki na wszystkich swych poprzednikach, całą polską literaturę chłoszcząc jako
bałach prowincjonalny. Słowacki i Norwid to nacjonalistyczni durnie, Sienkiewicz i
Reymont to grafomani, etc. — aż głupio te antypolskie i antygojowskie brednie
cytować. Przed Miłoszem Polska miała tylko jedno złote pióro — łatwo zgadnąć, to
Gombrowicz! „Późno, chyba dopiero przy końcu lat pięćdziesiątych, zrozumiałem, że
mimo wszelkich różnic łączy nas ta sama obsesja" („Zaczynając od moich ulic") —
chodziło o obsesję antypolskości; polskość drażniła jednego i drugiego. Miłosza
drażnił nawet Chopin: „Chopin drażni" pisał („Inne Abecadło"). Wyłącznie
Gombrowicza głaskał:
„«Trans-Atlantyk» (...) zawiera podstawową rozprawę z Polską-zmorą i z polskim
ceremoniałem nacjonalistycznego karlenia". „W miarę sił szerzyłem kult
Gombrowicza" („Ziemia Ulro"). Ergo: masoński (vide Słonimski), korowski i
salonowy kult kosmopolityzmu. Rzecz charakterystyczna: chociaż Miłosz cenił też S.
Brzozowskiego, za to, że ów protestował „przeciwko swemu rodzinnemu środowisku,
tj. przeciwko Polsce rozczulającego obyczaju, katolickiego kościółka, kultu
narodowego męczeństwa", tudzież za to, że bohater powieści Brzozowskiego „
uzyskuje wewnętrzną wolność przez podeptanie narodowego zakazu", wreszcie za
całą Brzozowskiego próbę „wyzwolenia się od Polski" („Człowiek wśród
skorpionów") — nie starał się szerzyć kultu Brzozowskiego, gdyż ten nie szerzył
kosmopolityzmu, tylko, niestety, pragnął ulepszać „zmorę" („Miałem pretensję do
Brzozowskiego o to, że pragnął być wychowawcą narodu").
Decyzja władz Krakowa o złożeniu w Krypcie Zasłużonych truchła kosmopolity,
który się zasłużył chłoszcząc przez całe życie oszczerczo „zmorę" (Polskę) tudzież
polskie „małpy" i „świnie" — wzburzyła patriotów („skorpionów"). Lecz to wzburzenie
jest mało zrozumiałe dla większości społeczeństwa, bo z telewizora tudzież z
salonowych gazet wie ono, że Miłosz był noblistą, „wielkim polskim poetą", a niewielu
zna jego książki. Tym bardziej niewielu zna monografie naukowe, gdzie jest mowa o
antypolskości Miłosza. Pisali lub napomykali o niej prof. B. Chrząstowska, prof. A.
Fiut, prof. M. Stępień, dr hab. J. Majda, J. Trznadel, T. Walas, A. Romanowski, E.
Morawiec, S. Trepka i inni. Ale gdy docent Majda mówił o tym publicznie, zauważył,
iż nawet belfrowie polonistyki grzeszą tu ignorancją („Nawet nauczyciele poloniści
znali najczęściej tylko kilka lekturowych wierszy i byli zaskoczeni, gdy mówiłem o
awersji Mi łosza do polskości").
Dzięki „Salonowi" wywodzącemu się z KOR-u — III Rzecz pospolita pełna jest
purenonsensów, krzyczących absurdów, rzeczy stojących na głowie, obrażających
elementarną sprawiedliwość, przyzwoitość i herbertowską „kwestię smaku". Nie
trzeba daleko sięgać — weźmy tylko dwa tegoroczne pogrzeby (a możnaby dodać i
trzeci: pogrzeb „barda" J. Kaczmarskiego, gorącego piewcy antypolskości i
kosmopolityzmu, człowieka, który porzucił wojujący judaizm dla „zbawieniowego"
chrześcijaństwa, czyli przechrzcił się, w dniach zgonu!). Latem 2004 sprowadzo no do
kraju prochy płk. R. Kuklińskiego, a na cmentarzu miał spicz były pełnomocnik
antykomunistycznego bohatera, J. Szaniawski, ewidentny długoletni kapuś SB (vide
mój artykuł pt. „Pełnomocnik", tom „Łysiak na łamach 6"). Również latem 2004
nienawidzący Polski i Kościoła Litwin ląduje z honorami w kościelnej Krypcie
Zasłużonych. Łatwiej byłoby znieść pogrzebanie go w Alei Zasłużonych cmentarza
Rakowickiego, bo każdą taką aleję (Warszawa ma swoją, powązkowską, gdzie leżą
Bierut i in.) będzie można kiedyś, gdy jakimś cudem „Salon" utraci władzę,
przemianować na Aleję Zasłużonych dla Komunizmu, i po krzyku. Lecz Skałka to
groza, chyba że chodzi o paralelę z proniemieckim biskupem, który wyklął i
unicestwił króla patriotę (vide rozdział „Blizna" moich „Wysp bezludnych"). Wojtyła
nie zdąży już chyba wyświęcić Miłosza na kolejnego patrona kraju, tak jak Miłosz nie
zdążył „wysadzić tego kraju w powietrze", chociaż bardzo chciał, bo to „irytujący
obszar miedzy Niemcami a Rosją", ergo „zmora".
Zatem irytację patriotów można zrozumieć. Dla nich danie Miłoszowi rangi
narodowego idola jest faktem z gatunku „horribilis". Jeśli człowiek, który
konsekwentnie wyrażał się o Polsce, Polakach i wszelkiej polskości w sposób
bardziej brutalny (bardziej nienawistnie) niż Hitler i Stalin razem wzięci — jeśli taki
człowiek zostaje z fanfarami pochowany wewnątrz Krypty Zasłużonych, pośród
pisarzy i poetów, którymi gardził jak wszami — to to jest „Finis Poloniae!" dla ludzi
kochających Ojczyznę. Cóż mógłby im poradzić terapeuta? Może śmiech? —
wiadomo, że terapia śmiechem czasami przynosi dobre rezultaty. Lecz jak ich
rozśmieszyć? Czy wystarczy dać im do przeczytania najświeższą (pośmiertną)
włoską opinię o Miłoszu? Profesor języka i literatury rosyjskiej na Uniwersytecie
Weneckim, lewak V. Strada, tak się wypowiedział dla lewicowego „Corriere della
Sera": „Gorące pragnienie stworzenia poezji, w której rozpoznałby się cały naród,
wyniosło twórczość Miłosza do roli symbolu samej Polski". No pewnie!
Rozpoznaliśmy się bez trudu. Cały naród, pardon — cała chlewna trzoda. My,
obywatele irytującego chlewa między Niemcami a Rosją, też tak uważamy, signore
Strada! Tylko z „zoologicznymi" patriotami mamy jeszcze kłopot. Im chyba trzeba
mocniejszej niż śmiech terapii — elektrowstrząsów. Albo „pulia w gołowinu!". Za
bardzo się przejmują. Bez rozwałki — tacy już będą.
Natomiast polska klasa wyższa — elita inteligencka, elitka półinteligencka i
subelitka ćwierćinteligencka — będzie jak zawsze wodoszczelna, faktoodporna
skafandrowo. Fakty do niej nie dotrą i spłyną bez żadnego śladu. Jeśli bowiem fakty
przeczą dogmatom „Salonu" — to tym gorzej dla faktów! Jeśli prawda przeczy tezom
„Salonu" — to na pohybel prawdzie! „Salon" solidnie trzyma polską warstwę
inteligencką za jaja, czyli w okolicach, gdzie ona ma sumienie i rozum. Tresuje ją
kosmopolitycznie, antypatriotycznie, antypolsko, „postępowo", używając niby spotów
reklamowych dwóch zboczeń wielkich ikon: homoseksualnego „internacjonalizmu"
W. Gombrowicza i filosemickiej „międzynarodowości" Cz. Miłosza. Komunizm,
trockizm i wolnomularstwo były w PRL-u katapultą tej gry, a w III Rze czypospolitej
„globalizm", „antyklerykalizm", „polityczna poprawność" i „tolerancja" stanowią jej
hasła zamydlające (maskujące) istotę.

środa, 23 listopada 2011

O generale Cz.


Myśląc Ojczyzna

red. Stanisław Michalkiewicz (2011-11-23)



Pierwsza ofiara przyspieszenia? 

Szanowni Państwo!Kiedy po expose premiera Tuska wydawało się, że już nastąpił koniec historii i odtąd największym wydarzeniem w naszym nieszczęśliwym kraju może być co najwyżej autobiograficzna książka pani Danuty Wałęsowej, której pan Adamowicz nadał tytuł "Marzenia i tajemnice" - wszystkich zelektryzowała depesza o zatrzymaniu przez Centralne Biuro Antykorupcyjne generała Gromosława Czempińskiego. Jest to sensacja mniej więcej tej samej rangi, jak wiadomość o rozpoczęciu izraelskiego prewencyjnego uderzenia na Iran. Wprawdzie takie uderzenie jeszcze nie nastąpiło, ale to tylko kwestia czasu, no a poza tym - od dawna już się o tym mówi. Tymczasem zatrzymanie generała Gromosława Czempińskiego nastąpiło nieoczekiwanie, niczym grom z jasnego nieba. W tej sytuacji nie ma rady; musimy sobie to wydarzenie rozebrać z uwagą, bo być może, że wyjaśnia ono więcej, niż mówi.
Po pierwsze - zatrzymanie przeprowadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, utworzone i istniejące w celu przeprowadzania porachunków politycznych pod pretekstem zarzutów kryminalnych. Wprawdzie generał Gromosław Czempiński ostatnio żadnej funkcji nie pełnił, ale to wcale nie znaczy, że nie miał żadnego ciężaru gatunkowego w polityce. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak generał Czempiński opowiadał, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia musiał odbyć, żeby doszło do utworzenia Platformy Obywatelskiej. Z tych opowieści wynikało, że Ojcem Założycielem Platformy Obywatelskiej był właśnie generał Gromosław Czempiński. Dlaczego mu tak zależało na utworzeniu tej partii i jakie nadzieje zarówno on, jak i jego towarzysze oraz mocodawcy z nią wiązali? Miejmy nadzieję, że czas przyniesie odpowiedzi na te pytania - ale na razie zatrzymanie generała Czempińskiego przez podległe rządzącej Platformie Obywatelskiej CBA ma wszelkie znamiona ojcobójstwa.
Po drugie - generał Czempiński został zatrzymany pod zarzutem "malwersacji finansowych". O co konkretnie chodzi - na razie nie wiadomo - ale warto przypomnieć, że aresztowany na wiosnę 2008 roku Peter Vogel miał zeznać w prokuraturze, iż generałowi Czempińskiemu z jego konta w szwajcarskim banku ktoś ukradł jakieś bajońskie sumy. Skąd generał Czempiński miał bajońskie sumy i dlaczego trzymał je w szwajcarskim, a nie polskim banku, skoro w swoim czasie był szefem Urzędu Ochrony Państwa w Polsce, a nie w Szwajcarii? Tego oczywiście nie wiemy, natomiast pamiętamy, że Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przez co najmniej 18 lat transferowała własnie do szwajcarskich banków ogromne sumy w walutach obcych, kradzione z przedsiębiorstwa eksportu wewnętrznego PEWEX. Kto tymi pieniędzmi zawiaduje i jaki robi z tego użytek - nie wiadomo, bo prezydent Aleksander Kwaśniewski w roku 1996 zagroził, że jeśli media będą na ten temat rozprawiały, to on zarządzi "lustrację totalną". Po tej groźbie Jacek Kuroń i Karol Modzelewski napisali do prezydenta Kwaśniewskiego pojednawczy list i sprawa ucichła - aż do dnia dzisiejszego. W tej sytuacji zatrzymanie generała Czempińskiego pod zarzutem malwersacji finansowych może oznaczać, że walka buldogów pod dywanem wchodzi w decydującą fazę.
No dobrze - ale jakich właściwie buldogów? Jakim buldogiem, to znaczy - czyim buldogiem jest generał Czempiński? Jak pamiętamy, wywodzi się ze Służby Bezpieczeństwa, która na początku naszej sławnej transformacji ustrojowej została poddana upokarzającej weryfikacji przez wywiad wojskowy, który tę całą sławną transformację ustrojową zaprojektował, przeprowadził i nadzorował. Ale generał Czempiński żadnych upokorzeń z tej strony nie doznał, bo akurat przeprowadził udaną operację wydobycia amerykańskich zakładników z Iraku. Zapewne wdzięczność strony amerykańskiej sprawiła, że generał Czempiński w latach 1993-1996, a więc wprawdzie w III Rzeczypospolitej, ale podczas rządów koalicji SLD-PSL, został jak gdyby nigdy nic, szefem Urzędu Ochrony Państwa. Warto przypomnieć, że w tym właśnie okresie koalicja SLD-PSL była oskarżana i to nie bezpodstawnie, o "zawłaszczanie państwa" do tego stopnia, że dla zainstalowania zaplecza politycznego AWS-UW w roku 1997, charyzmatyczny premier Buzek musiał wprowadzić aż cztery wiekopomne reformy. Malwersacji zatem musiało być wtedy wiele, a szef UOP nie mógł chyba o nich nie wiedzieć. Dlaczego zatem CBA zatrzymało akurat jego? Bardzo możliwe, że dlatego, iż wywiad wojskowy przystąpił do kontrofensywy po kuracji przeczyszczającej, zaaplikowanej naszej niezwyciężonej armii przez SB po katastrofie smoleńskiej.
I wreszcie - po trzecie - jeśli generał Czempiński mimo transformacji ustrojowej utrzymał czołową pozycję dzięki zaufaniu Amerykanów, to jego obecne zatrzymanie pokazuje, iż ten parasol ochronny nie ma już takiego znaczenia. Warto w związku z tym zwrócić uwagę, iż na odsłonięciu pomnika prezydenta Reagana nie było ani prezydenta Komorowskiego, ani premiera Tuska, ani żadnego przedstawiciela lewicy. Czyżby Nasza Złota Pani Aniela rzeczywiście nakazała przyspieszyć procesy dziejowe i generał Czempiński jest pierwszą ofiarą tego przyspieszenia?

Mówił Stanisław Michalkiewicz 

sobota, 19 listopada 2011

Relacja z Marszu Niepodległości 2011 r.



11 listopada. Pytania, które trzeba zadać





Dr Zbigniew Romaszewski wicemarszałek Senatu w latach 2007-2011


Niezależnie od tego, że doceniam rolę Romana Dmowskiego w procesie odzyskiwania niepodległości, to jednak w swoich poglądach jestem dość odległy od tradycji Narodowej Demokracji, a Obóz Narodowo-Radykalny wspominam szczególnie niechętnie. Podobnie trudno mi sobie wyobrazić, aby właśnie tego dnia można było przejść obojętnie obok pomnika Józefa Piłsudskiego, którego powrót z Magdeburga stał się symbolem odzyskania niepodległości. Dlatego też z uznaniem, ale bez entuzjazmu odnosiłem się dotychczas do obchodów 11 Listopada organizowanych przez obóz narodowy.


Poszedłem
Do udziału w Marszu Niepodległości zachęciły mnie dopiero środowiska lewicowe, które postanowiły zorganizować Kolorową Niepodległą, aby marsz zablokować. Środowiska te, nie czując się dość pewnie, wezwały na pomoc niemieckie lewackie bojówki. Tak więc internacjonalizm, który kiedyś wjechał do Polski na sowieckich czołgach, powracał teraz pod postacią niemieckich bojówek. Postanowiliśmy więc z żoną wziąć udział w marszu, aby wyrazić swą solidarność z tymi, dla których słowa "Bóg, Honor i Ojczyzna" to wyraz patriotyzmu, symbol tradycji narodowej, a nie przejaw "faszyzmu".
W marszu uczestniczyliśmy od godziny 15.00 do 17.15 i nasze osobiste obserwacje dość znacznie odbiegają od relacji medialnych. Przez cały czas przebywaliśmy w przyjaznym, pokojowo nastawionym tłumie. Zaskoczeni byliśmy tym, że przebywając na placu Konstytucji i oczekując na rozpoczęcie marszu, nagle zaczęliśmy być fizycznie spychani przez zwarte oddziały "kosmitów", a z megafonów dowiedzieliśmy się, że zgromadzenie jest nielegalne, że będzie się do nas strzelało z broni gładkolufowej i policja nie ponosi żadnej odpowiedzialności za poniesione straty. Powtarzano to wielokrotnie. Potem okazało się jednak, że demonstracja jest legalna, a jeszcze później, że znów nielegalna. Tak więc do dziś nie wiem, kiedy demonstrowałem legalnie, a kiedy nielegalnie. Dobrze by było, żeby w państwie prawa ktoś mi to jednak w końcu wyjaśnił.

"Antyfaszyści" i prowokatorzy
W czasie naszej eskapady na uwagę zasłużyły właściwie trzy rzeczy. Faktycznie na obrzeżach przyjaznego świętującego tłumu krążyły rozproszone niewielkie grupy zakapturzonych postaci. Na rogu ul. Śniadeckich dwóch takich szczelnie zakapturzonych osobników zaczęło wyrywać i rozbijać krawężniki. Podeszło do nich dwu dobrze zbudowanych panów w szalikach Legii i zapytało: "Co wy robicie, zwariowaliście?". Zniknęli jak kamfora. Kto to był: "faszyści", "antyfaszyści" czy płatni prowokatorzy? - nie mam pojęcia.
Drugą niespodzianką było przejście podziemne przy placu Na Rozdrożu. W całym mieście wszystkie sklepy pozamykane, a właśnie tu, gdzie miała zakończyć się demonstracja, funkcjonował w sposób niezakłócony sklep z alkoholem. Sprawiało to wrażenie, jakby komuś zależało, by rozhuśtać emocje, a ewentualni zatrzymani byli "pod wpływem".
Wreszcie trzecie zaskoczenie. Jak na placu, na którym było zgromadzonych już co najmniej 200 policjantów, kilku, najwyżej kilkunastu szczeniaków mogło dokonać podpalenia samochodu. W odległości 20-30 m od samochodu stał oddział 20-30 policjantów prewencji i co? I nic. Czekano na straż pożarną.
Największa niespodzianka czekała nas jednak w domu. Z internetu (telewizje milczały o tym jak zaklęte) dowiedzieliśmy się, że importowani z Niemiec bojówkarze, którzy znaleźli azyl w Nowym Wspaniałym Świecie, robili wypady, żeby bić ludzi, którzy nieśli polskie flagi, czy napadali na maszerujące Nowym Światem, udające się na defiladę grupy rekonstrukcyjne w historycznych kostiumach. Doszło do tego, że po zakończonej uroczystości oficjalnej zarówno grupy rekonstrukcyjne, jak i pododdziały Wojska Polskiego nie przeszły zgodnie z planem Nowym Światem, gdzie oczekiwali na nich ludzie, tylko wycofały się Tamką na Powiśle.
Muszę powiedzieć, że na tle zamieszek, jakie mogliśmy oglądać w Atenach, Londynie, Madrycie czy Rzymie, nazywanie tego, co miało miejsce w Warszawie, zamieszkami, zakrawa na megalomanię narodową. Trudno się więc dziwić, że "postępowcy" postanowili wyrwać nas z prowincjonalizmu i zaprosili przyjaciół zza Odry.

Pytania do pani prezydent
W tej sytuacji warto postawić kilka pytań. Dlaczego pani prezydent Warszawy zgodziła się, aby Kolorowa Niepodległa blokowała Marsz Niepodległości? Czyżby nie wiedziała, że "każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych" (art. 31 ust. 2 Konstytucji)? Zapowiedź blokowania to świadome ograniczanie praw i wolności innych, a zgoda na takie zachowanie stanowi jawny delikt konstytucyjny. Nie mam nic przeciwko Kolorowej Niepodległej. Niech każdy świętuje tak, jak chce. Miejsca jest dosyć i nikt nie powinien nikomu przeszkadzać.
Czy pani prezydent nie potrafiła sobie wyobrazić, że w zaistniałej sytuacji może dojść do zamieszek, czy też z wywołaniem zamieszek godziła się, mając nadzieję, że to skompromituje Marsz Niepodległości?
Czy pani prezydent równie chętnie zgodzi się na blokowanie Parady Równości bądź Parady Schumana?
Czy pani prezydent sądzi, że jej wola i sympatie stanowią prawo w stolicy?
Czy policja potrafi precyzyjnie wyjaśnić zamęt informacyjny: zgromadzenie legalne, nielegalne. Kto podejmował takie decyzje? Skąd pochodzi sprzeczność w decyzjach policji i oświadczeniach zarządu miasta?
Kto jest odpowiedzialny za chaos informacyjny?
Dlaczego blokowano dojście na plac Konstytucji ul. Koszykową?
Dlaczego zamiast poinformować zgromadzonych na placu Konstytucji, że trasa marszu została zmieniona, że marsz wyruszył i należy kierować się w stronę ul. Waryńskiego, podjęto akcję zastraszania spokojnych obywateli i spychania ich przez zwarte oddziały prewencji?
Dlaczego policja nie potrafiła wyłuskać najwyżej kilkuset zadymiarzy z liczącego około dwudziestu tysięcy osób tłumu obywateli, którzy chcieli uczcić Święto Niepodległości, i traktowała wszystkich jak potencjalnych przestępców?
Dlaczego w obecności policji doszło do spalenia samochodów? Czy zawiodły tu instrukcje i procedury? Czy też przyświecała temu idea skompromitowania Marszu Niepodległości?
Czy policja miała za zadanie zabezpieczać Marsz Niepodległości, czy też przećwiczyć na spokojnych obywatelach oddziały prewencji do walki z agresywnym tłumem?
Kto dowodził personalnie policyjną akcją?
Czy minister Jerzy Miller zdaje sobie sprawę, że w ten sposób trwoni często w sposób bezpowrotny prestiż policji odbudowany z trudem po 1989 roku? Czy zamierza ponownie ustawić ją w roli PRL-owskiej Milicji Obywatelskiej?
Jak wyglądała współpraca ABW z policją, jeśli mogło dojść do panoszenia się niemieckich zadymiarzy?
Dlaczego polskie sądy tak sprawnie uwolniły niemieckich uczestników zajść, a zabrały się do sądzenia aborygenów - jak nas określał Fryderyk Engels? Czy było to polecenie premiera, czy też było to zademonstrowanie niezależności wobec zalecenia, w którym według ministra Pawła Grasia wszyscy mieli być karani surowo, również bez względu na narodowość?
Nie sądzę, aby ktoś odpowiedział na te pytania, całkiem naturalne w każdym demokratycznym kraju. Można powiedzieć tylko jedno: skompromitował się nie Marsz Niepodległości, tylko decydenci.

W stronę putinizacji
Sprawa jest jednak daleko poważniejsza, gdyż eskalacja tego rodzaju działań może łatwo doprowadzić do tego, że kraj, który bez użycia przemocy zapoczątkował obalenie komunizmu, stanie się miejscem nieprzezwyciężalnych antagonizmów i zamieszek. Myślę, że jest to problem, którego nie da się rozwiązać przy użyciu policji. Do dziś zdążyliśmy zniszczyć wszystkie autorytety, zastępując je celebrytami świata konsumpcji. Teraz przyszedł czas na Kościół katolicki, na walkę z krzyżem. Niszczenie wszystkiego, co tworzyło narodowe spoiwo, co kazało się zatrzymać w swoim, nawet słusznym, zacietrzewieniu może doprowadzić do sytuacji, w której jedyną odpowiedzią na społeczne aspiracje będzie państwo policyjne. Czy to ma na celu rząd Donalda Tuska?
Szkoda, że premier sprawia wrażenie niedoinformowanego o rzeczywistym przebiegu demonstracji 11 listopada, bo wtedy jego uwagę musiałaby zwrócić nieadekwatność i brak elastyczności stosowanych przez policję procedur w zaistniałej sytuacji. Mógłby również zauważyć, że zachowanie zarządu miasta i jego brak współpracy z policją jest skandalem stanowiącym zagrożenie dla bezpieczeństwa obywateli.
W tej sytuacji na szczególną uwagę zasługuje wystąpienie ministra Pawła Grasia. Powiedział on: "Na pewno będzie zalecenie pana premiera, żeby karać zatrzymanych z całą bezwzględnością, bez względu na przynależność czy sympatie polityczne, czy narodowość". Pomijając już fakt, że karanie bez względu na przynależność, sympatie polityczne czy narodowość nie wynika z zaleceń premiera, tylko jest konstytucyjnym wymogiem zasady równości, to czy minister Graś potrafiłby mi wyjaśnić, komu to premier mógłby zalecić karanie z całą bezwzględnością? W III Rzeczypospolitej konstytucyjnie władzę sądowniczą sprawują niezawisłe sądy, na dodatek właśnie w poprzedniej kadencji parlamentu przyjęliśmy ustawę o niezależności prokuratury. Komu więc premier mógłby zalecić bezwzględne karanie? Policji, ale ta jest przeznaczona do ochrony porządku, a nie karania obywateli, a wszelkie przejawy jej brutalności, jak np. kopanie bezbronnego przechodnia, należy zaliczyć raczej do patologii niż wykonywania zaleceń szefa rządu.
Można by na to wszystko machnąć ręką, biorąc pod uwagę stan emocjonalny ministra, ale moją uwagę zwróciły słowa: "polecił", "zalecił", obficie używane w odniesieniu do sposobu sprawowania władzy przez Putina. Czyżby system rosyjski stanowił dla otoczenia premiera wzorzec ustrojowy państwa? Myślę, że ten lapsus lingue powinien zwrócić uwagę obywateli na wiele innych problemów zagrażających "putinizacją" naszego kraju. Lista jest długa: przejmowanie mediów i odmowa korzystania z platform cyfrowych dla mediów opozycyjnych, ciągle ponawiane próby cenzurowania internetu. W tym samym kierunku podąża kampania mainstreamowych mediów dążących do zdezawuowania jedynej liczącej się siły opozycyjnej, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość pod kierownictwem Jarosława Kaczyńskiego. Czyżby partia rządząca i kilka koncesjonowanych partyjek, tak jak w Rosji, miały stanowić wymarzony model naszego demokratycznego państwa? Już dziś niezawisłe sądy mogą orzekać, że nazywanie prezydenta chamem jest realizacją wolności słowa, zaś doszukiwanie się KPP-owskich rodowodów uwłacza ich posiadaczom. Sądzę, że w dalszej przyszłości takie sądy mogą dość łatwo pogodzić się z wykonywaniem zaleceń ewentualnego jedynowładcy.
Zaniepokoił mnie również pomysł, żeby ewentualne straty wywołane zamieszkami pokrywali organizatorzy demonstracji. Pozbawiałoby to całkowicie niezamożne organizacje prawa do wolności zgromadzeń. Wystarczy, że obywatele płacą podatki, a policja, która z tych podatków jest opłacana, powinna zapewnić bezpieczeństwo. Jeśli się jej to nie uda, to odpowiedzialność ponosi państwo i to jest koszt demokracji. W przeciwnym wypadku każda struktura organizująca manifestację mogłaby zostać doprowadzona do ruiny przez kilku prowokatorów, których policja nie będzie potrafiła złapać wysłanych przez konkurentów bądź samo państwo. Prawo do zgromadzeń to jedno z podstawowych praw obywatelskich i powinniśmy go z całą konsekwencją bronić.



Autor był senatorem kilku kadencji. Aktywnie działał w antykomunistycznej opozycji w okresie PRL, jest kawalerem Orderu Orła Białego.

Nasz Dziennik 19-20 listopada 2011

środa, 16 listopada 2011



STANISŁAW SŁAWOMIR NICIEJA
Polemika Hemara z Brzechwą
DL 1992, nr 38




Koniec wojny i jej jałtańsko-poczdamski werdykt podzielił Polaków na krańcowo wrogie obozy polityczne. Ci, których klęska Niemiec hitlerowskich zastała na Zachodzie czuli się oszukani przez aliantów, mówili z bólem i nienawiścią o wiarołomstwie Churchilla i Roosevelta, o diabolicznym cynizmie Stalina. Jeden z najzdolniejszych heroldów antykomunizmu i bezkompromisowości, Józef Mackiewicz, pisał: „Nie ma w tej chwili żadnej «Polski» w znaczeniu politycznym, żadnego «państwa» polskiego ani «ludowego», ani «pojałtańskiego», ani «Bierutowego», ani innego, poza praworządną reprezentacją Rzeczypospolitej na emigracji w Londynie".
Ci z kolei, którzy latem 1945 r. znaleźli się między Bugiem a Odrą, zwłaszcza nie mający takich doświadczeń jak przebywający w Anglii żołnierze Andersa cudem wyrwani z „nieludzkiej ziemi", zawierzyli stalinowskiej propagandzie i włączyli się do budowania optymistycznych prognoz bądź ulegli psychozie nowego socjalistycznego pozytywizmu. Pisarze, poeci, artyści, intelektualiści, których przed wojną łączyła częstokroć przyjaźń bądź zażyłość, teraz już przez sam fakt, że jedni mieszkali w Londynie, a drudzy w Łodzi (w połowie lat czterdziestych kulturalna stolica Polski), stali się wrogami.
Między elitami emigracji politycznej i kraju dochodziło do gwałtownych polemik o amplitudzie nie znanej dotychczas w publicystyce polskiej.
W starciach tych po przeciwnych stronach angażowali się niejednokrotnie wybitni pisarze, mający trwałe, nie podlegające koniunkturom politycznym, miejsca w literaturze polskiej. Przypomnijmy dziś zapomnianą polemikę, którą stoczyli 45 łat temu Jan Brzechwa — klasyk polskiej literatury dziecięcej, polski Andersen i Marian Hemar — bard Lwowa, twórca wielkości polskiego kabaretu, satyryk, polemista polityczny i liryk.
Brzechwa i Hemar znali się przed wojną, gdyż obaj dostarczali tekstów do licznych wówczas i świetnych kabaretów, z tym że talent Hemara świecił mocniejszym blaskiem. Brzechwa przeżył okupację w kraju ze świadomością, że każdego dnia mógł być aresztowany przez gestapo i zginać w którymś z kacetów lub gett. Ukrywając się w okolicach Warszawy napisał słynną Akademię Pana Kleksa. U schyłku 1945 r. zamieszkał w Łodzi, gdzie był szefem łódzkiego oddziału ZLP i regularnie dostarczał teksty dla satyrycznego tygodnika „Szpilki". Hemar tuż po wybuchu wojny przedarł się przez Rumunię, Bliski Wschód, Afrykę Południową do Anglii. Po wojnie mieszkał w Londynie, publikując swe teksty na łamach „Dziennika Polskiego". „Wiadomości", a później występując regularnie na falach Radia Wolna Europa jako autor niezwykle popularnego programu pod nazwą „Kabaret Mariana Hemara" nagrywanego przez niemal 20 lat w londyńskim studio przez Władę Majewską, równocześnie jedną z najbardziej popularnych pieśniarek i aktorek polskich na emigracji.
Okres tuż powojenny to dla Polaków, których los rzucił na Zachód, czas wielkich rozterek i rozstrzygnięć wręcz hamletowskiego dylematu — wracać czy nie wracać?
Jakaż i czy to jest w ogóle Polska? Ta, którą rządzi Bierut i Osóbka-Morawski? Odpowiedzi na to pytanie szukano w setkach dyskusji, nasłuchiwano wieści z kraju oraz tych płynących z Radia BBC i „Głosu Ameryki".
W tym klimacie politycznym 19 lutego 1946 r. ukazał się w wychodzących w Łodzi „Szpilkach" wiersz Jana Brzechwy pt. „Gryps do Jana Lechonia”. Lechoń — skamandryta, jeden z najwybitniejszych poetów polskich przebywał wówczas w Ameryce i podobnie jak jego przyjaciel Tuwim, który jednak zdecydował się wrócić do kraju, miotał się rozdzierany setkami wątpliwości. Wiersz Brzechwy, pisany niby z więzienia — stąd tytuł „gryps", utrzymany w konwencji persyflażu. ironicznie spiętrzającego nonsensy, miał na celu ośmieszyć antykomunistyczną zachodnią propagandę. Brzechwa zwracał się do Lechonia:
Kochany Panie Janie, piszę potajemnie
Żeby w porę ten gryps Pan otrzymał
ode mnie. Albowiem Pańskie dobro mając na uwadze
Wracać Panu nie radzę. Naprawdę, nie radzę.
Tu życie nie dla Pana. Bo czyż wiarę Pan da
Że gorzej tu, niż głosi wasza propaganda?
W Łodzi nie ma nikogo. Wszyscy na zesłaniu.
Ja, z garstką literatów, na twardym posłaniu
W łachmanach i kajdanach, z «pepeszą» przy mordach
Za karę oglądamy nowe filmy Forda.

Warto wyjaśnić, iż chodzi o Aleksandra Forda, reżysera, późniejszego twórcę „Krzyżaków" i „Ósmego dnia tygodnia". Następnie potęgując nastrój grozy w swym grypsie do Lechonia „więzień" Brzechwa pisał:

Głowy mamy golone. Nasz pokarm jedyny
To z łebków emigranckich przysłane trociny.
Milicjanci, nas łapią i pod chloroformem
Każą pisać do „Szpilek” i chwalić reformę.
Światło, wodę — od dawna skasowano w Łodzi,
do kościoła, rzecz prosta, nikt dzisiaj nie chodzi
Bo tam, żandarm sowiecki, przebrany za księdza,
Każdego, kto się zjawi, na Sybir wypędza.

Dalej Brzechwa donosi, że spętani bądź w amoku pijackim wegetują Dygat i Minkiewicz, Gojawiczyńska i Bratny, Broniewski i Putrament.

A Piasecki? A Kisiel? W tym rzecz najsmutniejsza,
Ze obaj gniją w lochu i tylko Borejsza
Udaje Piaseckiego, podrabia Kisiela.
(...) Mikotajczyk przemawia, lecz podczas przemowy
Ma lufę pistoletu przytkniętą do głowy. (...)
U nas, jeśli do baru wejdzie kto na wódę
Od razu wpada konny oddział NKWD,
By gościa, jego żonę i ojca, i matkę
Całkiem nagich, traktorem wywieźć na Kamczatkę.
W knajpach pełno befsztyków. rumsztyków, kotletów,
Podają je oprawcy na ostrzach bagnetów —
Nim się człowiek obejrzy, ma bagnet w żołądku.
A ryby? Po żydowsku!!! Od piątku do piątku!

Po opisach tego typu scen Brzechwa kończył swój gryps nawoływaniem i prośbą:

Takie to u nas życie, drogi Panie Janie,
Zatem lepiej dla Pana, jeśli Pan zostanie.
A gryps ten proszę spalić! Tuwim jest uparty
I na pewno pomyśli, że to tylko żarty.
A mnie... Pan sam rozumie: postawią pod ściankę,
Rozstrzelają, powieszą i zrobią rąbankę.

Choć adresatem „Grypsu” był Lechoń, z wierszowaną ripostą wystąpił niemal natychmiast Marian Hemar, ogłaszając ją 12 marca 1946 r. na łamach londyńskiego „Dziennika Polskiego". Uważał bowiem, iż sarkastyczno-ironiczna wypowiedź Brzechwy dotyczyła wszystkich poetów polskiej emigracji, którym do kraju było tęskno, ale — ze względów niekunktatorskich — niespieszno.
Hemar, wykazując jednostronność krajowej propagandy, której cenzura nieskrępowanie pozwalała smagać jedynie sanację, faszyzm, Armię Krajową, generałów alianckich oraz „starego landlorda" — premiera Rządu Polskiego na Uchodźstwie — Tomasza Arciszewskiego, zwracał się do Brzechwy:

Panie Poeto, co w kraju Traugutta,
Okrzei, Ziuka i księdza Skorupki,
Stajesz w obronie jakiegoś Bieruta,
Wykpiwasz wrogów jakiego Osóbki
I to ci starcza za wolność! I taka
Twoja poety duma i Polaka —
Drwisz z emigracji, że u was i sznycel,
I kościół pełny, i już w szafie kiecki.
Jeśli tam wolność sumienia i słowa,
Jeżeli taka odwaga cywilna,
Napisz — co myślisz o Polsce bez Lwowa?
Napisz — co myślisz o Polsce bez Wilna?
Ten tylko temat nas wszystkich obchodzi.
O tym bym pisał, gdybym też był w Łodzi.
Wolność sumienia? Niech pan nas przekona!
Wolność poezji, wśród wolności mnóstwa?
Niech pan napisze, że linia Curzona
Jest linią zdrady i linią oszustwa,
Z którym się nigdy nikt żywy nie zgodzi!
Bo ja bym pisał tak, gdybym był w Łodzi.
Prawem poety, z poety swobodą —
Jeśli ci nikt tam swobody nie broni —
Napisz, że polskiej wierności nagrodą
Jest krzywda taka, że gdy wspomnieć o niej,
Pióro rwie rękę, samo ręką wodzi —
Ja bym tak pisał. Dlategom nie w Łodzi.

Konkluzja Hemera była bardzo ryzykowna:
Różne bywają w świecie demokracje.
Nie wierzysz w naszą — to mi waszej dowiedź.
Twój wiersz, na całą polską emigrację
Dziś ja rozgłaszam — jeśli mą odpowiedź
Z kolei wasze przedrukują „Szpilki",
Oświadczam: Wracam nie czekając chwilki.
Słowo się rzekło, stanęła umowa.
Lecz jeśli wam się nie uda zamiana —
Pisz, łódzką ciesząc się wolnością słowa,
«Satyry na prezydenta Trumana».
Ale się nie pchaj z nędzną swą ironią
Do tych, co ciebie — choć wbrew tobie — bronią!

Hemar obietnicę swą spełnił. Wiersz Brzechwy rzeczywiście opublikował w londyńskim „Dzienniku Polskim" i czekał, aż Brzechwa przedrukuje jego odpowiedź w łódzkich „Szpilkach" Propozycja Hemara wywołała długotrwałe narady w redakcji ..Szpilek'" Sprawa oparła się o samego Bieruta, który podobno był za wydrukowaniem riposty Hemara w prasie krajowej. Niestety dotychczas nie udało mi się ustalić dlaczego w końcu do przedruku nie doszło. Istnieje hipoteza, że cenzor konsultował tę sprawę w ambasadzie radzieckiej i tam zapadła decyzja negatywna.
Tak więc cytowany wyżej wiersz Hemara jest w prasie krajowej publikowany po raz pierwszy po 45 latach od swego powstania.
Brzechwa bardzo mocno przeżył ripostę Hemara. Nie mogąc spełnić wyzwania swego adwersarza odpowiedział mu w końcu również rymowaną epistołą. Twierdził w niej, że wojna podzieliła przyjaciół. Poddała ich charaktery i osobowości różnym próbom i doznaniom. Zabrała im poczucie humoru i napełniła żółcią, ale nie pozbawiła ich prawa głoszenia swoich racji i dokonywania własnych wyborów.

Pan wojnę zna z widzenia, Niemców ze słyszenia,
Rozumiem, że to Pański światopogląd zmienia.
Ściga Pan swoją, wzgardą «żołdactwa» sowieckie,
Chciałby widzieć Pan inne stosunki sąsiedzkie,
Może Pan wobec tego zmieni geografię
Tej części Europy? Bo ja — nie potrafię.
Dla Pana tylko frazes i tylko historia,
A dla nas tu dymiły sześć lat krematoria,
Dla nas była Treblinka, Oświęcim, Majdanek —
Myśmy znali to z życia, Pan — tylko ze wzmianek.
Nie było takiej nocy, ażeby gestapo
Nie waliło do bramy zakrwawioną łapą.
Gdyby «żołdak» sowiecki nie przyszedł, broń Boże,
Któżby z nas się nie dusił w gazowej komorze?
Ludzie, gdy o tym myślą, z przerażenia bledną.
Pan rozumie, że dla nas to nie wszystko jedno.
Że jeśli dzisiaj żyję i te słowa piszę,
To tylko dzięki temu, że ów «żołdak» przyszedł.
(...) Ja nie bronię Osóbki. Złośliwość chybiona.
Osóbce nie potrzebna jest moja obrona.
Napisał Pan o rządzie dosyć obelżywie.
Mamy to przedrukować? Ja się Panu dziwię.
Czyż możność znieważania naszych mężów stanu
Ma stać się tą wolnością, co dogadza Panu?
(...)

Postawił Pan warunki swego powrotu,
Owszem, trafił Pan kulą, lecz zabrakło płotu.
Nie sądziłem, że Panu ten strzał się wyśliźnie,
Komu chce Pan warunki stawiać? Swej ojczyźnie?
Za powrót Pan już z góry żąda podarunków —
Miejsce Pana jest tutaj. Bez żadnych warunków.
Gdybym ja był w Londynie, pisałbym inaczej.
Niech Pan wraca do domu. Ojczyzna przebaczy.

Hemar zlekceważył tę odpowiedź. Uznał, że nie ma z kim dyskutować, gdyż jak stwierdził w przypisie do antologii swoich wierszy „Siedem lat chudych” (Nowy Jork 1955) „Brzechwa widać pomylił Ojczyznę z redakcją «Szpilek»".
Tak rozeszły się drogi przedwojennych przyjaciół.

poniedziałek, 14 listopada 2011


Jan Lechoń Poezje
OPRACOWAŁ Roman Loth


WSTĘP
1.ŻYCIE JANA LECHONIA
            Prawdziwe nazwisko Jana Lechonia brzmi Leszek Serafinowicz. Jego ojcem był najmłodszy z siedmiorga dzieci Józefa Serafinowicza (uczestnik moskiewskiej kampanii Napoleona) – Władysław Serafinowicz. Zajmował się gospodarką na roli, dzierżawiąc różne majątki. Matką Jana Lechonia była Maria Niewęgłowska z herbu Jastrzębiec. Poeta urodził się 13 marca 1899 roku w Warszawie. Nie licząc krótkich pobytów w Pruszkowie i Milanówku, Serafinowiczowie cały czas związani byli z W-wą i zasiedziałość w mieście, rozległość kontaktów towarzyskich, uczestnictwo w społecznym życiu stolicy nie pozostały bez wpływu na kształtowanie się osobowości młodego poety. Jego ojciec był urzędnikiem w Dyrekcji Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, a później kilkakrotnie zmieniał posadę.
Przy ulicy Przyrynek 4, Jan Lechoń spędził 12 lat swojego życia, aż do wyjazdu do Paryża w roku 1930. Ojciec był działaczem społecznym. Prowadził prace dokształcające dzieci z biednych rodzin i środowisk. Traktował to jako społeczny i narodowy obowiązek. Matka Lechonia, ukończywszy pensję swej wujenki, Zofii Raczyńskiej, podjęła tam pracę nauczycielki. Przez 3 lata była wychowawczynią w szkole Jadwigi Sikorskiej – jednym z najlepszych warszawskich zakładów naukowych żeńskich, później prowadziła kancelarię Państwowego Instytutu Pedagogicznego i pracowała w sekretariacie Politechniki W-wskiej.
            Dom Serafinowiczów był typowym domem inteligenckim, oboje rodzice pochodzili ze zubożałej szlachty, pielęgnowali więc tradycję narodową, zwłaszcza powstańczą. Poecie wpojono część dla Kościuszki, księcia Józefa, Napoleona i Stanisława Krzemińskiego – członka Rządu Narodowego w roku 1863, do końca życia niezmordowanego orędownika idei niepodległości Polski, demokraty, polihistora (człowiek o rozległej wiedzy), autorytetu moralnego i społecznego ówczesnych lat. Lechoń napisał w Dziennikach: „Myślę, że wpływ Krzemińskiego – zaważył na całej atmosferze naszego domu”. Był to dom mieszczański, demokratyczny, daleki od arystokratyczno-ziemiańskich snobizmów, które ukazują się w późniejszym życiu i pisarstwie Lechonia.
            Lechoń miał opinię „cudownego dziecka”, która mimo iż zaciążyła później nad jego życiem i twórczością, nie byłą przesadzona. Jego świat stanowiły książki, szychy (?), obrazki. Wśród nich czuł się najlepiej. Od wczesnego dzieciństwa był urzeczony malarstwem, teatrem. Rodzice opowiadali mu o historii Polski. Jego zainteresowania i osobowość kształtowały się w związku z tym w  sposób przyspieszony.
            W roku szkolnym 1907/08 Leszek Serafinowicz rozpoczął naukę w klasie wstępnej Szkoły Realnej im. Stanisława Staszica, gdzie był uczniem m.in. Stanisława Szobera. Od 1911 przeniósł się do szkoły im. Emiliana Konopczyńskiego, która miała klasę z rozbudowanym programem humanistycznym i obowiązkową łaciną. Sam poeta określał ją jako filologiczną, odpowiadającą jego zainteresowaniom i zdolnościom. Byłą to szkoła prywatna, nauka odbywała się w języku polskim. W niej w czerwcu 1916 Lechoń zdał maturę, dzięki ściądze z matematyki (sic!). Gdy poszedł do siódmej klasy, wybuchła I wojna światowa, którą jego rodzina spędziła w Warszawie, w kłopotach materialnych i trudnych warunkach mieszkaniowych. Ten okres życia była bardzo istotny dla Lechonia. Wówczas zaczął pisać, jak sam określa, „prawdziwe wiersze”, przeżył upojenie legendą Legionów i miłość do Piłsudskiego. Mówił, że był wtedy zarazem nieszczęśliwy i silny.
            Leszek zaczął rymować już we wczesnym dzieciństwie. Dzięki pomoc ojca, wydał dwa zbiorki swoich pueriliów: Na złotym polu i Po różnych ścieżkach w wieku 13 i 15 lat. Już w tych zbiorkach użył pseudonimu Jan Lechoń. Wziął się on prawdopodobnie od Słowackiego, u którego wśród nazw osobowych w Lilli Wenedzie był Lechon – syn Lecha. Pseudonim nawiązywał też do mitycznej tradycji narodowej (Lech), do poety, którym był urzeczony młody Leszek Serafinowicz, i do własnego imienia chrzestnego, które przez matkę było zdrabniane w „Lecho”. Za debiut Lechonia uznawano wiersz Do przyjaciela, który ukazał się w noworocznym numerze „Kuriera Warszawskiego” z 1913 roku. Wkrótce Lechoń zasłynął jako szkolny poeta. W 1915 roku napisał obrazek dramatyczny w jednym akcie W noc jesienną, który został wystawiony na szkolnym obchodzie rocznicy 29 listopada.
            Jesienią 1916 Lechoń rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego. Studiował literaturę polską i filozofię. Znalazł się tam w burzliwym nurcie życia rozpolitykowanej studenterii i włączył się w nie z zapałem. Już w szkole rozpoczął współpracę z czasopismem młodzieży akademickiej „Pro arte et studio” (pierwszy nr ukazał się w marcu 1916 roku) i opublikował tu recenzję inscenizacji Judasza Karola Huberta Rostworowskiego. Był to jego debiut krytyczno-teatralny. Wydrukował tu w latach 1916-1919 wszystkie wiersze Karmazynowego poematu i inne utwory. W 1918 w anonimowo wydanym tomiku umieszczone zostały satyry Lechonia ośmieszające formy pseudonarodowej władzy powoływanej przez niemieckiego okupanta pt. Królewsko-Polski kabaret 1917-1918. Jedenaście z dwunastu utworów było w nim napisane wierszem.
            W latach szkolnych pojawiła się w życiu Lechonia pierwsza miłość, którą była Wanda Sierakowska. Było to uczucie nieodwzajemnione i głęboko przeżyte. Jej ślady można znaleźć w Poezjach zebranych, gdzie wiersz Na niebo wypływają białych chmurek żagle otrzymał dedykację: „Wandzie”.
            Karmazynowy poemat w prasie ukazywał się od początku stycznia 1920. W latach 1917-1919 Lechoń zdobył rozgłos jako satyryk, współpracując z tygodnikiem „Sowizdrzał” (pisał pod pseud. Rafał Chochoł).
            Początek pisma, które dało nazwę grupie poetów, w której działał Lechoń przypadł na 1920 rok. „Redaktorem „Skafandra” był Mieczysław Grydzewski.

Lata 1921-1929. Od wieku lat trzynastu Lechonia trapiła choroba nerwowa. W 1921 roku jej nawrót przyczynił się nawet do próby samobójczej. Odratowano go jednak po zatruciu weronalem i po pobycie na kuracji w Krakowie, Rabce i Zakopanem, poeta wrócił do swych zajęć w Warszawie. Na zawsze pozostał jednak człowiekiem o wyolbrzymionej wrażliwości, kapryśnych i nieoczekiwanych reakcjach neurastenika, szarpanym urojonymi lękami i rozpaczliwie szukającym równowagi psychicznej. Równocześnie Lechoń prowadził bujne życie towarzyskie. Ośrodkiem spotkań byłą kawiarnia „Ziemiańska” przy ulicy Mazowieckiej 12. Poeta zainicjował w niej słynny stolik skamandrytów na półpiętrze. W tym czasie bywał też na balach, w elitarnych salonach, odwiedzał majątki swych przyjaciół-ziemian, po przewrocie majowym 1926 miał wielu znajomych pełniących funkcje rządowe.
W latach 1920-1924 powstawały pierwsze wiersze zebrane w drugim tomiku poetyckim Lechonia: Srebrne i czarne. Tomik wydany w 1924 zyskał rozgłos równy pierwszemu i ukazał kontrastowo odmiennego Lechonia. Był tu bowiem poetą pesymistycznej refleksji, osnutej wokół problemów miłości i śmierci, a obsesja tej drugiej towarzyszyła jego twórczości aż do końca. Po Srebrnym i czarnym w twórczości Leszka Serafinowicza nadszedł czas ubogi w dokonania. Lata 1925-1929, nie licząc utworów okolicznościowych, przyniosły tylko osiem wierszy. Przyczyną takiego stanu rzeczy mogła być ambicja doskonałości poetyckiej, początek twórczości, który wyznaczył młodemu Lechoniowi rolę „drugiego Słowackiego”. Niestety nacisk oczekiwań wytrącił poecie pióro z ręki. W tychże latach opublikował on za to kilka przekładów. Jednym z nich było tłumaczenie studium Rosjanina Julija Eichenwalda, a dalej utwory Mirry Łochwickiej – poetki modernistycznej oraz Aleksandra Błoka. Przekładał tez utwory dramatyczne. Lechoń w latach dwudziestych drukował w „Skamandrze”, „Wiadomościach Literackich” i „Cyruliku” (objął funkcję jego redaktora naczelnego), trochę w piłsudczykowskim „Kurierze Porannym”, sanacyjnym „Głosem Prawdy” i magazynem ilustrowanym „Pani” ( ;d ). Zamieszczał w nich głównie recenzje teatralne i artykuły literacko-publicystyczne. W roku 1929 Lechoń objął sekretariat redakcji kwartalnika „Pamiętnik Warszawski”.

Paryż. W kwietniu 1930 Lechoń wyjechał do Paryża, gdzie osiadł na stałe. Od 1 maja 1931 był tam pracownikiem kontraktowym ambasady polskiej (referentem propagandowym). Wszystko to zawdzięczał wysoko usytuowanym przyjaciołom. W Bibliotece Polskiej w Paryżu wygłaszał odczyty o Wyspiańskim, Mochnackim.
Ze względu na klęskę Francji w II wojnie światowej, Lechoń musiał w połowie czerwca 1940, samochodem Jana Brzękowskiego (poeta, urzędnik). Dotarli do Portugalii, gdzie uzyskali wizę na wyjazd do Brazylii. 21 lipca Lechoń wypłynął z Julianem Tuwimem i jego żoną na statku „Angola” z Lizbony, a po 16 dniach dotarł do Rio de Janeiro. Wojna  przerwała milczenie i Lechoń wrócił do poezji. Jego wiersze, sławiące czyny żołnierza polskiego, bohaterstwo obrońców Warszawy, opisujące martyrologię narodu, pojawiały się w całej prasie polskiej. Najpopularniejsze to: Pieśń o Stefanie Starzyńskim, Ostania scena z „Dziadów”, Matka Boska Częstochowska, Wiersz mazowiecki, Rejtan, Marsz Drugiego Korpusu, Laur Kapitolu, Monte Cassino, Hymn Polaków z zagranicy.
Za oceanem. Podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych poeta zaangażowany był w życie literackie i kulturalne amerykańskiej polonii. W 1942 został wybrany wiceprzewodniczącym Komisji Historii Literatury Polskiej. Podobnie jak w Paryżu i Warszawie, miał wielu znajomych i przyjaciół, jak: Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin, Julian Tuwim (do 1942, kiedy poróżniły ich poglądy polityczne), Artur Rubinstein, Maria Modzelewska. Od 1952 poeta prowadził w radiu „Wolna Europa” cykl audycji literackich i wygłaszał pogadanki radiowe.
W amerykańskim okresie życia Leszka Serafinowicza powstały zbiory poezji: Lutnia po Bekwarku (1942) – wiersze także przedwojenne, Aria z kurantem (1945), cykl Marmur i róża wydrukowany w 1954 w Poezjach zebranych 1916-1953, wiersze rozproszone opublikowane bez wyjątku w prasie literackiej. W tym czasie powstał też dramat Godzina przestrogi, rozpoczęty przed wojną, lecz nigdy nie ukończony. Lechoń opublikował wówczas też fragment dramatyczny Pogrzeb Piłsudskiego i pracował nad powieścią Bal u senatora, której cztery fragmenty ukazały się drukiem. W 1946 wydał w formie książeczki wiersz dla dzieci Historia o jednym chłopczyku i o jednym lotniku. W osobnych wydaniach książkowych wyszła część artykułów publicystycznych Wykłady wygłoszone w Paryżu zostały zebrane w 1942 pod wspólnym tytułem O literaturze polskiej. Od 1949 roku do śmierci Lechoń prowadził Dziennik (wydany pośmiertnie w 3 tomach w Londynie w latach 1957-1973), który był dokumentem o niecenionej wartości, dotyczącym życia, prac, poglądów i nastrojów poety. Poza funkcją dokumentacyjną, był on dla Lechonia terapią na schorzenia nerwów i psychiki. Im bliżej śmierci autora, tym wyraźniej widać w nim było stany depresji, poczucie zagrożenia i modlitwy o otuchę.

Przyczyny śmierci Lechonia do dziś nie są wyjaśnione. Jedną z głównych jej przyczyn, może bezpośrednią, były zaburzenia równowagi psychicznej i towarzyszące im stany lękowe. W ostatnich dniach życia Lechoń unikał domu, nocował u przyjaciół, był na skraju wytrzymałości nerwowej. Jego ziemski żywot zakończył samobójczy skok z dziesiątego piętra Hotelu Hudson w Nowy Jorku w dn. 8 czerwca 1956 roku. Jego grób znajduje się na nowojorskim Calvary Cemetery, na Long Island. W 1991 roku przeniesiono je na Cmentarz Leśny w Laskach i pochowano w rodzinnym grobie Serafinowiczów.



II DZIEJE TWÓRCZOŚCI POETYCKIEJ
„Karmazynowy poemat”. Objął 7 utworów powstałych w latach 1916-1918 i ukazał się w 1920 roku.
  • Nie jest wolny od znaczeń politycznych;
  • Chodzi w nim o idee, postawy, mity i symbole polityczne, a nie o realia;
  • Herostrates jest umieszczony na czele, ma programowy charakter, jest prowokacyjny, potępiający mity narodowej przeszłości i postulujący nowe życie, w jego powszedniej realności oraz pełnej swobodzie myśli i czucia. Ukierunkował odczytania interpretacyjne całego cyklu.
  • Tomik ten jest uznany za poetycki rozrachunek ze stereotypami myślenia narodowego, a zwłaszcza z romantycznym mitem mesjanistycznym i nurtem tradycji martyrologicznej. Jednak taka wymowę ma poza Herostratesem głownie Duch na seansie (motyw harfy, „co wężów usypia głód głodnych”, Anhellego, chusty „z Chrystusa odbiciem”), który postuluje wyzwolenie się spod presji myślenia kategoriami ofiarności narodowej, kontemplacji cierpień i obowiązku walki.
  • Oba utwory odcinają się w wymowie od wcześniejszej, juwenilnej, jak i późniejszej twórczości Lechonia.
  • Herostrates ma w sobie coś z ówczesnej atmosfery futurystycznych ataków na tradycję kulturalną.
  • Wiersze Mochnacki i Piłsudski to dwa ostatnie i najznakomitsze utwory tegoż tomiku. Oba powstały po 11 listopada 1918 roku, w odrodzonej Polsce.
  • Mochnacki osnuty jest na tle faktu historycznego: udziału bohatera w publicznym koncercie, w lotaryńskim Metz, w 1832 r. Ów opis jest poetycką wizją Lechonia i ukazuje improwizację pianisty, zgodnie z tradycją romantyczną, która w improwizacji widziała najwyższy akt twórczy i spontaniczny wyraz natchnienia. Gra Mochnackiego jest nawiązaniem do opisów gry koncertowej w literaturze polskiej: koncertu Jankiela, Koncertu Chopina Oppmana. Muzyka jest tu środkiem wypowiedzi treści pozamuzycznych. Przeplataja się tutaj motywy sielankowo-miłosne z historyczno-politycznymi. Dramatyzm sytuacji polega na sprzeczności między Mochnackim a salą: każde nawiązanie do patriotyczno-niepodległościowych ideałów jest utrata kontaktu ze słuchaczami. Gest wirtuoza w zakończeniu poematu przecina tę linie sprzeczności i uświadamia mieszczańskiej publiczności temat muzyki: rewolucję.
  • Piłsudski jest próbą syntezy uczuć i nastrojów o raz postaw spoęłczeństwa polskiego w przededniu odzyskania niepodległości. Kolejne obrazy utworu przywołują rózne elementy narodowej mozaiki: kasandryczny gest „Czarnej Rachel” – nawiązanie do Wesela; tradycje walk spiskowych; Polskę roztańczoną, niefrasobliwą, niepomna na sytuację historyczną, której bal przechodzi w taniec upiorów; burza rewolucyjna; widowisko budzącej entuzjazm parady wojskowej, z którą skontrastowany jest ostatni wers, gdzie milczenie i zgrzebna szarość tytułowej postaci wyrastają do symbolu wielkości i sławy. Wiersz jest niejednoznaczny, nie wiadomo, czy odczytywać go jako projekcję myśli i uczuć Piłsudskiego.

„Srebrne i czarne”. Ukazał się jesienią 1924 roku.
  • Poezja refleksyjna, mówiąca o wiecznych problemach ludzkości, będących przedmiotem dociekań filozoficznych i religijnych na przełomach wieków;
  • Jego centralnym zagadnieniem  jest los człowieka, uwikłanego w sprzeczności swej ułomnej natury, wtrąconego w gre przeciwstawnych sił rządzących światem, daremnie szukającego spokoju;
  • Tytuł niesie nawiązanie do obrzędów funeralnych – konsekwentna i najefektowniejsza manifestacja pesymizmu w poezji polskiej
  • Śmierć i miłość to dwa główne wątki refleksji. Człowiekowi stale towarzyszy świadomość przemijanie i barokowego memento Mori. Miłość jest tutaj ciemna i beznadziejna, nieodwzajemniona, unicestwiona przez realia codzienności, a przy tym nobilitowana do roli wartości, nadającej jedyny sens życiu. Nienasycenie jej jest równoznaczne z katastrofą. Człowiek jest jej poddany jako sile koniecznej, nieodwracalnej i fatalistycznie rządzącej światem.
  • Lechoń wyznaczył w tym tomiku perspektywę teraźniejszości przez odwołania do historii.
  • Ekspresja duszy indywidualnej, jej losów i tragedii, ale mówi o problemach człowieka „w ogóle”;
  • Źródłami Srebrnego i czarnego są barok (Szarzyński, Grabowiecki, Morsztyn, Lubomirski), romantyzm i modernizm  oraz klasyczność.
  • Nawiązanie do romantycznej koncepcji jednostki stającej sam na sam ze sprawami ostatecznymi, uwikłanej w namiętności, dystansującej się wobec świata i ludzi, samotnej i cierpiącej.
  • „Uczucie w rygorach klasyczności”.




KARMAZYNOWY POEMAT (1920)

Herostrates[1]

Czyli to będzie w Sofii, czy też w Waszyngtonie.
Od egipskich piramid do śniegów Tobolska
Na tysiączne się wiorsty rozsiadła nam Polska,
Papuga wszystkich ludów - w cierniowej koronie.[2]

Kaleka, jak beznodzy żołnierze szpitalni,
Co będą ze łzą wieczną chodzili po świecie,
Taka wyszła nam Polska z urzędu w powiecie
I taka się powlokła do robót - w kopalni.

Dziewczyna, na matczyne niepomna przestrogi,
Nieprawny dóbr sukcesor, oranych przez dzieci,
Robaczek świętojański, co w nocy zaświeci,
Wspomnieniem dawnych bogactw żyjący ubogi.

A dzisiaj mi się w zimnym powiewie jesieni,
W szeleście rdzawych liści, lecących ż kasztanów,
Wydała kościotrupem spod wszystkich kurhanów,
Co czeka trwożny chwili, gdy dało odmieni.

O! zwalcież mi Łazienki królewskie w Warszawie,
Bezduszne, zimnym rylcem drapane marmury,
Pokruszcie na kawałki gipsowe figury
A Ceres kłosonośną[3] utopcie mi w stawie.

Czy widzisz te kolumny na wyspie w teatrze,
Co widok mi zamknęły daleki na ścieżaj?
Ja tobie rozkazuję! W te słupy uderzaj
I bij w nie, aż rozkruszysz, aż ślad się ich zatrze.

Jeżeli gdzieś na Starym pokaże się Mieście
I utkwi w was Kiliński[4] swe oczy zielone,
Zabijcie go! - A trupa zawleczcie na stronę
I tylko wieść mi o tym radosną przynieście.

Ja nie chcę nic innego, niech jeno mi płacze
Jesiennych wiatrów gędźba w półnagich badylach;
A latem niech się słońce przegląda w motylach,
A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę.

Bo w nocy spać nie mogę i we dnie się trudzę
Myślami, co mi w serce wrastają zwątpieniem,
I chciałbym raz zobaczyć, gdy przeszłość wyżeniem,
Czy wszystko w pył rozkruszę, czy... Polskę obudzę.


Mochnacki[5]

Mochnacki[6] jak trup blady siadł przy klawikordzie
I z wolna jął próbować akord po akordzie.
Już ściany pełnej sali w żółtym toną blasku,
A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasku,
A tu bliżej woń perfum, dam strojonych sznury,
A wyżej na galerii - milcz serce! - mundury.
Tylko jeden krok mały od sali go dzieli,
Krok jeden przez wgłębienie dla miejskiej kapeli -
On wie, że okop hardy w tej przepaści rośnie,
Więc skrył się za okopem i zagra o wiośnie.

Rozpędził blade palce świergotem w wiolinie,
I mały, smutny strumień spod ręki mu płynie.
Raz w raz rosa po białej pryska klawiaturze,
I raz po raz w wiolinie kwitną polne róże.
Rosną. Większe, smutniejsze, pełniejsze czerwienią,
Coraz niżej i niżej, uschną, w bas się zmienią!
Nie. Równo, równo rosną w jakiś smutny taniec.
Rozdrganą klawiaturę przebłagał wygnaniec,
I nagle się rozpłakał po klawiszach sztajer[7],
Aż poszedł szmer po sali, sali biedermeier[8].
Głupio, sennie, bezmyślnie kręci się i kręci.
Jakieś myśli chce straszne wyrzucić z pamięci,
Do piersi jakąś białą przytulił pierś drżącą
I czuje tuż przy piersi nieznośne gorąco,
I tysiąc świateł w oczach, w czyjejś twarzy dołki,
I zapach białej sukni, ubranej w fijołki.

Magle złoty kirasjer poruszył się w kącie,
Sto myśli, jak kanonier, stanęło przy loncie,
Stu spojrzeń obcej sali przeszyły go miecze,
Wstyd idzie ku estradzie - czuje, jak go piecze.
Więc do basu ucieka i tępo weń tłucze,
Po tym tańcu szalonym niech ręce przeplucze,
Z tych czerwonych, duszących róż otrząsa płatki,
Rozsypuje po sali w tysiączne zagadki,
W sto znaków zapytania, sto szmerów niechęci,
Nie pyta. Już jest w basie. Już tam się wyświęci.
Raz, dwa, trzy, cztery - wali. Niechaj mu otworzą,
Niechaj wyjdą z chorągwią, wyjdą z Matką Bożą,
Niech mu końskie kopyta przelecą po twarzy
I niechaj go postawią gdziekolwiek na straży:
Na ulicy stać będzie z karabinem w dłoni...

...Słyszy sala: ktoś idzie, ostrogami dzwoni -

Ostrogą spiął melodię, a akompaniament
Szaleje, krzyczy w basie, rośnie w straszny zamęt -
Ku sali bagnetami już mierzy, już blisko -
I ton jeden uparcie wybija - nazwisko!!!
Wciąż czyste, w rozszalałe wplątuje się głosy
I wali, wali w basie murem Saragossy,
Oszalałych Hiszpanów wyciem, darciem, jękiem
I znów wraca ku górze załzawionym dźwiękiem -
W mazurze - nie - w mazurku idą wszystkie pary,
By całą klawiaturę owinąć w sztandary.
Zatrzymali się wszyscy w srebrzystych kontuszach,
A klawikord im ducha rozpłomienia w duszach
I wzdłuż długich szeregów przewija pas lity,
Tysiąc głów podgolonych podnosi w błękity
I wszystkie karabele jedną ujął dłonią
I uderzył w instrument tą piekielna bronią.
Aż struna się ugięła, ta w górze, płaczliwa.
I cisza jest w wiolinie. Cisza przeraźliwa.

Po martwej, głupiej strunie, po fijołków woni,
Po czyichś smutnych oczach, jakiejś białej dłoni.
Jakichś światłach po nocy i szeptach w komorze,
Po księży cu, po gwiazdach - mój Boże! mój Boże! -
Gdzieś się gubi i zwija, przeciera pas lity,
Po księży cu, po gwiazdach, po Rzeczpospolitej.
Po sali idzie cisza przeraźliwa, blada
I obok tęgich boszów w pierwszym rzędzie siada.
Wzrok wlepia martwy, ślepy, w jakiś punkt na ścianie
I patrzy w Mochnackiego, kiedy grać przestanie.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
A on, blady jak ściana, plącze, zrywa tony
I kolor spod klawiszy wypruwa - czerwony,
Aż wreszcie wstał i z hukiem rzucił czarne wieko
I spojrzał - taką straszną, otwartą powieką,
Aż spazm ryknął, strach podły i z miejsc się porwali:
"Citoyens! Uciekać! Krew pachnie w tej sali!!!"





Piłsudski

Czarna Rachel[9] w czerwonym idzie szalu drżąca
I gałęzie choiny potrąca idąca -
Nikogo nie chce budzić swej sukni szelestem,
I idzie w przód jak senna, z rąk tragicznym gestem,
I wzrokiem, błędnym wzrokiem gasi mgieł welony,
I świt się robi naraz. I staje zlękniony.
Pobladłe Robespierry[10], cisi, smutni, czarni,
Wychodząc, z hukiem drzwiami trzasnęli kawiarni.
Na rogach ulic piszą straszną ręką krwawą,
Uśmiechają się dziwnie i giną na prawo.
Tylko słychać nóg tupot na ulicy pustej
I szept cichy. Trup jakiś z zbielałymi usty -

I gdzieś kończy muzyka jakiś bal spóźniony.
Pod lila abażurem mrugają lampiony.
Białych sukni w nieładzie senność, ciepło, zmiętość
I piersi, krągłych piersi obnażona świętość,
I mazur, biały mazur w ogłupiałej sali:
Dziś! dziś! dziś! Wieś zaciszna i sznury korali.
Roztańczyła się sala tęgim nóg tupotem.
Hołubce o podłogę walą, biją grzmotem,
Białe panny i panny niebieskie, różowe,
Przelotnie a zalotnie przechylają głowę
I mówią czarnym frakom: "Przyjdźcie do nas jutro"
I podają im usta za podane futro.

A kiedy świt różowy przez żaluzje wnika,
Dla siebie, nie dla gości, gra jeszcze muzyka.
Manuetem się cichym wiolonczela żali,
I białe margrabiny przychodzą z oddali.
Na liliowych oparach spływają bez słowa,
I panier[11] rozłożyła markiza liliowa,
Kawaler podszedł blady. Pani tańczyć każe!
I tańczą hafty, sprzączki, koronki, pliumaże[12].
A w klarnet, flet i skrzypce, w ukłony margrabin
Czerwoną, rozwichrzoną wpada nutą Skriabin[13].
Drze ciszę dysonansem, wali w okiennice,
Muzykę wyprowadza przed dom, na ulice,
Na place, rozkrzyczane w potępieńcze ryki,
I rzuca w twarz akordom zgłodniałe okrzyki,
Na ziemię je obalił i kopie z rozpaczą:
Otworzyć wszystkie okna! Niech ludzie zobaczą!!

Wielkimi ulicami morze głów urasta
I czujesz, że rozpękną ulice się miasta,
że Bogu się jak groźba położą pod tronem
I krzykną wielką ciszą... lub głosów milionem.
A teraz tylko czasem kobieta zapłacze -
Aż nagle na katedrze zagrali trębacze!![14]
Mariackim zrazu cicho śpiewają kurantem,
A później, później bielą, później amarantem,
Później dzielą się bielą i krwią, i szaleństwem,
Wyrzucają z trąb radość i miłość z przekleństwem,
I dławią się wzruszeniem, i płakać nie mogą,
I nie chrypią, lecz sypią w tłum radosną trwogą
A ranek, mroźny ranek sypie w oczy świtem.
A konie? Konie walą o ziemię kopytem
Konnica ma rabaty[15] pełne galanterii
Lansjery-bohatery! Czołem kawalerii`
Hej, kwiaty na armaty! żołnierzom do dłoni!
Katedra oszalała! Ze wszystkich sił dzwoni.
Księża idą z katedry w czerwieni i zlocie.
Białe kwiaty padają pod stopy piechocie.
Szeregi za szeregiem` Sztandary` Sztandary`

A On mówić nie może` Mundur na nim szary.
Przypisane Helenie Sulimie[16]


SREBRNE I CZARNE (1924)

[Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną…]

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość - obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej - modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała.

Na żarnach dni się miele, dno życia się wierci,
By prawdy się najgłębszej dokopać istnienia -
I jedno wiemy tylko. I nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.


Pycha
Z ogrodów, z których płyną fale dziwnych woni,
Z pałaców o przepyszne opartych kolumny,
Z twoich oczu błękitnych i twej białej dłoni,
Ze siebie, ze wszystkiego, jak Bóg jestem dumny.

Pod kołdrą się gwiaździstą do snu dzień ułożył,
Patrzę w ogród przez okno: w ogrodzie jest ciemno.
I myślę: jestem człowiek, którego Bóg stworzył,
O każdej dnia godzinie śmierć wisi nade mną.

Zła ziemia będzie żarła moje białe kości,
Lecz gdzież odejdzie dusza, ten człowiek prawdziwy?
Jeśli Bóg jest nicością, pójdzie do nicości,
Do nieba - jeśli dobry; do piekła - gdy mściwy.


[CO NOC, GDY JUŻ NAS NUDA BEZBRZEŻNA OGARNIA]
Co noc, gdy już nas nuda bezbrzeżna ogarnia,
Gdy czczość jałową w myśli, w sercu pustkę mamy,
Wypluwa nas na miasto knajpa lub kawiarnia
I błądzimy bez celu po zamknięciu bramy.

A potem: łomotanie czasem półgodzinne,
Nim wreszcie stróż zaspany obudzić się raczy,
I myśl: zabłądzić w końcu przed drzwi jakieś inne,
Co prowadzą do "Lepiej" lub choćby "Inaczej".


ARIA Z KURANTEM (1945)

Aria z kurantem
Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli,
Ani przed kim się żalić, kto wie, kiedy minie.
Gdybyż to było można usiąść przy kominie
I czytać sobie stare wiersze Syrokomli!

I marzyć, jakbyś pocztą wędrował podróżna.
O owych lasach, rzekach, tych dworach, tym zdroju,
I myśleć, że są wszyscy w przyleglym pokoju,
Od których ciągle listów wyglądasz na próżno.

Cóż znajdę, jeśli wyjdę takiego wieczoru?
Tu wszyscy obcy i każdy gdzieś śpieszy.
Ach żadna mnie muzyka dziś nie pocieszy,
Chyba "Aria z kurantem" ze "Strasznego Dworu".

Nie-boska komedia
Płynie włoskie jezioro lazurową wodą,
Piosenka gdzieś zabrzmiała wśród ciasnej uliczki,
Hrabia Zygmunt ubrany romantyczną modą
Krwawą różę przez białe zrywa rękawiczki.

A za nim zachód słońca i żółte ruiny,
I nagle od lekkiego zefiru powiewu
Jedwabny szal się z ramion osunął Delfiny
I zaplątał w gałązkach cieniowego krzewu.

I wtedy on wyszeptał: „Ach, to koniec lata”.
I więcej już w ten wieczór nie mówili z sobą.
A w nocy ujrzał nagle okryte żałobą
Okopy Świętej Trójcy i ruiny świata.
Przypisane Juliuszowi Sakowskiemu





LUTNIA PO BEKWARKU (1942)

Lutnia po Bekwarku
Jakże mocno w południe pachną lipy w parku
I jaki chłód od rzeki, jak jej rzeźwość wabi!
Teraz siano skoszone na łące się grabi.
Nastarej ławce leży lutnia po Bekwarku.

Świerszcz zagrał, i na lutni drgnęła struna czysta,
Widzę, że padł na ławkę złoty słońca promień.
O lutnio! Nie chcę szczęścia, ani oszołomień,
Lecz chcę cię dotknąć ręką, niegodny lutnista.

Już zmilkły sarabanda i włoska pawana,
Wzeszły gwiazdy na niebo, jest cisza dokolna.
I wtedy Jan de dotknął. I pod ręką Jana
Zadrgałaś jak plusk rzeki, jak muzyka polna.

W lasach zwierz się przemyka, w wodach od ryb czarno,
Pełne ludu gościńce, słońca biją łuny,
Organami brzmi kościół, rynki - ciżbą gwamą,
A on pogląda w niebo i stroi twe struny.

Kto jesteś, o młodzieńcze, który oto nocą,
Strząsając pył księżyca z uwieńczonej głowy,
Jak senny suniesz, w struny bijesz z całą mocą,
Goniąc znikły w alei cień sukni balowej?

Ktoś bzu gałąź pod oknem poruszył liliową.
Fo powiał wiatr wiosenny i okno odmyka.
Stoję w oknie i słucham, jak płynie muzyka.
Myślałem, że zapomnę. Pamiętam na nowo.


Z WIERSZY ROZPROSZONYCH

Hymn Polaków z zagranicy (1936)
Jedna jest Polska, jak Bóg jeden w niebie,
Wszystkie me siły jej składam w ofierze.
Na całe życie, które wziąłem z Ciebie,
Cały do Ciebie, Ojczyzno, należę.

Twych wielkich mężów przykład doskonały,
Twych bohaterów wielbię święte kości,
Wierzę w Twą przyszłość pełną wielkiej chwały,
Potęgi, dobra i sprawiedliwości.

Wiem, że nie ucisk i chciwe podboje,
Lecz wolność ludów szła pod Twoim znakiem,
Że nie ma dziejów piękniejszych niż Twoje
I większej chluby niźli być Polakiem.

Jestem jak żołnierz na wszystko gotowy
I jak w Ojczyźnie, tak i w obcym kraju
Czuwam i strzegę skarbu polskiej mowy,
Polskiego ducha, polskiego zwyczaju.

Z narodem polskim na zawsze związany,
O każdej chwili to samo z nim czuję.
Do wspólnej wielkiej przyszłości wezwany,
Wszystkim Polakom braterstwo ślubuję.


Apokryf (1923)
Twych ust przeciągła słodycz, smak nie do nazwania,
Twych oczu głąb bezdenna, smutek przeraźliwy,
I głos twój monotonny, głęboki a tkliwy,
To wszystko mnie ku tobie, zwątpiałego skłania.

I kiedy twoje usta ustami otwieram,
Czuję jakbym mej duszy znów otwierał blizny,
I piję z nich te słodkie, duszące trucizny,
Z których moc mam do życia, od których umieram.

Lecz czego chcę najwięcej, umykasz mi zdradnie
I kiedy jestem z tobą o szarym wieczorze,
Całuję twoje oczy i widzę w nich morze.
Serce twe jak perła. Leży w morzu na dnie.



[1] Herostrates – szewc z Efezu, który dla zdobycia sławy podpalił świątynię Artemidy w Efezie. Potocznie: człowiek, który targa się na uświęcone wartości, dokonuje bezbożnego aktu zniszczenia.
[2] Nawiązanie do apostrofy do Polski z Grobu Agamemnona Słowackiego: „pawiem narodów byłaś i papugą”.
[3] Ceres- bogini urodzaju z mitologii rzymskiej, utożsamiana z gr. Demeter. Pojawił się już u Wyspaiańskiego w Nocy listopadowej, jednak naprawdę nie ma jej w Łazienkach.
[4] Jan Kiliński – szewc, jeden z przywódców insurekcji warszawskiej 1794, mianowany przez Kościuszkę pułkownikiem. Jest uważany za bohatera narodowego.
[5] Utwór recytowany przez autora na inauguracyjnym wieczorze kawiarni poetów „Pod Picadorem” 29 XI 1918.
[6] Maurycy Mochnacki – krytyk literacki epoki romantyzmu.
[7] Sztajer – walc.
[8] Styl (XIX w.) w architekturze wnętrz.
[9] Nawiązanie do Racheli z Wesela Wyspiańskiego.
[10] Symbolicznie oznacza sfanatyzowanego rewolucjonistę.
[11] Spódnica na stelażu w kształcie dzwonu.
[12] Pióropusz.
[13] Kompozytor rosyjski. „rozwichrzona nuta” i „dysonans” to trafna charakterystyka jego nowatorstwa harmonicznego. W wierszu Lechonia symbolizuje rewolucyjność muzyczną, jak  i z wyraźnym zaznaczeniem jej rosyjskiej proweniencji.
[14] Poetyckie przetworzenie uroczystości związanych z intromisją Rady Regencyjnej w październiku 1917 w W-wie.
[15] Barwne wyłogi przy mundurze wojskowym.
[16] Helena Sulima – aktorka, pod której urokiem Lechoń był od lat studenckich, utrzymywał z nią kontakty towarzyskie, dzięki niej zdobył znajomości w świecie literacko-artystycznym, dziennikarskim i politycznym.