środa, 19 sierpnia 2015

Tadeusz Płużański - Czas zdefiniować podstawowe wartości


Czym jest polityka historyczna? To w największym skrócie kształtowanie świadomości historycznej obywateli. Taką świadomość powinno kształtować państwo, przez swoje urzędy czy instytucje, a nie tylko przez działalność organizacji pozarządowych czy grupek pasjonatów.

Jest jednak jeden warunek: do prowadzenia polityki historycznej niezbędne jest zdefiniowanie wartości, które chce się kształtować. Określenie, jakie tradycje, wydarzenia i ludzie z przeszłości są godni promowania i naśladowania. Z drugiej strony konieczne jest ustalenie, do jakich wartości nie należy się odwoływać. Jeśli zatem jesteśmy w stanie zdefiniować, kto jest naszym bohaterem narodowym, powinniśmy też umieć wskazać, kto jest antybohaterem. Odwołując się do II wojny światowej i okresu następującego zaraz po nim, ujmę to w następujący sposób: bohaterami są polscy Niezłomni (żołnierze, działacze polityczni i społeczni), którzy kontynuowali walkę z sowieckimi oprawcami, czerwonymi bestiami.

Honory dla Baumana

Teraz przeanalizujmy, jak jest. Ze smutkiem należy stwierdzić, że państwo polskie (tzw. III RP) nie prowadzi obecnie spójnej polityki historycznej. Przejawia się to m.in. tym, że bohaterowie nie są obdarzani należnym szacunkiem, a mordercy i zdrajcy nie są napiętnowani. Pisząc „państwo polskie”, mamy oczywiście na myśli władze państwowe. Przykłady można mnożyć. To były minister kultury Bogdan Zdrojewski, który z jednej strony oddawał hołdy stalinowskiemu zbrodniarzowi Zygmuntowi Baumanowi, a z drugiej strony jego resort odmówił dotacji na Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Taka polityka jest poniekąd logiczna: bohaterom mówi się „nie”, a zdrajcom polskiej sprawy „tak”.

Kolejnym przykładem jest Polski Instytut Sztuki Filmowej, który dotuje takie filmy jak „Pokłosie” czy „Ida”, a żałuje środków na produkcje opowiadające o polskich bohaterach (fundusze trzeba zbierać do kapelusza). Podobnie TVP, która kupuje seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”. To dowody braku polityki historycznej albo inaczej: prowadzenia polityki historycznej, tylko że antypolskiej.

Muzeum Wyklętych

Wspomniane Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce jest przykładem jeszcze czegoś innego, odwrotnego: że czasem lepiej niż urzędy centralne sprawdzają się samorządy. Bo ta jakże potrzebna instytucja powstaje staraniem lokalnych władz. Centralne Muzeum Żołnierzy Wyklętych musi powstać w byłej ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie (o to Fundacja „Łączka” będzie się nadal biła). I deklaracje poprzedniego prezydenta Bronisława Komorowskiego oraz ministra Marka Biernackiego, że wystarczy zagospodarować tylko część aresztu (kilka sal i trochę gablot), nie są żadnym rozwiązaniem. Była jeszcze m.in. zapowiedź ministra Siemoniaka, żeby w dawnej siedzibie Informacji Wojskowej (komunistycznego kontrwywiadu wojskowego) przy ul. Wawelskiej też urządzić muzeum, ale z tego także nic nie wyszło.

Nie dla Pileckiego

Wracając do władz centralnych – i to tych najwyższego szczebla. Czy promowanie przez głowę państwa takich osób jak dyktator stanu wojennego Wojciech Jaruzelski licuje z polską polityką historyczną? Czy wpisuje się w nią również czapkowanie wrogowi Polski i Polaków – oficerowi Wehrmachtu Clausowi von Stauffenbergowi? A działalność Kapituły Orderu Orła Białego, która w osobach: Władysława Bartoszewskiego, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego, odmówiła tego najwyższego polskiego odznaczenia polskiemu bohaterowi najwyższej próby: Witoldowi Pileckiemu. A skoro mowa o rotmistrzu, to przejawem podobnej polityki było niezaproszenie jego rodziny na międzynarodowe obchody 70. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz.

Łączka – test na państwo

I w końcu sprawa podstawowa, priorytetowa, która spędza nam sen z powiek: warszawska Łączka. Przez 26 lat tej tzw. III RP, czyli pookrągłostołowej Polski, nie udało się ekshumować wszystkich naszych bohaterów, a końca prac nadal nie widać. Przepchnięta w ekspresowym tempie przez parlament ustawa Bronisława Komorowskiego tylko skomplikowała cały proces, a przede wszystkim usankcjonowała sytuację niemoralną: uzależniła wydobycie szczątków około stu Żołnierzy Niezłomnych z dołów śmierci od woli rodzin – na ogół politruków „Ludowego” Wojska Polskiego – pochowanych nad nimi. Druga kwestia to przeprowadzana w błyskawicznym tempie budowa w Kwaterze „Ł” panteoniku z szufladami dla naszych niepodległościowców zamiast grobów dla każdego w wielkim Panteonie Bohaterów Narodowych. Dodatkowo – mamy kolejną sprawę niemoralną: listę ministra Andrzeja Kunerta, która miesza bohaterów polskiej walki o niepodległość ze zbrodniarzami niemieckimi, ukraińskimi i pospolitymi przestępcami.

Ostatnio właściciel terenu: Zarząd Cmentarzy Komunalnych, kazał nam zabrać z powązkowskiej Łączki symboliczne brzozowe krzyże, upamiętniające niewydobyte wciąż ciała żołnierzy, bo krzyże te mają… przeszkadzać. Odmówiliśmy. Kazano nam też uprzątnąć krzyż, przy którym modliliśmy się z ks. Stanisławem Małkowskim i prezydentem Andrzejem Dudą. Przypomnę, były prezydent na taki gest nigdy się nie zdobył. A nowy prezydent pokazał, jak ważna jest dla niego Łączka. Bo to fragment, ba – fundament – budowania polskiej polityki historycznej.

Zmiana prawa

Powtórzmy: bohaterowie powinni być szanowani, a zbrodniarze napiętnowani. Takie osoby jak szef PRL-owskiego MSW, przełożony „nieznanych sprawców” Czesław Kiszczak w normalnym, praworządnym i sprawiedliwym państwie byłyby już dawno skazane, zdegradowane, pozbawione wysokich uposażeń i odznaczeń.

Dlatego jednym z najpoważniejszych i najpilniejszych zadań dla Polski jest zmiana złego prawa. Zbrodniarze komunistyczni muszą być ścigani nie w momencie, gdy wymiar sprawiedliwości znajdzie na nich haka w postaci złamania PRL-owskiego prawa. Trzeba ich stawiać przed obliczem Temidy (w wielu wypadkach jeszcze nie jest za późno!) z racji pełnienia przez nich funkcji w aparacie represji totalitarnego, czerwonego państwa. Bo skoro można było skazać komendanta niemieckiego obozu (KL Auschwitz) Rudolfa Hössa, taką samą miarę powinno się przyłożyć do zastępcy naczelnika stalinowskiego więzienia (przy ul. Rakowieckiej w Warszawie) – Ryszarda Mońki.

Pozostańmy jeszcze przy kwestiach prawnych. Nie tylko wszyscy niegodziwcy powinni zostać – dla normalnego funkcjonowania obecnych i przyszłych pokoleń – ukarani. Należy w końcu zrewidować komunistyczne procesy wszystkich bohaterów i anulować ich wyroki, tak aby wreszcie przestali być uważani za bandytów i szpiegów. To niestety następny problem, który do dziś nie został rozwiązany. I w końcu: bohaterowie i ich rodziny nie doczekali się w tzw. III RP powstania specjalnego funduszu, wzorem II RP, dzięki któremu mogliby żyć, nie martwiąc się, czy wystarczy im do końca miesiąca.

Bóg, Honor, Ojczyzna

Jak kształtować politykę historyczną? Trzeba zacząć od szkoły. Tu sytuacja też wygląda dramatycznie. Historia została wyrugowana i konieczne jest jej jak najrychlejsze przywrócenie. Program nauczania też pozostawia wiele do życzenia. Młodzież jest uczona o wątpliwych rocznicach – zwycięstwie 8 maja 1945 r. czy przełomie 4 czerwca 1989 r. Warto jednak więcej czasu poświęcić faktycznie przełomowym polskim rocznicom: 3 maja, 15 sierpnia, 11 listopada, czy świętu 1 marca – Narodowemu Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Aby zrozumieć dzisiejsze czasy, młodzi Polacy powinni poznawać przede wszystkim czasy „Solidarności” i poprzedzającą je ideę oraz czyn Żołnierzy Niezłomnych. Aby zrozumieć Polskę A.D. 2015, trzeba uzmysłowić sobie, że Polska była pod okupacją dwóch najstraszniejszych XX-wiecznych totalitaryzmów, że mordowali nas trzej ludobójcy: Niemcy, Sowieci i Ukraińcy. Dalej polska szkoła musi uczyć o naszej tysiącletniej historii. Na resztę, Mezopotamię, Babilon, przyjdzie czas w drugiej kolejności.

Wreszcie nie mniej ważne – wprowadzenie do szkół nowego przedmiotu – Wychowania Obywatelskiego. Obecnie szkoła tylko szczątkowo uczy wartości: Bóg, Honor, Ojczyzna. Ta arcypolska triada powinna uzupełnić treści europejskie nauczane w ramach przedmiotu wiedza o społeczeństwie.

Tematy niebezpieczne, przemilczane

W końcu media. Powinny wspierać państwo, również w szlachetnym dziele polityki historycznej. Więcej, same mają kształtować wartości patriotyczne. Przede wszystkim tzw. media publiczne, ale też komercyjnie. W tej chwili w przekazie głównego nurtu takich treści próżno szukać. Mainstream z zasady nie informuje o wydarzeniach związanych z naszą historią (przełomowych momentach, rocznicach wydarzeń czy datach urodzin lub śmierci bohaterów). O 1 marca też nie można znaleźć choćby podstawowych wiadomości (jak w takim razie święto to ma przebić się do zbiorowej świadomości Polaków?). Podobny problem dotyczy warszawskiej Łączki – główne media (telewizja, prasa) nie informują o problemach związanych z ekshumacjami i upamiętnieniem naszych Żołnierzy Wyklętych.

Często bywa tak, że podczas odbywających się jeszcze szczątkowo procesów komunistycznych zbrodniarzy jestem jedynym dziennikarzem. Tematy te są uważane za „niebezpieczne” czy przynajmniej kontrowersyjne i jako takie celowo zostają przemilczane. A jeśli już przemilczeć się nie da, dziennikarze (a właściwie propagandyści) sięgają po inną broń:relatywizowanie i opluwanie. Podstawowy cel mediów: informowanie zastępuje dezinformowanie.

Nakładają się na to problemy własnościowe, wobec czego aktualnym postulatem pozostaje repolonizacja mediów, tak aby docelowo włączyły się one w proces budowy świadomości historycznej i patriotycznej wśród Polaków.

Renesans wśród młodzieży

W Europie czy USA narodowa historia nie jest traktowana jako obciach. Nasi sąsiedzi – Niemcy czy Rosja – prowadzą własną politykę historyczną i są ze swojej historii dumni, szczycą się nią. Tylko Polakom wciąż wmawia się (a robią to w dużej mierze główne media), że nie warto grzebać się w przeszłości, że należy bezrefleksyjnie patrzeć w przyszłość.

Ale dzięki śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu kilka lat temu pojawiło się światełko w tunelu. Byłemu prezydentowi udało się stworzyć modę na patriotyzm wśród młodych Polaków. I tej tendencji nikt i nic już nie zatrzyma. A naszym obowiązkiem jest wzmacnianie wartości patriotycznych i ducha narodowego wśród kolejnych pokoleń polskiej młodzieży. Zacząć trzeba od zdefiniowania podstawowych wartości, takich jak dobro-zło, bohater-zdrajca, niepodległościowiec-okupant.
 

Autor to publicysta polityczny i historyczny, szef działu Opinie „Super Expressu”, prezes Fundacji „Łączka”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych

***

Artykuł jest rozwinięciem tez wygłoszonych przez autora na konwencji programowej PiS oraz zjednoczonej prawicy w Katowicach w dniach 3–5 lipca 2015 r. podczas panelu dotyczącego polityki historycznej

wtorek, 18 sierpnia 2015

Stanisław Michalkiewicz - Zamiast „strefy buforowej” Komentarz • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 18 sierpnia 2015


Wprawdzie jest wiele przesady w stwierdzeniu, jakoby nasza niezwyciężona armia stawiła się na sobotnią defiladę in corpore, z całym posiadanym sprzętem, bo tak naprawdę w defiladzie wzięło udział zaledwie 10 procent żołnierzy – ale reszta już nie musi być aż tak bardzo daleka od prawdy. Nasza niezwyciężona armia na defilady nadaje się, jak mało która, podobnie jak na pogrzeby i inne uroczystości. Nawiasem mówiąc – tak samo było w czasach saskich, kiedy w naszym nieszczęśliwym kraju obowiązywała doktryna polityczna i wojenna, że „Polska nierządem stoi”. Chodziło o to, że Polska, jako kraj słaby, nikomu nie zagraża, toteż nikt nie ma żadnego powodu, by zagrażać Polsce. „Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” i na przykład pruski teoretyk wojny Karol von Clausewitz uważał, że sprawcą wojny nie jest napastnik, tylko napadnięty, bo swoją słabością zachęcił napastnika do napaści. Zwłaszcza na tym tle widać niedostatki polskiej doktryny wojennej i kiedy zastanawiamy się nad ich przyczynami, musimy przypomnieć tajny traktat prusko-rosyjski w Poczdamie z roku 1720. Rosja i Prusy postanawiały blokować wszelkie próby powiększenia polskiej armii. I rzeczywiście; chociaż prób powiększenia wojska było w Polsce całkiem sporo, a niektóre nawet dochodziły do fazy ustawodawczej, to aż do końca istnienia Polski, żadna nie została zrealizowana. Przyczyna wydaje się oczywista; zwłaszcza w XVIII wieku plagą polskiego życia publicznego był jurgielt, to znaczy – obca agentura. Nie było chyba nikogo, kto by nie brał pieniędzy od obcych ambasadorów. Nie za to przecież, że bronił polskich interesów państwowych, tylko odwrotnie – że kosztem polskich interesów państwowych jurgieltnik forsował w Polsce interesy obce.
Warto tedy przypomnieć, że podjęta 4 czerwca 1992 roku próba ujawnienia agentury, czyli jurgieltników w strukturach państwa polskiego, została zablokowana przez obydwie strony umowy „okrągłego stołu”: RAZWIEDUPR i wyselekcjonowaną przezeń „stronę społeczną”, której soldateska powierzyła w naszym nieszczęśliwym kraju piastowanie zewnętrznych znamion władzy. W charakterze kropki nad „i” trzeba dodać, że sama soldateska, poszukując polisy ubezpieczeniowej w związku ze spodziewaną ewakuacją imperium sowieckiego z Europy Środkowej, w drugiej połowie lat 80-tych przewerbowała się na służbę do przyszłych sojuszników Polski i te zależności reprodukują się w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii. Potwierdza to między innymi międzynarodowa konferencja naukowa „Most”, jaka odbyła się w Warszawie 18 czerwca br. Ubecja starej i nowej generacji, czyli kiejkuty stare i nowe, przy rekomendacji ubeków izraelskich, złożyła Stanom Zjednoczonym ofertę utrzymywania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego w zamian za obietnicę możliwości dalszego spokojnego na nim pasożytowania. Wszystko wskazuje na to, że oferta została przyjęta, bo i USA wolą politykować w Polsce przy pomocy starych i nowych kiejkutów, które za napiwek w wysokości 15 milionów dolarów zrobią wszystko, co się im każe, więc po co fatygować się z jakimiś pozorami partnerstwa? Dlatego w tym samym czasie, gdy różni amerykańscy ważniakowie sadzą Polsce komplementy, jaki to z nas sojusznik i w ogóle – 46 kongresmenów pisze do sekretarza stanu Johna Kerry’ego list z żądaniem „wzmocnienia nacisków” na Polskę, by zadośćuczyniła tzw. „roszczeniom żydowskim”, to znaczy – pozwoliła Żydom się obrabować.
W rezultacie rządów jurgieltniczych Polska nie uzyskuje nawet tych korzyści, jakie mogłaby uzyskać w związku z przynależnością do NATO i słusznie w wywiadzie dla „Financial Times” prezydent Andrzej Duda zwrócił uwagę, iż w NATO Polska traktowana jest jako „strefa buforowa”. Wynika to ze sformułowanej jeszcze w latach 60-tych przez ówczesnego sekretarz obrony Roberta McNamarę doktryny „elastycznego reagowania”: taktownie nawzajem oszczędzamy własne terytoria, więc haratamy się na przedpolach. Znaczy – w strefach buforowych. Dla obszaru przeznaczonego na „strefę buforową” żaden cymes to nie jest, nawet jeśli amerykańska, czy kanadyjska drużyna uświetni defiladę naszej niezwyciężonej armii. Nie zmienia tej sytuacji „rotacyjna obecność” sojuszniczej kompanii, czy nawet batalionu na terenie Polski, bo nawet gdyby ta obecność nie była „rotacyjna”, to i tak nie wiemy przecież, co te sojusznicze wojska zrobią. Wiemy tylko, czego na pewno nie zrobią; na pewno nie będą słuchały rozkazów rządu polskiego, tylko rozkazów własnych rządów i jeśli na przykład w chwili zagrożenia rozkażą one im się wycofać, to na pewno zrobią to z wielką skwapliwością. Dlatego też Polska nie powinna nasładzać się ani żadnymi „rotacyjnymi obecnościami” ani nawet obietnicami rozlokowania na naszym terytorium baz NATO. Trzeba bowiem pamiętać, że w podpisanym w Moskwie 12 września 1992 roku traktacie „2 plus 4” sygnatariusze zobowiązali się do nieprzesuwania baz ani ciężkiej broni NATO na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej. Traktat ten otworzył drogę do zjednoczenia Niemiec, a i Polska nie powinna go podważać, bo Niemcy zobowiązały się do uznania tego traktatu za traktat pokojowy z Polską – do którego odwoływały się postanowienia konferencji czterech mocarstw w Poczdamie w roku 1945. Wreszcie Niemcy nie życzą sobie żadnych baz na terenie Polski, również z uwagi na strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie. A ponieważ na takie bazy musiałoby wyrazić zgodę całe NATO, to nie ma co na to liczyć.
Dlatego jeśli USA znowu powierzyły Polsce niebezpieczną rolę amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, to w rezultacie podjęcia się tej roli Polska stała się państwem frontowym. Oczekiwalibyśmy zatem od Stanów Zjednoczonych – po pierwsze – solennej obietnicy, że już nigdy, pod żadnym pozorem USA nie będą na Polskę naciskały w sprawie realizacji żydowskich roszczeń majątkowych, a po drugie – że Polska zostanie przez USA potraktowana tak samo, jak inne państwo frontowe, to znaczy – Izrael. Oczekiwalibyśmy takiego samego finansowego wsparcia ze strony USA, jakie corocznie uzyskuje Izrael oraz podobnych udogodnień wojskowych. Nie po to, by instalować na polskim terytorium jakieś „bazy NATO”, nad którymi musiałaby wiecować np. Hiszpania, czy Grecja, tylko żeby wzmocnić i zmodernizować polską armię, która wprawdzie stanowi element sił sojuszniczych na wschodnim skraju obszaru obrony NATO, ale przecież musiałaby słuchać rozkazów rządu polskiego, jaki by on tam nie był.
Stanisław Michalkiewicz

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

wywiad ze świadkiem śmierci Św. Maksymiliana

Nowe, nieznane fakty ! Przeczytaj wywiad ze świadkiem śmierci Św. Maksymiliana

Michał Micherdziński był jednym z ostatnich świadków słynnego apelu w obozie KL Auschwitz, na którym o. Maksymilian Kolbe zdeklarował się pójść na śmierć w zamian za współwięźnia. Prezentujemy rozmowę z Michałem Micherdzińskim, w której wspomina o. Maksymiliana i tamten apel 29 lipca 1941 roku. Na dwa lata przed śmiercią Michała Micherdzińskiego (1919-2006), rozmowę z nim przeprowadził o. Witold Pobiedziński. Z portalu franciszkanie.pl 
Przez pięć lat był pan więźniem obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Spotkał pan osobiście św. Maksymiliana Marię Kolbego. Jakie znaczenie miała dla pana i innych więźniów obecność tego zakonnika pośród was?
Wszystkich więźniów przywożonych do obozu Auschwitz witano tymi samymi słowami: "Nie przybyliście do sanatorium, tyko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak tylko przez komin. Żydzi mogą żyć dwa tygodnie, księża miesiąc, a reszta trzy miesiące. Komu się to nie podoba, może zaraz iść na druty". Oznaczało to, że może ponieść śmierć, ponieważ w drutach okalających obóz płynął bez przerwy prąd wysokiego napięcia. Te słowa już na początku odbierały nadzieję.
W Auschwitz dostąpiłem ogromnej łaski, z o. Maksymilianem przebywałem w jednym bloku, stałem z nim w jednym szeregu w czasie selekcji na śmierć. Byłem naocznym świadkiem jego heroicznej ofiary, która mi i innym więźniom przywróciła nadzieję.
Jakie były okoliczności tego wydarzenia, które do dzisiaj budzi tak wielkie i żywe zainteresowanie oraz inspiruje ludzi do postawienia pytania - dlaczego on to zrobił, w imię jakich wartości?
63 lata temu, we wtorek 29 lipca 1941 roku, około godziny 13.00, tuż po apelu południowym, zawyła syrena obozowa. Ponad 100 decybeli niosło się po obozie. W brygadach roboczych więźniowie w pocie czoła spełniali swoje obowiązki. Wycie syren oznaczało alarm, a z kolei alarm oznaczał, że w jednej z brygad zabrakło więźnia. Esesmani natychmiast przerwali pracę i zaczęło się konwojowanie więźniów do obozu na apel, aby sprawdzić stan liczbowy. Dla nas, którzy pracowaliśmy przy budowie pobliskiej fabryki gumy, oznaczało do siedmiokilometrowy marsz do obozu. Byliśmy popędzani, żeby iść prędzej.
Apel wykazał rzecz tragiczną: na naszym bloku 14a brakowało więźnia. Kiedy mówię "na naszym" bloku, mam na myśli o. Maksymiliana, Franciszka Gajowniczka, mnie i innych. Była to wiadomość przerażająca. Zwolniono wszystkich pozostałych więźniów, pozwolono im pójść na bloki, a nam ogłoszono karę - stanie na baczność bez czapek, dzień i noc, o głodzie. Noc była bardzo zimna. Kiedy esesmani mieli zmianę warty, kuliliśmy się do siebie metodą pszczoły: stojący na zewnątrz ogrzewali tych w środku, a potem była zmiana. Wielu starszych nie wytrzymało mordęgi stania w nocy i na zimnie. Oczekiwaliśmy, że choć trochę ogrzeje nas słońce. Ale spodziewaliśmy się także najgorszego. Rano oficer niemiecki wykrzyczał w naszym kierunku: "Ponieważ z waszego bloku uciekł więzień, a wy nie dopilnowaliście tego i nie przeszkodziliście temu, dlatego dziesięciu z was umrze śmiercią głodową, ażeby pozostali zapamiętali, że nawet najmniejsza próba ucieczki nie będzie tolerowana". Zaczął selekcję.
Co dzieje się w człowieku, kiedy wie, że mogą to być ostatnie chwile jego życia? Jakie uczucia towarzyszyły więźniom, którzy mogli usłyszeć wyrok skazujący ich na śmierć? 
Wolałbym oszczędzić sobie przypominania szczegółów tej przerażającej sytuacji. Opowiem, jak wyglądała selekcja. Cała grupa poszła na początek pierwszego szeregu, na przedzie dwa kroki przed nami stał niemiecki kapitan. Patrzył w oczy jak sęp, mierzył każdego i co chwilę podnosił prawą rękę i mówił: "Du!", czyli "ty". To "du!" oznaczało, że to ty umrzesz śmiercią głodową. I szedł dalej. Esesmani wywlekali biedaka z szeregu, zapisywali numer i odstawiali pod strażą na boku. "Du!" brzmiało jak uderzenie młota w pustą skrzynię. Każdy bał się, że za chwilę palec może pokazać na niego. Przeglądnięty szereg szedł kilka kroków naprzód, tak że między szeregiem przeglądniętym a szeregiem do przeglądu powstało coś w rodzaju korytarzy, wolnych pasów o szerokości 3-4 metrów. W ten korytarz wchodzili esesmani i znowu padały słowa: "Du! du!". Serca waliły nam jak młotem. W głowie szum, krew pulsowała na skroniach, zdawało się nam, że krew wyskoczy nosami, uszami i oczami. Coś tragicznego.
Jak zachowywał się św. Maksymilian podczas tej selekcji?
Ja i o. Maksymilian staliśmy w siódmym szeregu. On stał po mojej lewej ręce, dzieliło nas może dwóch albo trzech kolegów. Gdy szeregów przed nami ubywało, zaczął nas ogarniać coraz większy lęk. Muszę powiedzieć, że jakkolwiek człowiek byłby zdeterminowany i przestraszony, żadna filozofia nie jest mu wtedy potrzebna. Szczęśliwy jest ten, kto ma wiarę, kto ma możliwość do kogo się uciekać, kogoś prosić o łaskę. Modliłem się do Matki Bożej. Nigdy przedtem ani potem, muszę to uczciwie przyznać, już tak żarliwie się nie modliłem. Mimo, że dalej było słychać "du!", to jednak modlitwa wewnętrznie zmieniła mnie na tyle, że byłem spokojniejszy. Ludzie mający wiarę, nie byli już tak przerażeni. Byli gotowi przyjąć przeznaczenie ze spokojem, prawie jak bohaterzy. Jest to wielka sprawa.
Esesmani przeszli koło mnie, omiatając mnie wzrokiem, przeszli koło o. Maksymiliana. "Spodobał się" im stojący na końcu szeregu Franciszek Gajowniczek, 41-letni sierżant wojska polskiego. Gdy Niemiec powiedział "du!" i wskazał na niego, wyrwało się biedakowi z piersi: "Jezus, Maria! Moja żona, moje dzieci!" Oczywiście esesmani nie zwracali żadnej uwagi na słowa więźniów, tylko zapisali jego numer. Gajowniczek później nam przysięgał, że gdyby umarł w bunkrze głodowym, to nie wiedziałby, że taki lament, taka prośba błagalna wyrwała mu się z ust.
Zapewne po skończonej selekcji pozostali więźniowie czuli ulgę i całe napięcie ich opuściło?
Skończyła się selekcja, dziesięciu więźniów zostało już wybranych. Dla nich był to ostatni apel. Myśleliśmy, że zakończy się ten koszmar stania: głowa bolała, jeść się chciało, nogi popuchły. A tu naraz zrobiło się jakieś poruszenie w moim szeregu. Staliśmy na długość drewniaka, aż tu nagle ktoś zaczął się przeciskał się między więźniami. Był to o. Maksymilian. Szedł krótkim krokiem, bo w drewniakach długim krokiem iść się nie dało, trzeba było je trzymać palcami nóg, żeby nie spadły. Szedł prosto ku grupie esesmanów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu więźniów. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów. 
Wyjście z szeregu oznaczało śmierć. Nowi więźniowie, którzy przyjechali do obozu, nie wiedząc o tym zakazie, za wyjście z szeregu byli bici, co powodowało niezdolność do pracy. A to z kolei równało się pójściu do komory gazowej. Byliśmy pewni, że o. Maksymiliana zabiją, zanim zdąży się przecisnąć. Ale stało się coś nadzwyczajnego, czego nie zanotowała historia 700 obozów koncentracyjnych, jakie zbudowała III Rzesza. Nigdy nie zdarzyło się, aby więzień obozu mógł bez poniesienia kary wyjść z szeregu. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. Patrzyli po sobie i nie wiedzieli, co się dzieje.
Co wydarzyło się dalej?
O. Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy wielkiej misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu. Wściekły, zapytał swojego zastępcę: "Was will dieses polnische Schwein?" - "Co chce ta polska świnia?" Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny. O. Maksymilianodpowiedział spokojnie: "Ich will sterben für ihn" - wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka - "Ja chcę umrzeć za niego".
Jeżeli wcześniej Niemcy stali jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta. Dla nich, reprezentujących bezbożność laicką, było to coś niepojętego, że ktoś może chcieć umrzeć za innego człowieka. Patrzyli na o. Maksymiliana z pytaniem w oczach: czy on oszalał, czy może oni nie zrozumieli odpowiedzi. Wreszcie padło drugie pytanie: "Wer bist du?" - "Kto ty jesteś?" O. Maksymilian odpowiedział: "Ich bin ein polnischer katolischer Priester" - "Jestem polskim księdzem katolickim". Oto więzień wyznał, że jest Polakiem, pochodzi z narodu, który Niemcy nienawidzili, do tego przyznaje, że jest duchownym. Dla esesmanów ksiądz był wyrzutem sumienia.
Ciekawe, że w tym dialogu o. Maksymilian ani raz nie używa słowa "proszę". Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Złamał sędziego, który uzurpował sobie prawo decydowania o życiu i śmierci, zmusił go do zmiany wyroku. Zachowuje się jak wytrawny dyplomata, choć za frak, wstęgę i ordery, służy mu pasiak, miska i drewniaki. Panowała wtedy cmentarna cisza, każda sekunda wydawała się trwać wieki. Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do o. Maksymiliana per "pan": "Warum wollen Sie für ihn sterben?" - "Dlaczego pan chce umrzeć za niego?"
Upadły wszystkie kanony, które esesman wyznawał wcześniej. Przed chwilą nazwał go "polską świnią", a teraz zwraca się do niego per "pan". Stojący obok esesmani i podoficerowie nie byli pewni, czy dobrze słyszą. Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób.
O. Maksymilian odpowiedział: "Er hat eine Frau und Kinder" - "On ma żonę i dzieci". Oto cały katechizm w pigułce. On uczył wszystkich, co to znaczy ojcostwo, rodzina. On - człowiek mający dwa doktoraty obronione w Rzymie z najwyższą notą summa cum laude, redaktor, misjonarz, wykładowca dwóch wyższych uczelni w Krakowie i Nagasaki. On uważał, że jego życie jest mniej warte, niż życie ojca rodziny! Jakże to był wspaniały wykład katechizmu.
Jak zareagował niemiecki oficer na słowa o. Maksymiliana?
Wszyscy czekali, co się dalej stanie. Esesman był przekonany, że to on jest panem życia i śmierci. Mógł kazać ciężko pobić go za złamanie najbardziej rygorystycznie przestrzeganego zakazu występowania z szeregu. A cóż dopiero, jeśli więzień pozwala sobie na wygłaszanie nauk?! Mógł ich dwóch skazać na śmierć przez zagłodzenie. Po upływie kilku sekund esesman powiedział: "Gut" - "Dobrze". Zgodził się z o. Maksymilianem, przyznał mu rację.
Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło, maksymalne zło. Nie ma większego zła, jak skazać z nienawiści człowieka na śmierć godową. Ale nie ma też większego dobra, jak oddać własne życie, po to, by drugi człowiek mógł żyć. Maksymalne dobro zwyciężyło.
Chcę zwrócić uwagę na odpowiedzi św. Maksymiliana: trzy razy jest pytany i trzy razy odpowiadając zwięźle i krótko, użył czterech wyrazów. Cyfra cztery w Biblii oznacza symbolicznie całego człowieka.
Jakie znaczenie miało dla was, pozostałych więźniów to, czego byliście naocznymi świadkami?
Niemcy pozwolili Gajowniczkowi wrócić do szeregu, a o. Maksymilian zajął jego miejsce. Skazańcy musieli zdjąć drewniaki, były im już niepotrzebne. Drzwi bunkra głodowego otwierane były tylko po to, by wynieść zwłoki. O. Maksymilian szedł w ostatniej parze, pomagał jeszcze iść innemu więźniowi. W zasadzie był to ich własny pogrzeb, jeszcze przed śmiercią. Przed blokiem kazano im ściągnąć pasiaki i wtrącono od celi o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych. Zimna, szorstka, mokra posadzka, czarne ściany, światło słoneczne sączyło się przez potrójne załamanie. Wydarzył się tam kolejny cud. O. Maksymilian, chociaż od 20 lat żył o jednym płucu, przeżył wszystkich. W komorze śmierci żył 386 godzin. Każdy lekarz uzna to za nieprawdopodobne.
Po tym długim okresie umierania niemiecki kat w białym kitlu lekarskim zadał o. Maksymilianowi śmiertelny zastrzyk. A on znowu nie umarł... Musieli go dobić kolejnym zastrzykiem. Umarł w wigilię Wniebowzięcia NMP, jego Hetmanki. Przez całe życie pragnął pracować i umrzeć dla Niepokalanej. To było dla niego największe szczęście.
Długo można by mówić o działach, jakie zainspirowała ofiara św. Maksymiliana. On umocnił działalność obozowej grupy oporu - tajnej organizacji więźniarskiej, która od tego wydarzenia dzieliła czas na "przed" i "po" ofierze o. Maksymiliana. Wielu więźniów przeżyło obóz dzięki istnieniu i działalności tej organizacji. Ocalało nas niewielu, dwóch na stu. Ja dostąpiłem tej łaski, jestem jednym z tych dwóch. Franciszek Gajowniczek nie tylko, że ocalał, ale żył jeszcze 54 lata.
Nasz święty współwięzień przede wszystkim ocalił w nas człowieczeństwo. Był duchowym pasterzem w komorze głodowej, wspierał, prowadził modlitwy, rozgrzeszał i wyprowadzał umierających znakiem krzyża na drugi świat. W nas, ocalałych z selekcji, umocnił wiarę i nadzieję. Pośród tego zatracenia, terroru i zła, przywrócił nadzieję.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał o. Witold Pobiedziński OFMConv

Źródło tekstu: http://www.franciszkanie.pl/

sobota, 1 sierpnia 2015

Homilia abp. Marka Jędraszewskiego w 71. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego





Homilia abp. Marka Jędraszewskiego w 71. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Metropolita odprawił w katedrze w Łodzi Mszę św. w intencji wszystkich, którzy poświęcili swoje życie walcząc o wolną Polskę.

W ludziach niemal wszystkich czasów i epok tkwiło pragnienie powrotu do utraconego niegdyś, w zamierzchłych czasach, ładu i harmonii. Pojawiało się ono między innymi w mitycznych ideach złotego wieku, który miał mieć miejsce za czasów panowania Kronosa. W przeciwieństwie do pogańskich mitologii, w StarymTestamencie pragnienie powrotu do pierwotnej sprawiedliwości miało charakter jak najbardziej realistyczny. Przyjmowało bowiem postać świętej instytucji Roku Jubileuszowego, o którym mówiło dzisiejsze pierwsze czytanie mszalne z Księgi Kapłańskiej. Obchodzono go raz na pięćdziesiąt lat. Wyrównywano wtedy najbardziej bolesne społeczne nierówności: każdy Izraelita mógł bowiem powrócić do swej własności i do swego rodu (por. Kpł 25, 10). Obchodom Jubileuszu przyświecały dwie zasady, zawsze wprawdzie obecne w judaizmie, ale które wtedy, w tym roku szczególnym nabierały niezwykłego blasku. Odnosiły się one do relacji z drugim człowiekiem i do relacji z samym Bogiem. Przyjmowały kształt następujących wezwań, jednego wyrażonego w postaci zakazu, a drugiego w postaci nakazu: „Nie będziecie wyrządzać krzywdy jeden drugiemu. Będziesz się bał Boga twego, bo Ja jestem Pan, Bóg wasz!” (Kpł 25, 17). W nowym Testamencie zostały one uszlachetnione i wyniesione do rangi dwóch przykazań miłości Boga i bliźniego (por. Mt 22, 37-40).

W listopadzie 1918 roku dla zdecydowanej większości Polaków nie ulegało najmniej wątpliwości, że odzyskana przez Polskę niepodległość, potwierdzona pokojem wersalskim w czerwcu 1919 roku, była swego rodzaju przejawem sprawiedliwości dziejowej, przezwyciężeniem krzywdy rozbiorów i powrotem do pierwotnego ładu panującego w Europie, a na pewno wyrazem Bożej Opatrzności, która nigdy, nawet w najbardziej trudnych chwilach, Polaków nie opuściła. Z kolei ani Niemcy, ani sowiecka Rosja nie chciały się z tym pogodzić. Uważały, że trzeba za wszelką cenę powrócić do granic z roku 1914, sprzed wybuchu Wielkiej Wojny. Kilkakrotnie podejmowane między nimi negocjacje w tej sprawie trwały właściwie już od czasu zawarcia pokoju w Wersalu, jednakże najbardziej złowieszczą postać przyjęły w podpisanym Moskwie w dniu 23 sierpnia 1939 roku układzie Ribbentrop – Mołotow. To właśnie wtedy wypito toast z okazji bliskiej już śmierci bękarta pokoju wersalskiego, jak wtedy nazwano Polskę. Nie dziwmy się, że obydwom państwom totalitarnym, niemieckiej III Rzeszy i Rosji radzieckiej, niezwykle daleko było do ducha żydowskiego Roku Jubileuszowego czy, tym bardziej, od chrześcijańskich przykazań miłości – to znaczy od gotowości uznania krzywd, jakie poprzez rozbiory Niemcy, Rosja wraz z Austrią wyrządziły w XVIII wieku Polsce i jakie przez cały wiek XIX pogłębiały, krwawo tłumiąc kolejne polskie zrywy powstańcze. Zarówno hitlerowskie Niemcy, jak też Rosja Lenina i Stalina były bowiem w swych najbardziej fundamentalnych założeniach antychrześcijańskie. Bezpośrednim skutkiem układu Ribbentrop – Mołotow stał się napad na Polskę w dniu 1 września 1939 roku ze strony Niemiec, oraz w dniu 17 września ze strony Rosji sowieckiej.

Obydwóm państwom totalitarnym bynajmniej nie chodziło tylko o militarne pokonanie państwa polskiego. Chodziło im bowiem o fizyczne zniszczenie narodu polskiego w jego warstwie duchowej i kulturowej, i sprowadzenie go do roli ciemnych, ledwo wykształconych niewolników. Jeden z oficerów Wehrmachtu, hrabia Klaus von Stauffenberg, we wrześniu 1939 roku tak pisał o Polsce w liście do swej żony: „Co najbardziej rzuca się w tym kraju w oczy, to zaniedbanie. Nie tylko bezgraniczna bieda i nieporządek, lecz wrażenie, że wszystko, co wcześniej widziało lepsze czasy, dziś podupadło. Sytuacja na wsi i reforma rolna przyczyniły się w dużej mierze do pauperyzacji większych posiadaczy ziemskich. Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje bata. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni są pilni, pracowici i niewymagający”.

Tej postawie pogardy wobec Polaków, której wymownym wyrazicielem stał się wtedy Stauffenberg, towarzyszyło prawdziwie niemieckie, systematyczne niszczenie polskiej kultury. Bynajmniej nie przez przypadek obiektem niemieckich bombardowań we wrześniu 1939 roku stał się, niejako symbolicznie, Zamek Królewski w Warszawie. Samo zaś to miasto miało – w myśl hitlerowskich planów – zatracić swój charakter stolicy i stać się prowincjonalnym miastem Rzeszy, po lewej stronie Wisły zamieszkałym jedynie przez Niemców, a po prawej przez niewielką populację 30-80 tysięcy Polaków, sprowadzonych do roli niewolników. Wprawdzie budowa niemieckiego Warschau miała być podjęta dopiero po zwycięskiej dla III Trzeciej Rzeszy wojnie, jednakże przygotowania do wzniesienia tego „nowego niemieckiego miasta” zaczęto już późną jesienią 1939 roku. Polegały one na systematycznie prowadzonym przez hitlerowców procesie eksterminacji mieszkańców Warszawy. Do chwili wybuchu Powstania Warszawskiego straty jej ludności wynosiły około 680 tysięcy osób.

Ostrze walki z Polakami i z polskością było wymierzone w pierwszym rzędzie przeciwko polskiej inteligencji. Tworzenie jej nowych pokoleń stało się zatem być albo nie być polskiego narodu. Stąd podziemne państwo polskie, które zrodziło się w czasach okupacji, wraz z swym zbrojnym ramieniem, jakim była przede wszystkim Armia Krajowa, ogromną wagę przywiązywało do tajnego kształcenia dzieci i młodzieży na wszystkich jego poziomach – od szkoły podstawowej po uniwersytet. Wraz z wielkim wysiłkiem edukacyjnym szło w parze heroiczne zmaganie o polską kulturę. Działalność konspiracyjnego Teatru Rapsodycznego w Krakowie, założonego w 1941 roku przez Mieczysława Kotlarczyka, w którym szczególnie wyróżniał się młody aktor, jeszcze niedawno student polonistyki UJ, Karol Wojtyła, może być tego najlepszym przykładem i równocześnie symbolem. W czasach okupacji, naznaczonych tak bezwzględną walką z kulturą polską, doskonale zdawano sobie sprawę z tej prawdy, której w 1980 roku, 36 lat po Powstaniu Warszawskim, dał świadectwo na forumUNESCO w Paryżu, odwołując się również do osobistych doświadczeń, Ojciec Święty Jan Paweł II. Wyznawał on wtedy: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć – a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród – nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg” (Jan Paweł II, Przyszłość człowieka zależy od kultury. Przemówienie wygłoszone 2 czerwca 1980 roku w UNESCO, n. 14).

W czasach okupacji za wszystko groziła śmierć: że się było polskim inteligentem, że się było Żydem, że się należało do podziemia, że się pomagało Żydom, że się uczęszczało na tajne komplety, że konspiracyjnie kultywowało się polską kulturę, że się dało pochwycić Niemcom podczas ulicznej łapanki… Tę listę „za co groziła śmierć” można by wydłużać niemal w nieskończoność – a to dlatego, że u podstaw jej tworzenia znajdowała się brutalnie demonstrowana przez „rasę panów” pogarda dla Untermenschów – dla „podludzi”: pogarda bez granic. Odpowiedzią na nią mogło być tylko jedno: honor, który trzeba było wywalczyć i wybronić wraz ze słowem „Polska” na ustach i ze słowem „Bóg” w sercu. Mający zaledwie 21 lat, młody poeta, a równocześnie członek Grup Szturmowych Szarych Szeregów, później żołnierz oddziału „Agat”, „Pegaz” i „Parasol”, Józef Andrzej Szczepański, ps. „Ziutek”, w noc sylwestrową 1943 roku po raz pierwszy zadeklamował przed gronem kolegów swój słynny wiersz, zatytułowany: Dziś idę walczyć – Mamo!.„Dziś idę walczyć – Mamo!/ Może nie wrócę więcej,/ Może mi przyjdzie polec tak samo/ Jak, tyle, tyle tysięcy/ Poległo polskich żołnierzy/ Za Wolność naszą i sprawę,/ Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę/ I w świętość naszej sprawy/ Dziś idę walczyć – Mamo kochana, /Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,/ Serce mam w piersi rozkołatane,/ Serce mi dziś tak cudnie gra./ To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku /I śmiać się śmierci prosto w twarz,/ A potem zmierzyć – i prać – bez lęku/ Za kraj! Za honor nasz! /Dziś idę walczyć – Mamo!”.

Kiedy Jan Nowak-Jeziorański w 1944 roku przybył do Warszawy, aby przekazać dowództwu AK, iż nie ma co się łudzić odnośnie do pomocy z Zachodu i że jakiekolwiek powstanie zbrojne nie ma sensu, szybko zrozumiał, iż jest ono po prostu nieuniknione. Taka była, z jednej strony, niszczycielska moc hitlerowskiej pogardy i terroru, i taka była, z drugiej strony, ogromna determinacja Polaków, zwłaszcza młodych, by choć na krótko doświadczyć błogosławieństwa wolności. Wiersz Dziś idę walczyć – Mamo! był swoistym Credo pokolenia ówczesnych dwudziestolatków.

Józef Andrzej Szczepański, ps. „Ziutek” poszedł walczyć, a wraz z nim tysiące członkówAK, we wtorek, 1 sierpnia 1944 roku, gdy wybiła „Godzina W”. Powstanie miało trwać zaledwie kilka dni – a trwało długich dni 63. Każdy z nich był czasem heroizmu i bezprzykładnego bohaterstwa. 4 sierpnia, pośród gradu niemieckich kul, „Ziutek” ułożył tekst pieśni Pałacyk Michla, który szybko stał się hymnem Powstania Warszawskiego. Na przekór dramatycznych sytuacji, budził optymizm wszędzie tam, gdzie go wtedy nucono: na barykadach, w piwnicach, w polowych szpitalach, na podwórkach. „Każdy z chłopaków chce być ranny,/ sanitariuszki morowe panny./ A gdy cię trafi kula jaka,/ poprosisz pannę, da ci buziaka w nos!/ Hej! Czuwaj wiara i wytężaj słuch,/ pręż swój młody duch,/ pracując za dwóch!/ Czuwaj wiara i wytężaj słuch,/ pręż swój młody duch/ jak stal!”.

Z czasem, gdy liczba ofiar pośród powstańców i ludności cywilnej, jak również rozmiar materialnych strat Warszawy przerażająco rosły, a pomoc z Zachodu rzeczywiście nie nadchodziła, optymizm powoli słabł. Najbardziej wszakże bolał cynizm wojsk radzieckich, które na rozkaz Stalina stanęły na linii Wisły, biernie patrząc z daleka na łuny ognia i dymu unoszące się nad miastem. Stalin nie chciał widzieć wolnej Warszawy w roku 1920 podczas wojny bolszewickiej, ani tym bardziej nie chciał być witanym w roku 1944 – w wyniku szczęśliwie przeprowadzonej przez AK akcji „Burza” – przez wolnych gospodarzy stolicy Polski. Dlatego też zatrzymał ofensywę swych armii. Wolał, aby w dziele niszczenia Warszawy i Polski wyręczył go Hitler. 29 sierpnia 1944 roku bard Powstania, „Ziutek” Józef Andrzej Szczepański, napisał wiersz Czerwona zaraza. Trzy dni później, 1 września, podczas ewakuacji powstańczych oddziałów ze Starówki został ciężko ranny. Koledzy go nie zostawili. Kanałami przenieśli do Śródmieścia, gdzie 10 września zmarł w szpitalu przy ul. Marszałkowskiej. Pozostał jednak jego wiersz, pełen bólu a równocześnie powstańczej godności:

„Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci, byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci, była zbawieniem witanym z odrazą. (…)

Miesiąc już mija od Powstania chwili, łudzisz nas dział swoich łomotem, wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy, dla naszych rannych – mamy ich tysiące, i dzieci są tu i matki karmiące, i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz, ty się nas boisz, i my wiemy o tym. Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem, naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz – masz prawo wybierać, możesz nam pomóc, możesz nas wybawić lub czekać dalej i śmierci zostawić… śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły Nowa się Polska – zwycięska narodzi. I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić czerwony władco rozbestwionej siły”.

Powstanie Warszawskie było największym zrywem wolnościowym w historii drugiej wojny światowej. Poległo w nim około 16.000 powstańców i około 150.000 ludności cywilnej. Tysiące osób zostało rannych. Po jego upadku około 650.000 ludności cywilnej udało się z Warszawy do obozu przejściowego w Pruszkowie, a stamtąd 150.000 do przymusowej pracy w Niemczech, około 50.000 do obozów koncentracyjnych.

Ze względu na ogrom strat osobowych, a także bezmiar zniszczeń materialnych dokonywanych przez Niemców także po jego upadku, od samego początku Powstanie było różnie komentowane i oceniane. Niekiedy wyrażano wykluczające się wręcz opinie: jednym jawiło się ono jako heroiczny zryw, przez drugich jako przejaw politycznej głupoty i skrajnej nieodpowiedzialności. Niejednokrotnie nie brano pod uwagę tego, czego w 1944 roku doświadczył Jan Nowak-Jeziorański. Częstokroć przy ferowaniu wyroków brano całkowicie w nawias wydźwięk moralny tego dramatycznego wydarzenia. Tymczasem – jak mówił Jan Paweł II na forum UNESCO w 1980 roku – „istnieje podstawowa suwerenność społeczeństwa, która wyraża się w kulturze narodu. Jest to ta zarazem suwerenność, przez którą równocześnie najbardziej suwerenny jest człowiek” (tamże, n. 14). Przy tym dodawał: „nie ulega też wątpliwości, że pierwszym i podstawowym wymiarem kultury jest zdrowa moralność: kultura moralna” (tamże, n. 12). Inaczej mówiąc, nie ma kultury bez moralności, jak nie ma moralności bez prawdy – zarówno historycznej, jak i antropologicznej. Powstania Warszawskiego nie można uczciwie ocenić bez uwzględnienia wymiaru moralnego, który od samego początku dogłębnie go przenikał. Podobnie jak nie możemy – po tylu już latach – nie patrzeć na Powstanie jako wielkie zobowiązanie moralne, które spoczywa na kolejnych pokoleniach Polaków, aby strzec tego, co najważniejsze w życiu poszczególnych ludzi i całego naszego narodu.

Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni i dni, z bólem trzeba nam, niestety, stwierdzić, że pewne osoby, które z demokratycznego mandatu aktualnie sprawują władzę w naszym Kraju, tego moralnego zobowiązania albo nie dostrzegają, albo je w pełni świadomie lekceważą. W dniu 8 lipca tego roku prezydent RP włączył się w niemieckie obchody poświęcone uczczeniu wspomnianego wcześniej płk. Klausa von Stauffenberga. To prawda, był on sprawcą, nieudanego zresztą, zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944 roku, ale przecież nie wyrzekł się wtedy swych poglądów na temat Polaków i ciągle domagał się, aby po zakończeniu drugiej wojny światowej granice wschodnie Niemiec były dokładnie takie same, jak granice z czasów zaborów, sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej. W naszym powszechnym odczuciu, zrównanie przez prezydenta RP „polskiego zrywu niepodległościowego 1 sierpnia 1944 roku” z niemiecką „tradycją zamachu na Hitlera” uwłacza pamięci tych, którzy mieli dość traktowania siebie jako „podludzi” i którzy właśnie dlatego chcieli „śmiać się śmierci prosto w twarz”, a potem ze Stenów „prać bez lęku” w „aryjskich nadludzi” – „za kraj, za honor nasz!”.

Jak berlińskie wystąpienie prezydenta RP podważyło prawdę historyczną o Powstaniu Warszawskim, tak ostatnio uchwalone przez polski Parlament i podpisane przez prezydenta RP: tak zwana konwencja „anty-przemocowa” i ustawa o in vitro, oraz przyjęta przez Sejm ustawa „o uzgodnieniu płci” mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło. W 1980 roku na forum UNESCO Jan Paweł II przestrzegał przed taką formą alienacji człowieka, która polega na tym, że przyzwyczaja się on do tego, iż „jest przedmiotem wielorakiej manipulacji”: ideologicznej, politycznej, medialnej, ekonomicznej. Dotyczy to zwłaszcza sfery ludzkiego życia, jego godności i jego poszanowania. Celem tej manipulacji jest odebranie człowiekowi jego podmiotowości i „nauczenia” go życia jako także swoistej manipulacji samym sobą. Jak mówił Papież, zwłaszcza społeczeństwa „o najwyższej cywilizacji technicznej (…) stoją wobec swoistego kryzysu człowieka, polegającego na rosnącym braku zaufania do własnego człowieczeństwa, do samego sensu bycia człowiekiem, do płynącej z tego afirmacji i radości, która jest twórcza. Cywilizacja współczesna stara się narzucić człowiekowi szereg pozornych imperatywów, które jej rzecznicy uzasadniają prawem rozwoju i postępu. (…) W tym wszystkim wyraża się pośrednio wielka systematyczna rezygnacja z tej zdrowej ambicji, jaką jest ambicja bycia człowiekiem. Nie łudźmy się, że system zbudowany na fundamentach tych fałszywych imperatywów, system takich podstawowych rezygnacji, może tworzyć przyszłość człowieka i przyszłość kultury” (tamże, n. 13).

W świetle tych papieskich stwierdzeń, nie ulega żadnych wątpliwości: powstańcy warszawscy nie rezygnowali z prawdy o swoim człowieczeństwie i nie chcieli budować przyszłości Polski na fałszywych imperatywach. Odnosząc natomiast przemówienie Jana Pawła II do wspomnianych ustaw, trzeba uznać je jako jedno wielkie kłamstwo o człowieku, jako poważny błąd antropologiczny, wynikający z odrzucenia klasycznej prawdy o człowieku na rzecz współczesnych, skrajnych, lewackich ideologii. Nawiązując do wiersza Józefa Andrzeja Szczepańskiego pod tytułem Czerwona zaraza, będącego jednym wielkim oskarżeniem czerwonego bolszewizmu, musimy jednoznacznie stwierdzić: obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza. Dlatego też z całą powagą musimy zadać sobie szereg pytań, inspirowanych utworem bohaterskiego „Ziutka”: Ilu z nas widzi w tej zarazie zbawienie dla siebie, a ilu „wita ją z odrazą”? Ilu z nas wie, jak „znowu będzie strasznie potem i powie sobie, że znów z nas zakpili”? Ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak przerażający w skutkach jest jej zamiar, „byśmy legli tu wszyscy pokotem”? Ilu jeszcze naprawdę wierzy, że „nowa zwycięska Polska [mimo wszystko] się narodzi”?

Patrząc na medialną przemoc stosowaną wobec nas i na powszechny głos tak zwanych „autorytetów”, można niekiedy zwątpić w dobrą przyszłość naszego narodu. Pozostaje nam jednak ostateczny fundament – wiara w Boga, który jest Panem dziejów i historii. Naszą refleksję zakończmy więc wierszem księdza Tadeusza Burzyńskiego, który zginął dokładnie 71 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, dosłownie w pierwszej godzinie Powstania Warszawskiego, gdy szedł z posługą kapłańską do rannych powstańców, i którego relikwie od roku spoczywają w naszej łódzkiej Katedrze – wierszem Bezsilny ból: „Wzlecę na skrzydłach w tę dal wysoką/ wzlecę w te błędne, niezmierzone strony/ w zawrotny bezmiar, gdzie mi wskaże oko/ gdzie bytu zagadka – Ten Nieskończony./ Wiara i miłość skrzydłami mi będą/ w locie do słońca, w niebieskie przestworze/ przemierzę przestrzeń w szalonym zapędzie/ przed Tobą padnę, wiekuisty Boże”.

„Jeszcze Polska nie zginęła, póki my…”.

Stanisław Michalkiewicz, Bóle porodowe świetlanej przyszłości

Bóle porodowe świetlanej przyszłości

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    31 lipca 2015
Co z tą Polską? To znaczy – co się dzieje z naszym nieszczęśliwym krajem, co z nim będzie? Nie wiadomo nawet, czy na to pytanie mógłby odpowiedzieć znany z żarliwego obiektywizmu pan redaktor Tomasz Lis, bo przecież wiadomo, że jak trzeba się naprawdę dowiedzieć zarówno co jest, a zwłaszcza – co i jak będzie, to resortowa „Stokrotka” nie wzywa na przesłuchanie pana red. Tomasza Lisa, być może dlatego, że on jej nie podlega, tylko zaprasza pana generała Marka Dukaczewskiego, a gdy sprawa jest poważna – nawet w towarzystwie generała Gromosława Czempińskiego. To znaczy – nie tyle „zaprasza”, bo, jak się wydaje – inicjatywa wychodzi od panów generałów, którzy za pośrednictwem resortowej „Stokrotki” informują opinię publiczną, w co na danym etapie ma wierzyć i czego się trzymać.
Panowie generałowie na pewno mogliby odpowiedzieć na pytanie, co będzie z naszą biedną ojczyzną po decyzji pana Radosława Sikorskiego, który nie będzie już kandydował do Sejmu z okręgu bydgoskiego. Kandydować ma stamtąd pani Teresa Piotrowska z frakcji psiapsiółek pani premierzycy Ewy Kopacz, zwanej potocznie „Koparą” - ale w normalnej sytuacji to nie byłaby dla pana Radosława Sikorskiego żadna przeszkoda. Rzecz w tym, że pan Radosław, akomodując się do kolejnej watahy, złożył był w Berlinie „hołd pruski”, a w podsłuchanej rozmowie dał wyraz swoim wątpliwościom co do korzyści, a raczej co do braku korzyści z przynależności Polski do NATO. Odzyskujące w naszym nieszczęśliwym kraju wpływy Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie takim Zdradkom nie pobłaża, no i stąd kwarantanna, być może nawet dożywotnia.
Na tym tle lepiej rozumiemy wyniesienie pani Beaty Szydło, która - podobnie jak wcześniej Aleksander Kwaśniewski, Hanna Suchocka, a nawet Kazimierz „yes,yes,yes!” Marcinkiewicz – jest absolwentką Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA. Najwyraźniej również pan prezes Jarosław Kaczyński nie ma w Prawie i Sprawiedliwości władzy absolutnej i jego sytuacja jest podobna do sytuacji ewangelicznego setnika, który sprawie „miał pod sobą żołnierzy”, ale sam też był człowiekiem „pod władzą postawionym”. Potwierdza to podejrzenia, że – po pierwsze - w naszym nieszczęśliwym kraju niepodobna być skutecznym politykiem, nie będąc osobą zaufania jakiegoś państwa poważnego, a – po drugie – że rację miał klasyk demokracji Józef Stalin twierdząc, że jeszcze ważniejsza od tego, kto liczy głosy, jest w demokracji prawidłowa alternatywa polityczna dla wyborców. Poznać ją można – jak wiadomo, po tym, że bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane.
Pamiętając o tych spiżowych regułach, możemy pokusić się o odpowiedź na postawione na wstępie pytanie: co z tą Polską? Takie pytania zadawano sobie i dawniej – o czym świadczy choćby słynny wiersz Juliana Tuwima „O tę Polskę, o Ojczyznę najboleśniej zatroskani (Bożesz ty mój miłościwy, co to będzie, moja pani?)”. Nawiasem mówiąc, widać, że tytuł audycji pana redaktora Lisa zatrąca o plagiat, oczywiście plagiat w najlepszym gatunku. Mniejsza jednak o to, bo zatroskanie o Polskę osiąga apogeum nie tylko z powodu rozpoczętej właśnie kampanii wyborczej, ale również ze względu na podpisanie przez pana prezydenta Komorowskiego ustawy o zapładnianiu w szklance, zwanej dla niepoznaki ustawą o zwalczaniu niepłodności. Wprawdzie Konferencja Episkopatu dala wyraz swemu „rozczarowaniu”, a nawet „bólowi”, ale pamiętamy skądinąd, że tam, gdzie „bul”, tam nie wolno tracić „nadzieji”. Toteż Katolicka Agencja Informacyjna tego samego dnia – konkretnie 22 lipca – przyniosła wiadomość, że 6 sierpnia w kościele Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie odprawione zostanie uroczyste nabożeństwo w intencji pana prezydenta Bronisława Komorowskiego i jego Małżonki, „w podziękowaniu za jego służbę narodowi”. Jak wyjaśnił przewielebny ks. Aleksander Seniuk, delegat kardynała Kazimierza Nycza ds. Kultury, jest to odpowiedź na prośby „wielu wiernych”. Przypuszczam, że wśród tych „wiernych” było też sporo „poszukujących”, a nawet „niewiernych” - ale to też nieważne, bo widać gołym okiem, że te wszystkie solenne zaklęcia przeciwko zapładnianiu w szklance, to tylko tak, żeby było ładniej, żeby nikt potem nie powiedział, że sprawę oddano walkowerem, ale tak naprawdę, chodzi o to, by wypić i zakąsić.
Z tego założenia wyszedł także pan Amurat, bohater opowiadania Ignacego Chodźki „Łostaje”. Pan Amurat był muzułmaninem, więc objeżdżający po kweście folwarki nowy kwestarz bernardyn postanowił go ominąć. Ten jednak zatrzymał klasztorną furmankę i przedstawił zakonnikowi propozycję nie do odrzucenia: „na tamtym świecie rozsądzimy się o wiarę, a tymczasem proszę na obiad!” Podobnie i teraz, zwłaszcza, że i z samą „wiarą” sprawa nie jest jasna, bo tego samego dnia, kiedy biskupi dali wyraz „rozczarowaniu”, a nawet „bólowi”, „Tygodnik Powszechny” na tytułowej stronie poinformował swoich mikrocefali, że zapłodnienie w szklance to prawdziwy „dar Boży”. Najwyraźniej prawdy wiary w naszym nieszczęśliwym kraju ustala ten, kto akurat wcześniej wstanie, co tylko potwierdza trafność starego spostrzeżenia, że „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”. Pan Bóg bowiem, jak pamiętamy, jest po stronie silniejszych batalionów, a właśnie zarówno pan minister Siemoniak, reprezentujący u nas obóz zdrady i zaprzaństwa, jak i strategosi z obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, zabiegają o zainstalowanie w naszym nieszczęśliwym kraju jak najsilniejszych batalionów amerykańskich.
Starania te zbiegły się z listem, jaki do sekretarza stanu Johna Kerry’ego wystosowało 46 kongresmanów – żeby skutecznie nacisnął Polskę, by ta zadośćuczyniła wreszcie żydowskim roszczeniom majątkowym w kwocie 65 miliardów dolarów. Czy absolwenci szkoły liderów przy Departamencie Stanu odważą się sprzeciwić takiemu rozkazowi? Jest to raczej mało prawdopodobne, więc dopiero w tym kontekście możemy ocenić wartość komplementów, jakimi od pewnego czasu obsypuje nas pan Jerzy Friedman. Konkretnie – że Polska będzie mocarstwem – co prawda dopiero od 2060 roku, niemniej jednak. Ma być tak: w 2050 roku rozpocznie się wojna od zdradzieckiego uderzenia Japonii na Pearl Har... - to znaczy pardon – jakie tam znowu „Pearl Harbor”! Żadne „Pearl Harbor”, tylko Japonia uderzy na amerykańskie „strategiczne cele w przestrzeni pozaziemskiej”. Potem będzie jeszcze gorzej, bo Turek będzie chciał napoić konie w Wiśle, ale to się nie uda, bo Polskę potężnie wesprze Ameryka, w następstwie czego Polska wyjdzie z tej wojny jako mocarstwo od morza do morza, a nawet – do trzech mórz, ale nie na długo, bo Ameryka, którą wojna jak zwykle oszczędzi, będzie dążyła do równowagi... i tak dalej. To skrzyżowanie hollywoodzkich „Gwiezdnych wojen” z „doktryną elastycznego reagowania” Roberta McNamary z lat 60-tych pokazuje, że świat rządzony jest małą mądrością, bo na razie chodzi o to, by Polska zaangażowała się wojskowo na Ukrainie. Pan Friedman taktownie nie wskazuje, do którego oligarchy mamy przystać na służbę, ale to nic, bo przecież Aleksander Kwaśniewski już przetarł szlaki i w razie czego nasz nieszczęśliwy kraj u swojego pana zaproteguje. Jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej – nawet jeśli Radosław Sikorski na chwilę nas opuści.