środa, 30 maja 2012


"Cud krwi" św. Januarego

     W Neapolu od kilkunastu stuleci, każdego roku ma miejsce nadzwyczajny fenomen, tak zwany "cud krwi" św. Januarego. Męczennik ten został ścięty w 305 r. Jak mówi tradycja, jedna z pobożnych kobiet obecna podczas egzekucji, zebrała do flakonika pewną ilość krwi. Krew Świętego przechowywana jest w specjalnym relikwiarzu. Od tamtego czasu, każdego roku dokonuje się niewytłumaczalny fenomen.Skrzepnięta krew "ożywia się" przechodząc w stan płynny. Badania naukowe wykazały, że jest to prawdziwa ludzka krew, która ma właściwości i zachowuje się jak tętnicza krew żyjącego człowieka.     Ten cudowny znak powtarza się 19 września w rocznicę męczeństwa Świętego, a także w pierwszą niedzielę maja oraz czasami 16 grudnia, z okazji wyjątkowych wydarzeń.
     "Cud" krwi św. Januarego rzuca wyzwanie współczesnej nauce i podstawowym prawom fizyki. Naukowcy stoją przed wielką zagadką, której nie są w stanie wyjaśnić. Zakrzepła, pochodząca z IV wieku ludzka krew, nagle przechodzi w stan ciekły. Na oczach wszystkich zmienia barwę, lepkość, ciężar, objętość. Dokonuje się to dziwne zjawisko w datach stałych lub zmiennych, niezależnie od temperatury, w chłodzie lub cieple, gdy temperatura w katedrze waha się od 5-6° do 30-32° C. Również nie zależy to od napięcia psychicznego tłumu, ponieważ krew często rozpuszcza się nie tylko na oczach tłumów, ale także wobec kilku osób, lub zastawano ją płynną w momencie otwierania kasy pancernej, w której jest przechowywana. Przechodzenie krwi ze stanu skrzepłego w stan płynny jest niezależne od ludzkich pragnień. Odnotowano przypadki, że krew pozostawała w stanie skrzepnienia także po dniach intensywnej modlitwy, maksymalnego napięcia psychicznego tłumu wiernych. Miało to miejsce w 1976 r., w ciągu wszystkich 8 dni wystawienia relikwii.
     Fizycy i hematolodzy są zgodni, że przetrwania krwi przez przeszło 1690 lat w stanie morfologicznie niezmienionym, oraz nagłych zmian w objętości i ciężarze, przechodzenia w stan płynny i powrotu do stanu pierwotnego, tego wszystkiego nie można wytłumaczyć na gruncie nauki. Współczesna nauka nie może dać żadnego przekonywującego wyjaśnienia dla tego tajemniczego zjawiska. Wszystkie próby laboratoryjnego odtworzenia tego fenomenu zakończyły się fiaskiem. Niekiedy krew rozpuszczając się, w imponujący sposób zmienia swoją objętość. Bywa, że pęcznieje i wypełnia cały pojemnik, innym razem zajmuje znacznie mniejszą przestrzeń. Dla naukowców szokujący jest fakt, że czasami zmienia się także ciężar krwi. Również kolor ulega zmianom od jaskrawej do ciemnej lub brudnożółtej czerwieni. Całkowicie wymyka się prawom fizyki także czas przechodzenia ze stanu stałego do płynnego. Czasami bywa, że następuje to w jednym momencie, innym razem trwa ten proces kilka minut lub cały dzień. Podobnie jest z krzepnięciem. Wszystkie te zjawiska są w oczywistym konflikcie z niezmiennymi prawami fizyki. Każdy dobrze o tym wie, że w cieple krew się nie rozpuszcza, lecz twardnieje.
     Analiza spektrograficzna udowodniła ponad wszelką wątpliwość, iż mamy do czynienia z prawdziwą, arteryjną, czystą ludzką krwią, bez żadnych obcych substancji chemicznych.
     Hipoteza dodania jeszcze w średniowieczu do krwi jakiejś substancji, całkowicie upadła dlatego, że badania archeologiczne dowiodły, że ampułki i ich zamknięcia pochodzą z IV wieku i nie ma możliwości innego ich otwarcia jak tylko przez rozbicie.
     Krew św. Januarego w niewytłumaczalny sposób nie podlega normalnie obowiązującym prawom przyrody, bo gdyby podlegała, to już dawno by się zepsuła i zamieniła się w proch.
     Włoski uczony prof. Gastone Lambertini, po wielu latach badań, doszedł do następującego wniosku: "Prawo zachowania energii, zasady, które rządzą żelowaniem i rozpuszczaniem koloidów, teorie starzenia się koloidów organicznych, eksperymenty biologiczne dotyczące krzepnięcia plazmy: wszystko to potwierdza, jak substancja, czczona od wielu wieków, rzuca wyzwanie każdemu prawu przyrody i każdemu tłumaczeniu, które nie odwołuje się do tego, co nadprzyrodzone. Krew św. Januarego to jest skrzep, który żyje i który oddycha: nie jest więc jakąś «alienującą» pobożnością, lecz znakiem życia wiecznego i zmartwychwstania".
     Papież Pius XII nazwał ten fenomen cudem. Jan XXIII przybył specjalnie do Neapolu, aby być obecnym przy cudzie i wyznał, że jest wielkim czcicielem św. Januarego. Arcybiskup Neapolu kard. Corrado Ursi twierdzi, że fenomen "ożywiania" - rozpuszczania się krwi jest bezpośrednio związany z faktem zmartwychwstania Chrystusa. Jest znakiem istnienia życia wiecznego oraz wezwaniem do wiary w zmartwychwstanie Chrystusa i zmartwychwstanie ciał wszystkich ludzi, którzy istnieli na ziemi.
    Św. January dlatego poniósł śmierć męczeńską, ponieważ Chrystus byt dla niego największą wartością. Historycy twierdzą, że męczeństwo miało miejsce w Pozzuoli w 305 roku. Św. January był biskupem Benewentu. Urodził się około 275 r. W czasie prześladowania chrześcijan za cesarza Dioklecjana (234-313) został aresztowany diakon Sossus. Biskup January zdecydowanie zaprotestował przeciwko niesprawiedliwemu uwięzieniu swego diakona. W odpowiedzi namiestnik Drakoncjusz aresztował i skazał biskupa Januarego na śmierć. Został ścięty 19 września 305 r. Podczas egzekucji ś w. Januarego jedna z chrześcijańskich kobiet nabrała do flakoników jego krew, którą do dnia dzisiejszego przechowuje się w katedrze w Neapolu. Relikwie krwi Świętego przechowywane są w katedrze, w kaplicy zbudowanej na początku XVII w. jako dziękczynienie za uratowanie Neapolu od dżumy w 1526 roku. Znajduje się tam kasa pancerna, a w niej misternie wykonany relikwiarz, wewnątrz którego są dwie ampułki pochodzące z IV wieku. Jedna z ampułek jest większa, wypełniona w około dwóch trzecich krwią. Natomiast w mniejszej ampułce krwi jest niewiele. Obie ampułki są zapieczętowane bardzo twardym, liczącym około 16 wieków, mastyksem. Tak więc nie można ich otworzyć inaczej jak tylko przez rozbicie.
     Wszystkie badania naukowe mogły być przeprowadzone tylko za pomocą metody spektralnej.
     Każdego roku 18 września, w wigilię męczeństwa św. Januarego, przed katedrą w Neapolu gromadzą się tłumy ludzi. Na początku czuwania modlitewnego zapalone zostają tak zwane pochodnie wiary. Następnego dnia, wczesnym rankiem, ks. kardynał idzie w procesji do kaplicy i bierze relikwie krwi Świętego, która najczęściej w tym momencie się rozpuszcza. Kardynał niesie relikwie w procesji wzdłuż nawy głównej pokazując ampułki z cudowną krwią. W tym czasie przeszło 10 tysięcy wiernych z radością klaszcze w dłonie. Krew jest w stanie płynnym jeszcze przez 8 następnych dni. Najczęściej na powierzchni pojawiają się pęcherzyki, a więc krew w tajemniczy sposób wchodzi w stan "wrzenia". Osiem dni "cudu krwi" św. Januarego są dniami modlitewnego czuwania. Ludzie żarliwie się modlą, przystępują do spowiedzi, a najważniejszym wydarzeniem jest spotkanie ze Zmartwychwstałym Jezusem w Komunii św. Cud krwi św. Januarego jest więc znakiem pobudzającym do żywej wiary w realną obecność Zmartwychwstałego Pana w Eucharystii. Taki jest ostateczny sens tego nadzwyczajnego znaku - pobudzić do żywej wiary. Kościół uznaje kult świętych relikwii i czuwa nad jego prawowiernością, ale nigdy się oficjalnie nie wypowiedział, i nigdy się nie wypowie, na temat cudu krwi św. Januarego.
     Dziękując Chrystusowi za ten bardzo czytelny znak dany dla umocnienia naszej wiary, pomódlmy się słowami starożytnego hymnu, który jest śpiewany podczas trwania "cudu św. Januarego"
     "Do Świętej Trójcy zanosimy wiele podziękowań za tego wielkiego Świętego, który został nam dany. Rycerzu Jezusa Chrystusa, rozszerz naszą świętą wiarę i daj światło temu, który nie wierzy!" 

poniedziałek, 28 maja 2012


"Tupolew rozleciał się w powietrzu"

Gazeta Polska Codziennie Gazeta Polska Codziennie, wp.pl | dodane (06:15)


fot. AFPMiejsce katastrofy Tu-154
opinie

Rządowy Tu-154M uległ destrukcji na wysokości 36 m nad pasem lotniska – wynika z danych odczytanych w Stanach Zjednoczonych przez producenta amerykańskich urządzeń pokładowych. Te zapisy były znane komisji Millera, zostały jednak ukryte.

Informacje o 13 zarejestrowanych awariach systemów Tu-154M w powietrzu ujawnił prof. Kazimierz Nowaczyk z Uniwersytetu Maryland na spotkaniu z uczestnikami VII Zjazdu Klubów „Gazety Polskiej” w Sielpii.

Prof. Nowaczyk, który przebywa w USA, połączył się z uczestnikami zjazdu poprzez telemost. Przedstawił im najnowsze wyniki badań dwóch urządzeń produkcji amerykańskiej, które znajdowały się na pokładzie tupolewa: TAWS, czyli systemu zapewniającego bezpieczne lądowanie, oraz FMS, czyli komputera pokładowego. Nowaczyk stwierdził, że według dziennika awarii, którym dysponuje producent TAWS, firma Universal Avionic, w momencie wyłączenia się komputera pokładowego system zarejestrował 13 awarii jednocześnie. Według dr. Grzegorza Szuladzińskiego wtedy właśnie nastąpił wybuch na skrzydle.

Amerykańscy specjaliści odczytali jedynie najpoważniejszą awarię. Mogą także rozszyfrować pozostałe, tyle że do tej pory ani komisja Millera, ani rząd, ani prokuratura o to nie wystąpiły. Dlatego w najbliższym czasie do śledczych trafi pismo, by Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która prowadzi śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, wystąpiła do USA o przekazanie wszystkich danych dotyczących zapisów TAWS z firmy Universal Avionic.

Obecny na spotkaniu z klubami „GP” prof. Wiesław Binienda opisał trajektorię lotu tupolewa, którą podał MAK, i zwrócił uwagę, że jest ona sprzeczna z zasadami fizyki. Zakłada bowiem przyspieszenie niemożliwe do osiągnięcia przez 100-tonowy samolot. Jego zdaniem rzeczywisty przebieg lotu znacznie lepiej oddaje trajektoria wyliczona przez prof. Nowaczyka na podstawie wskazań TAWS. Przebiega ona wysoko nad brzozą, która miała rzekomo złamać skrzydło i rozpocząć destrukcję samolotu. Prof. Binienda przedstawił model cyfrowy zderzenia skrzydła z brzozą, który dowodzi, że skrzydło tupolewa ścina brzozę, nie odnosząc przy tym poważniejszych uszkodzeń. Wyliczenia te potwierdził główny specjalista ds. konstrukcji samolotów firmy Boeing dr Wacław Berczyński.

Tadeusz Święchowicz










Ścios o zastraszenia naukowców przez neobolszewików i neohitlerowców

ZACHOWAJ ARTYKUŁPOLEĆ ZNAJOMYM

Gdybyśmy nie posiadali setek innych przesłanek podważających wersję warszawsko-moskiewską – ta jedna – związana z próbami zastraszenia naukowca, powinna wystarczyć. Pozwala ona również dostrzec rodowód środowisk wspierających putinowskie łgarstwa.


METODOLOGIA SOWIECKIEGO ŻOŁDAKA


 
avatar użytkownika Aleksander Ścios

 Pogróżki i listy z obelgami, jakie otrzymuje codziennie profesor Wiesław Binienda, są nie tylko dowodem, że obrońcy kłamstwa smoleńskiego doceniają znaczenie pracy polskiego naukowca, ale świadczą o reakcji całkowicie naturalnej dla proweniencji tych osób.
 Gdybyśmy nie posiadali setek innych przesłanek podważających wersję warszawsko-moskiewską – ta jedna okoliczność – związana z próbami zastraszenia naukowca, powinna wystarczyć. Pozwala ona również dostrzec rodowód środowisk wspierających putinowskie łgarstwa oraz  ocenić wartość merytoryczną ustaleń MAK i tzw. komisji Millera.
W świecie niedostępnym dla Polaków - świecie cywilizowanych reguł – informacje o zastraszaniu naukowca, wywierania na niego wpływu, obrzucania wyzwiskami czy podważania osiągnięć naukowych – wywołałyby nie tylko reakcje mediów i opinii publicznej, ale skłoniły ludzi rozumnych do głębokiej refleksji. Równie mocną przesłankę stanowiłby żenujący spektakl tchórzostwa ze strony tzw. ekspertów komisji Millera, którzy jak jeden mąż odmówili rzeczowej konfrontacji z tezami profesora Biniendy. Wśród ludzi nauki tego rodzaju rejterada zostałaby odebrana jako miażdżąca kompromitacja i zakończyła „karierę” delikwentów.
Nietrudno też zauważyć, z jakich tradycji wywodzi się praktyka zastraszania ludzi nauki. Przez dziesięciolecia stosowali ją komuniści i ich młodsi bracia spod znaku swastyki. Dziś te same metody stosują środowiska bliskie tym zbrodniczym ideologiom.
Można byłoby wspomnieć o dwóch przypadkach stosowania gróźb wobec naukowców, które miały miejsce w ostatnich miesiącach. Pierwszy dotyczył dr Pawła Nowaka z Zakładu Leksykologii i Pragmatyki UMCS, który był biegłym opiniującym na zlecenie sądu znak Narodowego Odrodzenia Polski.  Na podstawie tej opinii, symbole NOP zostały zalegalizowane. Wkrótce potem tzw. aktywiści lewackich organizacji namalowali na drzwiach Nowaka celownik, rozwiesili plakaty wzywające do bojkotu naukowca oraz zaczęli wysyłać do niego anonimowe emaile z wyzwiskami i pogróżkami.
Podobnych działań doświadczył niemiecki historyk polskiego pochodzenia, Grzegorz Rossolinski-Liebe z Uniwersytetu w Hamburgu, autor rozprawy doktorskiej zatytułowanej  "Stepan Bandera: Życie i po życiu ukraińskiego faszysty (1909-2009)".
W marcu br., pod patronatem ambasady niemieckiej oraz Fundacji Heinricha Bölla historyk zaplanował na Ukrainie cykl wykładów w trzech miastach uniwersyteckich. Jednak na tydzień przedtem, wszystkie wykłady zostały odwołane, zaś Rossolinski-Liebe stał się obiektem gróźb telefonicznych i mailowych, na tyle poważnych, że po przybyciu do Kijowa objęto go opieką ambasady niemieckiej 
Podobnej metody „dyskusji naukowej” doświadczył dr Kazimierz Nowaczyk. Nie tylko cenzurowano jego teksty na „niezależnym” Salonie 24 i grożono mu w korespondencji emailowej.  Do dziś nie wyjaśniono przyczyn groźnej choroby, na jaką zapadł dr Nowaczyk  po powrocie z Brukseli w marcu br., gdzie brał udział w prezentacji przygotowanej przez komisję Antoniego Macierewicza.
Dla uzupełnienia obrazu, należałoby jeszcze przypomnieć o klasycznej próbie wykorzystania organów ścigania w celu zastraszenia niepokornych naukowców. Doświadczyli jej dr Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk – autorzy książki "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii", którym prokuratura zamierzała postawić zarzut ujawnienia tajnych dokumentów. 
W działaniach tych można było dostrzec inspiracje wynikające z instrukcji płk. Komorowskiego z Wydziału IV Departamentu III MSW skierowanej do Naczelników Wydziału III KWMO, KMMO, KSMO z dn.20 marca 1973, w której zalecano poddanie „wnikliwej ocenie przygotowywanych do wydania prac, szczególnie opracowanych przez osoby znane z wrogiego stosunku do PRL i socjalizmu oraz wywodzące się ze środowisk wrogich.
Wszystkie, tego rodzaju zdarzenia nieomylnie wskazują na źródło inspiracji. Jest nią zawsze systemowa nienawiść wobec prawdy, wsparta na mentalności sowieckiego żołdaka. Ten bowiem nie zawracał sobie głowy dysputami akademickimi ani subtelnościami logiki i  rozstrzygał wszelkie spory według uniwersalnej „metody naukowej” - strzałem w tył głowy.
Gdy nie da się dłużej zamilczeć głosu wybitnego naukowca, pozostają zatem prymitywne drwiny lub haniebna ucieczka. Kiedy  nie sposób zakrzyczeć faktów lub ukryć własnego zaprzaństwa - sięga się po groźby i wyzwiska.
Gdy nadejdzie czas prawdy i poznamy wszystkie okoliczności tragedii smoleńskiej  - po jakie metody sięgnie wówczas grupa rządząca? 
Cytowane za: blogmedia24.pl

niedziela, 27 maja 2012


To już nie „nieuki z Ameryki” mówią o pancernej brzozie. Brak debaty naukowców będzie koronnym dowodem przeciwko rządowi


Naukowcy, doktoranci i studenci polskich wyższych uczelni technicznych zebrani na Uniwersytecie Jagiellońskim w dniu 23 maja 2012 r., po zapoznaniu się z badaniami prof. Wiesława Biniendy z Uniwersytetu w Akron Ohio USA dotyczącymi technicznych aspektów katastrofy smoleńskiej Tu-154M w dniu 10 kwietnia 2010 r. stwierdzają, że przesądzają one w sposób ostateczny, iż gdyby skrzydło samolotu uderzyło w brzozę, to z pewnością przecięłoby ją nie naruszając zdolności nawigacyjnych samolotu. Oznacza to, że katastrofa ta nie mogła zostać spowodowana na skutek ułamania skrzydła samolotu przez brzozę.
-piszą naukowcy z Instytutu Mechaniki Budowli Politechniki Krakowskiej, Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego, Wydziału Inżynierii Metali i Informatyki Przemysłowej Akademii Górniczo-Hutniczej, Instytutu Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Wydziału Geomechaniki, Budownictwa i Geotechniki Akademii Górniczo-Hutniczej. Nawet najbardziej zacietrzewieni obrońcy skompromitowanego raportu Millera nie mogą przejść obojętnie obok tego oświadczenia. To już bowiem nie tylko „nieuki z Ameryki”, jak wyraził się o nich czołowy polityk PO, przekonują, że Tupolew nie mógł się rozbić o brzozę (chyba, że była ona pancerna albo twarda jak głowy pisofobów). Oświadczenie polskich naukowców jest przełomowe z dwóch powodów.
Po pierwsze- ludzie ci kładą na szali swój własny dorobek naukowy. Różni się to od działań Polaków z USA, bowiem za oceanem naukowcy pracują w normalnych warunkach, gdzie naukowcowi wolno prowadzić nawet najbardziej kontrowersyjne badania i nie jest za to wyszydzany. Polska jest krajem postkolonialnym i rządzonym przez sitwy więc naukowcy boją się z nich wypaść. Nieczęsto decydują się oni na wyjście poza główny nurt ideologii panującej na uczelni (patrz: lustracja) w obawie przed szaleńczym, antypisowskim klimatem jaki panuje w Polsce. Potwierdzenie tez prezentowanych przez człowieka pokroju Macierewicza, skutkuje otrzymaniem łatki „pisowca”. Jest to określenie, które w wielu kręgach powoduje niemal odczłowieczenie. Trudno jest egzystować w świecie nauki nie będąc pokropionym wodą nieświęconą z Czerskiej. Oświadczenie naukowców z najbardziej prestiżowych polskich uczelni w sprawie przyczyn katastrofy dowodzi, że ci ludzie są pewni swoich tez. Prezentując je naprawdę wiele ryzykują.
Po drugie- oświadczenie naukowców powinno zmusić ekspertów komisji Millera do publicznej debaty z naukowcami z polskich uczelni. Do tej pory takiej chęci nie było (nie licząc jednego chlubnego głosu eksperta od Millera). Pamiętamy w końcu nie przystające ludziom nauki odpowiedzi Janowi Pospieszalskiemu, który zapraszał ich do debaty z prof. Wiesławem Biniendą. „Nie chciałbym uczestniczyć w takich spektaklach politycznych”- powiedział jeden z ekspertów. Inni mówili o „braku czasu”. Uciekanie przed debatą z naukowcami z polskich uczelni będzie nie tylko dowodem na dezercję przed prawdą. Takie zachowanie może oznaczać kolaborację z największym kłamstwem w historii III RP. Nawet jeżeli odmowa wspólnej debaty będzie teraz pięknie pijarowo opakowywana i zagłuszana przez rządowych dziennikarzy, to nie da się jej zupełnie zamieść pod dywan. Jest to już niemożliwe.
Niejednokrotnie pisałem, że nie wierzę w zamach w Smoleńsku. Wciąż nie dostrzegam koronnego dowodu, która potwierdziłaby taką tezę. Bez wątpienia Rosjanie zachowują się jakby dokonali zamachu i robią to z wyrachowaniem. Putin woli być przez świat postrzegany jako morderca niż jako przywódca rozklekotanego kraju. Istotne jest więc nie to co robią Rosjanie, a działania polskich decydentów. Ostatnie wydarzenia coraz mocniej przybliżają mnie do wersji prezentowanej przez moich przyjaciół, którzy prowadzą śledztwo dziennikarskie w tej prawie. Naprawdę ciężko jest zrozumieć postawę polskich władz i polskich śledczych. Oczywiście nie można zapominać, że prowadzący śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej wojskowi prokuratorzy postanowili poprosić o spotkanie profesora Wiesława Biniendę. Nie wiadomo jednak czy nie ma być to spotkanie „na odczepnego”. Spotkanie z profesorem z amerykańskiej uczelni zostało zresztą wymuszone przez coraz mocniej rozgniewaną opinie publiczną, która zaczyna dostrzegać kłamstwo jakie jej się wciska. Skandaliczny brak dopuszczenie do zwłok ofiar katastrofy wybitnego amerykańskiego patomorfologa Michaela Badena pokazało, że śledczy przestają racjonalnie się zachowywać. Następnie mieliśmy do czynienia z tchórzliwym wymigiwaniem się ekspertów Millera od debaty z ich czołowym polemistą. Te dwa zdarzenie pokazały kompletnie nieracjonalne działanie władz.
Jeżeli eksperci od Millera i rządzący są pewni swoich tez, to po prostu powinni zrobić publicznie miazgę z „naukowców od Macierewicza”. Czy jest to problem? W końcu to oni mieli dostęp do nielicznych dowodów, o badaniu których niezależni naukowcy mogą tylko poważyć. Mają więc przewagę. Czego się boją? Dlaczego raz i dobrze nie chcą skompromitować „nieuków z Ameryki”? Takie show miałoby ogromną oglądalność. Nie wierzę, że chodzi jedynie o potrzebę trzymania rozwścieczonego Kaczora, którym można straszyć w przypadku spadających sondaży.Publiczne skompromitowanie „zwolenników spiskowych teorii” byłoby najlepszym prezentem dla Tuska, który mógłby mieć kolejne igrzyska po Euro. Władza może się ponownie wykazać. Na ring wyszli polscy naukowcy z najlepszych polskich uczelni. Co zrobią polscy decydenci? Podejrzewam, że będą chcieli zamilczeć prawdę. Trudno ją będzie zakrzyczeć.


piątek, 25 maja 2012

Wyjątkowa kobieta z Nazaretu





Wyjątkowa kobieta z Nazaretu uczy mężczyzn24.05.2012

Fakt Bożego macierzyństwa Maryi jest zarzewiem kulturowej rewolucji. W patriarchalnym społeczeństwie pojawiła się kobieta, która w niedościgniony sposób zdystansuje wszystkich mężczyzn świata - mówi dominikanin, teolog i miediewista o. Paweł Krupa


MARIUSZ MAJEWSKI: Zacznijmy prosto z mostu: czy Matka Boża, którą stawia się często za wzór kobietom, może czegoś nauczyć mężczyzn?

PAWEŁ KRUPA OP: Pozwoli pan, że zacznę od pewnej historii. Otóż byłem kiedyś w gościnie u znajomej, która miała dwóch synów, wtedy jeszcze zupełne dzieciaki. W pewnym momencie jeden z malców czmychnął do łazienki, a jego mama poszła po coś do kuchni. Nagle z przedpokoju dobiegł mnie jej podniesiony głos: „Wstawaj, na stojąco rób, jak chłopaki, żadnego siadania!”. Chwilę potem, widząc moje osłupienie, wyjaśniła podenerwowana: „No co, uchylone było, to zajrzałam. Ojca nie ma w domu całe dnie, ktoś go musi przecież nauczyć sikać”.

Ja też osłupiałem.

- Tak? Ręczę panu jednak, że ta historia związana jest bezpośrednio z tematem naszej rozmowy. Kiedy zastanawiałem się nad pytaniem postawionym przez redakcję „W drodze”, o to, co Matka Boża ma do zaproponowania mężczyznom, to pomyślałem sobie, że znowu jakaś kobieta ma mnie czegoś uczyć. Od kołyski do matury same „edukatorki” — mężczyzn jak na lekarstwo. Nawet sikać nas uczą! Czy jest zatem sens stawiać mężczyźnie za wzór kolejną kobietę? Czy to nie za dużo? Czy oni to zniosą? Kiedyś może było inaczej, ale dziś Maryja tonie w fali sfeminizowanego życia.

A jednak, choćby w średniowieczu, które ojciec tak lubi, a także później, pobożność maryjna kształtowała również mężczyzn.

- Kiedyś postać Maryi odgrywała rolę edukacyjną w sposób oczywisty, jakby naturalnie, bo Matka Boża na gruncie duchowym uczyła tego, czego kobiety uczyły ówczesnych mężczyzn w życiu codziennym: delikatności, dobrych manier, bezinteresownego szacunku. Mężczyzna przy kobiecie miał okazję wykształcić i rozwijać cechy rycerskie. Wie pan, że niektórzy możni panowie mieli przywilej wjeżdżania do kościoła na koniu? Niech pan to sobie teraz wyobrazi: zajeżdża taki wielmoża butny koniem przed ołtarz, a tam z figurki patrzy na niego z politowaniem subtelna i delikatna Matka Boża. To było jak orzeźwiający powiew łagodności w brutalnym świecie wojowników. Nie zapominajmy, że określeniem, którego Kościół najchętniej wtedy w odniesieniu do siebie używał, było „Ecclesia Militans” — Kościół walczący: przeciw grzechowi, heretykom, Saracenom, i ta postawa Maryi znakomicie zmiękczała tę twardą wspólnotę, zdominowaną przez uzbrojonych mężczyzn, którzy nawet łagodnego Pana Jezusa, na jednej z bizantyjskich mozaik, ubrali w strój rzymskiego żołnierza, krzyż kazali nieść jak włócznię, a księgą Słowa osłaniać się jak tarczą. Le Christ chevalier ... to może ładnie brzmi, ale jest trochę niezręczne jako metafora.

Wielkie nabożeństwo do Matki Bożej mieli także mnisi.

- Duchowni, w tym także mnisi, byli kształtowani, jak wszyscy mężczyźni, przez etos rycerski, który dwóm kobietom — matce i damie serca — nakazywał cześć i wierność absolutną. Matka Boża doskonale łączyła w sobie obie te funkcje. Z jednej strony przypominała ziemską matkę, ku niej kierowała myśl, będąc jednocześnie matką wszystkich wierzących, a z drugiej strony wchodziła ze swoją czystą, choć niepozbawioną emocji kobiecością w życie mężczyzny, który decydował się na samotność dla Chrystusa.

To wszystko czas przeszły. Czy edukacyjna rola Maryi w tym wymiarze, o którym mówimy, to już historia?

- Zmiana dokonała się na naszych oczach, a związana jest ze zmianą miejsca kobiet w społeczeństwie europejskim. Kobiety podjęły słuszną i skuteczną walkę o swoje prawa i odniosły niewątpliwy sukces. Jednocześnie zaczęły się w jakiś sposób do mężczyzn upodabniać, a ci ostatni również poszli w kierunku równości, by nie rzec identyczności płci, odchodząc konsekwentnie od modelu wzbogacającej się nawzajem komplementarności. Dlatego dzisiejszy feminizm jest doskonałą ilustracją zjawiska „opóźnienia”, jakie często spotykamy w historii idei. Na przykład pod koniec XIV wieku na Uniwersytecie w Paryżu w teologicznych traktatach i dysputach walczono z tezami nominalizmu, choć nie udało się odnaleźć w tym okresie żadnego myśliciela, który by owe tezy jawnie i wprost popierał. Po prostu wyrobił się pewien usus intelektualny, takie miejsce wspólne, które wciąż tradycyjnie powielano. Podobnie dzisiejsze feministki walczące z „maczyzmem” i rządami supersamców według mnie są kompletnie zapóźnione. No bo gdzie są ci samcy?! W przestrzeni popkultury na jednym biegunie pomykają kruche emocjonalnie bawidamki, trochę tylko mniej wydepilowane od swoich koleżanek, a na drugim zalegają niedomyte, opite piwskiem grubasy w stylu Ferdka Kiepskiego. I to mają być godni przeciwnicy feministek? Przecież tu nie ma z kim walczyć — śmiech na sali! Dzisiejszy feminizm w Europie na kilometr trąci anachronizmem. Powiem więcej: w interesie Europejek leży nie tyle walka z mężczyznami, ile walka o nich. Bo giną.

A wracając do tematu: edukacyjna rola Maryi jako mistrzyni rycerstwa skończyła się wraz ze śmiercią ostatniego rycerza.

Czas rycerzy skończył się bezpowrotnie...

- Oczywiście, zanika sztuka kształtowania w młodych chłopcach, a później mężczyznach rycerskości i szacunku wobec słabszych, uciskanych, w tym także kobiet. Nawet zwykłej kultury mało kto już dziś uczy. Pewna pani opowiadała mi historię, która przydarzyła jej się podczas podróży koleją. Było lato, dość gorąco, pełno ludzi. W pewnym momencie jedyny mężczyzna w przedziale pyta: „Przepraszam bardzo, czy pozwolą panie, że zdejmę marynarkę?”. Ona mało nie zemdlała z wrażenia. Bo, proszę pana, jej koledzy buty przy dziewczynach ściągają, nie pytając o pozwolenie, a tutaj gentleman pyta, czy może zdjąć marynarkę. Jakby nie z tej epoki. I chyba to jest to. Jej koledzy to dzieci, wieczni chłopcy, w których między emocjami a czynami nie istnieje żaden bufor, żadna przegroda rozumu, opanowania czy rozwagi. Co w sercu, to na widelcu! Maryja nie będzie dziś uczyć delikatności czy męskiej subtelności facetów, którzy od dzieciństwa są wychowywani w cieple i którym jakiekolwiek wymaganie, nakaz czy obowiązek wydają się atakiem na ich wolność. A jeśli to kogoś razi, to tym gorzej dla niego.

Maryja była Matką Jezusa, czyli Boga i człowieka. Czy trudność odnoszenia się do Niej jako wzoru nie wynika także z tego specjalnego posłannictwa?

-Z pewnością. Chociaż fakt Bożego macierzyństwa Maryi jest dla naszej kultury nie tyle ciężarem czy przeszkodą, ile zarzewiem kulturowej rewolucji. W starożytności uznawano, że w procesie prokreacji kobieta jest rodzajem inkubatora, w którym mężczyzna składa nasienie, czyli coś, co będzie człowiekiem. W kobiecie to coś miało jedynie dojrzeć, on był aktywny, ona pasywna. Na tym w pewien sposób opierało się także rozumienie ról społecznych mężczyzny i kobiety. Zgodnie z tym poglądem mężczyzna dawał dziecku zarówno ciało, jak i całe jego człowieczeństwo. W wypadku Jezusa nie mogło się tak stać, bo Jezus nie miał ziemskiego ojca, Jego cielesność dana Mu została przez Matkę, która wypełniła niejako to, co w świadomości ludzi tamtej epoki było domeną mężczyzn. Czy zdaje pan sobie sprawę, co to za rewolucja? W patriarchalnym społeczeństwie pojawia się kobieta, która w niedościgniony sposób zdystansuje wszystkich mężczyzn świata. Chwała Bogu, że Pan Jezus wcielił się w ciało mężczyzny i trochę powodów do dumy nam, facetom, zostawił! Narodziny Jezusa oznaczały w tym kontekście mniej więcej tyle, że oto istnieje przynajmniej jedna kobieta na świecie, która dała dziecku to, co zwykle daje wyłącznie mężczyzna. Nieprawdopodobne. Nagle w religii, w której nie było kapłanek, pojawia się kobieta, która jest między uczniami Jezusa, mało tego — zajmuje tam szczególne miejsce i jest Matką Tego, którego nazywają Nauczycielem i Mistrzem. A jednocześnie wcale się nie stara któregokolwiek z Apostołów zastępować, a tym bardziej wysadzać z siodła. Gdyby nie tajemnica Wcielenia, nie byłoby mowy o żadnym równouprawnieniu, równości, komplementarności. Byłyby absolutne rządy facetów i basta.

Może więc mężczyźni żyjący w XXI wieku mogą się czegoś nauczyć od Maryi?

- Po pierwsze, Maryja uczy nas troski o to, co wypełnia naszą codzienność. Jako mężczyźni świetnie się czujemy w świecie idei, abstrakcji. Jesteśmy genialnymi strategami, potrafimy snuć śmiałe wizje. Kobieta widzi codzienność i najważniejsze potrzeby w życiu otaczających ją osób. Na weselu w Kanie Galilejskiej to Maryja dostrzegła podstawowy brak, czyli brak wina. I znów przypomina mi się rodzinna historyjka. Moi znajomi mieli bardzo zdolnego syna. Mądry nad wiek, niezwykle utalentowany i pracowity. W wieku 12—13 lat pisał wiersze na naprawdę niezłym poziomie, poruszające takie kwestie, których nikt by się u młodego chłopca nie spodziewał. Kiedyś siedzimy z jego ojcem, on pokazuje mi kilka wierszy syna i pyta, co o tym sądzę. Dyskutujemy o talencie chłopaka, który coraz bardziej pąsowy z zadowolenia siedzi sobie w kąciku. W tym momencie w drzwiach staje matka i mówi: „A schody dalej niepozmywane, od trzech dni proszę, bezskutecznie”. Już, już miałem sobie pomyśleć coś o przyziemności kury domowej, kiedy nagle zrozumiałem, że ona przecież tymi słowami ratuje w swoim synu normalność, przywraca mu kontakt z rzeczywistością, a przede wszystkim kieruje jego uwagę na proste potrzeby otoczenia, czyli rzeczy, o których łatwo zapomnieć, gdy pofrunie się szlakiem górnolotnych idei. Maryja tego właśnie uczy. Facetom bardzo tego potrzeba.

Dziwne jest to, co ojciec mówi, bo czyż to nie mężczyzna właśnie jest konkretny, zdecydowany i praktyczny, a kobieta krucha, zagubiona, pełna wahań?

- Nieprawda. To mężczyźni są teoretykami, barowymi filozofami i kombinatorami. Kobiety mają w sobie jakąś nieomal cielesną prostotę. Proszę zauważyć jak mało jest kobiet filozofów, jak niewiele ich jest w naukach teoretycznych. Tak jakby mężczyźnie łatwiej było oderwać się od konkretu i zająć abstrakcją. I to jest cudowne! Cudowne jest, że nie jesteśmy tacy sami i że tacy nie będziemy, ale jedni od drugich możemy się czegoś uczyć.

Jak często kobieta słyszy od mężczyzny, który od niej odchodzi, że on nie może z nią być, bo ona jest taka cudowna, że on na nią nie zasługuje. Odchodzę od ciebie, bo nie jestem ciebie wart. Która kobieta zrozumie taką logikę? Żadna. Kochasz mnie, to ze mną bądź, a nie kombinuj! A my, faceci, znakomicie rozumiemy takie meandry i chętnie się w nich gubimy.

Gdzie szukać przyczyny tej różnicy?

- Pisałem o tym kiedyś na łamach „W drodze”. Za św. Hildegardą z Bingen wróciłbym do samego początku, czyli do momentu stworzenia. Przyjrzyjmy się, jak zostali stworzeni mężczyzna i kobieta. Mężczyzna został stworzony z gliny. Z tego, co niskie, ciężkie i zimne, czyli z wody i z ziemi, które — wedle kosmologii starożytnej — wraz z gorącym ogniem i lekkim powietrzem tworzą zbiór składowych elementów wszechświata. Natomiast kobieta została stworzona z żebra mężczyzny, z ciepłego, tętniącego życiem ludzkiego ciała. Hildegarda w tym właśnie widzi pierwszą przyczynę różnorodności kobiet i mężczyzn. To doskonały metaforyczny skrót męskiej i kobiecej osobowości. Mężczyzny, który wobec tego, co cielesne i materialne, jest „jakby z zewnątrz”, i kobiety, która porusza się w środowisku ciała naturalnie i z prostotą. Na widok głodnego człowieka mężczyzna ma ochotę napisać traktat o niesprawiedliwości społecznej albo wywołać wojnę. Kobieta natomiast zagląda do kuchni, aby sprawdzić, czy nie zostało jej coś z obiadu.

Czy wyjątkowa pozycja Matki Bożej nie odsuwa jej jakoś od nas, nie czyni odległą?

- O Maryi trzeba mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę — wtedy Jej historia jest dla nas źródłem umocnienia i nadziei. Nie można przechodzić w milczeniu obok tajemnicy macierzyństwa Maryi czy niepokalanego poczęcia, ale nie możemy też nie widzieć, że jest Ona po prostu jedną z nas. Nie jest ani postacią historyczną z zamierzchłej epoki, ani mitem czy alegorią. A tymczasem my trochę tak właśnie Ją przedstawiamy: jako bohaterkę przeszłości albo uniwersalny mit. W obu przypadkach można Ją podziwiać, ale trudno w jakikolwiek sposób naśladować. Tak mało mamy przedstawień Maryi piorącej Jezusowi pieluszki. Jeśliby nasze wyobrażenie o Maryi oprzeć jedynie na świętych obrazkach, to wyszłoby na to, że większość życia spędziła, klęcząc przy żłóbku i unosząc się w chmurach. A przecież robiła to, co każda matka robi przy dziecku. Wracając zaś do mężczyzn, to sądzę, że odmitologizowanie Maryi pomogłoby im spojrzeć na Nią realnie, jak na przewodniczkę, a nie jedynie kolejny kobiecy ideał o tyleż piękny, co nieprawdziwy, a w każdym razie odległy.

Czego jeszcze brak współczesnym mężczyznom, a czego śmiało mogą się nauczyć od Maryi?

- Milczenia. Oczywiście, że dotyczy to zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Mam jednak wrażenie, że ostatnio mężczyźni stali się bardzo rozgadani. Plotkują, obgadują, popisują się, przelewają potoki pustych słów, przechwałek, głupich żartów. Czasem jest to wprost nie do zniesienia. A Maryja? Ona milczy i rozważa. Wśród zgiełku stara się znaleźć sens. "Si tacuisses"... szkoda, że w szkołach nie uczy się już dzisiaj łacińskich maksym.

Maryja uczy też cierpliwości. Zauważył pan, jak często i jak długo czekamy w życiu na różne rzeczy? A tymczasem świat nas pogania, bo sam leci bez opamiętania do przodu. Nam, mężczyznom, bardzo potrzeba cnoty cierpliwości. Przede wszystkim wobec nas samych, wobec naszych słabości, z którymi wciąż się zmagamy. Łatwo wygrać bitwę — wystarczy trochę brawury. Ale do wygrania wojny potrzeba tony cierpliwości. Potrzeba jej także do innych. Przykładów, zwłaszcza jeśli ktoś prowadzi samochód po warszawskich ulicach, można by mnożyć na pęczki.

Powiedzieliśmy już, że Maryja może uczyć mężczyzn delikatności, ogłady, milczenia, cierpliwości czy troski o zwykłą codzienność. A w dziedzinie wiary?

- Zaangażowania w sprawy Boga i ludzi. Takiego prawdziwego, ludzkiego, czyli pełnego obaw, ale też gotowego do przekroczenia siebie. Ujmując to bardziej dosadnie, Maryja może pomóc mężczyznom skrócić okres noszenia krótkich spodenek. Dzisiaj to zjawisko jest coraz bardziej widoczne w naszym kręgu kulturowym i nie tylko. Mężczyźni chcą za wszelką cenę przedłużyć okres beztroskiej młodości i — jak długo się da — uciekać od odpowiedzialności. Zauważmy, że zadanie, które otrzymała Maryja od Anioła Pańskiego musiało Ją nieźle wystraszyć. A jednak je podjęła. Dorosła. Wzięła na siebie misję. Taka postawa we współczesnej, infantylizującej się Europie jest na wagę złota. To dla nas, mężczyzn, prawdziwe wyzwanie. I nie ma co grymasić, że ukazuje nam to kobieta. Bo uczy nas cechy bardzo męskiej, na którą z utęsknieniem czekają otaczające nas kobiety — odpowiedzialności.

Trudne słowo...

- Niełatwe, to prawda. Ale też nie jesteśmy sami wobec naszych zadań. I to jest ostatnia lekcja Maryi dla mężczyzn, o jakiej chcę wspomnieć. Przeczytałem ostatnio po raz kolejny fragment z "De fide orthodoxa" Jana z Damaszku mówiący o tym, że Maryja została oczyszczona od wszelkiej zmazy, aby stać się Matką Chrystusa, i dana Jej została od Boga łaska przyjęcia w siebie bóstwa Słowa, drugiej Osoby Trójcy Świętej. Czytałem to zdanie wiele razy, bo cytuje się je nieodmiennie w sporach o Niepokalane Poczęcie Maryi, jednak teraz po raz pierwszy uderzyła mnie druga jego część. Maryja nie byłaby w stanie przyjąć w siebie bóstwa Logosu, gdyby nie otrzymała takiej łaski. Ona nie jest skarbonką, do której przypadkowo wpadła złota moneta, bo to, co miała przyjąć, przekraczało ją w sposób niewyobrażalny. A jednak się to stało.

Myślę o wielu mężczyznach, którzy żyją w przekonaniu, że nałożone na nich lub podjęte przez nich dobrowolnie zadania przekraczają ich siły, którzy się boją, że nie dadzą rady, którzy mają ochotę zrejterować. Takie myśli i uczucia goszczą często w męskich sercach, tylko nie lubimy o nich mówić. Mam ochotę powiedzieć tym moim braciom: nie bójcie się! Popatrzcie na Maryję. Jeśli Bóg postawił was przed trudnym zadaniem albo jeśli podjęliście się w Jego imię czegoś, co teraz wydaje się ponad siły — ufajcie! On dał Maryi moc przyjęcia bóstwa i stania się naprawdę Matką Boga. On da wam moc uniesienia zadań, które stoją przed wami. On was nie opuści. On będzie w was siłą i mocą do działania. Tego uczy nas — czasem zmęczonych, czasem przestraszonych facetów — ta wyjątkowa kobieta z Nazaretu.

Rozmawiał Mariusz Majewski

*o. Paweł Krupa — ur. 1965, dominikanin, historyk mediewista, filozof, teolog. Studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, od 1997 roku członek "Commissio Leonina" przygotowującej krytyczne wydanie dzieł św. Tomasza z Akwinu, dyrektor Instytutu Tomistycznego w Warszawie. Powyższy wywiad ukazał się pierwotnie w ostatnim numerze magazynu "W drodze".



Ilustracja: fragment obrazu "Maria czytająca" Lorenzo Costy (I poł. XVI wieku)

środa, 23 maja 2012

Przewrotne żale do Kościoła


Przewrotne żale do Kościoła




Ks. prof. Czesław S. Bartnik



Pewne grupy i społeczności zgłaszają, zwłaszcza po roku 1989, rozmaite żale pod adresem Kościoła polskiego, ale i powszechnego, nie tylko co do drobnych spraw ludzkich, ale i co do samej sakramentalnej struktury Kościoła. Przy tym słowo "żale" jest chyba zbyt łagodne, u wielu jest to wprost wściekła nienawiść, za którą idą nie tylko słowa, ale też czyny, dawniej trochę skrywane, dziś już otwarte i niemal stałe. Spróbuję tu wskazać niektóre ważniejsze żale.
1. Katolicy polscy po roku 1989 długo milczeli, obserwując nagłaśniane pretensje i zaczepki. Redaktorzy pism katolickich chcieli kierować się uprzejmą dyplomacją i napominali naszych piszących: "nie drażnić", "chować pazurki", "dać przykład kultury", "rozwijać przyjazny dialog". W pewnym momencie i mnie wykreślono zdanie, że za zamachem na Papieża Jana Pawła II stoją służby sowieckie. Jednak po dłuższym czasie okazało się, że te gesty tylko rozzuchwaliły "krytykantów" i otwartych już nieprzyjaciół. Obnażyli się oni bardziej dopiero po wystąpieniach niektórych księży biskupów. Kiedy przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski ks. abp Józef Michalik zaczął trafiać w sedno rzeczy w swych wystąpieniach, to wielu z tych krytykantów rzuciło się na niego. Mówi on ciepło, spokojnie i w duchu dialogu, że Kościół w Polsce jest już prześladowany, obserwujemy wobec niego przejawy nienawiści, demokracja polska jest pozorna, katolicy polscy są dyskryminowani i eliminowani z życia publicznego, czyni się z nich getto społeczne, zwalczane są poglądy inne niż liberalne, szkoła kradnie katolikom dzieci, komuniści - ożywający - kradną Narodowi historię, Telewizja Trwam i Radio Maryja są prześladowane, bo nie wyznają liberalizmu i nie wychwalają rządu, władze popierają, a nawet same szerzą laicyzację, a główne media publiczne są nieobiektywne i stronnicze, dziennikarze krytyczni są usuwani. Nadszedł więc znowu czas, kiedy Kościół polski musi się mocno bronić, żeby nie dać się zniszczyć, a także żeby osłaniać Naród, jego kulturę, tradycję i historię, bo to wszystko jest dziś zagrożone ze strony mało odpowiedzialnych władz i wielu harcowników liberalistycznych. 2. Wzorem rewolucji francuskiej, bolszewickiej, hiszpańskiej i innych główny atak idzie na duchowieństwo w założeniu, że jego zniesławienie i rozbicie spowoduje upadek całego Kościoła. Posługując się fałszywie hasłem równości i jedności, zarzucają najpierw Kościołowi, że dzieli on społeczeństwo: na wierzących i niewierzących, na dobrych i złych, na ateistów i "inaczej wierzących", na Polaków i Żydów, na patriotów i zdrajców, na duchowieństwo i świeckich. Miałby to robić przykładowo w sprawie krzyża przed Pałacem Prezydenckim i dlatego słusznie został on usunięty. Poza tym Kościół potępia krwawych rewolucjonistów francuskich, bolszewickich, a także zbrodnie niemieckich nazistów, ale nie wyjawia swoich wielkich przewinień i grzechów. I w ogóle śmie się bronić przed zarzutami, zamiast ukorzyć i dogłębnie zreformować. Przecież - powiadają - Kościół winien traktować wszystkich ludzi równo i jednakowo, i to w każdej dziedzinie, takie same prawa powinien w nim mieć ateista i katolik, który z nim dialoguje.
I oto widzimy, jakie spustoszenie umysłowe sieje ateistyczny liberalizm, tak że żaden rozumny dialog nie jest możliwy. Została zanegowana wszelka rozumność. Zatarta została bowiem różnica między prawdą a nieprawdą, dobrem a złem, bytem a nicością. Miejsce zdrowej myśli zajęło uczucie nienawiści do innych, zwłaszcza do ludzi religijnych. 3. Ksiądz Józef Tischner, zwolennik pewnego liberalizmu, powiedział kiedyś, że "Kościół polski nie może się odnaleźć w wolności", tzn. w wolnym, demokratycznym państwie, do którego nie umie się dostosować, bo sam ma strukturę trochę totalitarną. Tę niesłuszną tezę podjęła owa grupa "reformatorów" Kościoła i innych krytykantów. Według nich, Kościół po uzyskaniu wolnego państwa miałby "się przewrócić". W stanie wojennym był - mówią - otwarty dla wszystkich obywateli, wszystkich przygarniał, nie pytał o religię, wiarę czy światopogląd, był braterski i w demokratycznej opozycji. Często stawał przed wojskowymi w obronie internowanych i wyrzucanych z pracy. Po roku 1989 stał się zamknięty w sobie, ekskluzywny, odpychający, mentorski, potępiający, osądzający i walczący o swoje przywileje, wpływy i majątki.
I tak oto ludzie ci nie byli łaskawi zauważyć, że to oni zdradzili przyjaciela, okazali się w dużej mierze koniunkturalistami i niekiedy zwykłymi oszustami. Można by tu podać wiele konkretnych nazwisk osób dziś wiele znaczących. Kościół się nie zmienił, tylko oni się odkryli. Po roku 1989 bądź kontynuowali marksizm w postaci postkomunizmu, bądź przyjęli ateizujący liberalizm; obnażyli swoją wrogość wobec Kościoła, chcieli, żeby się pozbył swojej tożsamości, żeby się wtopił w świat laicyzacji, żeby się im podporządkował, żeby się stał trampoliną do zdobywania przez nich władzy nad Polską, a potem żeby został usunięty z życia publicznego w ogóle. Dopóki żył Papież Jan Paweł II, nie mogli wszystkiego osiągnąć. Istotnie, dzięki niemu weszły do szkół lekcje religii, Konstytucja nie była otwarcie wroga Kościołowi, udało się przeforsować konkordat, a wreszcie mogły się narodzić, choć w wielkich bólach, Radio Maryja, Telewizja Trwam jako niepoddane władzy państwowej i niezaczadzone obłędną ideologią współczesną. Po śmierci Ojca Świętego owi nieuczciwi ludzie już się nie maskują. I smutne, że pozyskują sobie trochę zainfekowanych liberalizmem wybitnych duchownych i katolików świeckich. Przy tym owi krytykanci popadli znowu w sprzeczność: mówią, że w stanie wojennym Kościół walczył o wolność Narodu i państwa, a po roku 1989 - już tylko o swoją wolność. Właśnie, bo Kościół stał się zagrożony ponownie ze strony "fałszywych braci". Ponadto w tej sytuacji Kościół musi bronić nie tylko siebie, lecz także całej Polski, społeczeństwa, Narodu, Ojczyzny, tradycji, kultury, historii, godności, dobrego imienia w świecie, bo to wszystko jest zagrożone, a stanowi wspólne dobro. Wrogowie Kościoła wszelkiej maści okazują się bowiem także zwolennikami likwidacji Polski. 4. Wrogowie i krytykanci stale powtarzają, że Kościół polski jest nacjonalistyczny (nie: narodowy), antysemicki (choć w czasie wojny Niemcy zamordowali wiele tysięcy Polaków, którzy chronili Żydów), ksenofobiczny, antyrosyjski i antyniemiecki, a wreszcie w ogóle zacofany, i nie docenia człowieka. Dla niego na pierwszym miejscu jest, rzekomo, Polak, a dopiero na drugim człowiek. Episkopatowi zarzucają, że nie popiera liberalizmu postępowego i demokracji, nie potępił Narodu za Jedwabne i inne zbrodnie (zrobił to dopiero prezydent Bronisław Komorowski), potępił natomiast antypolonizm, nie chce wezwać Narodu do uznania raportów MAK i Millera, pochował prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, w wyborach prezydenckich poparł Jarosława Kaczyńskiego, a w wyborach parlamentarnych - PiS, no i nie poddaje "krytyce degeneracji Kościoła polskiego", zrobili to tylko dwaj biskupi. A wreszcie i sam Jan Paweł II, chwalony skądinąd za otwartość na świat i łatwość nawiązywania kontaktów ze wszystkimi ludźmi, jest coraz mocniej krytykowany za tradycjonalizm, za opowiadanie się za całym Dekalogiem (za małżeństwem, za rodziną, za patriotyzmem, przeciwko aborcji, eutanazji, in vitro i antynatalizmowi), za polskością, a wreszcie miał popełnić błąd, krytykując "Tygodnik Powszechny" za brak miłości do Kościoła tradycyjnego, no i nie likwidując Radia Maryja i Telewizji Trwam.
Nie sposób z takimi zarzutami polemizować, ponieważ odsłaniają one świat niezrozumiały dla normalnego człowieka - są bez pryncypiów, bez ukształtowanych pojęć, bez logiki i bez wartości. Gorzej, że taki sam świat mentalny zaczyna rządzić także całym świeckim życiem Polski: politycznym, społecznym, kulturalnym, gospodarczym i artystycznym. 5. Zdaniem owych ludzi, Kościół polski jest zdegenerowany, bo chce mieć władzę nad wiernymi, a także nad innymi w dziedzinie etyki i moralności. Nie toleruje wrogich sobie poglądów ani innych systemów moralnych, popiera tylko te ugrupowania polityczne, które są mu bliskie, i rozwija katolicyzm masowy, ludowy, nieinteligencki, żeby lepiej nad ludźmi panować. Przy tym nie rozumie dzisiejszego świata, jest ignorancki, nie kultywuje wiedzy i wyrządza państwu szkody przez promowanie tradycyjnego patriotyzmu. Jest zachłanny: za PRL był uprzywilejowany, po roku 1989 otrzymał życzliwą Konstytucję, konkordat, naukę religii w szkołach, Komisję Majątkową, prawo prowadzenia swoich instytucji społecznych, wolność wydawania książek i prasy oraz udział honorowy w uroczystościach patriotycznych i państwowych. I chciałby mieć wielki wpływ na tworzenie ustaw w aspekcie moralności. Jest tragiczne, że analogiczne poglądy przejęli też niektórzy duchowni liberalni. Pewien ważny dominikanin napisał, że "Kościół ma tendencję pouczania wszystkich ludzi, robi z siebie stróża moralności, zapominając, że przez to przestaje być trochę Kościołem; ma bowiem służyć wiernym i nie być policjantem moralności". Toteż - dodają niektórzy z katolewicy - Kościołem winni rządzić świeccy, a kapłani sprawowaliby tylko Liturgię.
Kościół bez żadnej władzy? Ci ludzie nie czytali, jak powstawały setki sekt i jak umierały religie i Kościoły. A moralność obowiązuje święcie wszystkich ludzi, nie tylko wierzących w Boga, bo wynika z samej natury człowieka i jest podstawą całości życia. 6. Jest też coś niesłychanego, że państwo polskie, składające się w 90 proc. z katolików, zapragnęło, naśladując bolszewików, pozbawić Kościół polski znaczniejszych środków materialnych publicznych, koniecznych do życia i działalności, zdając go jedynie na jałmużnę emerytów i wdów. Jest to atak bardzo brutalny, bo stosuje przy tym haniebny zabieg oskarżania Kościoła o nadmierne bogactwa, skąpstwo i zachłanność. Tak czynili wielcy prześladowcy. Likwiduje się Komisję Majątkową, która i tak zwróciła tylko ok. 20 proc. dóbr zrabowanych przez sługusów sowieckich, nawet wbrew ich udawanym prawom; dalsze sprawy odsyła do sądów, które są jeszcze często antykościelne i procesy będą się ciągnęły dziesiątkami lat. Zapowiadane jest zlikwidowanie Funduszu Kościelnego, a także ograniczenie środków pomocowych dla szkół katolickich, szpitali, przytułków, hospicjów, sierocińców, domów samotnej matki itd., i chyba dla Caritas i misji Polaków za granicą. Proponuje się w rozmowach, na sposób jednak dyktatorski, odpis 0,3 proc. od podatku, wiedząc, że zanim taki zwyczaj się wytworzy, to upłynie wiele lat, a jednocześnie będzie prowadzona różnorodna akcja, żeby Kościół i katolicyzm zohydzić. Przy tym państwo liberalne nie szczędzi pieniędzy na ateizację, demoralizację, niszczenie tradycji i rozbijanie życia zbiorowego i organizowania różnych luksusowych zabaw dla bogaczy. 7. Według antyklerykałów i liberałów, w ogóle najcięższym grzechem Kościoła ma być jego "mieszanie się do polityki i do życia publicznego oraz wpływanie na losy Polski". Kościołowi zarzucają nawet, że zaleca modlitwy o "Polskę wierną Bogu, Kościołowi i Ewangelii" (nb. hasło Prymasa Tysiąclecia), roi on sobie, że jeszcze i dziś może wpływać na politykę i historię, i myśli, że komunizm on pokonał, a nie sami reformatorzy komunizmu i głównie światli Żydzi. Nawet pewien dominikanin bardzo bolał, że kiedy katolicki solidarnościowiec śpiewał na uroczystości: "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie", to stojący obok ksiądz nie zareagował. A przy tym sam czcigodny ojciec zapomniał, że głosi, iż kler nie ma nic do polityki, a więc i ksiądz nie miałby prawa korygować poglądów politycznych innego człowieka.
W ogóle szalenie razi zamęt myślowy i brak logiki u wielu ludzi dzisiejszej polityki i na to się przeważnie nie reaguje; bełkot uchodzi też za złotą monetę. Na przykład prezydent, premier, członkowie KRRiT i inni notable głoszą, że szanują wolność Kościoła, są za pluralizmem i demokracją, ale chcą zamknąć mu usta przez unicestwienie Telewizji Trwam i Radia Maryja, tylko dlatego, że nie przyjmują one obłędnego liberalizmu i nie wychwalają liberalnego rządu. Prezydent deklaruje się jako pełny katolik, ale jednocześnie godzi się na uprawomocnienie cywilizacji śmierci. Rząd zaś boleje nad niską demografią, ale jednocześnie coraz bardziej sprzyja antynatalizmowi, aborcjonizmowi, związkom partnerskim, osłabieniu pozycji rodziny i godzi się na wielką niewydolność służby zdrowia. Na porządku dziennym są takie sytuacje, że ludzie jednej partii chcą położyć na łopatki dyskutantów z partii przeciwnej "argumentem": "Oni myślą, że tylko oni mają rację", a nie reflektują się, że to samo właśnie robią sami. Albo cokolwiek uczyni opozycja, choćby uratowała komuś życie, to koalicja powiada: "Robią to dla celów wyborczych przeciwko nam". Z kolei bywają błędne stosowania formuły sapiencjalnej: "Pogódźcie się". Normalnie jest to słuszne, gdy obie strony są w zasadzie moralne. Ale kiedy jedna strona jest niemoralna albo w wielkim błędzie, to nie można żądać pogodzenia się, lecz właśnie kary dla strony złej lub błądzącej. Jeśli rabuś napada na dom, a gospodarz się broni, to nie może czynnik trzeci nawoływać do zgody, lecz powinien zadziałać przeciwko napastnikowi. Tak też nie wolno wołać do człowieka, który lży katolika jako katolika, i zarazem do tegoż katolika lżonego: "Pogódźcie się!", bo kryłby się w tym sens, że i lżony, jak napadnięty, też jest winien, jak to ludzie z PO zwykli bronić swojego, gdy ten postąpił źle: "On nie winien, to ofiara go sprowokowała i ona powinna być ukarana". Wprawdzie takie krętactwo było w życiu społecznym chyba od początków, ale współczesny liberalizm wyniósł je na poziom wielkiej sztuki i cnoty. Toteż człowiek już się nie dziwi np. wypowiedzi pewnej komisji PE, że "ocieplenie klimatu ma charakter antyfeministyczny", czyli że i cywilizacja, i Kościół są antyfeministyczne. 8. Niestety, ludzie zwalczający religię lub też samozwańczy "korektorzy" katolicyzmu na swoją modłę posługują się zbyt często narkotykiem zakłamania i samozakłamania. Widzimy to doskonale w mediach, które już zresztą zakłamaniem posługują się nie tylko w dziedzinie religii, ale we wszystkich dziedzinach. Ich ludzie, politycy i liczni inni działacze społeczni kończą, jak się wydaje, jakąś specjalną akademię sztuki oszukiwania i ta sztuka zdaje się być dziś królową wszystkich sztuk. Weźmy np. odbywający się 21 kwietnia w Warszawie Marsz w obronie Telewizji Trwam: otóż podczas gdy według obiektywnych obserwatorów i samych uczestników zgromadziło się ponad 100 tys. ludzi, to według dziennikarzy i czynników oficjalnych, wrogich Kościołowi lub niechętnych, było tam tylko ok. 20 tys. lub nawet tylko kilka tysięcy osób. Czy takie zatruwanie społeczeństwa kłamstwami to ma być eliksir nowoczesności?
Ta sztuka jest stosowana w całej polityce, w życiu społecznym, w naukach humanistycznych. Jeśli np. zły dziennikarz okłamie swoje dziecko, to może poczuwać się do jakiejś winy, ale kiedy oszukuje całą Polskę, to poczytuje to sobie jako chlubę i sukces zawodowy. Ciekawe też, że np. przy wyrzucaniu z pracy lub niedopuszczaniu do niej, czy do stanowisk, gorących katolików, ludzi z innych partii, zdolnych, uczciwych i krytycznych dziennikarzy, nigdy się nie słyszy, żeby to miała być stronniczość czy wrogość ideowa, tylko zawsze brak odpowiednich kwalifikacji poszkodowanego w przeciwieństwie do "geniuszu" człowieka "swojego".
Wielu ludzi z Ruchu Palikota, z SLD, nawet z PO oraz liczni "ateiści państwowi" powiadają publicznie, że jako wielcy demokraci nowocześni absolutnie nie prześladują Kościoła, ale jednocześnie chcą rozłożyć duchowieństwo, zhańbić je i usunąć z forum życia publicznego, a przecież ono decyduje o istnieniu Kościoła. Podobnie głoszą, że są nowoczesnymi patriotami i budują nową Ojczyznę, ale jednocześnie niszczą wszystko, co polskie i ojczyźniane i szydzą z całej naszej tradycji, przy czym uciskają patriotów prawdziwych. I tak w efekcie traktują i katolików, i patriotów jako kompletnych idiotów, którzy tego zakłamania nie widzą. Podobnie rząd głosi, że wiedzie nas wprost do raju, a jednocześnie uciska dyktatorsko całe społeczeństwo. Ale, przepraszam, on nie kłamie, bo np. tak utrudnia dostęp do leków ratujących życie, że, istotnie, będziemy pędzili hurmem do raju, tyle że niebieskiego.
Od lat co roku do Częstochowy udaje się z pielgrzymką wielotysięczny Motocyklowy Rajd Katyński, stanowiący fantastyczny fenomen ducha polskiego. I oto władze Częstochowy niechętne religii okazały na ten rok wielką "życzliwość", a mianowicie równolegle przygotowały inną imprezę motocyklową, ze zniżką na konsumpcję alkoholu. Chodziło zapewne nie tylko o zyski, ale przede wszystkim o przygotowanie jakiejś prowokacji. I zjazd w wolnej Polsce musiał się odbyć w Gietrzwałdzie.
W pewnym mieście wojewódzkim szefowa Związku Nauczycielstwa Polskiego zakazuje w kodeksach etyki nauczycielskiej zapisu o kierowaniu się wartościami chrześcijańskimi i odwoływania się do Boga: "Tak mi dopomóż Bóg". Bowiem szkoła ma być areligijna, a nawet antyreligijna. Istotnie, jak się prześledzi podręczniki i nauczanie, to wyczuwa się ducha areligijnego, a często i antyreligijnego.
Ciekawe, że ateizm lub niechęć do religii katolickiej wiąże się nierozerwalnie z oszukiwaniem. Takiego ducha inspiruje cała UE. Na przykład Konwencja Rady Europy w sprawie zwalczania przemocy wobec kobiet nie tylko pomija problem przemocy kobiet wobec mężczyzn, co się zdarza dosyć często we Francji, ale jest w niej i atak na religię. U podstaw Konwencji - jak bystro zauważa Jarosław Gowin - leży teza, że źródłem przemocy wobec kobiet jest głównie religia, a u nas Kościół katolicki.
Takich różnych działań i inspiracji antyreligijnych, jawnych, a przede wszystkim skrywanych, jest mnóstwo. Zapracowany człowiek nie może wszystkich zauważyć. Ale są coraz groźniejsze i liczniejsze. Tutaj już nie mówię o takich ludziach, niegodnych nazwy człowieka, którzy czynią szambo i kloakę ze swoich umysłów i serc o tematyce antyreligijnej, bluźnierczej. Ideologia liberalistyczna połączona z antyreligijnością bardzo ludzi ogłupia i degraduje moralnie. Przychodzi na myśl sentencja z Księgi Koheleta: "Przewrotni z trudem się poprawiają, a głupich jest poczet nieprzeliczony" (Koh 1, 15, Wulgata, tłum. J. Wujka).

***
Wszyscy widzimy, może tylko z wyjątkiem rządu, PO i różnych awanturników, że życie w kraju szybko się obecnie degeneruje we wszystkich dziedzinach, co jest skutkiem dziedziczenia marksizmu i przyjmowania ideologii liberalistycznej, która rozbija ostatecznie życie duchowe i moralne społeczeństw UE. Przy tym dochodzi do paradoksu, że władze i inne czynniki wiodące w państwie chcą ratować społeczeństwo, z nazwy demokratyczne, przez działania siłowe, dyktatorskie i różne kłamliwe sztuczki. I żeby uzyskać poparcie Unii i różnych rozbuchanych elementów wewnętrznych, przeważnie rozbitków duchowych, wszczyna się na nowo ucisk katolików i całego Kościoła, jak też klasycznej ikony Polski. Doszło nawet do tego, że wspomniane czynniki twierdzą, iż robią to wszystko po to, żeby nie wstydzić się Polski i Kościoła polskiego przed "nowoczesnym" światem Zachodu. Tymczasem niszczą oni całą naszą dobrą sławę, jaką przyniosła nam wśród narodów świata nasza historia, kultura, duch wolnościowy, szlachetność polityki, heroiczny Kościół, "Solidarność", a także Katolicki Uniwersytet Lubelski, i takie wielkie postacie religijne, jak Prymas Stefan Wyszyński i bł .Jan Paweł II. Teraz Polska w oczach świata zaczyna wyglądać jak jakieś grzęzawisko bez idei, bez ikony i bez wybitnych ludzi. Najgorzej, jak w życiu państwa połączą się pycha, szał niszczenia wartości i zwyczajna głupota.
Odwieczna walka zła przeciwko dobru rozciąga się teraz u nas i na dziedzinę religii w postaci walki niewiary lub wiary fałszywej przeciwko wierze w Boga, w człowieka i w wyższe wartości. Pamiętamy słowa Chrystusa: "Wielu zachwieje się w wierze, będą się wzajemnie wydawać i jedni drugich nienawidzić. Powstanie wielu fałszywych proroków i wielu w błąd wprowadzą: a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu" (Mt 24, 10-12). "Będziecie [jako chrześcijanie] znienawidzeni przez wszystkich z powodu mego imienia" (Łk 21, 17). Potocznie sądzi się, że człowiek walczy tylko ze złem, istotnie, tak powinno być, ale prześladowanie religii pokazuje, że może on walczyć i z dobrem. Przedstawił to św. Jan Apostoł: "A dlaczego Kain zabił swego brata? Bo jego czyny były złe, czyny zaś brata [Abla] - sprawiedliwe. Nie dziwcie się więc, bracia, jeżeli was świat nienawidzi" (1 J 3, 12-13). I u nas jest chyba największa przewrotność w tym, że tak często ludzie atakujący wiarę i katolików zarzucają im, że oni tych atakujących nienawidzą, tymczasem to oni nienawidzą katolików i tak próbują usprawiedliwić swoją niesłuszną nienawiść. Kościół i katolicy odnoszą się do wszystkich, także do swych prześladowców i wrogów, z życzliwością, w poczuciu misji głoszenia nieogarnionej godności każdego człowieka i z nadzieją, że tamci przejrzą kiedyś na oczy, że przestaną się poddawać inspiracjom złego ducha.
W rezultacie to nie wiara zakłóca rozum, jak twierdzą krytykanci religii, lecz - jak napisał Żyd amerykański David Berlinsky w "Szatańskim urojeniu" - zwalczanie religii ogranicza rozum i degraduje człowieka. I my, dzieci Kościoła, także duchowni, nie uważamy się ani za świętych, ani za genialnych, ani za wyższych od innych, i jesteśmy dosyć samokrytyczni, lecz nie możemy milczeć, kiedy ktoś ze złą wolą pluje na Boga, na Kościół, na człowieka, na wszystkie wyższe wartości i chce nas unicestwić, bo takie zachowania są absolutnie niegodne człowieka, i indywidualnego, i społecznego.

Nasz Dziennik 23.05.12

środa, 16 maja 2012

O duchu narodowym Adam Mickiewicz


O duchu narodowym Adam Mickiewicz
Ilekroć każdy z nas zastanowi się nad własną swoją osobistą historią, ile razy badać zacznie, co go zrobiło dobrym Polakiem, co weń natchnęło miłość ku ojczyźnie, przekona się, iż nie sprawiły tego skutku ani nauki, bo widzimy narody uczeńsze od nas, a nie znające uczucia patriotyzmu; ani teorie polityczne, bo wielu z nas o tych nie myślało, a lud i żołnierz, tyle dający dowodów poświęcenia się, dotąd o nich nie myśli; ani nakoniec rachuba i interes, bo właśnie patriotyczne działanie zaczyna się od wyrzeczenia się własnego interesu. Jaka więc siła, jaka zasada moralna, jakie i czyje działanie ożywiło w nas uczucia narodowe? Jeżeli znajdziemy to źródło, zdaje się, że będziemy wiedzieli, skąd czerpać i rozlewać na braci naszych życie polskie.
Owóż łatwo dowieść, że główną i jedyną nauką narodową były dla nas mniemania i uczucia dawnej Polski, żyjące dotąd w pamięci rodziców, krewnych i przyjaciół, objawiane w ich rozmowach, zebrane w różnych maksymach moralnych i politycznych, kierujące sądami pospólstwa o ludziach i wypadkach, rozdzielające jednym pochwałę, drugim naganę. Ta wewnętrzna domowa tradycja składa się z resztki mniemań i uczuć, które ożywiały naszych przodków; ta tradycja, po upadku, rozerwaniu i przytłumieniu opinii publicznej, schroniła się w domach szlachty i pospólstwa. Jak w chorym i osłabionym ciele krew i siła żywotna zgromadza się około serca, tam jej szukać, tam ją ożywiać, stamtąd już na całe ciało znowu rozprowadzać należy - z tych tradycji musi wywinąć się i niepodległość kraju i przyszła forma rządu.
Mieszkamy teraz w kraju, gdzie pytania polityczne, tyczące się form rządu, wszystkich zajmują; codzień wyzywani jesteśmy do rozbierania tych pytań, i teoria i myśl przychodzi sama z siebie: czy można i w jaki sposób stosować się do potrzeb przyszłych kraju naszego? Przypominaniem ojczyzny odświeżać powinniśmy w sobie instynkt narodowy, żebyśmy nakoniec zupełnie nie zcudzoziemczeli i nie zrobili sobie języka politycznego, któregoby potem rodacy nasi nie zrozumieli.
Skutkiem działań upłynionego wieku, dwoiste we Francji utworzyło się dążenie. Z jednej strony, chciano całkiem zniszczyć dawne życie polityczne; z drugiej, w tym zabitym ciele każdy chciał duszę swoją osadzić; kłócono się, i kłótnia trwa dotąd o tego nieboszczyka: czyj duch ma w niego wstąpić i zrobić zeń, że tak powiem, upiora? Dawny stan polityczny Francji pełen był wad i przesądów, ale musimy też wyznać, że człowiek pojedynczy ma je także, i że jest niesłychaną dumą i największym despotyzmem, chcieć, dla uleczenia z przesądów powszechnych, własne przesądy gwałtem wszystkim narzucać. Z rozwinięcia dumy indywidualnej wytoczyła się walka między partiami i osobami. Każdy polityk myślał, że ułożywszy pewną formę rządu, która mu zdaje się najwłaściwszą, weźmie potem ludzi, jak architekt cegły, i według planu swego dom wystawi. Jakoż L'abbe Sieyes, sławny naówczas publicysta, skreślił na papierze konstytucję w liniach i trójkątach, gdzie każdemu urzędnikowi ruchy matematyczne przepisał i myślał serio całą Francję w tę figurę wpisać, gdyby się temu zdrowy rozum Napoleona nie oparł. Podobne teorie osobiste straciły teraz wiarę; wspomniałem o nich, bo są dotychczas jeszcze Francuzi, którzy w imieniu ich przemawiają. Zresztą zgodzono się, iż należy formy rządu i prawa stosować do potrzeb i woli mas, bo te potrzeby i ta wola nie w jednej głowie, nie w jednym wylęgły się sercu, ale są wypadkiem pracy i życia wieków i pokoleń.
Obrałem sobie za cel te potrzeby i tę wolę narodu polskiego rozpoznawać w jego historii, w jego mniemaniach, oddając pod sąd wspólny i pod roztrząśnienie przyjacielskie wypadki moich postrzeżeń.
Jak w człowieku indywidualnym wszystkich jego działań, czy politycznych, czy literackich, jest zasadą pewne uczucie, które lud wyraża ogólnym znakiem, nazywając jednego poczciwym, drugiego chciwym, trzeciego dumnym, etc.., i z tego nazwiska, jeśli jest słusznie nadane, można najlepiej wszystkie działania człowieka tłumaczyć - tak i potrzeb i dążeń narodowych jest zasadą pewna myśl, pewne powszechne uczucie. Póki trwa ta myśl, to uczucie póki wszystkich ożywia, póty narody żyją i rosną; z jej osłabieniem chorują, z jej zniszczeniem umierają. Takim uczuciem Rzymu było ciągłe podbijanie świata, i skoro interes jednego człowieka położył granice rozwijaniu się tego uczucia, Rzym upadać zaczął. Takim uczuciem Turcji była propaganda Koranu, a w rewolucji francuskiej propaganda rewolucyjna i wojna z monarchami. Słusznie historyk jeden powiedział, że pierwsze układy z królem były symptomatem śmierci rewolucji. Podobna myśl powszechna musi być i w narodzie naszym. Niedawno znany pisarz polski dowodził, że w ostatniej rewolucji między trzema partiami: angielską, jakobińską i francusko-konstytucyjną, żadna się nie znalazła, coby swoje pryncypia rozwinąć śmiała i wyczerpnąć. Zgadzam się na to z autorem, ale tenże autor daje do zrozumienia, że taką przemocą jednej i drugiej partii, Polska wskrzeszona być mogła, co nie trafia do mego przekonania, bo sam wyznał, że wszystkie te partie były ożywione duchem obcym, nigdyby więc nie znalazły podpory w masach narodu.
Śmiem dodać, że ten duch partii obcych jest główną i jedyną przyczyną niezgód emigracyi naszej, że póki się nie wyczerpnie i nie przerobi, myśleć o zgodzie niepodobna. Zdawało się nieraz, iż gdybyśmy mieli władzę miecza, wytępiwszy przeciwników, wraz wprowadzilibyśmy jedność. Zastanawiając się głębiej, przekonamy się, że i ten środek byłby niedostatecznym. Kiedy niema jedności w uczuciach, żaden despotyzm wlać jej nie potrafi. Przeciwnie, uczucie i myśl narodowa może związać ludzi na każdym miejscu i w każdym czasie. Mamy przykład z Żydów, którzy nigdzie praw politycznych nie używając, posłuszni są rabinom i kahałom swoim, nawet w sprawach cywilnych, mając wszelką sposobność wyłamania się z pod ich rządu. Jakie są tedy myśli i uczucia, któreby nasze pielgrzymstwo równie mocno związać mogły, zostawiam to dalszym badaniom, zamawiając sobie waszą cierpliwość i wasze wagi.
Nim z uwagami mojemi przeniosę się do Polski, skąd w dalszym ciągu pisma już się nie oddalę, rzućmy jeszcze raz wzrok na zachód Europy, w którego ognisku znajdujemy się teraz, którego wszystkie uczucia i dążenia, rozbiegające się w różnych kierunkach, ocenić i poznać możemy, abyśmy potem z ojczyzny nie wyglądali znowu na Zachód, szukając obcego światła.
Wielu zapewne już przekonało się o tym, albo z własnych postrzeżeń, albo naprowadzeni cudzymi uwagami, że trafiliśmy na Zachód w epoce smutnej i dziwnej, w epoce rozwiązania się towarzyskiego, że oglądamy, wieki średnie z całą ich hierarchią królów i urzędników, na łożu skonania; po kilku konwulsyjnych ruchach, może dożyjem ich zgonu. Bo cały stan społeczny Europy nowej wyszedł, jak wiadomo, z chrystyanizmu, z Ewangelii, jak cały mahometanizm z Koranu. Kościół namaszczał królów, królowie zlewali część władzy na wielkich urzędników; prawa i przymierza stanowiono, oglądając się zawsze na przepisy religii, a religia też znowu prawa i przymierza tak dalece sankcyonowała, że zbrodzień na rusztowaniu nawet, musiał wyznawać dobrowolnie wobec religii, że słuszną odnosi karę. Kanałami tych rozlicznych ustanowień rozlewała się powoli wolność z góry na dół i objęłaby towarzystwo całe, gdyby hierarchia, grzesząc przeciwko samej sobie, nie zamieszała porządku. W walce królów z Kościołem, arystokracyi z miastami, przerwano, że tak powiem, regularny bieg wolności, a wyobrażenia, których rozwijanie się tamowano, zerwały nakoniec wszystkie zastawy i zburzą całą budowę. W stanie dzisiejszym już jej niepodobna podeprzeć. Któż dawniej pojmował, iż bez króla obejść się można? kto przypuszczał, że potomek sławnych rycerzy powinien się porównać, w przywilejach z potomkiem swego wasala? Nie miecz i nie herby stanowiły potęgi królów i baronów, ale uczucie ludu. Królowi zdetronizowanemu nawet służono na kolanach, a baron, wróciwszy z Palestyny w żebraczej odzieży, mógł zaraz zebrać wojsko i wypędzić najezdników, długo w jego zamku goszczących. Skoro dziś uczucia te wytrawione, żadna siła nie podepsze już tronów, ani odmuruje nanowo wieżyc zamków gotyckich. Urzędy, których osiągnienie uważano niegdyś za dopełnienie miary szczęścia na ziemi, stały się celem pośmiewiska i lada adwokat gardzi ministerstwem; o to ministerstwo walczono niegdyś mieczem i truciznami. Izba sądów, szanowana niegdyś ledwie nie jak kościół, a sędziowie jak kapłani, teraz uważana jest jak teatr walk politycznych i szkoła ćwiczenia się w rozprawach. Po rewolucyi lipcowej, pierwszy raz w Izbach sądowych usłyszano gwizdanie, publiczność potępiła sędziów, jako aktorów niezręcznych, a to wygwizdanie prawa, rozlegające się wówczas po całej Francji, jest godnym uwagi symptomatem. Zamiast przyznania się niegdyś do grzechu przed księdzem, zamiast przeproszenia społeczeństwa, dziś człowiek, w sądach potępiony, chlubi się z odwagą męczonych chrześcijan ze swego wyroku, i tego człowieka nazywać nawet nie śmiemy zbrodniarzem. Tak całe towarzystwo jest w bezładzie, bo duch wieku, jak owad, rozdziera teraz powłokę swoją i nanowo się przeobraża. Niepodobna odgadnąć, jak długo jeszcze trwać będzie teraźniejszy porządek społeczny, ale niechybny jest jego upadek, upadek może jeszcze całkowitszy, niż ruina państwa rzymskiego.
Jaki tedy nowy wylęże się stan Europy? Do jakiego porządku dążymy? Do jakiej budowy zbierać mamy iuateryały, aby ułatwić prace ludziom, którzy tę katastrofę przeżyją, ażeby przynajmniej nie sprzeciwić się duchowi czasu? Pytanie to zdaje się być łatwe do rozwiązania. »Zburz tylko, wołają ludzie śmieli, zburz dawne społeczeństwo, plan do nowego jest gotowy. Jest tyle teoryi politycznych, weźmiemy z nich którąkolwiek i podług niej naród urządzimy.« Szczęśliwi ludzie, wierzą w teorye, kiedy sami autorowie teoryi zwątpili o nich! Zresztą możnaby tu zrobić ogólną uwagę, że kiedy teorya czyli forma jakiej rzeczy żyjącej, jakiej sztuki, lub jakiego państwa, dojdzie ostatniego stopnia doskonałości, jest to dowodem, że owa sztuka, owo państwo, podciągnione pod teoryę, już umiera lub umarło. W Grecyi wtenczas właśnie zbudowano teoryę polityki i w traktatach oddzielnych opisano istotę, zasady i różnice arystokracyi i demokracyi, kiedy już Grecya ujarzmiona polityki obcej słuchała, kiedy już w niej arystokracyi i demokracyi nie było. Feudalizm wtenczas teoretycznie wyjaśniono, kiedy główne rysy feudalizmm już się zacierały. Montesquieu wyłożył teoryę monarchii nowożytnych chrześcijańskich, zasadził je na uczuciu honoru a opierał na duchowieństwie i szlachcie, monarchię zaś francuską podawał za wzór doskonałości i trwałości, nie przewidując, że w kilka lat po jego zgonie umrze ta, monarchia, tak pięknie wyrozumowana. Weszło potem w modę systema angielskie, objaśniono je dokładnie; fikcyę nieomylności króla, nieruchomość Izby dziedzicznej i ciągłe rozwijanie się wolności w Izb e niższej pojęli Francuzi lepiej jeszcze, niż sami Anglicy. Zaczęto na lądzie systemat ten za pomocą książek upowszechniać, nawet w praktykę wprowadzać. Nauczyliśmy się z niemałą pracą teoryi konstytucyjnej, aż oto w samem gnieździe konstytucyi zwątpiono o jej doskonałości, w samej stolicy wiary nie wierzą w nią politycy. Śmiało możemy teorye te uważać za zestarzałe, spróchniałe i nieprzydatne do zastosowania. Trzeba więc coś nowego wymyślić dla Polski; któż tedy wymyślać będzie i na jakich zasadach? Naturalna odpowiedź wieku teraźniejszego, iż należy wybrać ludzi światłych i uczonych, biegłych w polityce, i tym polecić, aby na zasadzie tylko rozumu, wyrzekłszy się przesądów, konstytucyę przyszłą ułożyli. Nieszczęściem, ludzie światli różnią się strasznie między sobą. Benżameni kłócą się z Bentamami i z tymi nowszymi, ci znowu z Saint-Simonistami, obydwu potępiają Oweniści. Na zasadzie rozumu trudno ich pogodzić, bo rozum pojedynczy, jeżeli tylko opiera się na samym sobie, nietylko że jest trudny do pogodzenia z drugiemi, ale nawet z natury swojej jest niepodobny do zgodzenia; ma ruch zawsze ekscentryczny i dąży do odłączenia się od wszystkich. Nie mówimy do ludzi: »Podnieście się ku zgodzie«, - ale: »Skłońcie się zgodzie;« widać więc, do zgody potrzeba pewnego upokorzenia, pewnego skłonienia się pod prawidła, od rozumu wyższe. Ze wszystkich rzeczy pod słońcem najbardziej różnią się od siebie systemata od najrozumniejszych ludzi wymyślone i tak są proste, że noszą zawsze nazwiska swoich twórców, naprzykład: systemat Arystotelesa, Platona, Deskarta, Kanta, Szelinga, Hegla. Jeżelibyśmy mieli tak wielkich ludzi w kraju, moglibyśmy ich włączyć do komisyi prawodawczej, a zebrawszy ich razem, zebralibyśmy właśnie ostateczności różne rozumu ludzkiego. Godna uwagi także, iż kiedy ludzi poróżnionycli nie wzywamy do zgody w imię rozumu, ale w imię jakieś wyższe, albo w imię uczucia, zaklinając już to na imię Boga lub ojczyzny, już to na ludzkość, już to za wytrawieniem tych uczuć na honor, a w ciągłem zaciśnianiu się serca, na koniec na przyzwoitość, która, kiedy jej wzywają, jest dowodem, że już żadnych wyższych między ludźmi niema uczuć - póki nakoniec nie wezwą ich w imię interesu. (Można zatem powiedzieć, że tym sposobem ludzie, zapominając o Bogu, robią sobie małe inne bożki, którym cześć oddają i pod których opiekę uciekają. Religia taka jest zawiła i łatwa do tłómaczenia rozmaitego).2) W tym stanie człowiek już staje się niezdolnym zupełnie do życia towarzyskiego.
Opuszczając teraz polityczne systemata Zachodu i czując niepodobieństwo zupełne rozumem francuskim lub angielskim systemata takowe pogodzić, nie śmiejąc nakoniec przewidywać, jakim stanem Europie grozi podobna zdań rozmaitość, wróćmy do naszej ojczyzny. Szukajmy, czyli niema w niej żywiołu jakiego, na którymby brakło Europie zachodniej, czy niema jakich uczuć, na których rozum moglibyśmy oprzeć. Cel mamy dwojaki: śledzić i kreślić, na czem zależy narodowość, i domyślać się, jakie z ducha tej narodowości wypłynąćby mogły instytucye polityczne.
Polska historyczna, Polska wolna, oświecona, zaczyna się od chrześcijaństwa. Czasy przedchrześcijańskie nie mają żadnego wyraźnego związku ani z późniejszemi instytucyami, ani z teraźniejszą sprawą naszą. Przez chrzest Polska wyszła, że tak powiem, z chaosu i poczęła krążyć w systemacie europejskim; przez chrzest wszczepiła w nas siłę żywotną, europejską, odtąd staliśmy się rodziną. Nasza teraz wędrówka na Zachodzie, w którym szukamy braci i opowiadamy wolność, łączy się nieprzerwanem pasmem wypadków z wędrówką pierwszych chrześcijan, którzy z Zachodu do nas wiarę przynieśli. Im mocniej Polska czuła i podzielała uczucia rodzinne Europy, tym była szczęśliwszą i sławniejszą; im bardziej oddzielała się od Europy, tym widomiej słabła, a teraźniejsza jej sława dowodzi, iż Polska najmocniej przejęła się znowu duchem europejskim.
Polska chrześcijańska stała się naturalną obroną cywilizacyi zachodniej, z chrześcijaństw a wynikłej, przeciwko barbarzyństwu bałwochwalczemu i mahometańskiemu. To było jej właściwem powołaniem i jej zasługą dla rodu. ludzkiego; czuli to przodkowie nasi. O ile stawali w obronie świata, o tyle Polska wzmagała się i kwitnęła, bo narody wtenczas tylko wzrastają i o tyle mają prawo do życia, o ile wysługują się całemu rodzajowi ludzkiemu, popieraniem lub bronieniem wielkiej jakiej myśli lub wielkiego uczucia. Chlubili się przodkowie niasi trudami za chrześcijaństwo i my dotąd odwołujemy się do ich zasług. Ostatni nasz bohater, Jan III, ostatni raz uświetnił oręż Polski niepodległej, walcząc za chrześcijaństwo. Sądzono go potem zbyt surowie, zarzucano mu, że głęboko nie politykował, bo był czas, kiedy politykę teraźniejszą chciano przenieść na wszystkie wieki i we wszystkie czasy. Sękowski naśmiewał się z Władysława III, dowodząc, iż głupstwem jest królowi walczyć na czele wojska. Nie pojmował, że w wiekach rycerskich było to właśnie najlepszą polityką. Chciano więc i Jana III, Jana szlachcica, hetmana polskiego, katolika, sądzić według przepisów Machiawela; mniemano, iż politycznie] byłoby Turkom pomagać, Niemców pognębić, a potem znowu od Turków Kamieniec odbierać. Nie wchodzę tu w rozwagę, czy taka polityka zgodną była z charakterem owej epoki; zdaje mi się przeciwnie, iż Polski ówczesnej, psującej się niesfornością i egoizmem szlachty, machiawelizm żaden polityką zagraniczną nie uratowałby. A jeżeli mieliśmy ginąć powoli, chwała Janowi III, że poruszywszy w sercach szlachty wszystko, co jeszcze w nich dobrego było, i raz jeszcze przytłumiwszy egoizmu uczucie jeszcze naówczas niewygasłem uczuciem religii, użył siły narodowej raz jeszcze w pięknej sprawie. Stąd lud, którego głos jest głosem Boga, lubił zawsze pamięć tego króla, dla jego imienia darowali nieraz Hiszpanie życiem jeńców polskich, i teraz imię Jana III widzimy obok imienia Kościuszki na pismach angielskich, pobudzających Europę do sympatyi ku nam. Jan tedy, choć nie polityk, służy i teraz jeszcze naszej sprawie, kiedy inni, chociaż głębsi od niego dyplomaci, i nic nie sprawili i w wieczne poszli zapomnienie.
PRZYPISY:
1) Tytuł tego artykułu, przeznaczonego prawdopodobnie do dziennika »Pielgrzym Polski«, miał być pierwotnie: »O duchu narodu polskiego, gdzie tego ducha i jaką drogą szukać należy.«
2) Ustęp między ( ) przekreślony w oryginale,