wtorek, 30 lipca 2013


Ideologia gender a samotność


Marek Czachorowski
Nic tak nie wzmacnia zagrożenia, jak lekceważenie go. U nas nawet nagradza się naszych katów i prześladowców. Po latach umysłowego molestowania kilku pokoleń naszych dzieci, młodzieży i dorosłych nagrodzono ostatnio Zbigniewa Lwa-Starowicza publikacją w krakowskim Znaku.
Są to wspomnienia jego aktywności na rzecz także zbrodniczej (por. sprawa Clauberga podczas procesu w Norymberdze) depopulacji Polski, prowadzonej przez wiele lat mocą urzędu prezesa Towarzystwa Rozwoju Rodziny, filii IPPPF (International Planned Parenthood Federation, siedziba w Londynie) na Polskę. Międzynarodowej sieci depopulatorów, stworzonej w latach 50. przez Rockefellerów. Pewnie dla jakichś własnych interesów…
Gdzieś indziej pokpiwa się z ideologii gender, ponawiając uwagi o niskim ilorazie inteligencji jej twórców, jakoby najgłupszej z dotychczasowych ideologii.
Być może tak jest, ale podstawowym kryterium, które stosować należy do każdej ideologii, nie jest jej mniejsza czy większa „głupota”, ale stopień jej zagrożenia dla ludzkości. Od tej strony patrząc, ideologia gender jest bardziej niebezpieczna niż trapiące nas wcześniej ideologie, np. „klasy” czy „rasy”.
Wszystkie ideologie, którymi karmi się ludzkość, stanowią wersje pierwotnego, zakończonego sukcesem kuszenia człowieka świata „poza dobrem i złem”. W ramach ulegania tej pokusie niektóre dziedziny życia wyłącza się poza pole dobra i zła moralnego.
Co jakiś czas pojawia się w dziejach np. oferta ustawienia sfery ekonomicznej „poza dobrem i złem”, czy to w wersji marksistowskiej, z „obcinaniem rąk” trzymających własność prywatną, czy to w wersji Leszka Balcerowicza, z tajemniczym „pierwszym milionem” towarzyszy.
Ideologia gender nie ustawia swojego sukcesu na trapiących ludzkość pragnieniach, aby więcej mieć czy aby być kimś więcej niż inni, ale na bardziej jeszcze podstawowym pragnieniu „natury upadłej” człowieka: aby być samym, niezwiązanym z drugim człowiekiem.
Temu najpierw przeszkadza odmienność płciowa, realna różnica pomiędzy mężczyzną i kobietą, która to baza jest tworzywem możliwości nawiązania bliskości z drugim lub Drugim, innym człowiekiem lub Bogiem. Zamiast tego ideologia gender zmierza do osamotnienia człowieka, ustawienia kobiety przeciwko mężczyźnie i vice versa.
Odmienność płciową traktuje bowiem jako tylko biologiczny surowiec, któremu nigdy nie należy się bezwzględnie podporządkowywać i go respektować. Po epoce forsowania oświeceniowych haseł „swobody seksualnej” (w wersji Diderota z „Przyczynku do podróży Bougainville’a” albo wersji Rousseau z „Emila”) okazało się, że różnice płciowe uniemożliwiają zgodne kroczenie mężczyzn i kobiet w kierunku owej swobody.
Przyjemność nigdy ludzi nie łączy, ale przeciwstawia ich sobie. Boleśnie się o tym na co dzień przekonują rozmaici libertyni, a ostatnio znany w świecie polski tenisista. Zamiast nagrody za świadczenie usług dla podstarzałych i bogatych mężczyzn –według wytycznych dla „Ministerstwa miłości” Charles’a Fouriera, niezwykle cenionego zarówno przez Marksa, jak i Johna Stuarta Milla, lidera współczesnego liberalizmu i feminizmu – spotkały go najdotkliwsze dla niego kary: śmiech za przyczyną „sportsmenki” z oślizgłej gazety rzecznika prasowego „generała”.
Nie po drodze zatem nawet wyuzdanym kobietom z mężczyznami – libertynami. Część z nich z tego powodu już straciła zainteresowanie drugą płcią, a pozostali rozumieją, że w relacjach płciowych opartych na konsumpcyjnych celach oczekiwać można tylko czasowych sojuszy, np. do czasu wyczerpania się zapasów portfela.
W ideologii gender nie chodzi zatem o świat bezproblemowej konsumpcji seksualnej, czyli starą zasadę „make love not war”, ale o świat ludzi samotnych, niezdolnych do otwarcia się na drugiego człowieka. Tego zagrożenia lekceważyć nie należy.
Nasz Dziennik
zdjecie
www.avr.org.ua/-

Ukraińskie dokumenty w sieci

Wtorek, 30 lipca 2013 (02:05)
W internecie udostępniono tysiące dokumentów ukraińskich ruchów narodowych, w tym organizacji OUN-UPA.
Wspólny projekt Centrum Osiągnięć Ruchu Wyzwoleńczego przy lwowskim Uniwersytecie Iwana Franko i tamtejszego Muzeum Pamięci Ofiar Reżimów Okupacyjnych powstał na początku roku.
Ma w założeniu udostępniać wszystkim zainteresowanym dokumenty dotyczące walki o niepodległą Ukrainę w latach 1917-1991. Serwis już teraz jest znacznie obszerniejszy niż analogiczny projekt rosyjski.
Ukraińcy udostępnili kilkanaście tysięcy jednostek archiwalnych. To dokumenty ukraińskich organizacji narodowych, państw ukraińskich funkcjonujących w latach 1917-1921, organizacji narodowych politycznych i zbrojnych z czasu drugiej wojny światowej oraz podziemnych ruchów narodowych działających na terenie Ukraińskiej SRS w okresie sowieckim.
Oddzielna grupa zasobów to archiwalna spuścizna narodowego zaangażowania podmiotów religijnych (przede wszystkim Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej), a także ukraińskiej emigracji politycznej. Inny dział serwisu to osobiste archiwa znaczących postaci ukraińskiego ruchu narodowego.
Najwięcej pochodzi ze zbiorów ostatniego dowódcy UPA Wasyla Kuka (1913-2007). Są też pojedyncze dokumenty przewodniczących Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Jewhena Konowalca i Stepana Bandery oraz znaczących dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii: Petra Feduna i Romana Szuchewycza. Ten ostatni to przełożony oddziałów dokonujących masakry ludności polskiej na Wołyniu i w całej Małopolsce Wschodniej.
Obok materiałów pochodzących od samych nacjonalistów ukraińskich serwis internetowy zawiera dokumenty wytworzone przez instytucje ich zwalczające. Tu w jednym szeregu wymienione są władze polskie (II Rzeczypospolitej, Polskiego Państwa Podziemnego w czasie wojny oraz PRL), niemieckie oraz sowieckie. Dokumenty te pochodzą z sieci archiwów państwowych Ukrainy oraz Centralnego Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, które przejęło zasoby archiwów m.in. NKWD i KGB Ukraińskiej SRS.
Banderowcy i rzeź wołyńska
Najbardziej interesujący wydaje się dział zawierający dokumenty OUN-UPA, znacznie w ostatnich tygodniach poszerzony z okazji 70. rocznicy rzezi wołyńskiej.
W ramach dużego działu „Ukraiński ruch wyzwoleńczy 1939-1954” zaprezentowano ponad 9 tys. dokumentów. Najwięcej (ponad 7 tys.) jednostek wytworzyło skrzydło banderowców Organizacji Nacjonalistów Ukraińskich. Są dokumenty jej organów centralnych i regionalnych (736 dotyczy okręgu lwowskiego obejmującego Wołyń).
Tylko 74 druki pochodzą ze słabszego skrzydła melnykowców OUN. Prawie 2 tys. jednostek archiwalnych pochodzi z tajnych archiwów UPA przejętych przez NKWD i KGB, w tym 428 z zachodniego sektora jej działalności, bezpośrednio odpowiadającego za zbrodnie na Polakach.
Chociaż bardzo dużo w tych liczbach zajmują roczniki czasopism ukraińskich nacjonalistów, to można też znaleźć dokumenty dotyczące działania ich organizacji zarówno politycznych, jak i zbrojnych. Są to rozkazy dowódców, rozmaite wytyczne i instrukcje.
Zawierają opisy struktury ruchu nacjonalistycznego, jego ideologię, ogólne zasady odnoszenia się komórek partyjnych OUN i oddziałów UPA do poszczególnych ich wrogów lub sojuszników, wytyczne co do werbowania członków oraz zasady ich szkolenia politycznego i wojskowego.
Mamy też sprawozdania z poszczególnych odcinków, informujące o wykonaniu zadań lub zaistniałych problemach. Trudno znaleźć rozkazy czy też raporty wprost odnoszące się do akcji bojowych, w których wskazywane byłyby ich cele i dostępne środki.
Wiele jednak mogą powiedzieć rozkazy dotyczące przydziału broni, amunicji i rozliczenia finansowe. Niektóre dokumenty (ok. pół tysiąca) to dotąd nieznane historykom materiały, specjalnie odtajnione z okazji obchodów wołyńskich.
Serwis dostępny jest pod adresem: avr.org.ua.
Piotr Falkowski
Nasz Dziennik

środa, 24 lipca 2013

Establishment boi się bohaterstwa Polaków, boi się sukcesów - szczególnie tych moralnych - i pięknych postaw. Komu przeszkadzają Polacy ratujący Żydów?


W polskim sejmie spór polityczny zaczyna się rozciągać na interpretację coraz większej liczby wydarzeń historycznych. Zaledwie kilka dni po sporze o uchwałę sejmową dotyczącą ludobójstwa wołyńskiego w Sejmie znów rozgorzał kolejny historyczny konflikt, tym razem w komisji kultury.

Proponowana przez PiS uchwała dotycząca 70. rocznicy buntu więźniów obozu w Treblince wywołała sprzeciw i została okrojona. Co szczególnie niepokojące, spór dotyczył wątku o skali pomocy Polaków mieszkających w okolicy. PiS chciał wskazać w dokumencie, że mieszkańcy regionu wydatnie przyczynili się do uratowania setek Żydów, które zbiegły z niemieckiego obozu. To jednak wywołało sprzeciw. Uchwała i wątek pomocy Polaków nie spodobała się prof. Pawłowi Śpiewakowi, reprezentującemu naukowe środowiska żydowskie w Polsce. Ten właśnie głos został poparty przez rządzącą Platformę Obywatelską i - w rezultacie - całą komisję.

Sytuacja w Sejmie pokazuje, że spór polityczny w Polsce rozlewa się coraz szerzej. Dotyka coraz mocniej historii. I to również tej odległej.

Spór o historię dotyczącą PRLu, agentów, konfidentów, esbeckiej przeszłości Lecha Wałęsy, skali przeniknięcia esbeckich konfidentów, służb komunistycznych i komunistycznych zbrodniarzy do III RP jest wciąż mocny i silny. Jego siła wynika z aktualności, ze współczesnych interesów, jakich dotyka ten konflikt. Sprawa obrazu PRLowskiego świata w Polsce, jest bowiem oceną tych, którzy III RP współtworzyli i nadal w niej dominują. Potępienie PRLowskich zbrodni obracza również potępienie dezycji i działania tych, którzy współczesne salony noszą na rękach.

Można by jednak sądzić, że sytuacja dotycząca oceny zbrodni wołyńskiej, buntu w Treblince, czy Powstania Warszawskiego nie dotyczy sporu, którego interesy mogłyby grozić współczesnym elitom w sposób bezpośredni. Przecież nikt w Polsce nie odpowiada środowiskowo za Holokaust, czy funkcjonowanie obozów koncentracyjnych. Salon, establishment III RP nie musi bać się delegitymizacji przez hołdowanie bohaterom Polski, przez mówienie prawdy o polskiej historii.

Jednak kolejne wydarzenia sugerują, że polski establishment właśnie tego się boi. Boi się bohaterstwa Polaków, boi się dumy i świetlanej historii Polski i Polaków. Boi się sukcesów - szczególnie tych moralnych - i pięknych postaw. Boi się tego, co spaja polski Naród.

Być może ludzie establishmentu czują, że na tle bohaterskich postaw Żołnierzy Wyklętych, Powstańców Warszawskich, bohaterów ratujących Żydów w czasie niemieckiego przemysłu zbrodni współcześni "bohaterowie III RP", budowniczowie "wolnej, sprawiedliwej i demokratycznej Polski" wyglądają jak kolaboranci, zdrajcy ideałów, Ojczyzny i interesów Narodowych.

Środowiska dominujące w Polsce nie mogą znieść myśli, że Polacy mogą być odbierani powszechnie, jako bohaterowie o świetlanych życiorysach, jako Naród, który nie dał się zmieść złu, ani nie zaprzedał się zbrodni. Wizja, że w świat pójdzie taki właśnie przekaz do dziś wywołuje strach i mocny opór. Również, a być może przede wszystkim, w Polsce.

To dlatego spór polityczny zaczyna wchłaniać coraz szersze kręgi spraw historycznych. Jak widać niemal każde wydarzenie, które powinno wzmacniać polskość i polski Naród, może dzielić. Każde wydarzenie, które wzmacnia poczucie wspólnotowe, może być wykorzystane do podziałów i rozbijania wspólnoty.

W jednym ze swoich ostatnich tekstów w "Gościu Niedzielnym" prof. Andrzej Nowak apelował o odrzucenie agresji i mowy nienawiści. Wskazał, że to jest koniecznym warunkiem, by uratować, a może potem i odbudować polską wspólnotowość, polską wspólnotę.
Dziś, kilka dni po publikacji jego tekstu, kolejna próba wzmagania polskiej wspólnoty narodowej jest atakowana w sposób deprecjonujący Naród i jego historię. Deprecjonowana wbrew faktom.
W Polsce potrzebna jest odnowa, być może głównie oświatowa i obywatelska. Trzeba bowiem kształcić Polaków, trzeba pokazywać fakty. By ci, którzy chcą z Polaków znów zrobić podludzi, wychodzili na nieuków i sfrustrowanych zakompleksionych ludzi...


niedziela, 21 lipca 2013


Biednymi łatwiej sterować




Na zdrowy rozum mogłoby się wydawać, że każda władza dąży do tego, żeby społeczeństwo było coraz bogatsze. Dzięki temu z jednej strony władza taka nie musiałaby się martwić o społeczne poparcie (w wypadku demokracji – o reelekcję), a z drugiej strony realizowany byłby cel polityki, jakim jest zadowolenie i szczęście rządzonych.

Wiemy doskonale, że często bywa inaczej, że władza zamiast pomóc ludziom w bogaceniu się, doprowadza ich do coraz większego ubóstwa. Nie trzeba daleko szukać, wystarczy popatrzeć na nasze społeczeństwo, stajemy się coraz biedniejsi.

Nasze ubóstwo – przypadek?

Ale tu rodzi się wątpliwość, czy czasem celowo nie jesteśmy doprowadzani do ubóstwa? Tak jakby władza miała w tym swój ukryty cel, a właściwie plan. Powstaje pytanie: jak to rozumieć i czy czasem nie jest to jakieś śmieszne podejrzenie z repertuaru spiskowej teorii dziejów? A może po prostu o wszystkim decyduje ekonomia: jak jest kryzys, to społeczeństwo musi biednieć. A kryzys jest, skoro o tym ciągle się mówi; więc biedniejemy.

No dobrze, ale czy kryzys powstaje sam z siebie jako heglowska konieczność dziejowa, czy może jest przez kogoś sztucznie wywoływany?

Gdy przed kilku laty kryzys ogarnął Stany Zjednoczone, co inteligentniejsi Amerykanie zwracali uwagę na dziwny fakt: tuż przed krachem banki niemal na siłę wciskały wszystkim kredyty, nie bacząc na wypłacalność kredytobiorców. To doprowadziło do załamania całego systemu bankowego, a co za tym idzie również ekonomicznego.

Ale przed tym krachem pojawiło się jeszcze inne zjawisko: zaczęto wyprowadzać coraz więcej firm ze Stanów do Azji, a to z kolei musiało prowadzić do coraz większego bezrobocia, upadku całych dzielnic, a nawet miast, które i dziś robią przerażające wrażenie (np. Detroit).

Kryzys tak ujęty nie jest koniecznością dziejową, ale skutkiem ludzkich działań, które można przewidzieć, a które w związku z tym trudno nazwać niecelowymi. Jednak pytanie pozostaje: po co społeczeństwo wpędzać w kryzys? Zarobiły na tym niektóre prywatne banki. Z jednej strony zostały sztucznie dofinansowane przez prezydenta (miliardy dolarów!), z drugiej zaś przejęły majątek tych, którzy okazali się niewypłacalni.

Dotknęło to w szczególności Polonię, ponieważ Polacy swoją finansową przyszłość wiązali bardzo często z zakupem domu, który po odpowiednich przeróbkach i remontach zamierzali sprzedać z zyskiem. Tymczasem wskutek „kryzysu” okazało się, że kredyt do spłacenia przewyższa wartość domu, wobec czego stał się on wręcz kulą u nogi, więc zaczęto je bankom po prostu oddawać. I tak sen o wielkim zarobku, z którym kiedyś wróci się do Polski, zniknął jak kamfora.

Ale w Stanach ma miejsce proces jeszcze głębszy niż tylko zubożenie jednej z grup etnicznych. Chodzi o likwidację tzw. klasy średniej. Klasa ta odgrywa w prawdziwej demokracji rolę wyjątkową, ponieważ w sposób naturalny stabilizuje układ sił ekonomicznych i politycznych.

Ekonomicznych, ponieważ otwarta jest nie na to, żeby jak najszybciej stać się klasą najbogatszą, lecz żeby podciągać warstwy biedniejsze, dla których wskoczenie do klasy średniej jest jak najzupełniej realne, podczas gdy bycie milionerem (poza wygraną w totolotka) raczej nie.

Niezależność klasy średniej

Klasa średnia cieszy się względną, ale dużą niezależnością i to nie tylko ekonomiczną czy polityczną, ale również ideową i kulturową. Klasę tę stać na dobre wychowanie i wykształcenie dzieci, na promowanie wartościowej sztuki, na respektowanie podstawowych zasad moralnych w życiu prywatnym i publicznym.

Jest to warstwa cywilizacyjnie i politycznie najzdrowsza. Kryzys tymczasem uderzył głównie w nią. W efekcie zaczęła się powiększać sfera ubóstwa, a bogactwo stawało się coraz bardziej zależne albo od ciemnych układów (mafie, gangi), albo od polityki (przynależność do partii lub powiązanie ze służbami specjalnymi). Demokracja stała się fasadą dla rządów oligarchii albo despotyzmu w formie socjalistyczno-liberalnej, ze wskazaniem na socjalizm.

A w samej Polsce? Plan Sorosa (on to bowiem był głównym animatorem, a nie Sachs czy Balcerowicz) z początku lat dziewięćdziesiątych zakładał, że polskie zakłady pracy zostaną zlikwidowane lub sprzedane za bezcen. Nietrudno się domyślić, że efektem tego będzie bezrobocie i zubożenie społeczeństwa, ale także wielka migracja, zwłaszcza ludzi młodych, którzy na pierwszym miejscu potrzebują dobrze płatnej pracy, więc jeśli nie ma jej w tym kraju, to jedzie się do innego. I tak się stało, natomiast o przyczynach mało kto pamięta, wystarczy, jeśli wypowie się to magiczne słowo „kryzys”.

Dla pewnych środowisk zarówno w kraju (uwłaszczenie nomenklatury), jak i za granicą (międzynarodowe firmy) taki scenariusz łączył się z zyskiem, a taki zysk nie ma ojczyzny, to znaczy nie ma sentymentów wobec jakiejkolwiek ojczyzny, są tylko magiczne nazwy sieci sklepów czy producentów, a konkretnych osób to już nie widać.

Poddani socjotechnikom

Kwestia motywu „więcej zysku” czy „więcej władzy” jest jasna, bo wiadomo, że biznesmen chce więcej zarobić, a polityk chce więcej „móc”. Pozostaje problem, ile tego zysku da się jeszcze wycisnąć, ile władzy da się jeszcze wzmocnić. Dlaczego społeczeństwo na to wszystko się godzi i czy faktycznie władza ludzi się nie boi? Są to pytania z zakresu socjotechniki, a nie stricte polityki.

Socjotechnika skupia w sobie szereg różnych nauk takich jak: socjologia, psychologia, matematyka, statystyka. Jej celem nie jest poznanie prawdy dla samej prawdy ani dla dobra człowieka lub społeczeństwa, ale dla dobra władzy, by skuteczniej mogła rządzić tzw. zasobami ludzkimi, zwanymi dawniej tłumem, a dla niepoznaki społeczeństwem obywatelskim. W ramach socjotechniki określane są parametry wytrzymałości lub podatności społeczeństwa na różne posunięcia władzy takie jak: propaganda, manipulacja, kłamstwo, fałszywe obietnice, nadmierne podatki, biurokracja, etc.

Wśród parametrów ułatwiających nakreślenie portretu psychologicznego danej zbiorowości bierze się pod uwagę takie cechy jak: emocjonalność, racjonalność, pamięć, umiejętność przewidywania, zdolność samoorganizacji, daleko- lub krótkowzroczność, etc. W efekcie powstają portrety psychologiczne narodów, warstw społecznych, warstw zawodowych, grup wyznaniowych – co pozwala na skuteczne rządzenie uwzględniające statystyczną większość, również na granicy wytrzymałości, jeśli taka jest konieczność.

Siły władzy nie można lekceważyć

Gdy więc społeczeństwo sądzi, że miarka się przebrała i że nadszedł czas buntu wobec władzy, to władza, mając do dyspozycji socjotechnikę i korzystając z narzędzi takich jak media, prawo, siły przymusu, tworzy całościową koncepcję sytuacji i wypracowuje adekwatne metody działania. Przy czym ma do dyspozycji różne warianty na różne okoliczności, łącznie z wykorzystaniem agentów, którzy od środka rozbijają bądź sterują buntem społecznym. Sił władzy nie można lekceważyć.

To, że społeczeństwo ma poczucie wspólnej krzywdy lub pragnie zemsty, nie jest jeszcze gwarancją skutecznego działania, ponieważ to jest tylko poziom emocji, który nie przeradza się automatycznie w racjonalnie zorganizowane działanie. Natomiast w drodze do takiego działania nie może zabraknąć kłótni o przywództwo, konfliktu koncepcji, ingerencji służb. Jednym słowem, władza jest zorganizowana w skali państwa, ma lidera, koncepcję i narzędzia.

Tego wszystkiego brakuje społeczeństwu, które przecież w wyborach wskazało, kto ma rządzić. A jeśli rządzi inaczej niż zapowiadała? Wówczas może dojść do wybuchów społecznego niezadowolenia, ale rzadko bywają one skuteczne.

Najczęściej władza potrafi je spacyfikować albo włączyć do rozgrywek walki o władzę na poziomie samej władzy. Za każdym razem ze szkodą dla społeczeństwa, które koniec końców zostaje rozbite, ulega apatii i zniechęceniu, zadowoli się byle czym lub po prostu obrazi się na własne państwo, zamknie się w życiu prywatnym lub wyjedzie.

Dlaczego biednymi łatwiej rządzić, a właściwie sterować? Dlatego że ludzie biedni, jeśli bieda przybiera stan permanentny, mają małe potrzeby.

Dotyczą one zazwyczaj posiadania środków umożliwiających przetrwanie. Biedni wręcz nie lubią, gdy rozmawia się o ideałach, o kulturze, o ojczyźnie, gdyż abstrakty te niewiele dla nich znaczą, jeśli nie mają za co żyć. Problem jednak w tym, że walka o władzę dotyczy przede wszystkim walki o te „abstrakty”, ponieważ jest walką między cywilizacjami, kulturami, ideologiami, ba! religiami, natomiast walka ekonomiczna to tylko pochodna tamtych walk.

Bieda to zły doradca

Aby więc przeciwstawiać się ubóstwu, trzeba najpierw zrozumieć, o co idzie walka na górze, o jaką cywilizację, kulturę, religię (lub jej negację) i dopiero wtedy można obmyślić, co długofalowo robić.

Jeżeli walka dotyczyć będzie tylko tzw. pełnej miski, dla biednych będzie to walka zawsze przegrana. Rządzący napełnią ją od czasu do czasu, i to wszystko.

Jednym słowem, rządzący najmniej boją się biednych, bo mają tysiące sposobów na to, żeby ich oszukać, spacyfikować, wykiwać, z naukową precyzją i ze skutecznością maszyny. Jak inaczej można pojąć to trwające już od 20 lat przyzwolenie ze strony milionów naszych rodaków, aby pozbyć się zakładów pracy, a tym samym i miejsc pracy?

Nie da się tego pojąć, jeśli ktoś myśli nie w kategoriach doraźnej korzyści, ale długofalowej perspektywy. Zgodzono się na ten kolejny rozbiór Polski. W efekcie starsi powiększyli grono biednych, idąc na bezrobocie, a młodzi wyjechali z kraju.

Bieda jest złym doradcą, a nadmierne bogactwo bywa groźną pułapką. Raczej musimy myśleć kategoriami klasy średniej, która powinna być w zasięgu każdego, kto potrafi i chce pracować. Taka klasa nie tylko pomaga oddolnie na wyciąganie innych z biedy, ale także rozumie, jak ważną rolę odgrywa zasobność w umacnianiu suwerenności człowieka, a tak naprawdę rodziny.

Z takiej warstwy wyrastają też prawdziwe elity, które potrafią rządzić, mając na oku nie prywatę czy partyjniactwo, ale autentyczne dobro wspólne, jakim dla Polaków jest i musi pozostać Rzeczpospolita – Niepodległa, Suwerenna, Najjaśniejsza.

Prof. Piotr Jaroszyński

sobota, 20 lipca 2013

Jak ogłupiać ludzi na przykładzie lokalnej prasy.
Dr Jerzy Jaśkowski
Nauka i technologia

Już od wielu lat staram się zwracać uwagę na gwałtowny spadek poziomu edukacji i nauki w Polsce. Nie po to banksterzy dawali gensekowi Edwardowi Gierkowi pożyczki aby nic z tego nie mieć. Pierwszymi odsetkami jakie musieliśmy płacić za otrzymane na początku lat 70 - tych ubiegłego wieku pożyczki [zresztą przekazywane sowietom w postaci budowy rurociągów, celulozowni zabajkalskiej i Huty Katowice], były tzw. reformy oświaty. Piszę specjalnie tzw. reformy, ponieważ reforma ograniczyła się do drastycznego zmniejszania liczby godzin edukacji podstawowej w szkołach. Zlikwidowano praktycznie w 1974 roku naukę historii w szkołach zawodowych, naukę przedmiotów ścisłych ograniczono. A wiadomo było, że na szkołach tych kończy edukację 80% społeczeństwa. Po dziesięciu latach zawodowi dezinformatorzy zwani doradcami Związku Zawodowego Solidarności, mieli łatwe zadanie w ustalaniu programów działania Solidarności.

Demontaż oświaty był prowadzony bardzo sprytnie; co kilka lat przeprowadzano redukcję godzin nauczania o kilkanaście procent. W ten sposób nauczyciele przedmiotów przystosowywali się do nowych warunków, specjalnie nie przeciwstawiając się temu. “Zasilenie” oświaty po 1990 roku, przez wszelkiego rodzaju byłych pracowników komitetów partyjnych, czy niezweryfikowanych pracowników służb specjalnych dopełniło reszty. Jeszcze w połowie lat 90 -tych naukę np. historii kończono zawsze przed pierwszą wojną światową. Jak mogłem to obserwować ani w szkole podstawowej ani w liceum nie starczało nauczycielom czasu na omówienie II wojny Światowej czy też okresu po niej. W związku z powyższym ponad 20 obecnych roczników zupełnie nie wie co znaczy pojęcie “Mordy Katyńskie”. A pokolenia te powinny wiedzieć, że nie chodzi o żadne mordowanie wojskowych, ale o likwidację inteligencji polskiej. Wymordowano bowiem 75% polskich profesorów, 56% polskich lekarzy, 28% polskich inżynierów. Wielu z zamordowanych miało powyżej 80 lat. Za to kolejni ministrowie z samozadowoleniem noworyszy dokonywali manipulacji, której jedynym celem była redukcja poziomu wykształcenia. Przypomnę, że ta redukcja wykształcenia spowodowała, że praktycznie polskie uczelnie przestały patentować, a usłużni przedstawiciele prasy, pracujący dla obcokrajowców [w Kraju nad Wisłą nie ma praktycznie rodzimej prasy] zachwalali zupełnie nie znaczące sprawy. Polska ok. 40 milionowy kraj patentuje ok. 100 - 150 wynalazków/rocznie w 470“wyższych” uczelniach, a np. Niemcy ponad 80 milionowy kraj w 80 wyższych uczelniach patentują ok. 17500 wynalazków. Zostawiam to bez komentarza. Jest to więc działanie całkowicie systemowe, odgórne. Jeszcze na początku lat 90 -tych w uczelniach medycznych nie było komórek patentowych.

O tym, że jest to działanie systemowe, prowadzone za zgodą tzw. autorytetów i rektorów wszystkich uczelni świadczą konkretne posunięcia rządów. Do takich działań zaliczyć możemy wprowadzenie przymusu egzaminów testowych. Czyli uczenia przyszłych abiturentów bezmózgowia, że tylko jedna odpowiedź jest prawidłowa, czyli nie ma co się wysilać i myśleć. Stąd zatrzymanie wynalazczości. Do takich działań systemowych, odgórnych można zaliczyć celowe obniżanie PKB przeznaczonego na naukę. W okresie stanu wojennego było to ok. 2.40 % PKB, a za premiera Buzka alias Karol. alias Docent... już tylko ok. 0.30%.

Do takich działań systemowych zaliczyć można kolejne likwidacje godzin z przedmiotów ścisłych, co doprowadziło obecnie do jednej godziny nauki fizyki, chemii czy biologii nie mówiąc o historii czy nauce o świecie współczesnym. Ale za to przymusowo wprowadzono seksuologię i podobne bzdury. Jak się okazuje najszybciej wprowadzają takie zajęcia szkoły, które najgłośniej protestowały przeciwko lustracji np. Katolicki Uniwersytet Lubelski - gwizdek parowy komunistów, wprowadzając wykłady gender. Jak zapewne jest to powszechnie wiadomym, dawniej nauki seksuologi nie było, a przyrost naturalny był wysoki. Od ok. 20 lat wprowadzają te bzdury, a przyrost naturalny spadł do 1.3 czyli za 3 pokolenia Polaków już nie będzie.

poniedziałek, 15 lipca 2013

W defensywie i w ofensywie


Nie jestem mistykiem. A jednak nie mogę oprzeć się myśli, że jest jakaś nić - straszna i czerwona - która łączy traktat ryski z całą naszą dzisiejszą tragedią. Biegnie ta nić, wije się fantastycznie, niemal kapryśnie, od mogił pomordowanych, a za życia odartych ze skóry ułanów pod Rohaczewem i Niemirowem, od miejsca kaźni pułkownika Mościckiego w borach poleskich, gdzie w trzy lata później wytknięto granicę ryską. Później biegnie ta nić do sali sejmowej, gdzie zagrzmiały z galerii słowa „Kainie Grabski”. Gubi się ta nić na lat dwadzieścia, by później zabłysnąć krwawo nad Katyniem. Później - nad Wilnem, gdzie „sprzymierzeńcy” likwidowali armię krajową. I wreszcie zatrzymuje się ta nić czerwona wśród wystygłych rumowisk Warszawy. Zatrzymuje się - na jak długo? (...) Wśród potępieńczych swarów, gdy sęp wyjada nam serca i mózgi, zaczynamy wyrzekać się braci zza Buga, tak jak w roku 1921 wyrzekliśmy się po kainowemu braci zza Dźwiny, Słuczy, Berezyny i Druci. (...) Traktat ryski nie był nawet katastrofą, bo katastrofy w dziejach narodu nie można przywiązywać do jakiejś chwili. Był tylko objawem, zapewne najjaskrawszym, choroby toczącej myśl polską. Był objawem atrofii racji stanu. Racji opartej na pewnym minimum moralności politycznej. Był objawem raka dojutrkostwa zbudowanego na fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. (...) W polskiej psychice załamał się duch przygody. Wyprawa kijowska, która po dziś dzień irytuje pewnych naszych polityków, zdobycie Mińska, Borysowa i Bobrujska - to ostatnie podrygi ducha przygody. Od roku 1920 jesteśmy w defensywie.” - napisał Michał Kryspin Pawlikowski w książce „Wojna i Sezon”.
11 lipca odbyły się w Warszawie i innych miastach uroczystości upamiętniające 70 rocznicę „krwawej niedzieli” na Wołyniu, kiedy to Ukraińska Powstańcza Armia, realizując polityczny program depolonizacji Kresów Wschodnich wymordowała dziesiątki tysięcy cywilnych, a więc bezbronnych Polaków. Z tej okazji prezydent Komorowski uczestniczył w odsłonięciu pomnika pomordowanych na Żoliborzu, zaś o godzinie 12.00 na Placu Trzech Krzyży rozpoczęła się msza w intencji ofiar tego ludobójstwa, a następnie pochód ruszył Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem w stronę Placu Zamkowego.
W uroczystości tej wzięło udział zaledwie kilkaset osób, co jak na dwumilionową Warszawę stanowi garstkę, ale nawet w tej sytuacji myślą przewodnią przemówień było „przebaczenie” w celu „pojednania” - oczywiście „w prawdzie”, jakże by inaczej - ale skąd tu wziąć prawdę, skoro jest ona pierwszą ofiarą każdej wojny? Kiedy tak stałem przed kościołem św. Aleksandra, na placyku, na którym wszyscyśmy się bez trudu pomieścili, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oto uczestniczę w ceremonii wbijania cmentarnego krzyża w pamięć o Kresach Wschodnich - bo przecież ceną i zarazem warunkiem „pojednania” - cokolwiek by to nie znaczyło - jest akceptacja depolonizacji Kresów, a więc - wprawdzie pośrednio, niemniej jednak - uznanie skuteczności ludobójstwa, jako narzędzia polityki. Wszystko jedno, czy w imię „realizmu politycznego”, „pojednania” czy „Chrystusa” - tak czy owak, od 1920 roku jesteśmy w defensywie.
Tym większej, że nawet w tej sytuacji środowisko „Gazety Wyborczej” piórem Wojciecha Maziarskiego szalenie się martwiło, czy obchody 70 rocznicy ludobójstwa na Kresach Wschodnich nie zostaną aby wykorzystane do „rozhuśtania namiętności i podsycenia plemiennych antagonizmów”. Gdzieżby tam środowisko „GW” przyznało mniej wartościowemu narodowi tubylczemu prawo do posiadania jakichś „namiętności”, czy „podsycania plemiennych antagonizmów”. Wiadomo, że „namiętności”, z których wynikają „plemienne antagonizmy” to może posiadać tylko plemię starszych i mądrzejszych, które strzegąc tego swojego monopolu, energicznie zwalcza uczucia narodowe w krajach swego osiedlenia.
Podobnie zazdrośnie strzeżonym monopolem jest „ludobójstwo”, zarezerwowane dla jednego wydarzenia w historii świata - bo jakże uznawać za „ludobójstwo” niechby nawet idącą w setki tysięcy masakrę, skoro z Talmudu wynikają poważne wątpliwości, czy jej ofiary powinny być bez zastrzeżeń zaliczone do rodzaju ludzkiego? Stąd też dramatyczne wahania wśród Umiłowanych Przywódców w Sejmie - czy zuchwale nazwać tę zbrodnię „ludobójstwem”, czy też, wzorem Senatu - nie naruszać uświęconego i obwarowanego kodeksem karnym monopolu i tylko z podwiniętym ogonem bąkać o „znamionach” ludobójstwa. Czegóż to się nie robi dla świętej sprawy pojednania, ale przede wszystkim - również zachowania właściwej hierarchii między narodami!
A tymczasem Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, powołując się na jakiegoś swojego ukraińskiego kolaboranta twierdzi, że pojednanie już się odbyło i to nawet dawno. My tu przestępujemy z nogi na nogę, nie mogąc się doczekać ustalenia „prawdy”, a prezydent Kuczma z naszym „Kwachem”, jak gdyby nigdy nic, już dawno pochlali i się „pojednali”. Czy to wyglądało tak samo, jak w przypadku Ericha Honeckera, któremu Caryca Leonida niemal nie rozgniotła ust w namiętnym pocałunku, czy jakoś inaczej - mniejsza o to, bo jeśli tylko Sierakowski nie koloryzuje, to znaczy, że do pojednania żadna „prawda” nie jest potrzebna, a jeśli już cokolwiek - to najwyżej szampan i owoce, czyli mówiąc wprost - wódka i ogórek.
Podczas kiedy mnożą się wątpliwości wokół pojednania polsko-ukraińskiego - czy dopiero na nie czekamy, czy już się dokonało za sprawą Leonida Kuczmy i naszego nieszczęsnego prezydenta Kwaśniewskiego - kolejne pojednanie nabiera charakteru galopującego, niczym suchoty. Chodzi oczywiście po pojednanie polsko-rosyjskie, a właściwie nie tylko polsko-rosyjskie, ale i polsko-niemieckie, a nawet - polsko-żydowskie. Impulsem do tego przyspieszenia stało się niewątpliwie rozporządzenie prezydenta Putina, nakazujące FSB nawiązanie współpracy ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego w Polsce. Od razu nasiliła się walka z „faszyzmem”, to znaczy - z polską młodzieżą, a konkretnie - z tą jej częścią, której na Polsce zależy, a którą w związku z tym okupująca nasz nieszczęśliwy kraj soldateska uznała za zagrożenie dla swojej okupacji. Ponieważ ci wszyscy bezpieczniacy dla miłego grosza sprzedaliby nawet własną matkę, nie mówiąc już o naszej biednej Ojczyźnie, to natychmiast zarysował się kształt przestępczego porozumienia: listy jeńców i skazańców będą układać stosownie do swoich potrzeb starsi i mądrzejsi, a następnie będą je przekazywać do realizacji tubylczym bezpieczniakom - tak samo, jak za Stalina, kiedy to semiccy czekiści z Koszykowej każdego dnia telefonicznie decydowali, komu dzisiaj zdzierać paznokcie, a komu nie. W zamian za to, kiedy już po „odzyskaniu mienia żydowskiego” szlachta jerozolimska zainstaluje się w naszym nieszczęśliwym kraju na dobre, bezpieczniacy zachowają posady i uposażenia.
Najwyraźniej jakieś decyzje w tej sprawie muszą być przygotowywane, bo poseł Janusz Palikot stręczy się strategicznym partnerom i Partnerowi Jeszcze Bardziej Strategicznemu, że jakby został premierem, to zaraz sporządziłby spis wszystkich „faszystów” i zacząłby ich „gnębić”. Co konkretnie by im robił, to się okaże; kto wie, czy nie posunąłby się do czynów „o znamionach ludobójstwa”? Jestem przekonany, że ta deklaracja została wysłuchana gdzie trzeba i zostanie wzięta pod uwagę przy ustalaniu przywódcy zjednoczonej lewicy. Wprawdzie przysłowie powiada, że „nie dał Pan Bóg świni rogów, bo by ludzi bodła” - ale nie można przecież wykluczyć, że dla posła Palikota zrobi wyjątek i dopuści go na premiera naszego nieszczęśliwego kraju.
Dodatkową poszlaką wskazującą na taką możliwość jest swoista licytacja wśród Umiłowanych Przywódców lewicy. Właśnie Józef Oleksy, który w swoim czasie kazał się pokazać w telewizji, jak to zatopiony w modlitwie „zawierza się” Matce Bożej obecnej w cudownym obrazie na Jasnej Górze, złożył propozycję prezydentowi Komorowskiemu. Dzisiaj etap jest oczywiście inny, a zatem i inne mądrości etapu, zatem Józef Oleksy Jasną Górę omija szerokim łukiem, natomiast nie tylko uczestniczył w niedawnej apoteozie generała Jaruzelskiego, ale już po zakończeniu uroczystości kanonizacyjnych zaapelował do prezydenta Komorowskiego o „państwowe uhonorowanie” generała Jaruzelskiego. Co konkretnie miał na myśli - trudno zgadnąć, więc nie jest wykluczone, że chodzi o to, by na koszt państwa pośmiertnie zakonserwować generała w spirytusie i w specjalnym gąsiorze umieścić w podziemiach Wawelu, dokąd albo w rocznicę urodzin, albo w jakąś inną, pielgrzymowałyby gromady bezpieczniaków i oczywiście - realistów politycznych, którzy do generała Jaruzelskiego odczuwają coś w rodzaju osobliwego nabożeństwa tym większego, im bardziej z naszego mniej wartościowego narodu tubylczego ulatuje duch przygody.
Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 11 lipca 2013







„Jak znajdziesz, to dobijaj”





Czwartek, 11 lipca 2013 (02:00)


Relacja Stefanii Sawickiej z d. Macegoniuk, byłej mieszkanki wsi Kąty w pow. Luboml, woj. wołyńskie (w zbiorach Ewy Siemaszko)


(…) Niedziela, 30 sierpnia, w nocy straszny stukot w okno. „Oczyniaj, skarej!”. Tato był na strychu, a mama otworzyła. Weszło ich może z dziesięciu. „Swyty lampu!”. Mama ze strachu nie mogła zapałek znaleźć. Krzyczy: „Skarej! Wychody!”. Wygnali nas do sieni i pytają się: „A gdie twyj czołowik?”. A mama zauważyła siekierę. Siostra Kasia, która miała 16 lat, zaczęła prosić: „Dzieduniu, nie bijcie nas, co my komu zrobili, nie bijcie!”. Ja to usłyszałam i mnie w uszach zadzwoniło, i upadłam bez pamięci. Mama obuchem w czoło dostała. Czaszka pękła, ale do mózgu nie doszło. A siostrę ostrzem na pół, czaszka była rozrąbana. Ale pierwsza tura nie paliła, tylko zabijała. Nie wiem, jaki to cud, że nas nie zaciągnęli do studni. Bo wszystkie studnie były zarzucone trupami. Zanim druga tura przyszła palić, to mama się obudziła i podniosła Kasię, a ona nieżywa. Podnosi mnie, a ja się ruszam. Ale nic nie pamiętam. Krwi zeszła okropna kałuża.


Wzięła mnie na plecy i wszystkimi siłami po drabinie zatargała mnie na strych, a tato w kąteczku siedział i usłyszał, że ktoś się wskrobał na strych, i myślał, że jego szukają. A mnie zerwały wymioty, ale uchem krew poszła. Czaszka wgięta i nic nie pamiętam. Jak tato usłyszał, że ze mnie rwą wymioty, a nie wiedział kto, krzyknął: „Kto jest na strychu, to niech ucieka, bo się pali dom”. Jak człowiek ze strachu, to tylko broni siebie. Nie popatrzył kto jest, żeby pomóc, i uciekł, a mama znów mnie na plecy, i nie było już drabiny.


Upadliśmy ze strychu na dół. Już się palił dom. Mama wywlokła mnie w kartofle na ogród i miała wynieść Kasię, ale już cały dom był w płomieniach. Kasia spalona. Tato wyskoczył w buraki i leżał, i widział, jak sąsiada ciągnęli do studni, a wszystkie studnie były pełne trupów. Mama ze mną na plecach coraz dalej w pole. Było ładne proso. Już tak spadła z sił, że nie dała rady mnie nieść. I leżąc w tym prosie, słyszy mama głośny gwar: „Jak znajdesz, to dobyjaj!”. A ja nic nie pamiętam, nieprzytomna byłam i wcisnęła głowę w ziemię, żeby nie widzieć, jak będą dobijać.


Tyle krwi zeszło i widocznie ze zmęczenia usnęła. Obudziła się, ptaszęta śpiewają, krowy ryczą, słońce ślicznie świeciło. Mama zaczęła głośno płakać: „Gdzie moja Kasia!?”. I ja się obudziłam. Spojrzałam na mamę, a na twarzy sama krew. I na sukience skorupa z krwi. Podnosi głowę, czy może ktoś jest. Ja już oprzytomniałam i ciągnę mamę do ziemi. A mama mówi, że nie możemy tu siedzieć, że trzeba szukać ludzi, może wszystkich nie pobili, i coraz głowę do góry. I zobaczył tato, że ktoś jest w prosie, i pędzi, żeby zobaczyć kto, i wziął nas w ramiona, i mówił, że czaszka na pół rozrąbana, ale nie wiedział, która z nas.


Mówi: „Ja wszystkich trupów wyciągnął ze studni. A sąsiadka Czuniowa mówi, że widziała, jak twoja Marysia niosła jedną z dziewczyn i uciekała w pole, a ona siedziała ze swoimi dziećmi w grochu, to szukaj w polu, może żywe, a może nieżywe”. I odnalazł nas, ale Kasi nie odnalazł. Pozbierał kości i w ogródku zakopał. I do dziś leżą. A nas tato zawlókł na kolonię i tam byli ludzie, no na kolonii nie bili, żeby ze wsi ludzi nie spłoszyć. Jak zobaczyli, że trupy chodzące idą, to był wielki lament. I zawiózł koniem do Lubomla, do szpitala. A tam pełne sale takich trupów. Dużo umarło. Mamie na żywca wyłamywał kości potrzaskane, bo nikt nie znieczulał, bo na to nie było.


Stefania Sawicka


środa, 10 lipca 2013

Szymon Szurmiej: "4 miliony żydów zamieszkałych w Polsce jest członkami Światowej Federacji Żydów"


"4 miliony żydów zamieszkałych w Polsce jest członkami Światowej Federacji Żydów- według oświadczenia Szymona Szurmieja w Telewizji Warszawskiej.
W zasobach archiwalnych MSW jest udokumentowanych 2 miliony i 700 tysięcy, z czego olbrzymia większość Żydów ukrywa swoje pochodzenie. Większość Żydów zajmuje kluczowe stanowiska w masmediach, kulturze, polityce i gospodarce.
Żydzi twierdzili, ze w obozach zginęło 3 mln 400 tys. czyli 100% ludności żydowskiej z przedwojennej Polski! Ostatnie kalkulacje podają 110 tysięcy.
Przed i w 1939 roku Żydzi polscy uszli głównie do Związku Sowieckiego i powrócili przebrani za II Dywizje Piechoty tzw. Wojska Polskiego.
Jakub Berman i inni żydowscy zbrodniarze wojenni wprowadzili władze "żydokomuny" terrorem. Wyszkoleni przez NKWD Żydzi z Rosji tworzyli 70% "pracowników" i całe kierownictwo Urzędu Bezpieczeństwa.
Polacy ginęli jak za czasów bolszewickiej rewolucji w Rosji. Ponad 1 milion polskich patriotów przeszedł przez ciężkie wiezienia i obozy pracy niewolniczej, jak w kopalni uranu w Kowarach.
1 milion 100 tysięcy wywieziono do gułagów w Związku Sowieckim, w tym, co najmniej 300 tysięcy inteligencji mogącej utworzyć administrację państwa.
W walce z okupantem hitlerowskim zginęło 10% stanu żołnierzy AK i NSZ. Pod okupacja sowiecką zginęło 90%.
Żydzi polscy szpiclowali, wyszukali opozycję polską i sporządzali listy w Gminach Żydowskich, według których NKWD likwidowało polskich patriotów.
W 1989 przeprowadzono zbrodnię na narodzie polskim postanowieniem tajnego rządu żydowskiego, Sanhedrynu brukselskiego:
Międzynarodowy Fundusz Walutowy zdewastował kraj złodziejską "prywatyzacją" i lichwiarskim zadłużeniem przeprowadzonym głównie przez Żydów Sachsa, Sorosa i Balcerowicza.
Obecna elita polityczna to dzieci morderców. Ich rodowód polityczny to KPP, PPR, PZPR, UW i UP.
Kiedy Natanyahu przyjeżdża do USA, to spotyka się z organizacjami żydowskimi. Kiedy KOMOROWSKI, KWAŚNIEWSKI przyjeżdżali, to też, ale nie spotkali się z Kongresem Polskim i uchodźcami polskimi.
Żydzi zmienili nazwiska, niektórzy nawet imiona rodziców i obecnie udają najlepszych Polaków. Żydzi kształcili się korzystając z przywilejów w "żydokomunie", a obecnie kształcą następny swój miot w prywatnych szkołach i uniwersytetach zagranicznych.
Przykład: Hanna Suchocka (Haik Silberstein) lub K. Skubiszewski (Szymon Szimel). Hanna Suchocka (Haik Silberstein) uczestniczyła w ostatniej konferencji Bilderbergów. Jej uzgodnienia tam są trzymane w tajemnicy przed Polakami.
Aaron Szechter (Adam Michnik) powiedział w telewizji australijskiej, gdzie wystąpił w jarmułce, że Żydzi w Polsce przygotowują ekspansję i będą ją realizować, gdyż Polacy to stado tępych baranów.
Wyniki wyborów uległy dystorsji przez zawiłe i pokrętne ordynacje. Ksiądz prałat Henryk Jankowski postuluje, aby kandydat w wyborach musiał okazać się świadectwem, że jest Polakiem wywodzącym się z co najmniej trzech pokoleń polskich i nie ze zdrajców ojczyzny (nie daleko pada jabłko od jabłoni), żeby Polska była Polską.
Na to istnieje precedens Anglii, Izraela, Japonii i Szwecji.
Jednak Żydzi kontrolują 90% prasy, a także wydawnictwa, telewizję, radio i urabiają opinie wyborców propagandą - żonglują podwójnym standardem prawdy.
Dezinformacja, zamęt w społeczeństwie, demoralizacja, podważają katolicyzm, z którego Naród czerpie swoją siłę. W Polsce, jak w USA, obowiązuje Political Correctness (poprawność polityczna).
"Gazeta Wyborcza" i "Nie" to gazety żydowskie.
Żydostwo stworzyło państwo w państwie.
Joe Guzik

wtorek, 9 lipca 2013

Dlaczego mieszkańcami kraju nad Wisłą tak łatwo można manipulować?

Dlaczego mieszkańcami kraju nad Wisłą tak łatwo można manipulować? Historię musimy pisać na nowo!!! 
Dr Jerzy Jaśkowski
Polska
2013-07-11
Nauka i technologia
O nauce i edukacji wypowiadają się wszyscy, od osobników stojących przy budce z piwem do polityków sejmowych czy pracowników uniwersyteckich. Najczęściej, pomimo różnic finansowych osób wypowiadających się, ich wypowiedzi są podobne i jedyne różnice występują w sformułowaniach. Większość spośród dyskutantów z mniejszym lub większym zaangażowaniem“czepia się” drobnych detali dotyczących edukacji. Jak do tej pory w Polsce nie mamy ani jednego opracowania, które analizowałoby potrzeby edukacyjno - naukowe i ich wypełnienie w kontekście minionych epok.

Poniżej spróbuję przedstawić swoje wnioski dotyczące rozwoju Polski poprzez pryzmat edukacji.
Pomimo, że świeckie państwa istniały od wielu, wielu wieków, to przynajmniej w naszej części świata nic nie wiemy o tym, żeby jakikolwiek, król, kniaź czy też inny magnat wpadł na pomysł stworzenia czy też utrzymywania szkół w okresie pogańskim. Nie zachowały się, żadne dokumenty wskazujące na to, aby istniała jakakolwiek forma oświaty dla “ludu”. Wiemy, że słowianie posiadali jakieś pismo zgłoskowe, ponieważ odkryto w wykopaliskach przedmioty pokryte nawet ok. 150 powtarzającymi się znakami. Pierwszymi, którzy przynieśli alfabet do słowian byli zakonnicy obrządku wschodniego. Najpierw była to głagolica, a po ok. 100 latach cyrylica. Innymi słowy wszelkie przekazy, z jakimi mamy do czynienia dzisiaj, pochodzą z klasztorów.

Pierwszym, który zrozumiał rolę szczerzenia oświaty wśród społeczeństwa był Kościół Katolicki.

Zachowały się konstytucje soborowe wręcz wymuszające na klerze prowadzenie szkół podstawowych - przyparafialnych i średnich przykatedralnych.

Np. Sobór Laterański III [1170 roku] przypomina i zobowiązuje przełożonych aby zapewniali konieczne potrzeby nauczycielom szkół: “Ponieważ Kościół Boży zobowiązany jest troszczyć się, jak sumienna matka, o potrzebujących tak wsparcia materialnego, jak i tego, co służy dobru duszy, przeto aby ubodzy, którzy nie mogą liczyć na pomoc z majątku rodziców, nie byli pozbawieni możliwości czytania i rozwoju, w każdym kościele katedralnym niech będzie wyznaczone beneficjum, odpowiadające potrzebom nauczyciela, który bezpłatnie będzie uczyć kleryków tego kościoła oraz ubogich uczniów. W ten sposób zapewni się  konieczne środki utrzymania, a uczącym otworzy się drogę do wiedzy. Niech nikt nie wymaga żadnej opłaty  za przyznanie licencji do nauczania albo, pod pretekstem jakiegoś zwyczaju nie żąda czegoś od tego, który naucza, ani niech nie zabrania uczyć, domagając się licencji, temu, kto ma do tego przygotowanie i zdolności. Kto postępuje niezgodnie z tym zaleceniem, zostanie pozbawiony kościelnego beneficium. Wydaje się bowiem rzeczą sprawiedliwą, aby w Kościele Bożym nie mógł się cieszyć owocami swoich wysiłków człowiek, który usiłuje przeszkadzać w rozwoju Kościoła, przez to, że powodowany chciwością sprzedaje licencje nauczania”Już w XII wieku Kościół Katolicki wiedział o konieczności nauczania i realizował w praktyce nauczanie wszystkich, bez względu na status materialny. Jak to wyraźnie widzimy obecnie, ta wiedza uległa u ludzi świeckich reprezentujących samorządy czy państwo całkowitemu zanikowi. Czyli mamy pełny powrót w tej materii do czasów pogańskich przed 1000 lat. Świeccy nie widzą potrzeby nauczania wszystkich.

Na soborze LATERAŃSKIM IV 1215  przyjęto Konstytucję 11 “O nauczycielach szkolnych”:
“Niektórzy z braku środków pozbawieni są nauki czytania oraz okazji do rozwoju”. Dlatego sobór laterański wydał dobroczynne postanowienie aby w każdym kościele katedralnym wyznaczono odpowiednie beneficjum...11,4, Każdemu nauczycielowi kapituła przypisze dochód z jednego beneficjum.”

Sobór Laterański V odbywający się w latach 1512-1517 idzie jeszcze dalej.
Sesja 10 III 2, “Zaiste, biegłość w literaturze łatwo można osiągnąć poprzez czytanie książek, a sztuka ich drukowania zwłaszcza w naszych czasach, dzięki Bożej pomocy wynaleziona, rozwinięta i udoskonalona, przyniosła śmiertelnikom bardzo wiele korzyści. Za niewielkie pieniądze, można mieć ogromną ilość książek, dzięki którym bardzo dogodnie można rozwijać studia literackie, kształcić ludzi w każdym rodzaju języków, zwłaszcza zaś katolików, w których staramy się, by obfite owoce przynosił święty Kościół rzymski, którzy nawet niewierzących umieliby i byliby w stanie kształcić w świętych instytutach naukowcy i zbawiennie przyłączyć do społeczności wierzącej przez naukę wiary chrześcijańskiej.” [obecnie jak wiemy książki są tak drogie w stosunku do zarobków, że możemy uznać, że jest to rodzaj cenzury nałożony przez państwo]

Tak więc, posiadamy dowody, że Kościół Katolicki był twórcą oświaty w dzisiejszym rozumieniu. Na Soborze było 16 biskupów z Polski. Wiedzieli więc władcy świeccy co to jest oświata i dlaczego należy ją rozwijać. Brak jednak jakichkolwiek dowodów, że kiedykolwiek, król, książę czy magnat realizował taki projekt w okresie 500 pierwszych lat istnienia państwa polskiego. Oczywiście po odebraniu Kościołowi oświaty w 1773 roku było tylko gorzej. A ostatnie 32 lata są wręcz tragiczne dla polskiej oświaty i nauki. Wprost wygląda na to, że starsi i mądrzejsi trzymają rękę na pulsie. Można skonkretyzować to np. poprzez przypomnienie, że głównym cenzorem podręczników szkolnych z zakresu historii była p. Szechter, żona  Szechtera, członka komunistycznej partii Zachodniej Ukrainy, matka zbrodniarza sądowego i Adama Michnika. Czerwone Życiorysy- Jerzy Robert Nowak.

Jak do tej pory nikt nie zastanowił się dlaczego powstałe de nomine Królestwo Polskie wg oficjalnej wersji ok. 960 roku, przez 400 lat nie potrafiło utworzyć ani jednej wyższej uczelni. Jak wiadomo pierwsze uniwersytety powstawały na świecie ok. XI wieku. Celem tych wyższych szkół tworzonych przez papieża, było wykształcenie kadry, która mogłaby prawa cywilizacji łacińskiej rozszerzyć na cała Europę. To także na uniwersytetach ok. 1300 roku powstała idea humanizmu czyli powrotu do zasad cywilizacji greckiej i rzymskiej. Podstawą tej filozofii była chęć pojednania z Kościołem Wschodnim oddzielonym w 1054 roku w wyniku tzw. schizmy. Ówczesnym papieżom i kardynałom wydawało się, że takie wspólne początki grecko -  rzymskie skłonią chętnej Wschód do pojednania. Jak się okazało było to niestety błędne przypuszczenie.

Uniwersytetem można było nazwać szkołę wyższą posiadająca co najmniej dwa wydziały: matematyczno - przyrodnicze i dwa wydziały humanistyczne w tym teologię. Teologia stała na straży doktryny wiary, a więc głównej idei łączącej społeczeństwa. Taki był cel powołania uniwersytetów. Nauka przedmiotów potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania społeczeństwa w sensie budownictwa, geodezji etc, i nauka niezbędna do zarządzania bezkonfliktowego tak dużymi grupami ludzi stanowiły istotę nauki uniwersyteckiej. Dlatego opierano się na zasadach prawa rzymskiego, sprawdzonych w minionych stuleciach. Dlatego wprowadzono jednolite zasady dobra i zła. Każda powstająca w owym czasie uczelnia zwana uniwersytetem musiała mieć zgodę papieża. Tylko wtedy dyplom się ”liczył”.

Przyjęto, że pierwszy uniwersytet powstał w Bolonii w 1088 roku, następny utworzono w Paryżu w 1100 rok. Potem powstawały kolejne: Oksford 1167, Modena 1175, Palencja 1208, Cambridge 1209, Padwa 1222, Tuluza 1229, Siena 1240,  Monpellier 1289,  Coimbra 1290, Rzym 1303, Orlean 1309, Florencja 1321, Grenoble 1339, Piza 1343, Praga 1348, Pawia 1361, Kraków 1364 [ale właściwie 1401], Wiedeń 1365, Pecz 1367, Heidelberg 1386, Kolonia 1388, Buda 1389, Ferrara 1391, Erfurt 1392, Kraków 1401.

Czyż nie jest to dziwne, że rozwijające się aż za Kijów, Królestwo Polskie nie kształciło ludzi, którzy mogliby takim wielkim obszarem zarządzać? Przez cały czas kancelarię królewską obsadzali zakonnicy cudzoziemcy. Żaden z Piastów nie widział potrzeby posiadania własnych uczonych prawników czy chociażby dobrych administratorów. Żaden z Piastów nie wpadł na pomysł opracowania map swojego państwa. Żaden nie miał ani świadomości takiej potrzeby, ani po prostu odpowiednio przygotowanej kadry.


To samo mogliśmy zaobserwować w Polsce po 1945 roku, kiedy to na stołkach ministrów zasiadali ludzie z wykształceniem podstawowych jak np. pierwszym ministrem od atomu jeszcze w 1962 roku, został krawiec ciężki, Jerzy Billig, który w 1969 rok szybko wyjechał do Izraela. Podobno nadal prowadził tam krawiectwo ciężkie. Nie należy zapominać, że to minister mianował późniejszych profesorów od atomu, którzy tak  - mądrze inaczej -  spisali się się po katastrofie w Czarnobylu. I do dnia dzisiejszego nikt z “atomistów” nie śmie zakwestionować tych tragicznych zarządzeń np. marszów pierwszomajowych w opadzie radioaktywnym np.we Wrocławiu opad wynosił 23 000 Bq/m2 [dopuszczalny poniżej 50 Bq]

Nie stworzono w okresie piastowskim żadnej doktryny istnienia tak wielkiego jednolitego obszaru. Nawet nie widziano potrzeby ujednolicenia prawodawstwa i na tym samym terenie powstawały miasta i osady oparte na prawie niemieckim - magdeburskim i na prawie polskim. Powodowało to niepotrzebne perturbacje i zamieszania pomiędzy miastami, a resztą kraju. Od wyroków bowiem lokalnych sądów, miasta odwoływały się do sądów niemieckich. Podobnie było z miastami hanzatyckimi, do których należał nawet Kraków.

Czyli wyraźnie widoczne było łamanie podstawowej zasady: “ pieniądz  nie może iść przed rozumem”. Powiększanie obszaru państwa następowało szybciej aniżeli wzrastała wiedza niezbędna do zarządzania takim obszarem.

I tak za początek rozwoju edukacji w Polsce możemy przyjąć utworzenie Uniwersytetu w Krakowie jako 26 w Europie, przez Jadwigę d‘ Andju zwanego obecnie Jagiellońskim [a pretendowaliśmy do roli  3-5 państwa pod względem ważności]. Dlaczego Jagiellońskim o tym później. Królowa Jadwiga córka Ludwika w Polsce zwanego WĘGIERSKIM - z rodu Andegawenów otrzymała staranne wykształcenie na dworze ojca. Musimy pamiętać, że Węgry w owym okresie należały do najbogatszych krajów Europy.  Kraj maleńki obszarowo w porównaniu z Polską, posiadały aż dwa uniwersytety. Węgry ówczesne były wiele bardziej zamożne aniżeli Francja czy kraje niemieckie. Zawdzięczały to zarówno bogactwom skrytym w ziemi tj. kopalniom złota, srebra i żelaza jak również handlowi. W tych latach z kopalń w Górnych Węgrzech [dzisiejsza Słowacja] uzyskiwano do 5 ton złota rocznie. Jadwiga znając rolę edukacji wznowiła działania ośrodka założonego przez jej dziada w 1346 roku za namową Elżbiety Bośniackiej. Ta pierwsza w Polsce wyższa uczelnia  zwana Akademią, w owym czasie, nie miał prawa do używania tytułu uniwersytetu.


c.d.n.


http://www.prisonplanet.pl/nauka_i_technologia/dlaczego_mieszkacami,p1842707684

|  Fałszywi Polacy. Selman Rufin alias Dzierżyński. Prawica, Konserwatyści, Narodowcy etc. co to jest?  |  Historia Polski, szczególnie XX wieku, w skrócie?  |  Film: Niewidzialna wojna. Wykład o procesach destabilizacji.   |  Nowy Porządek Świata a sprawa Polska.   |  Film: Sowiecka dywersja wolnej prasy.   |  Przejęcie kraju. Jak to działa?   |   Wojna na sprzedaż. Załącznik nr.1 Rosja 1920-1930  |  Wojna na sprzedaż. Załącznik nr.2 Rosja 1929-1945  |  Wojna na sprzedaż. Załącznik nr.3 Rosja 1945-1965  |  Wojna na sprzedaż. Wywiad z Antonym C. Suttonem cz.1 i 2   |  Wojna na sprzedaż. Wywiad z Anthonym C. Suttonem cz.3 i cz.4  | Film: Wojna na sprzedaż. Wywiad z A.C. Suttonem.  |

czwartek, 4 lipca 2013

Oddychamy wszystkimi płucami naraz


Kiedy Izaak Hersz, szef Grupy Bojowej Socjalistów-Rewolucjonistów nakazał wykonać wyrok śmierci na Oberprokuratorze Najświętszego Synodu Konstantym Pobiedonoscewie, wkrótce nadarzyła się okazja do przeprowadzenia zamachu. Pobiedonoscew uczestniczył bowiem w pogrzebie zamordowanego w następstwie zamachu ministra spraw wewnętrznych Sipiagina. Na cmentarzu było mnóstwo żałobników, więc zamachowcy bez trudu ukryli się w tłumie i umiejętnie manewrując zbliżyli się do swojej ofiary, stojącej pod jakimś drzewem. I gdy już-już mieli go zastrzelić, nagle starzec - bo Pobiedonoscew był starcem - rozkaszlał się przeraźliwie, zaczął wycharkiwać z siebie flegmę, a na dodatek z nosa zwisała mu kapka. Ten widok i te ohydne odgłosy wprawiły zamachowców w takie obrzydzenie, że odstąpili od zamachu w przekonaniu, iż taka gnida nie warta jest kuli. Nawiasem mówiąc, po aresztowaniu Hersza, zwanego również "Gierszunim", kierownictwo Grupy Bojowej Socjalistów-Rewolucjonistów objął Jewno Azef, agent Ochrany, patronujący z piekła wszystkim prowokatorom.
Podobne uczucie fizycznego i moralnego wstrętu wzbudził we mnie widok profesora Zygmunta Baumana wycierającego sobie wzruszeniowe kapki z nosa nieświeżą chustką - ale jeszcze większe obrzydzenie poczułem na widok czołobitności, z jaką prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz witał go przed wykładem. Ponieważ pan prezydent Dutkiewicz i jako prezydent i jako uczestnik słynnego „układu wrocławskiego”, o którym tak szeroko opowiada Grzegorz Braun, coś tam musi wiedzieć o aktualnych mądrościach etapu, to w świetle tego łatwiej zrozumieć, że w osobie prof. Baumana, komunisty, politruka kabewiaków i konfidenta Informacji Wojskowej dzisiaj rehabilituje komunę i komunistycznych zbrodniarzy.
Skoro tak, to tylko patrzeć, jak doczekamy się rehabilitacji i fetowania zbrodniarzy „nazistowskich”. Upływ czasu wprawdzie temu nie sprzyja, ale jeśli prawdą jest, że w niemieckim konsulacie we Wrocławiu pracuje 600, czy nawet 700 urzędników, to może wyszukają jakiegoś „nazistowskiego” naukowca, który za policyjną tyralierą wygłosiłby wykład na tamtejszym Uniwersytecie - a jakby się nie udało, to zawsze przodujący w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym pracownik nauki mógłby wykład odczytać z papierów pośmiertnych. Niechże nic nie zostanie uronione z historycznej spuścizny, niechże zjednoczona Europa głęboko oddycha obydwoma płucami, a nie dychawicznie posapuje jednym!
Ale nigdy nie wiadomo, w jaki sposób spełniają się życzenia. Na przykład żydowscy parlamentarzyści w okresie Sejmu Ustawodawczego postulowali, by skupiska ludności żydowskiej w polskich miastach miały status eksterytorialny. Konstytucja marcowa z 1921 roku stanęła jednak na stanowisku unitarnego charakteru państwa i dopiero Niemcy spełnili tamto życzenie, tworząc w miastach getta, które miały własną, odrębną od polskiej, administrację i nawet własną policję. Toteż z pewną rezerwą odnotowuję gorące deklaracje pojednawcze, jakie pojawiają się z okazji 70 rocznicy ludobójstwa Polaków, dokonanego na Kresach Południowo-Wschodnich przez UPA. Sejm na razie nie zdobył się na żadną deklarację, bo Zasrancen liczą, że jeśli „zamilczą roztropnie”, to uda im się dzięki temu uzyskać „sukces” podczas jesiennej edycji „Partnerstwa Wschodniego”, w ramach którego, z łaski Naszej Złotej pani Anieli, litewscy nacjonałowie już ostentacyjnie sekują Polaków.
Senat wydusił z siebie sformułowanie o „czystce etnicznej mającej znamiona ludobójstwa”, ale mimo tej ostrożności ukraińska Swoboda uznała je za dowód polskiej „ksenofobii i szowinizmu”, podyktowanych intencją „zaprzeczenia Ukraińcom prawa walki z okupantami”. A ponieważ Światowy Związek Ukraińców w deklaracji 2006 roku mianem „ukraińskiego terytorium etnicznego” określił województwo podkarpackie oraz część małopolskiego i lubelskiego, to od razu widać, że przed „pojednaniem” otwierają się przepastne wyżyny. Tylu okupantów do zwalczenia!
A właśnie i Episkopat ogłosił, że wspólna deklaracja pojednawcza zostanie podpisana 28 czerwca przez Arcybiskupa Większego Kijowsko-Halickiego Światosława Szewczuka, Metropolitę Kijowskiego z Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, Arcybiskupa Józefa Michalika, Metropolitę Przemyskiego obrządku łacińskiego i Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski oraz Arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego, Metropolitę Lwowskiego obrządku łacińskiego, Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Rzymskokatolickiego Ukrainy. Kiedy to piszę, tekst Deklaracji nie jest jeszcze ujawniony, ale wiemy już, ze ma być ona oparta „na gruncie prawdy”, co jest o tyle frapujące, że jej autorzy jednocześnie zachęcają naukowców polskich i ukraińskich „do dalszego szukania prawdy”. Skoro dopiero „szukają”, to skąd wiadomo, że Deklaracja jest oparta „na gruncie prawdy” już teraz? Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy, to „prawda etapu” - na co zresztą pośrednio wskazał JE abp Józef Michalik przy okazji podpisania w ubiegłym roku deklaracji o pojednaniu polsko-rosyjskim z Metropolitą Cyrylem, że „na tym etapie nie mogliśmy tego nie uczynić”. Skoro już są jakieś „etapy” to prawdopodobnie muszą też towarzyszyć im jakieś prawdy - ale na użytek etapów które nadejdą, historycy mają wyszukać prawdy odpowiedniejsze. Słowem - oddychamy wszystkimi płucami naraz - i żebyśmy się tylko nie zachłysnęli od nadmiaru powietrza. W takiej sytuacji jedno jest pewne - że nie będziemy się nudzili, bo czeka nas wiele niespodzianek, nie tylko w znaczeniu wydarzeń bieżących, ale również - niespodzianek intelektualnych.
Stanisław Michalkiewicz

Atak w stalinowskiej stylistyce

zdjecie
Robert Sobkowicz/Nasz Dziennik


Z ks. prof. Pawłem Bortkiewiczem TChr, etykiem, rozmawia Sławomir Jagodziński

W „Newsweeku” zamieszczony został artykuł atakujący stojącego na czele Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych KEP ks. abp. Henryka Hosera. Czy to nie próba zastraszenia księdza arcybiskupa, który znany jest ze zdecydowanego i merytorycznego wypowiadania się na temat zła in vitro?

– Artykuł jest wyjątkowo perfidny. Już w samym lidzie zestawia dwa fakty – zdecydowaną postawę księdza arcybiskupa wobec in vitro w Polsce i jego rzekome milczenie wobec ludobójstwa w Rwandzie. Takie zestawienie ma charakter wyjątkowo manipulacyjny. Po pierwsze, stawia jako fakt opinię niczym niepotwierdzoną, opinię, która ma charakter oszczerstwa. Nie bardzo przy tym wiadomo, czy ks. abp Hoser miał milczeć wówczas, gdy przebywał w Afryce, czy zarzuca mu się to, że milczy teraz. Powiedzmy tak, że jeśli przemówi, to wtedy zarzuci mu się, iż milczał w czasie rzezi Ormian albo milczał na temat Kurdów. Problem w tym, że ks. abp Hoser nie jest zwierzchnikiem Kościoła w Rwandzie. Jego głos natomiast ma dotyczyć Kościoła w Polsce i spraw, które dotyczą Polaków, w tym jego wiernych. Jednak to, co najbardziej szokuje, to sam fakt zestawienia ludobójstwa w Rwandzie z głosem arcybiskupa wobec in vitro. Choć w pewnym sensie, zapewne niezamierzonym przez autorkę, ma to uzasadnienie: in vitro jest elementem kultury śmierci.

Nie jest chyba przypadkiem, że artykuł ukazał się w dniu inauguracji rządowego programu refundacji in vitro?

– Dzień inauguracji rządowego programu refundacji in vitro powinien przejść do historii, z racji wypowiedzi pana ministra Arłukowicza, jako dzień leminga propagandzisty. Minister, który jest lekarzem, twierdzi, że in vitro jest programem leczenia, a opinie specjalistów na temat wad wrodzonych w wyniku tego procederu są demonizowaniem. Zapewne w szkole propagandy uczą tego, że kłamstwu winien towarzyszyć osobowy atak (w tym wypadku atak na księdza arcybiskupa). Taki atak odwodzi bowiem opinię publiczną od nonsensów propagandy.

Niewątpliwie ks. abp Hoser, który jest lekarzem, to dziś postać niewygodna dla określonych środowisk wprowadzających w błąd opinię publiczną w tematach bioetycznych. Czy ten artykuł nie przypomina komunistycznych tekstów propagandowych, w których „sięgano głęboko do życiorysu”, manipulowano faktami, podawano kłamliwe interpretacje wydarzeń, aby kogoś oskarżyć, skompromitować?

– Jestem przekonany, że będzie można poddać analizie porównawczej ten atak medialny z atakami z czasów propagandy stalinowskiej. Nawet podstawowe elementy w biografii księdza arcybiskupa podane w artykule propagandowym przypominają stylistykę stalinowską. Arcybiskup wszak to syn kułaków, walczących z prawowitą władzą o zagrabioną im ziemię. To człowiek, który wzbogacił się na cudzej krzywdzie (to znaczy krzywdzie złodziejskiego systemu…). I tak dalej… A nad tym wszystkim unosi się jedynie słuszna doktryna o „leczeniu” niepłodności za pomocą reprodukcji, manipulacji, uśmiercania zarodków, macic w leasingu i temu podobnych zabiegów rzekomo leczniczych.

W publikacji obok ks. abp. Hosera zaatakowany został też bł. Jan Paweł II. To też nie jest przypadek, bo właśnie podejmowane są decyzje w sprawie kanonizacji Papieża Polaka.

– Bez sensu jest szarganie osoby bł. Jana Pawła II, który uczył nas, wierzących, kultury życia i Ewangelii życia. Może lepiej, by tacy pismacy gazetowi na miarę swego potencjału intelektualnego pisali np. o tym, w jakiej bluzce pojawiła się na sali Katarzyna W. Trzeba mierzyć zamiary na możliwości i siły. A te widać są ze słabe…
Rozumiem, że można nie poj-mować nauczania Kościoła, ale w przypadku artykułu, o którym mówimy, to nie jest brak rozumienia, ale manipulacja. Usiłuje się bowiem przeciwstawić nauczanie Kościoła nauczaniu księdza arcybiskupa. Autorka artykułu pisze: „Kościół może poprzeć prawo pozostające w niezgodzie z jego nauką, jeśli stworzy ono szansę na polepszenie istniejącego stanu rzeczy. A że w kwestii in vitro Polska nie miała żadnego ustawodawstwa, to każde nowe prawo można było uznać za poprawę”. Oczywiście, zgodnie z tą logiką, to jeśli w Polsce nie ma prawa dotyczącego klonowania, to każde prawo, nawet dopuszczające w jakimś stopniu klonowanie, będzie rzekomo świetnym rozwiązaniem. To absurd.

Dziękuję za rozmowę.

Sławomir Jagodziński
Nasz Dziennik