czwartek, 25 czerwca 2015

Deutsche Bank na progu bankructwa


Dwa lata temu dosyć głośno w mediach zrobiło się w związku z problemami Deutsche Banku. Od tego czasu bank spieniężył pokaźną część aktywów, zwolnił kilka tysięcy pracowników i o kłopotach na chwile zapomniano. Problemy banku jednak nie zniknęły.
Deutsche Bank jest obecnie drugim największym bankiem inwestycyjnym na świecie. Łączne aktywa banku wynoszą 2 bln euro, a kwota depozytów przekracza 570 mld euro. Dla porównania, największy polski bank PKO BP jest jakieś 25 razy mniejszy.
Prawdziwym problemem Deutsche Banku jest jego zaangażowanie na rynku derywatów, czyli instrumentów pochodnych wynoszące obecnie 55 bln euro. Jest to mniej więcej dwudziestokrotność PKB Niemiec. Około 70 % wszystkich derywatów opiewa na stopy procentowe, a ich główne zabezpieczanie stanowią obligacje rządowe.
Na przestrzeni ostatnich 2 lat problemy banku z ogromną pulą derywatów (minimalnie większą ma tylko JP Morgan) były łagodzone przez rosnące ceny obligacji stanowiące trzon zabezpieczenia. W lutym tego roku dług rządowy osiągnął maksymalne ceny (rentowność bliska zeru), po czym wyceny obligacji zaczęły spadać. Wraz z nimi spada wartość zabezpieczeń utrzymujących całą piramidę derywatów.

Prześledźmy teraz co się działo w DB na przestrzeni ostatniego roku:

- Kwiecień 2014 – Deutsche Bank zostaje zmuszony przez organy nadzoru  do podniesienia kapitału o 1,5 mld euro.
- Maj 2014 – bank sprzedaje aktywa warte 8 mld euro z 30% zniżką, byleby szybko pozyskać kapitał. Problemy z płynnością zaczynają być poważne. Straty + brak płynności = bankructwo.
- Marzec 2015 – bank nie przechodzi stres testów. Podobne testy przeszła  nawet belgijska DEXIA, która w ciągu kilku kolejnych dni ogłosiła bankructwo.
- Kwiecień 2015 – bank musi zapłacić 2,5 mld kar nałożonych za manipulacje na rynkach w USA oraz Wielkiej Brytanii (to tak na marginesie odnośnie teorii spiskowych nt manipulacji rynkami).
- Maj 2015 – uprawnienia jednego z dwóch Prezesów Zarządu Anshu Jain’a zostały rozszerzone do niespotykanych poziomów, co zdarza się wyłącznie w przypadku bardzo poważnych kryzysów.
- 5 czerwca 2015 – Grecja nie spłaca transzy kredytu do MFW, co ma poważne konsekwencje także dla Deutsche Banku.
- 6 czerwca 2015 (dzień później) – dwóch Prezesów Zarządu Jain oraz Fitshen składają rezygnacje. Jest to ewidentna ewakuacja z tonącego okrętu. Ostatecznie Jain godzi się odejść z końcem czerwca, podczas gdy Fitshen pozostanie do maja przyszłego roku.
- 9 czerwca – agencja ratingowa S&P obniża rating banku do BBB+ (niżej niż Lehman w momencie bankructwa i tylko 3 oczka wyżej od ratingu śmieciowego).

Czy Deutsche Bank będzie rzeczywiście kolejnym Lehmanem?

Tego nikt nie wie, ale ryzyko jest ogromne. DB zatrudnia prawie 100 tys. osób. Wartość derywatów posiadanych przez bank przekracza globalny PKB.
Co gorsza, wartość głównego zabezpieczenia stanowią obligacje, których wartość topnieje z dnia na dzień. Ceny obligacji największych krajów straciły 10-12% i to zaledwie w ciągu 3 miesięcy. Przez lata rynek stóp procentowych był skutecznie manipulowany przy pomocy derywatów, ale wydaje się, że siły rynkowe zaczynają ostatecznie przeważać.
Rynek obligacji jest na tyle duży, że nie ma absolutnie możliwości aby wszyscy byli się w stanie z niego ewakuować nie wywołując jednocześnie krachu. Obecna sytuacja trochę przypomina zabawę w kto pierwszy ten lepszy. Na rynku zwyczajnie brakuje płynności (popytu), a przy takiej skali banki centralne absolutnie nie są w stanie jej zapewnić.
Ostatecznie musimy pamiętać, iż poważne zawirowania na rynkach finansowych odbywają się w odstępach mniej więcej 7 lat. Mieliśmy krach 1987 tzw. czarny poniedziałek. Następnie „Masakrę na obligacjach” z 1994. O pęknięciu bańki na Nasdaq’u w roku 2000 pamiętają raczej wszyscy, podobnie jak upadek Lehman Brothers, który prawie doprowadził do upadku cały system monetarny.
Problem Deutsche Banku jest poważny z wielu powodów. Bank jest nieporównywalnie większy niż Lehman Brothers, więc skala rażenia również jest nieporównywalnie większa. Obecnie globalny sektor finansowy przypomina system naczyń połączonych, a współzależności są niezwykle silne.
Problemy jednego banku natychmiast przekładają się nie tylko na inne banki, ale i na całe kraje. Co więcej, same banki centralne wykorzystały już większość możliwości łagodzenia kryzysów finansowych. W przeszłości, gdy tylko zaczynały się problemy, banki centralne natychmiast wpompowywały w rynek środki płatnicze oraz obniżały stopy procentowe.
Ratowanie instytucji finansowych rozpoczęte w 2008 tak naprawdę nigdy się nie skończyło, w efekcie czego banki centralne niespecjalnie mają już możliwości ratowania sytuacji. Na koniec zamieszczam porównanie wielkości PKB Niemiec, strefy euro oraz ekspozycji Deutsche Banku na rynek derywatów. Dane dają do myślenia.

Trader21
źródło


I JESZCZE COŚ O FINANSACH:

Coś wisi w powietrzu. Nadszedł czas, aby trzymać fizyczną gotówkę w domu.
PrisonPlanet.pl
Polska
2015-06-21
Ekonomia
Elity finansowe sugerują, iż zbliżająca się zapaść finansowa jest na horyzoncie. Poczynając od greckiego kryzysu, kryzysu Euro do nagłego wzrostu popularności złota widzimy wskazania nadchodzącego nieuniknionego krachu.

Ostatnio gubernator Texasu Greg Abbott wskazał na swoją nieufność względem fiducjarnego systemu monetarnego Rezerwy Federalnej starając się przenieść warte miliard dolarów złoto z powrotem do stanu co ma wzmocnić wizerunek Texasu.

Kraje takie jak Chiny i Niemcy wykonały podobne ruchy, gdzie niemiecki bank centralny Bundesbank, na początku tego roku ogłosił, że do 2020 roku chce sprowadzić do kraju 300 ton złota z nowojorskiego FEDu.

Grecy stoją w długich kolejkach wycofując swoje oszczędności z banków:


Doszło już do tego, że dyrektor jednego z największych brytyjskich funduszy obligacji wezwał inwestorów by chować pieniądze pod materacem. 

"Ian Spreadbury, który obraca ponad 4 mld funtów inwestorów w kilku funduszach obligacji, w tym dla Fidelity jak również flagowym Moneybuilder Income, obawia się, że "systemowe zdarzenie" może uderzyć w rynki. Zdarzenie to może być zbliżone w wielkości do kryzysu finansowego 2008 roku, który rozpoczął się w Wielkiej Brytanii po masowym wycofywaniu pieniędzy z banku Northern Rock.

"Ryzyko systemowe znajduje się w systemie i jako inwestor trzeba mieć tego świadomość" powiedział gazecie Telegraph Money.

Jak powiedział najlepszą strategią radzenia sobie z tym problemem, jest dla inwestorów, aby zdywersyfikowali swoje pieniądze na różne aktywa, w tym złoto i srebro, a także środki pieniężne na rachunkach oszczędnościowych. Spreadbury poszedł jednak dalej, sugerując, że jest rozsądnym by trzymać trochę "fizycznej" gotówki, co jest niecodzienną propozycją wypływającą od zarządzającego dużym funduszem.

Jego problemem jest to, że globalny dług - szczególnie hipoteczne zadłużenie - zostało napompowane do rekordowego poziomu, co było możliwe dzięki wyjątkowo niskim stopom procentowym, które mogą wkrótce wzrosnąć. Nie jest on pewien jak banki poradzą sobie z nadchodzącymi wstrząsami.
"





Wszystko to, w połączeniu z faktem, że miliarderzy budują bunkry i nabywają zamorskie kryjówki, zarysowuje ponury obraz globalnej przyszłości gospodarczej. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Wstrząsające wyznania oficera polskiego wywiadu. „10 kwietnia został zaplanowany”






Masz wolny dzień, jest ładna pogoda, idź na spacer – usłyszał od swoich przełożonych w dniu katastrofy smoleńskiej oficer Agencji Wywiadu Piotr Wroński, gdy próbował dowiedzieć się czy obowiązuje stan podwyższonej gotowości. Wraz z upływem czasu jest coraz bardziej przekonany o możliwości zamachu.

10 kwietnia 2010 roku we wszystkich polskich służbach specjalnych panował chaos połączony z biernością. Zadzwonił do mnie kolega z ABW zdziwiony, że u nich właściwie też nic się nie dzieje – mówi pułkownik Piotr Wroński. W poniedziałek z kolegą, z którym razem jeździliśmy do pracy, włożyliśmy czarne krawaty. Ktoś powiedział mi na korytarzu, żebym się nie wygłupiał i nie robił demonstracji politycznych (…). Zszokował mnie – dodaje oficer.

Zdaniem byłego pracownika Agencji Wywiadu wszystkie polskie służby powinny być postawione w stan gotowości już 10 kwietnia. – Jeżeli mamy nadzwyczajną sytuację, a taką jest tragiczna śmierć prezydenta i 95 towarzyszących mu nietuzinkowych osób, to każda służba na świecie a priori zakłada, że doszło do zamachu – mówi. Wszelkie teorie powinny być badane, a nie odrzucane od razu z przyczyn politycznych. Piotr Wroński podkreśla, że w katastrofie smoleńskiej zginął między innymi wiceminister odpowiedzialny za zakup uzbrojenia dla polskiej armii, a jego śmierć opóźniła nasze negocjacje z USA i dała czas Rosji.

Scelus in fecit cui prodest – zbrodnię popełnił ten, kto odniósł z niej korzyść. A kto odniósł? Rosjanie i obóz władzy w Polsce – z przykrością stwierdza polski oficer, który ma żal do Donalda Tuska, że w dniu tragedii smoleńskiej obściskiwał się z ówczesnym premierem Rosji. - Putin przejął inicjatywę. Widziałem jego zimną twarz. Dobrze wiedział, co robi. (…) Dzięki nieobecności służb, skreśleniu od razu tezy o zamachu, można dojść do wniosku, że polski rząd był szczerze zainteresowany pozbyciem się niektórych ludzi – mówi Wroński, który przez sześć lat pracował w polskiej placówce dyplomatycznej w Londynie i ochraniał wiele wizyt zagranicznych Prezydenta oraz premierów RP. Jego zdaniem funkcjonujące wtedy procedury sprawdzały się, a 10 kwietnia w ogóle nie zostały dopełnione. – Jak to możliwe, że lotnisko nie wiedziało o lądowaniu niespełna dwa dni przed?! O prywatnej wizycie prezydenta Kwaśniewskiego dowiadywałem się z depeszy prawie miesiąc wcześniej – mówi oburzony przygotowaniem wizyty oficer.

Bardzo znamienne są różnice, jakie zauważył były pracownik AW w mediach relacjonujących lotniczą katastrofę z 10 kwietnia. – Miałem dwa telewizory i dwa komputery. Jednocześnie oglądałem Rossija1, TVN24, BBC i CNN. (…) Cóż zobaczyłem? Niespełna godzinę po katastrofie Rosjanie mówili o błędzie pilotów. Zdumiałem się, gdy jakieś dwie minuty później powtarzał to TVN24. Ze znakiem zapytania, ale powtarzał. Tymczasem na BBC i CNN widziałem, że rozpatrywane były różne warianty, w tym zamach – mówi. – Zauważyłem też, że Rosjanie zaczynają blokować lotnisko. 20 lat pracowałem „na tym kraju”. Znam ich. Wiem, jaki mają bałagan. Nie byliby w stanie w ciągu 15 min. podciągnąć w takim Smoleńsku tak licznych jednostek do zabezpieczenia lotniska po katastrofie. Stwierdziłem, że nie chodzi o zabezpieczenie śladów, ale ich izolowanie. Od razu zadałem sobie pytanie: gdzie są nasi ludzie? Gdzie jest ambasada? Wiem, że trochę czasu musiało minąć, ale natychmiast na miejsce powinna wyruszyć grupa oficerów służb specjalnych – dodaje Wroński, którego zdaniem miejsce katastrofy nie zostało należycie zabezpieczone. Jego zdaniem w sensie kryminalistycznym Rosjanie je zniszczyli. Oficer twierdzi, także że w każdej polskiej ambasadzie są oficerowie wywiadu i powinni zostać oni wysłali do Smoleńska, czy to z Mińska, Moskwy, Kijowa czy Wilna. I to nawet za cenę ich dekonspiracji. Gdy cały świat patrzył na Smoleńsk Rosjanie nie mogli by nie wpuścić polskich służb. Niestety ludzie Putina przejęli inicjatywę w sprawie. Zdaniem Wrońskiego wszyscy, z ambasadorem RP w Moskwie Jerzym Bahrem na czele, powinni korzystając ze statusu dyplomatycznego nie wpuścić Rosjan na teren katastrofy. Tak się nie stało.



Poważne obawy budzi u podpułkownika obecność na miejscu rosyjskich służb specjalnych, w tym OMONu i Specnazu. - Specnaz najprawdopodobniej miał za zadanie błyskawicznie zebrać rzeczy ważne dla służb, czyli dokumenty osobiste, służbowe, ale przede wszystkim telefony i inne środki łączności (…). No i czarne skrzynki. Rosjanie de facto je ukradli. W efekcie dysponujemy wyłącznie kopiami. Po katastrofie Germanwings w francuski Alpach Niemcy polecieli po rejestratory, które odplombowali oraz zbadali dopiero u siebie. Po Lackerbie było tak samo. A w naszym przypadku? – pyta ironicznie Wroński. Laptop szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego do dzisiaj nie został odnaleziony.

Pracujący 30 lat w służbach oficer zauważa także niezwykle pospieszne przejęcie pomieszczeń zajmowanych poprzednio przez tragicznie zmarłego prezydenta Kaczyńskiego przez ówcześnie p.o. głowy państwa – Bronisława Komorowskiego. Ma też żal do Antoniego Macierewicza, że wdał się w skomplikowaną dyskusję, zamiast ujawniać fakty możliwe do zrozumienia przez opinię publiczną oraz mówić o zaniedbaniach w procedurach i przygotowaniach wizyty. Macierewicz został wepchnięty przez stronę rządową w debatę, która męczy Polaków i zamazuje obraz wydarzeń. Wroński nie ma o to pretensji do posła, ale uważa to za jego błąd. Nie bez winy są też tutaj media, które solidarnie z obozem PO występowały przeciwko Macierewiczowi.

Mówiąc o zamachu, nie wyrażam swoich prywatnych poglądów. Analizuję dostępne informacje. Pamiętajmy też, że katastrofy nie trzeba powodować wybuchem. Można stworzyć takie okoliczności, które doprowadzą do tragedii. Od zmęczonej załogi, przez nieaktualne mapy podejścia, złą prognozę pogody, po nieprzygotowane lotnisko i „odpowiednią” obsługę na wieży. (…) Trudno myśleć, by nie było to zorganizowane specjalnie. Nie jest możliwe, by nie działał monitoring, radar nieprecyzyjnie pokazywał pozycję samolotu, radiolatarnia działała nieprawidłowo, brakowało oświetlenia, a kontrolerzy wprowadzali załogę w błąd. Za dużo tego. (…) Podejrzane jest również to, że strona rosyjska szybko tych kontrolerów „schowała” – wylicza wszystkie podejrzane okoliczności katastrofy smoleńskiej Wroński.

Zdaniem oficera prokuratura ma świadomość ogromnej liczby zaniedbań polskich służb specjalnych, ale nie ujawnia tego gdyż obawia się ogromnej awantury. Ma też nadzieje, że powstanie w służbach zespół operacyjny zajmujący się wyjaśnianiem wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. – Niech to potrwa następne 15 lat, ale to trzeba wyjaśnić – konkluduje.

Moja analiza jest zbieżna z podobnymi, przeprowadzonymi przez emerytowanego oficera CIA, a także BND, o których mogliśmy już czytać. Służby na całym świecie widzą to podobnie. A im więcej mija czasu, tym więcej mamy poszlak, które prowadzą w stronę hipotezy o zamachu – podsumowuje emerytowany pułkownik.

Źródło: wSieci

MWł

niedziela, 21 czerwca 2015

Stanisław Michalkiewicz: sztuka gotowania na gazie, czyli - RAZWIEDUPR próbuje po dobremu


RAZWIEDUPR próbuje po dobremu  

Kiedy 22 czerwca 1941 roku Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki, Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju był tym tak zaskoczony i skonfundowany, że zaniemówił aż na całe dwa tygodnie i dopiero 3 lipca przemówił, rozpoczynając w te słowa: „Bracia i siostry!” Najwyraźniej ludojad przypomniał sobie czas spędzony w seminarium duchownym w Tyflisie, no i oczywiście – chrześcijańską retorykę. Tak samo zachowała się pani premierzyca, pobożnie pielgrzymując ad limina papieża Franciszka w nadziei, że ta wizyta przyczyni się do zahamowania ześlizgu Platformy Obywatelskiej po równi pochyłej. Podobnie do Józefa Stalina zachował się też pan prezydent Bronisław Komorowski, którego przegrana w wyborach prezydenckich też musiała niemile zaskoczyć tym bardziej, że klakierzy, no i przede wszystkim – RAZWIEDUPR musiał nieustannie zapewniać go o zwycięstwie. Nie tylko musiał zapewniać, ale zmobilizował cały park jurajski; odezwali się nawet generałowie z Ludowego Wojska Polskiego, co to samego jeszcze znali Stalina. Inna rzecz, że po pierwszej turze do pana prezydenta musiało dotrzeć, że nie jest dobrze i że fala odzyskiwania w naszym nieszczęśliwym kraju wpływów przez Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie może go pogrążyć, tak jak właśnie pogrąża Radosława Sikorskiego. Radosław Sikorski, który w swoim czasie ostro krytykował współczesną wersję „paktu Ribbentrop-Mołotow”, ale potem przeszedł na drugą stronę Mocy i w Berlinie złożył Naszej Złotej Pani „hołd pruski”. Takie zdrady jednak bezkarnie nie uchodzą: „niech sobie człowiek wiarę ma, czy nie ma, ale najgorzej, kiedy się nie trzyma tego, w co już raz wdepnął i próbuje, jaka się wiara lepiej dopasuje” - przestrzega poeta, a przykład Radosława Sikorskiego, który znalazł się na najlepszej drodze by zostać „zwisakiem”, podobnie jak biłgorajskiego filozofa, którego spektakularny ześlizg rozpoczął się – co charakterystyczne – od aktu apostazji, pokazują, że to nie żarty.

Jak wiadomo, w okresie paniki po pierwszej turze wyborów prezydenckich, pan prezydent Komorowski zapałał nagłym zainteresowaniem dla jednomandatowych okręgów wyborczych i zapowiedział zainicjowanie w tej sprawie referendum. Prezydent może zarządzić takie referendum za zgoda Senatu, a ponieważ Senat się przychylił, to i prezydentowi Komorowskiemu nie pozostało nic innego, jak podpisać stosowne postanowienie, chociaż panika już mu chyba przeszła na rzecz rozgoryczenia. Toteż właśnie je podpisał w związku z czym 6 września odbędzie się referendum, w którym obywatele będą mogli odpowiedzieć na trzy pytania: czy są za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, czy są za utrzymaniem dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa i czy są za wprowadzeniem ogólnej zasady rozstrzygania wątpliwości co do wykładni prawa podatkowego na korzyść podatnika.

Jeszcze nie rozpoczęła się na dobre kampania referendalna, która trudno będzie oddzielić od parlamentarnej, a już widać, że RAZWIEDUPR stawia na porażkę ugrupowań antysystemowych. Wskazuje na to choćby układ pytań. O ile wszystkie ugrupowania mogą zachęcać do pozytywnej odpowiedzi na pytanie trzecie, to już w sprawie finansowania partii z budżetu, podobnie jak w sprawie jednomandatowych okręgów, ugrupowania systemowe będą agitowały przeciw, a jeśli nawet nie, żeby się w ten sposób nie zdemaskować, to będą prowadziły szeptaną propagandę na rzecz zbojkotowania referendum, które przy braku wymaganego quorum nie będzie miało żadnego znaczenia. Przypomnijmy bowiem, że postulat finansowania partii politycznych z budżetu był forsowany przez Ludwika Dorna, w owym czasie cieszącego się reputacją „trzeciego bliźniaka”, a PO, chociaż oficjalnie kręciła na to nosem, to przecież nie tylko przyzwyczaiła się do budżetowych pieniędzy, ale tak je polubiła, że już chyba nie mogłaby bez nich żyć. Jednomandatowe okręgi wyborcze uderzają, a w każdym razie mogą uderzyć we władzę ścisłych sztabów partyjnych, które z kolei kontrolowane są przez RAZWIEDUPR poprzez poutykaną tam agenturę. Mogłoby tak się stać, gdyby do wyborów w jednomandatowym okręgu mógł stanąć każdy, kto dajmy na to, wpłaci określoną, ale niezbyt wielką sumę na sfinansowanie wyborów – ale przecież właśnie tych szczegółów, w których, jak wiadomo, może ukrywać się diabeł, na razie nie znamy i prawdopodobnie nie będziemy znali również w czasie referendum, wskutek czego najważniejsze, pierwsze pytanie będzie zawieszone w próżni. W tej sytuacji jest bardzo prawdopodobne, że frekwencja może okazać się niższa od wymaganej, na co RAZWIEDUPR prawdopodobnie liczy. Musi bowiem wiele się zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu, no nie?

Na razie RAZWIEDUPR musiał podkręcić pana prezydenta Komorowskiego, by ocknął się z przygnębienia i zaczął się uwijać gwoli ratowania tego, co jeszcze można uratować. Tedy pan prezydent i małżonka zaprosili do siebie prezydenta-elekta z małżonką. O czym tam będą rozmawiali niedawni rywale – tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale nie można przecież wykluczyć, że pan prezydent Komorowski, oczywiście w imieniu RAZWIEDUPR-a, przedstawi swemu następcy warunki bezpiecznego urzędowania na stanowisku prezydenta. Jeśli będzie respektował interesy RAZWIEDUPR-a, a także innych bezpieczniackich watah, to nie tylko nic go nie spotka, ale nawet może zostać pochwalony przez resortową „Stokrotkę” oraz „Kasię” Kolendę-Zaleską. Kto wie, czy nawet sam pan redaktor Michnik nie zacznie o nim pisać per: „mój prezydent” - jak pisał o prezydencie Kaczyńskim podczas wyprawy do Tbilisi, jeszcze przez zmianą etapu, której zwiastunem był artykuł Pierwszego Cadyka Rzeczypospolitej, czyli pana Aleksandra Smolara. Pan Smolar bowiem zasygnalizował zmianę etapu i obowiązujących mądrości schlastaniem do suchej nitki „postjagiellońskich mrzonek” prezydenta Kaczyńskiego.

Te „mrzonki” wzięły się stąd, że Kondoliza powiedziała, iż USA nie będą już forsowały przyłączenia Gruzji i Ukrainy do NATO, tylko pilnowały, by panowała tam „demokracja”, to znaczy – rządy amerykańskich agentów. No i pilnują – czego ilustracją są nie tylko żydowscy grandziarze na eksponowanych stanowiskach, ale i Michał Saakaszwili na stanowisku gubernatora Odessy. Saakaszwili był przedtem prezydentem Gruzji, z której został wygryziony przez Bidzinę (Borysa) Iwaniszwiliego i pałętał się bez przydziału, niczym nasz stary kiejkut Aleksander Kwaśniewski, który musi łapać różne dorywcze roboty. Innym przykładem pilnowania demokracji na Ukrainie jest tamtejsza ministrowa finansów Natalia Jaresko, delegowana do Kijowa wprost z Departamentu Stanu w Waszyngtonie.

Nawiasem mówiąc, ukraiński prezydent Poroszenko właśnie chce wygryźć szefa Służby Bezpieki Ukrainy pod pretekstem, że nie dość energicznie walczy z korupcją. To chyba nawet prawda, a najlepszym tego dowodem jest sam prezydent Poroszenko, oligarcha, któremu mimo straszliwego konfliktu, zimny ruski czekista Putin jakoś nie odebrał fabryki czekolady w Lipiecku. Widać jakoś się tam dogadują, oczywiście nie informując o tym pana Pawła Kowala w Warszawie, który myśli, że z tą wojną na Ukrainie to wszystko naprawdę.

Więc jeśli prezydent-elekt zrozumie na czym powinny polegać „wielkie zmiany”, to nic go nie spotka, ale jeśli nie, no to... Co prawda i prezydent-elekt też coś musi wiedzieć, a zwłaszcza – jakie skutki dla RAZWIEDUPR-a pociągnie za sobą odzyskanie w naszym nieszczęśliwym kraju wpływów przez Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie, więc może rady prezydenta Komorowskiego potraktować cum grano salis. Co innego dostojne żony. Wyobrażam sobie, jak pani Anna Komorowska oświeca panią Dudową nie tylko w kwestiach protokolarnych, ale również – jak gotować na gazie i tak dalej. Tak czy owak być może jesteśmy właśnie świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji, dzięki której organizacja przestępcza o charakterze zbrojnym, w jaką RAZWIEDUPR na swój obraz i podobieństwo przekształcił III Rzeczpospolitą, będzie mogła sprawiać wrażenie cywilizowane.

Stanisław Michalkiewicz /Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 21 czerwca 2015/

czwartek, 18 czerwca 2015

Bezprawne ZNACZY BEZPRAWNE I NIELEGALNE

komentarz o nowych przepisach

Ewidentnie widać, że nie ma sensu prowadzić polemiki ze zwolennikami nowych przepisów. Wasz tok myślenia jest identyczny z hasłami o Owsiaku, " niech kradnie, bo przecież tylu dzieciom pomógł", "jak będziesz w szpitalu to nie korzystaj ze sprzętu" itd.
Będziecie bredzić o "uratowanych istnieniach" i "wariatach na drodze" a ja powiem jasno i czytelnie: Zamiast opierać swoje zdanie na bredniach z TV weźcie chociaż do ręki źródła np. statystyki. One Wam powiedzą bezspornie, że od momentu wprowadzenia noweli która bezprawnie zabiera prawa jazdy w Polsce zginęło więcej pieszych niż w analogicznym czasie obowiązywania starych przepisów. I tak będzie na przykładzie roku, dekady itd. Z faktami sobie podyskutujcie to może zrozumiecie, że broniąc tych przepisów odpowiadacie osobiście za dodatkowych pieszych i kierowców zabitych na skutek ich "działania".

Nowe przepisu spowodowały również rzecz oczywistą o której pisali ekspercie. Dzisiaj stawka za przekroczenie prędkości i jazdę po alkoholu tak wzrosła, że wielu osobom bardziej opłaca się uciekać i ZABIJAĆ wszystkich po drodze. Przemoc i represja rodzi przemoc. Żadne przepisy nie zmienią faktu, że są i będą ludzie którzy idą na całość. Ale dzisiaj nagroda za ucieczkę stała się niezwykle atrakcyjna.

I ostatnia uwaga: TV was nauczyła, że łamanie prawa to norma. Dlatego ignorujecie FAKT, że ta nowela jest niezgodna z prawem. De facto uchwalający ją bandyci zrobili to wbrew sprzeciwom Sejmowego Biura Analiz (prawników)i z pełną premedytacją złamali prawo. W połączeniu z oczywistym faktem, że jest tylko próba ukradzenia większej ilości pieniędzy z naszych kieszeni, zaś uchwalający o bezpieczeństwie myśleli tylko w kategoriach ironicznego uśmiechu nad głupota tak myślących oraz wersją jaką sprzeda się to lemingom w TV poraża was całkowity brak pojmowania najprostszych spraw. Natomiast co do zasady: państwo które łamie prawo i wykorzystuje swój aparat urzędniczy (policję) do jego bezprawnego wprowadzania i egzekwowania to bezprawie.

A skoro żyjemy w takim państwie to najbardziej naturalną reakcję obywateli będzie stosowania takiego samego bezprawia.
Nie chcę tu wymieniać już chyba kilkudziesięciu skutecznych sposobów uniknięcia jakiejkolwiek odpowiedzialności żeby nie namawiać do zabijania, ale zainteresowani bez problemu znajdą info w sieci.
Dla zwolenników nowych przepisów: dzisiaj można całkowicie legalnie przejechać was na chodniku i uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ba można się będzie ponaśmiewać z waszych rodzin w żałobie. Wkrótce zapewne opiszą pierwsze przypadki w mediach, ale już teraz możecie przejrzeć na oczy i zmądrzeć.
Bezprawne ZNACZY BEZPRAWNE I NIELEGALNE. A zwiększenie kar, podobnie jak podatków, zawsze przyniesie odwrotny efekt.

wtorek, 2 czerwca 2015

Sprawa Katynia


„Głównym animatorem ataków na J. Mackiewicza był wieloletni dyrektor RWE Jan Nowak-Jeziorański” – z Arkadiuszem Karbowiakiem, pasjonatem historii najnowszej i byłym Wiceprezydentem Miasta Opola rozmawia Tomasz Kwiatek


Arku, minęła niedawno kolejna rocznica zbrodni katyńskiej. Warto przy tej okazji przypomnieć tych, którzy mieli okazję tam na miejscu w Katyniu przypatrywać się prowadzonym przez Niemców pracom ekshumacyjnym. Kim byli ci ludzie?
Znana jest trójka polskich publicystów, pisarzy, którzy znaleźli się na zaproszenie władz niemieckich w Katyniu. Byli to Emil Skiwski, jeden z niewielu Polaków propagujących ideę współpracy z III Rzeszą w czasie II wojny światowej, Ferdynand Goetel autor głośnej przed wojną publikacji „Pod znakiem faszyzmu”, w czasie okupacji związany z pismem konspiracyjnym „Nurt” wydawanym przez Obóz Polski Walczącej. Trzecim był Józef Mackiewicz wybitnym pisarz, współpracownik przedwojennego „Słowa” prasowego organu wileńskich konserwatystów tzw. żubrów wileńskich. Wszyscy oni byli swoistymi dyzpozytariuszami prawdy o Katyniu. Nie umniejszając dwóm pierwszym wymienionym postaciom najciekawszą według mnie i twórczo najbardziej płodną był J. Mackiewicz. Katyń był dla niego przeżyciem traumatycznym, a pamięć o tej haniebnej zbrodni towarzyszyła twórczości „Ptasznika z Wilna” do końca życia. Już po powrocie z Katynia dokąd udał się za zgodą władz podziemnych udzielił on wychodzącemu pod niemieckim nadzorem polskojęzycznemu dziennikowi „Gońcowi Codziennemu” wywiadu, który ukazał się pod tytułem „Widziałem na własne oczy”, gdzie opisał to co dane mu było zobaczyć na miejscu zbrodni.
Przepisałem nawet ten wywiad i opublikowałem na NGO
Tak wiem. Ale wracając do Mackiewicza, bo to ciekawe, autor już po wojnie na zlecenie II Korpusu PSZ na Zachodzie opublikował książkę „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów”. Przedmowę do tej pracy napisał gen. W. Anders. Niestety, autorstwo tej publikacji przypisał sobie znany publicysta i polityk Zdzisław Stahl. Mackiewicz zaś wydał już pod własnym nazwiskiem książkę o Katyniu w Szwajcarii w 1949 r. Ukazała się ona później w kilkunastu językach. W 1952 r. pisarz powołany został jako świadek i ekspert przed specjalną komisję Kongresu USA, która zajmowała się zbrodnia katyńską. Tak więc jak wspomniałem na wstępie, Katyń był ciągle obecny w życiu Mackiewicza, a on sam w poczuciu obowiązku wobec pomordowanych do końca życia dawał świadectwo prawdzie o tej zbrodni ludobójstwa.
Mówiłeś, że do Katynia Mackiewicz wyjechał za zgodą władz podziemnych tych samych, które orzekły wobec niego wyrok śmierci za rzekomą współpracę z hitlerowcami…
Rzeczywiście J. Mackiewicz najprawdopodobniej – bo nie ma dokumentów a tylko poszlaki – skazany został przez sąd podziemny na karę śmierci za kolaborację z Niemcami, a konkretnie za publikowanie w „Gońcu Codziennym”. Było to o tyle dziwne, że wyrok zapadł pod koniec 1942 r. a współpracę z „Gońcem Codziennym” Mackiewicz zakończył w październiku 1941 r. Napisał tam sześć artykułów pomiędzy lipcem a październikiem 1941 r. – wszystkie poza jednym dotyczyły wspomnień z okresu okupacji sowieckiej. Ów jeden tekst można potraktować jako tekst polityczny, w którym pisarz wyrażał swój sprzeciw wobec podpisania brytyjsko-sowieckiej umowy o współpracy. W mojej ocenie wydanie za owe „zbrodnie” wyroku śmierci nawet w warunkach wojennych było jakąś aberracją. Według zdobywającej coraz większą wiarygodność hipotezy udział w wydaniu wyroku miały ośrodki komunistycznej agentury ulokowanej w strukturach BIP-u wileńskiej AK. Jednym z agentów był Lucjan Krawiec, członek redakcji konspiracyjnego pisma „Niepodległość”. Na szczęście na skutek wstawienia się za J. Mackiewiczem szeregu osób z kręgów akowskiej konspiracji min. oficera wileńskiej egzekutywy Sergiusza Piaseckiego, wyrok nie został wykonany z tym, że nie jest jasne czy został on zawieszony, czy też uniewinniono go w drugim postępowaniu odwoławczym.
Ale sprawa rzekomej kolaboracji ciągnęła się długo za Mackiewiczem?
Rzeczywiście, sprawa jego kolaboracji z Niemcami była wykorzystywana wielokrotnie w okresie późniejszym. Głównym animatorem ataków na J. Mackiewicza był wieloletni dyrektor Radia Wolna Europa Jan Nowak-Jeziorański. Wspomagał go w tym dziele ostatni delegat Delegatury Rządu Stefan Korboński. Inną sprawą jest to – co sam oceniam krytycznie – że J. Mackiewicz nigdy nie posiadł na tyle odwagi by przyznać się do opublikowania owych artykułów. Poza wspomnianymi dwiema osobami na J. Mackiewicza jako niemieckiego kolaboranta prowadziły nagonkę emigracyjne środowiska kombatanckie. Związane to było z negatywnym odbiorem wyrażonej krytyki wobec współpracy rządu emigracyjnego i Armii Krajowej z Sowietami jakiej J. Mackiewicz dał wyraz w artykule „Nudis Verbis” opublikowanym na łamach tygodnika „Wilno i Lwów”, a potem w znakomitej powieści „Nie trzeba głośno mówić”.
Z tego co mówisz widać, że w pewnych środowiskach Mackiewicz nie był zbyt lubiany. Czytałem opinie wskazujące, że Mackiewicz był agentem sowieckim?
Mackiewicz był człowiekiem niezależnym, cenił sobie wolność głoszenia poglądów i płacił za tę niezależność olbrzymią cenę – cenę biedy i szkalowania jego osoby. Niewątpliwie jago różne enuncjacje zawarte w wydawanych przez niego książkach szokowały osoby przyzwyczajone do określonych utartych ocen dotyczących takich czy innych wydarzeń historycznych. Na przykład powieść „Lewa wolna” zbulwersowała środowiska piłsudczykowskie za „oszczercze kalumnie” rzucane na śp. Marszałka. Mackiewicz przypomniał w niej kontakty wysłanników Piłsudskiego z bolszewikami w Mikaszewiczach oraz skrytykował Piłsudskiego za wstrzymanie działań militarnych przeciwko bolszewikom w 1919 r. i 1920 r. i nie udzielenie wsparcia „białej” kontrrewolucji. Dla wielu był to pogląd obrazoburczy wręcz skandaliczny. Niewątpliwie Mackiewicz Piłsudskiego oceniał nieco jednostronnie i niesprawiedliwie, ale oceny są kwestią subiektywną, najważniejsze by każdy mógł je swobodnie wyrażać. Artykułowane publicznie poglądy Mackiewicza powodowały, że był on jednym z najbardziej atakowanych pisarzy i publicystów. Owe ataki często przeradzały się w paszkwile i insynuacje, co prowadziło do wysuwania absurdalnych oskarżeń min. o rzekomą współpracę z NKWD itp. Tę sugestię wysunął J. Nowak-Jeziorański „dziwiąc” się zwolnieniu Mackiewicza przez NKWD. Nie ma żadnych podstaw by takie haniebne oskarżenia traktować poważnie.
Mackiewicz traktowany jest jako ikona antykomunistycznej prawicy, choć niektórzy twierdzą, że prawica wbrew poglądom samego pisarza próbuje go sobie przywłaszczyćCo o tym sądzisz? Jakie jest Twoje zdanie w tej kwestii?
Zależy jaka prawica. Pisarz z pewnością nie identyfikował się z prawicą narodową. Poza twardą postawą antykomunistyczną poglądy J. Mackiewicza nie są łatwe do identyfikacji. Można to wykazać w kwestii jego stosunku do przedrewolucyjnej Rosji. Mackiewicz należał do wąskiego grona Polaków przychylnie ustosunkowujących się do Rosji carskiej. Rządy carskie oceniał on pozytywnie akcentując fundamentalne istniejące różnice pomiędzy Rosją carską a bolszewicką. Rosja jaką pamiętał z czasów młodości znajdowała się w fazie przechodzenia z monarchii absolutnej w monarchię konstytucyjną dokonywały się w niej olbrzymie przemiany nieco inna była też wileńska pespektywa oceny Rosji niż u osób z pochodzących z Kongresówki. Generalnie jego poglądy na Rosję raczej są odległe powszechnie akceptowanych ocen polityków, historyków i publicystów wychowanych raczej na dziełach J. Kucharzewskiego, czy W. Studnickiego, w których czerwony carat jawił się jako kontynuacja białego. Pogląd Mackiewicza w tej kwestii był odmienny. Podobnie rzecz się przedstawia z głoszoną przez niego koncepcją odtworzenia wielonarodowego Wielkiego Księstwa Litewskiego ze stolicą w Wilnie. Miała to być realizacja tzw. idei krajowej lansowanej przez Ludwika Abramowicza. Owe poglądy stanowiły w Polsce zupełny ewenement. Zdecydowany antynacjonalizm i antypolonocentryzm powodują, że nie da się łatwo zaszufladkować J. Mackiewicza w przestrzenni tradycyjnych polskich ośrodków politycznych. Osobiście uważam, że jego poglądy można określić mianem liberalno-konserwatywnych a więc mieści się on w obrębie szeroko rozumianej prawicy.