piątek, 30 sierpnia 2013

S. Michalkiewicz o sprawach bieżących

Samotność premiera Tuska

Ładny interes! Jeszcze nie zdążyliśmy się nacieszyć wiadomością o dymisji pana wicepremiera i ministra finansów Jacka Vincenta Rostowskiego, a już pan wicepremier i minister finansów Jacek Vincent Rostowski tę wiadomość oficjalnie zdementował! Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie mówię już o zasadzie wyznawanej przez księcia Gorczakowa, który nie wierzył informacjom nie zdementowanym, ale o opinii pewnego politologa, że gdyby pan wicepremier i minister finansów Jacek Vincent Rostowski naprawdę podał się do dymisji, to premier Donald Tusk zostałby „osamotniony”. Jakże to? Premier otoczony przez wicepremierów, ministrów i ministry „osamotniony”? „Czy instrument niestrojny, czy muzyk się myli?” Wszystko to oczywiście być może, zwłaszcza że z politologami bywa tak, jak z recenzentami. Powiadają mianowicie, że recenzent przypomina impotenta; wie jak powinno być, ale sam nie potrafi. Coś musi być na rzeczy, bo jeśli politologia jest nauka o polityce, to znaczy - o uprawianiu polityki, to specjaliści z branży powinni mieć politykę w małym palcu. Tymczasem wystarczy posłuchać opinii politologów, by się przekonać, że o polityce wiedzą oni mniej więcej tyle samo, co wszyscy, to znaczy - niewiele, a jeśli się w sprawach politycznych wypowiadają, to raczej jako agitatorzy, niż naukowcy.
Zresztą zróbmy przegląd parlamentarnych polityków; premier Tusk jest historykiem, prezes Kaczyński - prawnikiem, wicepremier Piechociński - ekonomistą, Janusz Palikot - filozofem, co prawda biłgorajskim, niemniej jednak. Nawet ministra Mucha jest ekonomistką, podobnie, jak wicepremier Jacek Vincent Rostowski. Jedynym politologiem jest Leszek Miller, który ukończył Wyższą Szkołę Nauk Społecznych przy KC PZPR, gdzie nauczano o wyższości ustroju socjalistycznego nad wszystkimi innymi, o centralizmie demokratycznym, a więc o czymś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Nie chodzi jednak o to, by natrząsać się z wykształcenia Leszka Millera, tylko o to, by wykazać, że politologia chyba nie jest specjalnie przydatna przy uprawianiu polityki, zwłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju.
No dobrze - ale w takim razie co jest, albo może być przydatne przy uprawianiu polityki, zwłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju? Pewne światło na tę sprawę rzuca samo powołanie pana Jacka Vincenta Rostowskiego do rządu premiera Tuska. Jak pamiętamy, Platforma Obywatelska przed wyborami w roku 2007 dysponowała „gabinetem cieni” na którego czele stał niedoszły „premier z Krakowa”. W tym „gabinecie cieni” kandydatem na ministra finansów był pan Zbigniew Chlebowski, późniejszy „Zbycho” z afery hazardowej, której jak wiadomo, „nie było”. Aliści kiedy przyszło do tworzenia rządu, to „premier z Krakowa” przepadł z kretesem, ministrem finansów został pan Jacek Vincent Rostowski, a w ogóle z pierwotnego „gabinetu cieni” swoje stanowiska objęła tylko dwójka dygnitarzy: pani Ewa Kopacz - jako ministra zdrowia i pan Mirosław Drzewiecki, późniejszy „Miro” z afery hazardowej, której, jak wiadomo, „nie było”. W rządzie nie tylko pojawili się ministrowie spoza „gabinetu cieni”, ale w dodatku ci, którzy w tym gabinecie byli, ustąpili przybyszom znikąd bez słowa protestu.
Musiała być po temu jakaś bardzo ważna przyczyna, której ja oczywiście nie znam. Podobnie jak wszyscy, jestem skazany na domysły - ale skoro już jestem skazany, to sobie nie żałuję i domyślam się, że do Donalda Tuska przyszedł ktoś starszy i mądrzejszy i powiedział: słuchajcie no Tusk, macie tu listę waszego gabinetu i nic nie kombinujcie na własną rękę, bo z tego wynikną tylko same zgryzoty, a my będziemy musieli wam przypomnieć, skąd wyrastają wam nogi. Czy powiedział tak, czy tę myśl wyraził innymi słowami - tak czy owak perswazja okazała się skuteczna, no i w ten oto sposób pan Jacek Vincent Rostowski został w rządzie premiera Tuska ministrem finansów i to w dodatku takim, że gdyby podał się do dymisji, to premier Tusk zostałby kompletnie „osamotniony”, mimo że nadal byłby premierem rządu, w którym zasiadają wicepremierzy, ministrowie i ministry.
Wynika z tego, że pozycja pana ministra Jacka Vincenta Rostowskiego w rządzie premiera Tuska jest zupełnie wyjątkowa, że kto wie, czy w prawdziwej hierarchii pan wicepremier i minister finansów Jacek Vincent Rostowski nie stoi wyżej od samego premiera Tuska? Wykluczyć tego z góry nie można między innymi dlatego, że pan wicepremier i minister finansów Jacek Vincent Rostowski rodowe nazwisko miał kiedyś inne, mianowicie Rothfeld, a ta okoliczność w dzisiejszych czasach bywa w polityce szalenie pomocna, zwłaszcza w branży finansowej i w takich krajach, jak nasz nieszczęśliwy. Ale nie tylko z tego powodu pan Jacek Vincent Rostowski mógł zostać faworytem tajemniczego starszego i mądrzejszego, co to przyniósł premieru Tusku papierek z listą jego gabinetu. Tych powodów mogło być znacznie więcej, ale można je wyjaśnić wyłącznie na gruncie potępionej przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają jeden drugiego po zapachu.
Otóż według wspomnianej teorii spiskowej, PRL-owscy bezpieczniacy u progu sławnej transformacji ustrojowej przewerbowali się do razwiedek przyszłych sojuszników naszego nieszczęśliwego kraju, traktując to jako polisę ubezpieczeniową. Oczywiście wynikają z tego rozmaite zadania, wyznaczane przez władze kraju, do którego taki jeden z drugim bezpieczniak się przewerbował - i dlatego właśnie rząd premiera Tuska był zupełnie inny, niż skład „gabinetu cieni” - bo ów „gabinet” to była tylko taka sobie zabawa Umiłowanych Przywódców, z której nic przecież nie musiało wynikać, podczas kiedy już przyszło do tworzenia rządu, to każda z przewerbowanych watah musiał w nim umieścić swojego legata, żeby pilnował interesu. To wyjaśnia, dlaczego w swoim czasie premier Tusk nie odwołał ministra Skarbu Państwa, chociaż się odgrażał, że go odwoła, jeśli ten nie znajdzie strategicznego inwestora dla stoczni, no i wyjaśnia, dlaczego mimo licznych ministrów i minister, premier Tusk bez pana Jacka Vincenta Rostowskiego byłby „osamotniony”. A skoro „Newsweek” puścił bąka o dymisji na podstawie aż „dwóch niezależnych źródeł”, to znaczy, że kompromis między bezpieczniackimi watahy i ich mocodawcami właśnie się zachwiał.
Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 29 sierpnia 2013

Maltańskie odkrycia

Są starsze od Stonehenge i Wielkiej Piramidy. Ruiny w kształcie kobiety to wielka, tajemnicza zagadka archeologii

Są starsze od Stonehenge i Wielkiej Piramidy. Ruiny w kształcie kobiety to wielka, tajemnicza zagadka archeologii
Autor w jednej ze świątyń na Mlacie [fot: Przemysław Ciszak]
Na całej Malcie oraz na mniejszej, sąsiedniej Gozo archeolodzy odnaleźli w sumie 23 tajemnicze ruiny. Większość z nich z lotu ptaka przypomina kształtem krągłą kobietę. Czy 5 tysięcy lat temu na Malcie panował matriarchat? Dlaczego w niektórych świątyniach męski głos rozchodzi się echem, a kobiecy nie? Kto pozbawił bogiń głów i wreszcie, co stało się tym nie znającym wojen, idealnym społeczeństwemstarożytnych budowniczych?
Podróż na Maltę planowałem od jakichś dwóch lat. Z początku głównym celem miały być potężne twierdze joannitów i trzysta wież De Redina, czyli umocnienia i założenia obronne wyspy, będące świadectwem potęgi zakonu Kawalerów Maltańskich oraz legenda bohatera wojny z Imperium Osmańskim - wielkiego mistrza Jeana Parisota de La Valette.

Wszystko się zmieniło, kiedy przypadkiem usłyszałem o badaniach niemieckiego archeologa amatora Huberta Zeitlmaira nad neolitycznymi świątyniami na Malcie. Zaciekawienie zmieniło się fascynację, a fascynacja w pasję. Wiedziałem, że sprawa rycerzy świętego Jana nie będzie już jedynym tematem wyprawy.

Już samo to, że właściwą datę pochodzenia tych megalitycznych struktur archeolodzy określili dopiero w latach 20. XX wieku - podczas gdy skupiska świątyń odkryte zostały w połowie XIX wieku - zwróciło moją uwagę. To, co wykazały badania wykopaliskowe i analizy izotopem węgla C-14 zaszokowało samych badaczy, a mnie otworzyło oczy. Tak zwane świątynie z Malty to najstarsze, wolno stojące budowle zbudowane przez człowieka!
Jak się okazało świątyniami nazywane są umownie, bo czemu służyły naukowcom do dziś trudno jest jednoznacznie wyjaśnić. Dla jednych to kamienne, wielkie kalendarze, dla innych miejsca kultu, dla jeszcze innych obserwatoria astronomiczne, a są też tacy, którzy chcą w nich widzieć ślady po zaginionej cywilizacji Atlantów. Czym naprawdę są, wciąż pozostaje jednak zagadką, która nie dawała mi spokoju podczas podróży po tej wysuniętej najbardziej na południe wyspie Europy.

Gdy faraonowie sypiali w namiotach...Najstarsze budowle:
3600 p.n.e. Ggantija
(najstarsza świątynia, Malta)
2550 p.n.e. Wielka Piramida
(Egipt)
2500 p.n.e. Tarxien
(najmłodsza świątynia, Malta)
2300 p.n.e. Stonehenge
(Anglia)
2000 p.n.e. Pałac Knossos
(Grecja, Kreta)
600 p.n.e. Akropol
(Grecja, Ateny)
Na całej Malcie oraz na mniejszej, sąsiedniej Gozo archeolodzy odnaleźli w sumie 23 tajemnicze ruiny. Jednak dopiero w 1980 roku dwie z nich, należące do kompleksu Ggantija, zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wpis ten został rozszerzonyw 1992 roku o dodatkowe obiekty tego typu. Chociaż zbudowane z ociosanego wapienia globigerynowego lub twardszego, koralinowego, liczą nawet 5800 lat, świątynie pozostawały same sobie, powoli ulegając zapomnieniu i zniszczeniu.

Trudno to zrozumieć zwłaszcza, że świątynia Ggantija jest o wiele starsza od znacznie od niej popularniejszego kamiennego kręgu - Stonehenge, a także o ponad 1000 lat starsza od piramid - do niedawna uznawanych za najstarsze wolnostojące budowle zbudowane przez człowieka.

Fenomen powstania maltańskich zespołów megalitycznych stanowi do dziś sporą zagadkę, ponieważ na obu wyspach, Malcie i Gozo, istniały poprzednio (podobnie jak na innych wyspach zachodniej części Morza Śródziemnego) wyłącznie małe groby wycinane w skale.


W świątyni Hagar Qim archeolodzy znaleźli posążek Wenus z Malty, fot. Przemysław Ciszak
Ruiny maltańskich świątyń nawet teraz zachwycają rozmachem. Trudno opisać uczucie, jakie towarzyszy podczas przemierzania labiryntu prastarych korytarzy, w cieniu potężnych menhirów. Podziw potęguje fakt, że pierwotnie były jeszcze wyższe, niż ich sięgające sześciu metrów pozostałości. Potwierdziły to szczegółowe pomiary rozmiarów bloków skalnych, ważących niekiedy ponad 50 ton i wirtualne rekonstrukcje przygotowane przez zespół archeologów i architektów z Valetty.

W dodatku zbudowane zostały zanim jeszcze człowiek wynalazł narzędzia z metalu i koło! Nawet eksperci są zdumieni skalą konstrukcji i pionowo poustawianymi, średnio ponad 20-tonowymi głazami. Starożytni byli w stanie niezwykle dokładnie dopasować do siebie głazy. Dokładniej, niż jesteśmy w stanie zrobić to dzisiaj.
CZY MALTAŃCZYCY WYNALEŹLI TOCZĄCE SIĘ POJAZDY ŁOŻYSKOWE?
Na Malcie archeolodzy znaleźli kule o średnicy od 7 do 60 centymetrów. Zdaniem archeologów są one kluczem do rozwiązania tajemnicy budowli świątyń. Przez lata naukowcy głowili się, w jaki sposób starożytni mieszkańcy wyspy transportowali wielotonowe głazy na miejsca budowy megalitycznych świątyń. Badacze rozważali różne teorie. Według jednej z nich, robotnicy przesuwali je na wielkich kłodach drzew. Szybko jednak została ona obalona, gdyż Malta jest i w przeszłości była wyspą w bardzo niewielkim stopniu zalesioną. Najprawdopodobniej bloki skalne przesuwane były na zasadzie łożysk kulkowych. Według bardziej śmiałej teorii być może były one umieszczane w specjalnie w tym celu rzeźbionych koleinach. Są jednak też tacy, którzy twierdzą, że przodkowie Maltańczyków wynaleźli bardziej zaawansowane pojazdy, toczące się na kamiennych kulach.
Mieszkańcy Malty i Gozo zaczęli masowo budować imponujące, kamienne świątynie około 3500 roku przed Chrystusem. To właśnie mniej więcej wówczas powstało najwięcej świątyń, a także zostały przebudowane i powiększone starsze obiekty.
Nie tylko wiek, rozmiar czy ich liczba intryguje, ale również funkcja i położenie. Zwykle były one orientowane na południowy zachód. Z tego powodu wielu archeologów uważa, że monolityczni architekci budowali je tak, by w wybranych momentach roku światło słoneczne przenikało do nich w określony sposób. Można więc przypuszczać, że mieszkańcy Malty kilka tysięcy lat temu mieli już sporą wiedzę z dziedziny astronomii.


Świątynia Mnajdra. fot. Przemysław Ciszak


Tę hipotezę potwierdza choćby znajdująca się w południowo-zachodniej części wyspy świątynia Mnajdra. By do niej dotrzeć musiałem zjechać z głównych dróg i udać się w niezamieszkałą, spaloną słońcem i bardziej dziewiczą część wyspy. Trud dotarcia rekompensuje już sam widok, gdyż megalityczne ruiny znajdują się na jednym z najwyższych klifów Malty. Poza tym Manjdra to prawdziwy, niezwykle precyzyjny, astronomiczny kalendarz! Dokładnie w przesilenie letnie i tylko wtedy, promienie słoneczne przenikając przez otwory padają na centralny punkt ołtarza.
To na nim - pogrążonym przez resztę roku w ciemnościach kamiennym stole - kapłani składali krwawe ofiary ze zwierząt. Świadczyć o tym może duża liczba znalezionych tam zwierzęcych kości. Ten fakt wyznaczył kolejny punkt podroży. W kompleksie Tarxien, do którego dotarłem jeszcze tego samego dnia, na ołtarzu oprócz kości grupa badaczy odnalazła także długi nóż z krzemienia, który prawdopodobnie służył do zarzynania ofiarnych zwierząt przez kapłanów.

Świątynia jak mroczne łono
Niezwykle zaintrygował mnie także plan na jakim zostały wzniesione te budowle. Oglądane z lotu ptaka układają się w kształt kobiecej sylwetki. Każda świątynia ma półokrągłą fasadę, otoczoną przez dziedziniec. Przez potężne wejście wchodzi się do centralnej części, skąd przechodzi się do mniejszych, półokrągłych.
To centralne miejsce nazywane zostało Komnatą Wyroczni. Dzięki ocalałej niemal w nienaruszonym stanie, podziemnej świątyni Hal Saflieni, archeolodzy zaobserwowali wyjątkowe właściwości akustyczne tych budowli. Ich konstrukcja powodowała, że nawet szept z Komnaty Wyroczni słyszalny był w całym obiekcie.
WIELKIE HYPOGEA
O równości pierwotnych mieszkańców Malty mogą świadczyć sposoby ich pochówku. Wszyscy, bez względu na status społeczny, byli grzebani z jednakowym szacunkiem. Nikt nie był wyróżniany, a ciała zmarłych składane były w wykutych w skale grobowcach zwanych hypogeami. Początkowo były to niewielkie pomieszczenia, jednak w końcu większe grobowce przybrały postać złożonych katakumb. 

W końcu Maltańczycy zaczęli budować znacznie większe hypogea, przeznaczone na zbiorowe pochówki. Hal Saflieni to największy podziemny grobowiec. Mógł pomieścić nawet 7 tysięcy osób i był używany przez tysiąc lat. Hypogeum ma trzy poziomy i zajmuje powierzchnię 500 metrów kwadratowych. Szacuje się, że budowniczowie wydobyli spod ziemi ponad 2000 ton kamieni, by stworzyć piękną replikę naziemnych świątyń. 

Zobacz hypogeum Hal Saflieni:

Drugie co do wielkości to hypogeum w Xaghra, na Gozo, gdzie naturalna jaskinia została poszerzona. Archeolodzy nie natrafili na groby w żadnej ze świątyń ani w jej pobliżu. Hypogeum Hal Saflieni jest pod tym względem wyjątkiem, gdyż pełniło również funkcję sakralną dla żyjących.
O niezwykłej znajomość zasad akustyki i kunsztu inżynieryjnego może świadczyć jeszcze jedna zagadkowa właściwość Komnaty Wyroczni. Konstrukcja tej części świątyni sprawia, że tylko niski, męski głos niesie się daleko, a wysoki, kobiecy zanika. Naukowcy sugerują, że starożytni właściwie modulowanymi dźwiękami wprowadzali się w głęboki trans, którego być może symbolicznym przedstawieniem są reliefy, które zdobią ściany świątyń. Charakterystyczne motywy spiralne wyryte zostały z ogromną precyzją, za pomocą narzędzi z krzemienia i obsydianu i pomalowano ochrą.
POTĘŻNA KOMNATA WYROCZNI
Bardziej kontrowersyjna teoria zwolenników teorii starożytnych astronautów zakłada, że przez znajomość akustyki starożytni Maltańczycy zgłębili wiedzę modulowania dźwięku, tak by wpływać na materię przez zmianę jego częstotliwości. W myśl tej fantastycznej tezy Komnata Wyroczni pozwalała ujarzmić energię fal dźwiękowych, a starożytni budowniczowie użyli technologii dźwiękowych przy konstruowaniu megalitycznych świątyń na Malcie. W praktyce za pomocą dźwięku przenosili i obrabiali wielkie głazy.
Wszystkie maltańskie świątynie łączy jedno. Są nacechowane symboliką, która może sugerować, żeczczono w nich związaną z kultem płodności Wielką Boginię. Centralna część świątyń nasuwa skojarzenia z kobiecym łonem. To z niego, po ceremonii, ludzie wąskim korytarzem ponownie wychodzą na świat. Podobną symbolikę mają otoczone monumentalnymi portykami wejścia do tych tajemniczych świątyń. 


Wyznawcy Wielkiej Bogini
Według jednej z hipotez, lansowanej zwłaszcza przez amerykańską archeolog prof. Mariję Gimbutas, pozycja społeczna kobiet cywilizacji Maltańskiej była bardzo wysoka. Jej zdaniem rozpowszechniony kult Wielkiej Matki, Bogini Płodności wskazuje, że Malta była pierwotną kolebką matriarchatu. To kobiety rządziły wyspą, a potwierdzać to mają figurki i posągi bogiń o pełnych piersiach i krągłych biodrach odnalezione w świątyniach - twierdzi badaczka.
Maltańskie Roswell


W 2008 r. rozmieszczone od siebie w odległości 5 minut marszu świątynie
Hagar Qim i Mnajdra osłonięte zostały lekką konstrukcją. Ekrany w postaci rozpiętych żagli mają osłonić świątynie przed niszczącą siłą natury. Białe konstrukcje na pustkowiu przypominają z daleka laboratoria w Roswell.
W Tarxien zachował się fragment olbrzymiego posągu. - Chociaż pozostała tylko jego dolna część – od stóp do pasa, możemy domyślać się, że figura miała mniej więcej 2,75 m wysokości. Plisowana spódnica do kolan osłaniająca sylwetkę o obfitych biodrach, wąskiej talii i drobnych stopach może świadczyć, że przedstawiała postać kobiety - pisał dr David Trump w książceMalta: An Archaeological Guide.

Z hypogeum Hal Saflieni z kolei pochodzi terakotowa rzeźba zwanaŚpiącą Boginią. Ta kilkunastocentymetrowa figurka z terakoty ma co najmniej 5 tysięcy lat. Takie imię otrzymała w 1902 roku, kiedy podczas budowy robotnicy przypadkiem natrafili na podziemną świątynię, a w jej wnętrzu na wiele cennych przedmiotów - w tym także posążek leżącej kobiety.

Czy faktycznie była wyobrażeniem Pramatki, czy może wizerunkiem Wielkiej Kapłanki pozostaje jednak w kwestii domysłów. Podobnie zresztą jak jeden z symboli Malty - Wenus z Hagar Qim - do dzisiaj działa na wyobraźnię archeologów i badaczy kultury monolitycznej oraz turystów podziwiających jej pełne kształty.

To jednak nie jedyna bezgłowa figurka znaleziona w świątyniach na Malcie. Te kamienne posążki to kolejna zagadka, która spowodowała, że temat neolitycznych świątyń stał się dla mnie czymś jeszcze bardziej fascynującym. Właściwie większość z nich nie ma cech płciowych, więc mogą być wizerunkami zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Nie mają też głów, w miejscu po nich pozostały jedynie specjalne bolce.

Prawdopodobnie główki wykonane zostały z drewna i - jak twierdzą archeolodzy - były ruchome, więc mogły być zdejmowane lub zakładane na korpus. W jakim celu, co miały przedstawiać i czemu służyć? Większość zniknęła bez śladu, a z nimi część układanki, która mogłaby przybliżyć odpowiedź na te pytania.


fot. Przemysław Ciszak

Bezpłciowe figurki wzbudzają pewne wątpliwości, co do teorii, że Malta była stolicą matriarchatu. Jest jednak coś jeszcze, co tu nie pasuje. Wiele zwolenniczek koncepcji prof. Marii Gimbutas pomija fakt, że obok kamiennych figurek znaleziono również liczne kamienne fallusy – różnej wielkości, pojedyncze, a nawet potrójne. Mogą one rzeczywiście wskazywać na kult płodności, ale wcale nie oznacza to, że na wyspie panował społeczny matriarchat.

Co ciekawe, chociaż nie ma jednoznacznego potwierdzenia tej feministycznej teorii, niektórym biurom turystycznym wcale to nie przeszkadza. Oferują specjalne wycieczki tylko dla kobiet, które biorą tam udział w ceremoniach ku czci Wielkiej Bogini.

Zaginiona Atlantyda odnaleziona?Pikanterii tematowi maltańskich świątyń dodają również teorie o zatopionej Atlantydzie. Wśród 23 ruin to kompleks świątynny Gebel Gol-Bahar wzbudził największe kontrowersje i burzę w międzynarodowej prasie, ponownie zwracając uwagę na tajemnicze budowle. Badania niemieckiego biznesmena i archeologa amatora Huberta Zeitlmaira miały potwierdzić istnienie legendarnej Atlantydy w basenie Morza Śródziemnego.

Na jego zlecenie dwóch nurków: Shaun Arrigo - reżyser filmów dokumentalnych i jego brat Kurt, prowadzili podwodne poszukiwania archeologiczne na północno-wschodnim wybrzeżu Malty. Na głębokości 15–20 metrów odkryli ślady, które mogą wskazywać, że na dnie morza przetrwały resztki kolejnego kompleksu świątyń.
Zdaniem Zeitlmaira projekt Malta Discovery ma wielkie znacznie zwłaszcza, że nikt dotąd nie prowadził badań pod wodą. Niemiecki archeolog amator postanowił udowodnić tezę maltańskiego archeologa dr. Josepha Ellula mówiącą o istnieniu zatopionych świątyniach wokół Malty.

Dr Ellul analizował otrzymane od porucznika brytyjskiego lotnictwa fotografie lotnicze z okresu II wojny światowej, z których mogłoby wynikać, że takich podwodnych budowli jest znacznie więcej. Nie ma znaczenia, czy wierzy się w hipotezy dotyczące odnalezienia śladu mitycznych Atlantów czy też nie. Odkrycie nowych świątyń na dnie morza wzbudza emocje. Gdyby teoria się potwierdziła mogłoby się okazać, że cywilizacja maltańska i stworzone przez nią świątynie są jeszcze starsze niż na dzień dzisiejszy sądzą historycy.
Idealne społeczeństwo?Zniknęli nagle, z nie wyjaśnionych przyczyn. Opuścili wyspę w poszukiwaniu bardziej przyjaznego klimatu? Zostali uprowadzeni, albo wymordowani przez najemników? A może zabił ich kataklizm, głód albo zaraza? Nie wiele wiadomo o tej cywilizacji, która pozostawiła po sobie wielkie, kamienne świątynie, posągi i dekorowane naczynia.


fot. Przemysław Ciszak
Z badań archeologicznych można się domyślać, że zajmowali się handlem wymiennym z mieszkańcami sąsiednich wysepek archipelagu maltańskiego, ale raczej nie utrzymywali kontaktów z przedstawicielami innych kultur.

Na niezamieszkałą, spaloną słońcem Maltę dotarli około 5200 roku p.n.e. w okresie nazywanym Jaskinią Mroku - od odkrytej na południu wyspy Ghar Dalam. Założyli pierwsze osady, uprawiali zboża, hodowali owce, kozy i świnie.

Kobiety maltańskie bardzo dbały o urodę. W ruinach świątyń znaleziona została biżuteria i zdobione guziki. Z badań archeologów wiadomo, że włosy upinały na wymyślne sposoby, ozdabiając je muszlami i kamieniami. W stroju również wyprzedzały swoją epokę stosowały plisy, skosy, fałdy i falbany.
Prawdopodobnie nie znali wojen, nie wytwarzali broni i nie budowali fortyfikacji. A przynajmniej nic takiego nie zachowało się do dziś. Zamiast mieczy zachowały się natomiast narzędzia rolnicze i niewielkie pozostałości domostw, wokół których archeolodzy odkryli kości zwierząt: bydła, owiec, kóz i świń oraz ślady świadczące o tym, że przodkowie Maltańczyków uprawiali zboża – pszenicę, soczewicę i jęczmień. Badacze nie odkryli grobów, które mogłyby świadczyć o szczególnej pozycji spoczywających w nich osób. Nie było więc królów ani przywódców?
ZAAWANSOWANA CYWILIZACJA, PODOBNA DO NASZEJ
Najstarsze świątynie i tak zwane tory sięgające morza zafascynowały również jednego z najsłynniejszych zwolenników paleoastronautyki, pisarza i publicysty Ericha von Dänikena. Autor koncepcji wpływu istot pozaziemskich na życie ludzi w czasach przedhistorycznych tak pisał o maltańskich budowlach:

Przed 10 000 lat ktoś zbudował w pobliżu Lixus port atlantycki i przed 10 000 lat komuś na Malcie były potrzebne z jakichś powodów rowki wyglądające jak tory. Oba te przedsięwzięcia wymagały planów, ich zaś sporządzenie jest z kolei uwarunkowane istnieniem pisma. Ale to nie wszystko. Konieczna jest też odpowiednia technika, o której świadczy obróbka ciosów koło Lixus (i gdzie indziej). Dalej: Trzeba wymierzyć i przewieźć wielkie ilości kamienia. Konieczna jest zatem znajomość geometrii i metod transportu. Megality - a były ich tysiące - obrabiano zapewne przy pomocy jakichś narzędzi. Wszystko to świadczy o istnieniu kierownictwa budowy - przynajmniej szef musiał wiedzieć, co się buduje i gdzie powinny się znaleźć poszczególne ciosy. Równanie jest banalne:
pismo + plany + geometria + metody pracy + narzędzia + organizacja transportu
= technika dorównująca naszej
    Zagadkowe, prehistoryczne torySen z oczu archeologom jak i zwolennikom teorii dänikenowskich spędzają jednak nie tylko świątynie, ale również znajdujące się na południowym zachodzie Malty i Gozo tajemnicze koleiny skalne. Według badań archeologicznych są tu prawdopodobnie od 10 tysięcy lat. Największe ich skupisko przez miejscowych nazwane jest czasem cart ruts - koleinami furmanki, albo żartobliwie Clapham Junction- nawiązując do najbardziej ruchliwej stacji kolejowej w Anglii. Równomiernie rozmieszczone koleiny mają rozstaw około 1,2 metra. Niektóre ciągną się setki metrów inne kilometrami, w niektórych przypadkach kończąc się na krawędzi nadmorskich klifów.

    To o nich pisał Erich von Daniken w książce Kosmiczne miasta w epoce kamiennejTurysta, znalazłszy się pierwszy raz w tej okolicy, może sobie pomyśleć, że są to stare torowiska, z których wymontowano szyny. Istotnie, pierwsza myśl o torach wydaje się mieć rację bytu. Przy dokładnym badaniu gruntu okazuje się, że tory na Malcie są jednak prehistoryczną zagadką. Okolica wygląda jak stacja rozrządowa. Tory to osobliwe - biegną dolinami, wspinają się na wzgórza, często kilka idzie obok siebie, potem zwężają się nagle do linii dwutorowej - wreszcie wchodzą w nader ryzykowny zakręt.

    Zobacz rozmieszczenie tajemniczych kolein na Malcie:


    Zwolennicy teorii starożytnych astronautów wierzą, że te koleiny są dowodem na to, że Malta była jednym z pierwszych terenów przemysłowych na Ziemi. Wyglądają tak, jakby były starożytnymi torami, po których przewożono ciężki sprzęt, jakiego dzisiaj używamy w kopalniach, na budowach, a nawet szynami zbudowanymi do przewozu rakiet lub statków kosmicznych na płytę startową.
    Bardziej konserwatywni archeolodzy widzą w nich raczej swojego rodzaju trasy komunikacyjne. Być może podążały nimi wozy, którymi transportowano z kamieniołomów bloki do budowy świątyń. Inni widzą w nich specjalne trakty wodne, nieznany kalendarz, starożytne pismo lub tajemnicze symbole kultu. Na temat torów jak i świątyń na Malcie istnieje mnóstwo spekulacji - ale wciąż jednak brak jednoznacznych wyjaśnień, co tylko zwiększa tajemniczą atrakcyjność tej małej śródziemnomorskiej wyspy.

    wtorek, 27 sierpnia 2013


    Jak drukować to … jak drukować?        August 27th, 2013 by Rybinski



    Banki centralne USA, strefy euro, Japonii i Wielkiej Brytanii zastosowały podobną metodę walki z kryzysem, obniżyły stopy procentowe do zera, zaczęły udzielać darmowych kredytów banksterom oraz zaczęły kupować od banksterów różne aktywa po bardzo wysokich cenach, znacznie przewyższających ceny rynkowe. Banksterzy chętnie wzięli te darmowe biliony ale zamiast wesprzeć nimi firmy to zaczęli spekukować na rynkach aktywów, powodując kolejne bańki spekulacyjne, które teraz zaczynają pękać. W wyniku tej działalności zyski banksterów i korporacji międzynarodowych wzrosły, a dochody ludzi spadły lub są w stagnacji. W ten sposób elity korporacyjno-bankowe świata, które mają polityków w kieszeni, zaplanowały i zrealizowały plan walki z kryzysem, który powoduje, że biedni stali się jeszcze biedniejsi, a bogaci jeszcze bogatsi.

    Te elity otwarcie mówią, że realizowana przez nich polityka ma na celu doprowadzić do wzrostu inflacji, dzięki czemu realna wartość długów spadnie i po jakimś czasie świat będzie mógł znowu normalnie się rozwijać. Ale skoro celem był wzrost inflacji, to przecież prościej było wydrukować po sto tysięcy euro lub dolarów na osobę i je rozdać. Ludzie w obawie przed wzrostem cen natychmiast by wydali te pieniądze, koniunktura byłaby przez chwilę świetna, inflacja faktycznie by wzrosła, realna wartość długów by zmalała.

    Myślę że warto postawić to pytanie? Dlaczego przez pięć lat, bezskutecznie banki centralne próbują zwiększyć inflację drukując pieniądze i dając je banksterom, podczas gdy można by to osiągnąć w ciągu pół roku dając wydrukowane pieniądze zwykłym ludziom. Na to pytanie jest wiele odpowiedzi, poniżej niektóre z nich:
    banksterzy sprawują kontrolę nad ludźmi poprzez ich zadłużanie, rozdanie ludziom pieniędzy oznaczałoby ich oddłużenie i utratę kontroli, a na to banksterzy się nie zgodzą;
    banksterzy mają wszędzie swoich ludzi, mają kluczowych polityków w kieszeni, a zwykli ludzie nie mają swojej demokratycznej reprezentacji broniącej ich interesów;
    prawo napisane przez polityków pod dyktando banksterów pozwala na dawanie pieniędzy banksterom, ale nie pozwala na dawanie pieniędzy zwykłym ludziom;
    polityka druku pieniądza w ogóle nie ma sensu i może doprowadzić do wielu patologii, bo jak wiadomo bogactwa nie da się wydrukować. Ale co szkodzi realizować politykę bez sensu, jeżeli przy okazji banksterzy mogą się jeszcze bardziej wzbogacić.

    Zapraszam, może inni dorzucą swoje propozycje odpowiedzi na powyższe pytanie.


    Comments:15 comments »


    15 responses to "Jak drukować to … jak drukować?"
    TV Republika_fun says:
    August 27, 2013 at 16:10

    Panie profesorze poproszę o autorski program o finansach w TV Republika .
    Reply
    lde says:
    August 27, 2013 at 16:13

    Bardzo mnie cieszy fakt, że uderzył Pan w populistyczny dzwon odnośnie dawania pieniędzy ludziom. Otóż – w naszym kochanym kraju funkcjonują dotacje na termo modernizację, szamba ekologiczne oraz systemy solarne, które może każdy otrzymać.

    Warunek konieczny otrzymania dotacji – to kredyt, ponieważ dotacja to spłata części odsetek przez państwo. Podobnie miała się rodzina na swoim. W polskim wydaniu socjalizm sprowadza się do nabijania kabzy bankom a nie “biednym” których owy system ma wspierać.
    Reply
    Status4 says:
    August 27, 2013 at 16:15

    Minister finansów USA wzywa do zwiększenia limitu długu publicznego

    Sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych Jack Lew ostrzegł członków Kongresu, że do połowy października rząd nie będzie miał środków na spłatę długu publicznego, jeśli maksymalny poziom zadłużenia nie zostanie zwiększony.

    Jak podkreśla Lew w swoim liście do speakera Kongresu Johna Boehnera, w przeciwnym wypadku praca rynków finansowych może zostać zakłócona, a gospodarka będzie zagrożona.

    Wydatki Stanów Zjednoczonych w ostatnim czasie znacznie przewyższają dochody skarbu. W związku z tym republikanie domagają się od Baracka Obamy gwałtownego zmniejszenia wydatków publicznych, dopóki rząd nie zatwierdzi zwiększenie limitu pożyczek publicznych.

    Głos Rosji
    Reply
    Jacek says:
    August 27, 2013 at 16:20

    Hmm…W takim razie powinno być dużo pieniędzy na potrzebne inwestycje, jak np. gazociąg Swinoujscie – Słowacja, czy chociażby upublicznianie polskich zbiorów w Szwecji i Rosji jak np. http://www.eurofresh.se/manuskrypty
    Reply
    Jacek says:
    August 27, 2013 at 16:33

    Defetyzm banków polega na olbrzymiej dominacji kredytowania różnego rodzaju *dóbr trwałych* jak np. nieruchomości czy papiery wartościowe przy całkowitej amnezji jeśli chodzi o produkty finansowe przeznaczone do finansowania pracy i jej rezultatów, projektow rozwojowych itp.
    Reply
    Piesn o Donaldzie T. says:
    August 27, 2013 at 17:04

    Obecna forma rządów, czyli partyjna demokracja pozwala, by partyjny Rząd został skonstruowany przez osoby, których celem może być destrukcja gospodarki i destrukcja państwa, a nawet anihilacja Narodu. To tak jakby kury zgodziły się na szefostwo lista w kurniku. Wyjątkowo, my Polacy powinniśmy znać pojęcie wrogiego przejęcia państwa, bo całe nasze nieszczęście zaczęło się od wolnej elekcji i królów uzurpatorów Augusta II i Augusta III. Od końca XVIII wieku obce mocarstwa ustalały, kto ma zasiadać na polskim tronie. CZAS TO PRZYJĄC DO WIADOMOŚCI. STRACILIŚMY NIEPODLEGŁOŚĆ SPORO CZASU PRZED ROZBIORAMI. Tak naprawdę rozbiory to była zamiana fikcji, czyli niby polskich rządów, na rzeczywistość czyli faktycznie rządów zaborców. Zbyt duże były róznice interesów niemieckich, austriackich i rosyjskich, by nadal w Polsce mógł się utrzymać marionetkowy Rząd. Obecnie jest podobnie, bo mamy faktyczną sytuację realizacji przy pomocy polskiego Rządu i Prezydenta realizację interesów niemieckich i rosyjskich. Gdy te interesy będą nie do pogodzenia fikcja znów stanie się rzeczywistością, a dyspozycyjny Sejm na wzór Sejmu Grodzieńskiego odda nas w poddaństwo niemiecko-rosyjskie. CZY TO JEST OBECNIE NIEMOŻLIWE? Przy rozwiniętym kapitalizmie znamy pojęcie „wrogiego przejęcia firmy” często w celu doprowadzenia jej do bankructwa. Czas najwyższy przyjąć do wiadomości, że można tez wrogo przejąć państwo przy pomocy specjalnie uformowanej w tym celu partii i przejęcie przez nią pod pozorami demokracji władzy w celu destrukcji państwa i narodu lub realizacji cudzych a nie narodowych interesów. Kto wie czy nie mamy z takim przypadkiem do czynienia obecnie w Polsce. Deindustrializacja, demilitaryzacja, dechrystianizacja, depopulacja etc. Polski nie może być przypadkowa. Polacy w oczach biednieją, a Polska pogrąża się w długach nie do spłacenia. Ewidentnie „Rząd” zachowuje się jak autodestruktor i jest zaprzeczeniem Rządu rozumianego jako rządne gospodarowanie dla dobra publicznego. Nie chodzi o to, by pocieszać się myślą o postawieniu Pana Tuska czy pana Komorowskiego pod Trybunał Stanu. Chodzi o to, że nie będzie komu tego zrobić! Czas najwyższy pomyśleć o takich zmianach, by zapobiec kolejnemu wrogiemu przejęciu państwa polskiego. Oczywiście jest też możliwość, że mamy do czynienia z kompletnymi nieudacznikami i ignorantami, bo oddawanie steru Rządu historykowi, który co najwyżej mógłby uczyć dzieci historii w szkole jest skrajną nieodpowiedzialnością. Rządcą Narodu musi być człowiek doświadczony z pokolenia na pokolenie, a nie partyjny watażka, co najwyżej specjalista od marketingu politycznego, wizerunku i z dobrze opanowaną sztuką mówienia (kłamania). CZAS MYSLEĆ NIE O ZMIANIE RZĄDÓW ALE O ZMIANIE FORMY RZĄDÓW
    Piesn o Donaldzie T. says:
    August 27, 2013 at 17:06

    EPILOG.

    PRAWDZIWY STAN Państwa pod rządami Tuska na rok 2012. Liczby i jeszcze raz liczby. Proszę kopiować i wklejać dalej. 470 zł realna średnia renta netto. 880 zł realna średnia emerytura netto. 1.420 – zł realna średnia płaca netto. 1 700 000 â?? tyle osób nie objętych ubezpieczeniem medycznym. 5 000 000 bezrobotnych bez prawa do zasiłku poza rejestrem. 1 900 000 – bezrobotnych pobierających średni zasiłek 534 zł netto. 320 000 bezdomnych. 2 000 000 emigrantów wyjazdy w latach 2007 – 2012. 370 000 dzieci niedożywionych. 13 500 000 osób żyjących poniżej min. biologicznego, gdzie określając przyjęto kryteria ONZ dzienny (wydatek na utrzymanie 1 osoby nie przekracza 2,5 $ USA). 93% – przedsiębiorstw państwowych sprywatyzowanych czyli zlikwidowanych. 98% – sektora bankowego w obcych rekach. 4 600 zlikwidowanych placówek oświatowych szkoły, przedszkola, żłobki. 100.000 nowych urzędników w latach 2007-2012. 56 000 – samochodów służbowych dla naczelników, dyrektorów, krawaciarzy itp. 4 do 5 m-cy średni czas oczekiwania na wizytę u spec. Lekarza. Pod koniec 2012 roku przestano w ogóle przyjmować dzieci do szpitali!!! 67 – lat wiek emerytalny. 2.000.000.000 zł koszt wybudowania najdroższego w Europie stadionu w Warszawie, który nie będzie w stanie po euro 2012 zarobić na siebie i całkowity brak szpitali. Najdroższe w Europie autostrady i najdroższe opłaty za przejazd nimi. Najdroższa energia elektryczna w Europie. Najdroższe ceny za gaz w Unii Europejskiej. Najdroższe prowizje bankowe i najwyższy w UE % na pożyczki. Najdroższe w Europie opłaty za internet i połączenia telefoniczne. Najdroższe leki w Unii Europejskiej. Najdroższe opłaty za naukę i przedszkola. Dlatego popieram powstanie Partii Emerytów Rencistów Rzeczypospolitej Polskiej (perrp.pl) ! Wychodzą z założenia, że trzeba stawiać na Małe i Średnie Przedsiębiorstwa Polskie, aby w przyszłości Emeryci i Renciści mieli zabezpieczony byt ! Ich hasło: -Każdy będzie w przyszłości Emerytem i Rencistą jeśli dożyje- ! Dlatego stawiają na Gospodarkę, Służbę Zdrowia i Prawo !!

    źródło




    czwartek, 22 sierpnia 2013

    Znamy nazwiska odnalezionych Żołnierzy Wyklętych. Wśród nich "Zapora" i "Łupaszka"

    Dodano: 22.08.2013 [11:29]
    Znamy nazwiska odnalezionych Żołnierzy Wyklętych. Wśród nich "Zapora" i "Łupaszka" - niezalezna.pl
    foto: arch.
    Hieronim Dekutowski "Zapora", Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", Władysław Borowiec "Żbik", Henryk Borowy-Borowski "Trzmiel", Zygfryd Kuliński, Józef Łukaszewicz, Henryk Pawłowski, Wacław Walicki i Ryszard Widelski - to dziewięć zidentyfikowanych ofiar komunistycznego terroru, których szczątki znaleziono na tzw. Łączce. Nazwiska polskich bohaterów, zamordowanych przez komunistów, ogłosił Instytut Pamięci Narodowej.

    Za sprawą identyfikacji ofiar komunizmu ci, których chciano wymazać z polskiej historii, powracają do naszej świadomości- powiedział prezes IPN Łukasz Kamiński.
     

    Oto sylwetki zidentyfikowanych bohaterów:

    Hieronim Dekutowski (1918–1949), ps. „Zapora”, „Odra”, „Stary”, cichociemny, major, oficer Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych i Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, kawaler orderu „Virtuti Militari” (1964).

    Ochotnik w wojnie obronnej 1939 r. Walczył we Francji w szeregach 2 Dywizji Strzelców Pieszych, po kapitulacji ewakuowany do Wielkiej Brytanii. Na początku marca 1943 roku zaprzysiężony na „cichociemnego” o ps. „Zapora” i „Odra”. We wrześniu 1943 r. przerzucony na teren Polski i awansowany przez Naczelnego Wodza do stopnia podporucznika rezerwy. Dowodził kompanią w 9 pp Inspektoratu AK Zamość, a następnie oddziałem dywersyjnym Kedywu w Inspektoracie Rejonowym Lublin-Puławy AK. W ramach Odtwarzania Sił Zbrojnych dowódca 1 kompanii 8 pp Legionów AK, od stycznia do lipca 1944 r. przeprowadził kilkadziesiąt akcji zbrojnych na terenie Okręgu Lubelskiego AK. W czasie akcji „Burza” ochraniał sztab komendy okręgu. W sierpniu podjął nieudaną próbę przedostania się napomoc walczącej Warszawie. Na początku 1945 r. zgodnie z postanowieniem Komendy Okręgu AK Lublin skoncentrował żołnierzy zagrożonych aresztowaniami i przeprowadził szereg akcji odwetowych wobec wojsk NKWD i komunistycznych władz. Awansowany przez dowództwo Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj do stopnia kapitana, a Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” – do stopnia majora. Od czerwca 1945 r. dowodził wszystkimi oddziałami leśnymi w Inspektoracie Lublin DSZ. Odpowiadał za dywersję i przeprowadzał akcje wymierzone w aparat represji. Dowodzone przez niego zgrupowanie liczyło od 200 do 300 partyzantów. Po amnestii ogłoszonej przez komunistów latem 1945 r. rozformował zgrupowanie, a sam na czele kilkunastu współtowarzyszy próbował przez Czechosłowację przedrzeć się do amerykańskiej strefy okupacyjnej Niemiec. Po niepowodzeniu powrócił i ponownie stanął na czele reaktywowanego zgrupowania. Do amnestii w 1947 r. zgrupowanie prowadziło liczne akcje dywersyjne i samoobrony na obszarze woj. lubelskiego, rzeszowskiego i kieleckiego. Po ogłoszeniu przez komunistów amnestii w lutym 1947 r. zaprzestał prowadzenia akcji zbrojnych i w czerwcu ujawnił się. Zagrożony aresztowaniem, podjął próbę ucieczki z kraju, w trakcie której 16 września 1947 r. został zatrzymany w Nysie przez funkcjonariuszy WUBP z Katowic.Przeszedł okrutne śledztwo w centralnym więzieniu MBP przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 15 września 1948 r. został skazany na siedmiokrotną karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Przed wykonaniem wyroku podjął jeszcze jedną, nieudaną próbę ucieczki z celi więziennej. Zamordowany 7 marca 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Hieronima Dekutowskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Zygmunt Szendzielarz (1910–1951), „Łupaszka”, major, oficer WP, dowódca V Wileńskiej Brygady Armii Krajowej oraz oddziałów partyzanckich eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, następnie Ośrodka MobilizacyjnegoOkręgu Wileńskiego AK, kawaler Krzyża Virtuti Militari V klasy.

    Po ukończeniu szkoły podchorążych kawalerii w Grudziądzu przydzielony został do 4 pułku ułanów zaniemeńskich w Wilnie. Walczył w stopniu porucznika w 4 pułku Wileńskiej Brygady Kawalerii w wojnie 1939 roku. Za zasługi z tego czasu odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy. Po nieudanych próbach przedostania się na Zachód pod fałszywym nazwiskiem powrócił do rodzinnego Wilna. Od 1940 r. współtworzył konspiracyjne struktury pułkowe, tj. grupę kpt. Giedrojcia. Po rozbiciu w sierpniu 1943 r. przez sowiecką brygadę Fiodora Markowa oddziału partyzanckiego AK ppor. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”, Szendzielarz odtworzył tę jednostkę, występującą odtąd pod nazwą V Brygady Wileńskiej AK lub Brygady Śmierci. Za zgodą komendy okręgu V Wileńska Brygada AK nie wzięła udziału w operacji wileńskiej 1944 r. Podzielona na małe grupy przedostała się na zachód celem ponownego połączenia w Puszczy Augustowskiej. W sierpniu 1944 r. żołnierze, którym udało się przedostać (20-40 osób) zebrali się ponownie pod dowództwem Szendzielarza i podporządkowali białostockiej Komendzie Okręgu AK. Odtworzona w kwietniu 1945 r. na Białostocczyźnie V Brygada – w sierpniu 1945 r. liczyła 250 żołnierzy. Przeprowadziła kilkadziesiąt udanych akcji przeciw NKWD, UBP, MO i KBW. Zgodnie z rozkazami dowództwa Delegatury Sił Zbrojnych we wrześniu 1945 brygada została zdemobilizowana. Zygmunt Szendzielarz odtworzył ją ponownie w kwietniu 1946 r. na obszarze północnej Polski (działając teraz w ramach eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK). Jesienią 1946 r. wraz z grupą ppor. Henryka Wieliczki „Lufy” powrócił na teren woj. białostockiego, dołączając do VI Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez por. Lucjana Minkiewicza „Wiktora”, a następnie ppor. Władysława Łukasiuka „Młota”. Od wiosny 1947 r. ukrywał się. Aresztowany 30 czerwca 1948 r. w Osielcu na Podhalu przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po długotrwałym śledztwie 30 listopada 1950 r. skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Zamordowany 8 lutego 1951 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Zygmunta Szendzielarza odnaleziono wiosną 2013 r. w pobliżu kwatery „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Władysław Borowiec (1916–1948), ps. „Żbik”żołnierz Armii Krajowej, księgowy.

    Przed agresją Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. skończył podchorążówkę. Brał udział w wojnie obronnej Polski 1939 r. w stopniu plutonowego podchorążego. Walczył w obronie stolicy, następnie na wschodzie. Aktywnie uczestniczył w konspiracji od początku jej istnienia. W 1943 przeniósł się do Tarnobrzega. Po zakończeniu II wojny światowej zatrudnił się w poznańskiej Delegaturze Biura Rewindykacji i Odszkodowań Wojennych jako księgowy. Szybko przeniesiony do berlińskiej placówki biura, gdzie pełnił tę samą funkcję, a następnie funkcję intendenta i tłumacza z języka angielskiego. 29 listopada 1947 r. zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 4 sierpnia 1948 r. skazany na karę śmierci. Decyzją z 14 września 1948 r. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Zamordowany 25 września 1948 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Władysława Borowca odnaleziono wiosną 2013 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Henryk Borowy-Borowski (1913–1951), ps. „Trzmiel”, porucznik, oficer Komendy Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, prawnik, konspiracyjne nazwisko Henryk Syczyński.

    Absolwent kursu podchorążych rezerwy w Grodnie. Uczestnik wojny obronnej Polski z 1939 r. w stopniu plutonowego podchorążego. W latach 1942–1944 żołnierz Okręgu Wileńskiego AK, w ramach którego służył w grupie wywiadowczej, zorganizowanej do walki z sowietyzacją ziem polskich, o kryptonimie „Cecylia”. W lipcu 1944 r. zdołał uniknąć aresztowania przez wojska sowieckie i wywózki w głąb ZSRR. Za udział w walkach o wyzwolenie Wilna w 1944 r. odznaczony Krzyżem Walecznych. Wiosną 1945 r. współorganizował przerzut na zachód żołnierzy b. Okręgu Wileńskiego AK. Następnie wszedł w skład komendy eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, działającego na terenie obecnej Polski, w której pełnił funkcję kierownika komórki kontrwywiadowczej. Aresztowany 28 czerwca 1948 r. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 2 listopada 1950 r. skazany na karę śmierci wraz z mjr. Zygmuntem Szendzielarzem „Łupaszką”, por. Lucjanem Minkiewiczem „Wiktorem” oraz ppłk. Antonim Olechnowiczem „Pohoreckim”. Zamordowany 8 lutego 1951 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Henryka Borowego-Borowskiego odnaleziono wiosną 2013 r. w pobliżu kwatery „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Zygfryd Kuliński (1924–1950), ps. „Albin”, rolnik, żołnierz Ruchu Oporu Armii Krajowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.

    Do konspiracyjnych struktur ROAK wstąpił po zakończeniu okupacji niemieckiej. Służył w oddziale por. Franciszka Majewskiego „Słonego”. Od 19 listopada 1947 r. w strukturach XI Grupy Operacyjnej NSZ. Przydzielony do oddziału Wiktora Stryjewskiego „Cacki”, w latach 1946–1949 brał udział w wielu akcjach przeciwko placówkom UB i MO. Zatrzymany 8 lutego 1949 r. w Gałkach (powiat płocki), w wyniku obławy urządzonej przez milicjantów i funkcjonariuszy PUBP z Płocka, Płońska, Sierpca oraz żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ranny, został przewieziony do Warszawy i poddany brutalnemu śledztwu. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 29 września 1949 r. skazany na karę śmierci. Decyzją z 7 lutego 1950 r. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Zamordowany 29 marca 1950 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie wraz z innymi partyzantami z oddziału „Cacki”: Wacławem Michalskim „Gałązką”, Sewerynem Orylem „Kanciastym”, Stanisławem Konczyńskim „Kundą” oraz Karolem Rakoczym „Bystrym”.

    Szczątki Zygfryda Kulińskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Józef Łukaszewicz (1929–1949), ps. „Walek”, „Kruk”, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych.

    Uczeń gimnazjum i liceum im. Leopolda Lisa-Kuli na Pradze w Warszawie, gdzie w grudniu 1947 r. był współzałożycielem antykomunistycznej organizacji młodzieżowej. Od połowy marca 1948 r. w strukturach Narodowych Sił Zbrojnych Rejon Mrozy w stopniu sierżanta służył w oddziale Zygmunta Rześkiewicza „Grota”, „Parabelki”, a następnie Zygmunta Jezierskiego „Orła”, które przeprowadziły kilka akcji bojowych przeciw grupom UB i KBW na terenie powiatu Mińsk Mazowiecki. Zatrzymany 4 czerwca 1948 r. w Grodzisku, w wyniku obławy przygotowanej przez funkcjonariuszy UB i KBW. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 28 lutego 1949 r. skazany na karę śmierci. Zamordowany 14 maja 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie razem z dwoma innymi żołnierzami z oddziału „Orła” – Edwardem Markosikiem „Wichurą” i Czesławem Gałązką „Bystrym”.

    Szczątki Józefa Łukaszewicza odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.

     

    Henryk Pawłowski (1925–1949), ps. „Henryk Orłowski”, „Długi”, żołnierz Armii Krajowej, kurier Rządu RP na Uchodźstwie.

    W czasie wojny służył w 26 pp AK, gdzie pełnił funkcję dowódcy drużyny w stopniu plutonowego podchorążego. W lipcu 1944 r. wraz z całym oddziałem przymusowo wcielony do Armii Czerwonej, następnie skierowany do szkoły lotniczej w Kraśniku. W listopadzie 1944 karnie zesłany do kopalni węgla w ZSRR za szerzenie antysowieckiej propagandy w szeregach wojska. Po powrocie do kraju, w pierwszej połowie 1946 r. przekroczył granicę polsko-niemiecką w okolicach Szczecina i dotarł do angielskiej strefy okupacyjnej. Tam nawiązał kontakt z Jerzym Rübenbauerem, członkiem Delegatury MSW Rządu RP na Uchodźstwie. Od lutego 1946 do maja 1947 r. jako jego łącznik pełnił funkcję kuriera władz polskich w Londynie. Wielokrotnie przekraczał granicę polsko-niemiecką w celu przekazania meldunków. Przebywał na terenie m.in. Szczecina, Krakowa, Jeleniej Góry. Dwukrotnie aresztowany przez WUBP w Szczecinie. W styczniu 1948 r. zwolniony z braku dowodów, 25 lutego 1948 zatrzymany ponownie i przekazany do MBP w Warszawie. 18 października 1948 Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie uznał go winnym działalności szpiegowskiej na rzecz Rządu RP na Uchodźstwie i skazał na karę śmierci. Decyzją z 7 stycznia 1949 r. Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Zamordowany 3 lutego 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Henryka Pawłowskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Wacław Walicki (1903–1949), ps. „111”, „Druh Michał”, „Pan Michał”, „Tesarro”, porucznik, oficer Komendy Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, nauczyciel, konspiracyjne nazwisko Wacław Lurdecki.

    W konspiracji ZWZ/AK od 1939 r. jako oficer wywiadu Dzielnicy „D” konspiracyjnego Garnizonu m. Wilna, następnie oficer informacyjny sztabu Inspektoratu „A” i zgrupowania partyzanckiego ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”. Aresztowany przez Sowietów w lipcu 1944 r. i osadzony w więzieniu na Łukiszkach, skąd został zwolniony w maju 1945 r. Ponownie włączył się w nurt działalności konspiracyjnej i od października 1945 jako adiutant, a następnie zastępca Olechnowicza odtwarzał wraz z nim struktury eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK. W ramach działalności Ośrodka Mobilizacyjnego Okręgu Wileńskiego AK stworzył i kierował własną siatką konspiracyjną, składającą się z wileńskiej młodzieży. Aresztowany 23 czerwca 1948 r. w Szczawnie Zdroju w trakcie ogólnopolskiej akcji „X”, wymierzonej w konspirację wileńską. Prowadzone przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego śledztwo zakończyło się wydaniem przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie 8 października 1949 r. wyroku śmierci. Decyzją z 30 listopada 1949 Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Zamordowany 22 grudnia 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Wacława Walickiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    Ryszard Widelski (1913–1949), ps. „Irydion”, „Wiara”, „Wiesia”, „Władysław”, „Żbik”, żołnierz Armii Krajowej, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”.

    W okresie okupacji niemieckiej pełnił w strukturach AK funkcję dowódcy plutonu w Obwodzie Praga. W 1945 r. ujawnił się przed UB, po czym ponownie włączył się w nurt działalności konspiracyjnej. Żołnierz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość od grudnia 1945 r. Od połowy 1946 roku kierował siatką wywiadowczą Obszaru Centralnego, a następnie IV Zarządu Głównego WiN w Warszawie o kryptonimie „Syrena”, „Wisła”. Bliski współpracownik Władysława Jedlińskiego „Marty” – zastępcy szefa Oddziału Informacyjnego IV Zarządu Głównego WiN. Aresztowany 10 lutego 1948 r. w Warszawie. 27 października 1948 Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na karę śmierci. Decyzją z 14 stycznia 1949 roku Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Zamordowany 28 stycznia 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

    Szczątki Ryszarda Widelskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
     

    CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!
     
    źródło:Gazeta Polska

    100 lat za Murzynami


    W pierwszych latach transformacji ustrojowej Izabela Sierakowska, zwana przez złośliwców „Czarną Niedzielą”, bezwstydnie powiedziała, że czasy PRL były okresem największego rozwoju w historii Polski. Pani Sierakowska mogła to mówić szczerze, bo zawodowo zajmowała się nauczaniem języka rosyjskiego, co niekoniecznie musiało sprzyjać rozszerzaniu horyzontów, podobnie jak przynależność do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, gdzie wymagano raczej akomodowania się do jedynie słusznej linii, a ta eksponowała wszelkie możliwe uspiechy, przypisując je najlepszemu na świecie ustrojowi. Na ostrzejszych etapach dochodziło do tego, że liczby wynalazł wielki radziecki matematyk Pietia Goras, fundamenty pod filozofię położył Pantarejew odkrywając, że „wsio pławajet”, a już za geniusza wszech czasów uchodził Łomonosow, co to wynalazł „polarną zorzę, by oświetlała carski tron i w której blasku wielki Soso milionom podejrzanych osób zgotował zasłużony zgon”. Nic zatem dziwnego, że wiadomości pani Izabeli o reszcie świata mogły być znacznie skromniejsze, niż wiedza o uspiechach - przynajmniej na tamtym etapie. Później bowiem, zgodnie z zasadą, że ludzie rosną wraz z krajem, pani Izabela Sierakowska oddała się praktykowaniu tak zwanej wrażliwości społecznej, dzięki czemu do demonstracji bezrobotnych przez Sejmem wyszła w futrze do kostek, a w podlubelskim Radawcu postawiła sobie dwór, niczym jakaś krupnaja pamieszczyca lubelskogo ujezda. Co tu dużo gadać; z wrażliwości społecznej można nie tylko żyć aż do śmierci, ale nawet założyć starą rodzinę. Za komuny takiego dworu by nie miała, to rzecz pewna; towarzysz Wiesław zaraz kazałby towarzyszowi Kozdrze przypomnieć pani Izabeli, skąd wyrastają jej nogi - więc już chociażby ta okoliczność skłania do sceptycyzmu wobec entuzjastycznych ocen PRL-u.
    Oczywiście sam sceptycyzm to za mało, więc wypada przypomnieć bilans zamknięcia PRL, dokonany przez profesora Eugeniusza Rychlewskiego ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Stwierdził on mianowicie, że na koniec roku 1989 wartość majątku trwałego w przemyśle była o pół miliarda dolarów niższa od kwoty zadłużenia zagranicznego państwa. Warto o tym pamiętać zwłaszcza dzisiaj, gdy gołym okiem widać nasilające się próby rehabilitacji komuny i to nie tylko ze strony partyjno-esbeckiej - co byłoby zrozumiałe - ale również ze strony niektórych środowisk podających się za prawicę. Nie mówię o Jarosławie Kaczyńskim i jego ciepłych słowach pod adresem Edwarda Gierka, bo uprzejmie traktuję to nie jako wyraz rzeczywistych przekonań, tylko nieudolną próbę podlizania się komunie - ale o tzw. endokomunie, próbującej epatować publiczność tak zwanymi „chłodnymi analizami”, komu by tu najkorzystniej się nadstawić.
    Ale prof. Rychlewski na tym nie zakończył, bo dodatkowo porównał PRL do krajów europejskich, które w roku 1939 (lub 1938) były na identycznym, albo zbliżonym poziomie rozwoju, jak Polska. I co się okazało? Że przy zastosowaniu dość skomplikowanych wskaźników okazało się, że kraje będące przed wojną na podobny poziomie rozwoju jak Polska, w 1989 roku wyprzedzają nasz nieszczęśliwy kraj CZTEROKROTNIE! Oto prawda o PRL-u, oto prawda o komunie. Zahamowała ona naturalne procesy rozwojowe, w następstwie czego kraj wprawdzie się rozwijał, bo ludzie pracowali - ale wskutek ustroju jakiego świat nie widział, narodowy potencjał ekonomiczny był wykorzystywany w niewielkim stopniu - ze wszystkimi tego skutkami.
    Przypominam to dzisiaj nie tylko dlatego, że gołym okiem widać próby rehabilitacji komuny, która - po pierwsze - liczy na to, że ludzie mają dobrą pamięć, ale krótką, po drugie - że rozkradanie majątku państwowego przez spółki nomenklaturowe, a potem - przez sitwę okrągłego stołu znowu przypisze „onym”, dzięki czemu - po trzecie - po raz kolejny wykorzysta głupie resentymenty do wydymania tak zwanych „szerokich mas” - ale przede wszystkim dlatego, że właśnie trafia się okazja podsumowania dwudziestotrzechletnich rządów bezpieki, osłanianej propagandowo przez michnikowszczynę i jej pożytecznych idiotów w rodzaju pana red. Jacka Żakowskiego, który biega u pana red. Michnika za proroka mniejszego.
    Jak doniósł mi Tajny Współpracownik, według Globalnego Raportu Konkurencyjności, przygotowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne, polskie drogi (ach!) znalazły się na 124 miejscu - za Bangladeszem, Etiopią, Zimbabwe i Wietnamem. Lotniska - na 105 miejscu - za Mali, Kambodżą i Tadżykistanem. Kolej najlepiej - na 77 miejscu - ale tylko pięć miejsc za Bangladeszem. No dobrze - ale dlaczego? DLACZEGO? Wyjaśnia to raport Banku Światowego, według którego Polska jest na 114 miejscu na świecie pod względem „przyjazności” systemu podatkowego dla gospodarki. A dlaczego mamy taki gówniany system podatkowy? A dlatego, że okupująca nasz nieszczęśliwy kraj soldateska tak kazała go ustawić Zasrańcom, których dobiera sobie na demokratyczną dekorację - żeby mimo zmian rządów nic nie zagroziło ustanowionemu w 1989 roku ekonomicznemu modelowi państwa w postaci kapitalizmu kompradorskiego, który - podobnie jak tak zwany „socjalizm realny” w PRL - blokuje narodowy potencjał ekonomiczny - ze wszystkimi tego skutkami. Niestety - kadra oficerska w wojsku i bezpiece, jaką odziedziczyliśmy po PRL, to Scheiss, który może i umie malować trawę na zielono, ale kraj potrafi tylko rabunkowo eksploatować, niczym okupant niepewny trwałości okupacji. I dopóki ta pępowina łącząca nasz nieszczęśliwy kraj z PRL-em nie zostanie chirurgicznie przecięta, będziemy pogrążać się coraz bardziej, aż w końcu naprawdę znajdziemy się 100 lat za Murzynami.
    Stanisław Michalkiewicz              źródło

    poniedziałek, 19 sierpnia 2013

    Deutsche Bank zagrożony bankructwem.
    Trader21, independenttrader.pl
    Polska
    2013-08-13
    Ekonomia
    Niedawno jeden z czytelników zasugerował aby przyjrzeć się bliżej Deutsche Bankowi, który jest na krawędzi bankructwa i może się w każdej chwili wywrócić podobnie jak Lehman, Dexia czy MF Global. Sprawa Deutsche Bank jest o tyle poważna, że jest on wielokrotnie większy niż bank Lehman Brothers, którego upadek zapoczątkował krach z 2008 roku.

    Deutsche Bank jest obecnie drugim na świecie bankiem pod względem aktywów wynoszących 2,83 bln USD i ustępuje nieznacznie tylko Przemysłowo Handlowemu Bankowi Chin. Bank liczy sobie 143 lata i zatrudnia na całym świcie prawie 100 tys. osób. Gdzie zatem leży problem?

    Otóż Deutsche Bank podobnie jak większość zachodnich banków w pościgu za zyskiem zapominał o kontroli ryzyka. Przez ostatnie kilka lat ekspozycja banku na derywaty (instrumenty pochodne)wzrosła do 73 bilionów USD i jest 26 razy większa niż aktywa banku. Nieznaczne zatem straty kapitału mogą szybko doprowadzić do problemów z płynnością i bankructwa.

    Deutsche Bank był mocno zaangażowany w wykup obligacji bankrutujących krajów południa Europy. Wiele krajów, aby spełnić pewne wymogi nakładane przez UE próbowało ukryć realny dług. Pakiety długu zamieniano zatem na tzw. currency swaps. Powiedzmy, że bank posiada obligacje greckie warte nominalnie 1 mld Euro. Rząd Grecki jednak chciał je ukryć aby wyglądać na mniej zadłużony niż w był rzeczywistości. W takiej sytuacji 1 mld Euro długu zamieniano np. na 1,3 mld USD currency swap (zamiana waluty).

    Zamiast bezwartościowego długu greckiego w dokumentach księgowych widniał niepozorny currency swap. Ekspozycja banku nie dotyczyła wyłącznie Grecji lecz obejmowała praktycznie wszystkie kraje południa.
    Przez kilka lat ostrzegał o tym św. pamięci Bob Chapman, autor fantastycznego newsletteraoraz genialny prognostyk lecz nikt nie przywiązywał do tego uwagi.

    Sytuacja się zmieniła ponad rok temu gdy rozpoczęły się czystki w systemie bankowym. Do biura Prezesa Banku Josefa Ackermanna zawitał Interpol (wydział poważnych oszustw finansowych). Zarekwirowano dokumenty, zabezpieczono setki maili. Pewne źródła wskazują, że za nagłym zainteresowaniem organów ścigania stoją instytucje ze wschodu, których alokowane złoto zostało wyleasingowane, następnie  posłużyło jako zabezpieczenie w kontraktach terminowych, które przyniosły straty (Hiszpański, grecki i włoski dług).

    Prezes Ackermann wkrótce zrezygnował ze stanowiska. W międzyczasie kilkunastu członkom wysokiego szczebla DB postawiono zarzuty finansowych oszustw i nadużyć. Ackermann podczas przemówienia na konferencji we Frankfurcie w przypływie szczerości wyznał „Nie jest to żaden sekret, że wiele europejskich banków nie przetrwa gdy tylko będą musiały dostosować wartość długu krajów południa do wartości rynkowych”. 

    Dla wyjaśnienia, zasady księgowości stosowane przez banki pozwalają na księgowanie pewnych aktywów finansowych w ich wartości nominalnej. Bez znaczenia jest czy dane aktywo straciło 30 czy 90% wartości. Bank nie musi tego wykazywać w oficjalnych dokumentach.

    Na chwilę obecną Deutche Bank może posiadać ekspozycję na zagrożony dług w wysokości do 400 mld USD. Jednocześnie brakuje mu około 20 mld USD kapitału aby spełnić wymagania nakładane przez nadzór finansowy.

    To czego nie widziały przez lata ograna nadzorów dostrzegły tym razem agencje ratingowe, systematycznie obniżając ocenę finansową niemieckiego giganta.


    Główny problem nie leży jednak w Deutsche Bank lecz we wzajemnym powiązaniu bankowych instytucji. Sam DB ma ponad 25 bln USD w OTC swaps (transakcje poza rynkiem). Całkowita kwota kontraktów terminowych przekracza 72 bln. USD. Aby uzmysłowić sobie o jakich kwotach mówimy poniżej mamy porównanie PKB Niemiec do ekspozycji Deutche Banku na instrumenty pochodne.

    Wykres PKB Niemiec vs. derywaty Deutche Bank.

    Aby odnieść się do analogii z przeszłości, gdy w 2008 roku upadł Lehman Brothers kapitał banku wynosił 691 mld USD podczas gdy aktywa banku przekroczyły 22 bln. Kapitał odpowiadał raptem 3% aktywów. Lehman upadł ze względu na duże zaangażowanie na rynku kredytów subprime. Ten sam współczynnik dla DB wynosi 4% lecz zasady kreatywnej księgowości pozwalają dziś ukryć wiele więcej niż w 2008 roku.

    Ewentualne problemy Deutsche Banku na pewno nie skończyłyby się na jednym banku, jako że transakcje między DB a innymi bankami komercyjnymi i centralnymi opiewają na ponad 25 bln USD. Wystarczyłaby sama zapowiedź problemów z wypłacalnością. Szybko przerodziłaby się ona w kompletny brak wzajemnego zaufania pośród instytucji finansowych i wstrzymanie jakiegokolwiek finansowania.

    Bankructwo Deutsche Banku szybko rozprzestrzeniłoby się na HSBC, Morgan Stanley czy Societe Generale, pociągając za sobą rozpad Unii Monetarnej.

    W obliczu takiego zagrożenia zarówno finansowego jak i politycznego nie wydaje mi się aby rządy mogły zostawić Deutche Bank sam sobie. Nie po to w 2011 roku utworzono listę Systemically Important Financial Institutions, na której znalazło się 29 banków zbyt ważnych aby upaść. Niemcy, także jako naród są zbyt dumni aby stać się początkiem kolejnego kryzysu, który mógłby doprowadzić do rozerwania UE. Podobnie, modyfikacja prawa pozwalająca na przejęcie części depozytów w ramach restrukturyzacji banku ma na celu niedopuszczenie do upadku ważniejszych instytucji finansowych. To co moim zdaniem może dotknąć Deutche Bank w najbliższej przyszłości do zakulisowe próby cichego dokapitalizowania banku oraz dalszy proces oczyszczania go z owoców twórczej księgowości minionych lat.

    Jednocześnie w przypadku nagłego załamania się płynności, bank mając pełne poparcie rządu przystrzyże co nieco depozyty powyżej 100.000 Euro. Nie powinni ucierpieć komercyjni posiadacze obligacji gdyż chroni je procedura Bail-in, wg której nienaruszalne zostają zobowiązania wobec pracowników, organów podatkowych oraz uwaga wierzycieli komercyjnych. Więcej na ten temat pisałem w "Grabież depozytów na globalną skalę czyli Cypr 2.0." Takie działanie jednak podkopie do końca zaufanie do system bankowego i przyśpieszy falę odpływu depozytów. Kto przy zdrowych zmysłach trzymałby depozyt bankowy płacący mniej niż 1% w obliczu zagrożenia utraty sporej jego części.

    Niezależnie od tego jak zostanie rozwiązany problem Deutche Banku po raz kolejny mamy przykład jak niestabilny jest obecny system finansowy. Dexia, belgijsko – francuski gigant finansowy przeszedł pozytywnie wszystkie testy wypłacalności tylko po to aby w 2 tygodnie po ostatnim z nich ogłosić bankructwo. Co gorsza w sytuacji podobnej do DB jest także CitiGroup oraz Barclays, lecz w USA czy Wielkiej Brytanii bankierzy póki co mogą czuć się bezkarni.


    IndependentTrader.pl - Niezależny Portal Finansowy


    Link do oryginalnego artykułu: LINK


    |  Nadchodzący kryzys derywatów i upadek całego światowego systemu finansowego.   |  Globalny Reset.  |  Świat w drodze ku Weimarskiej Republice.  |  Société Générale przewiduje QE3 z 600 mld USD finansowania i wysyłanie cen złota między 1900 i 8500 dolarów/Oz.  |  Walutowe dolewanie benzyny do ognia.   |   Credit Suisse przewiduje Koniec Euro i masowe wycofywanie pieniędzy z kont bankowych.   |  Lord Rothschild obstawia upadek Euro?   | Grupa Bilderberg: Upadek Euro zagrożeniem dla planów globalnej waluty.   |  Europa musi podjąć walkę przeciwko atakowi spekulacyjnemu USA i Wielkiej Brytanii.  |  Europa. Czas transformacji.   |  Bankowy zamach stanu: Goldman Sachs przejmuje Europę.   |  Europejskie finanse ratowane dźwignią finansową.   |  Goldman Sachs zakończył gospodarcze przejęcie Europy.   |