wtorek, 17 lipca 2012

Synowie Przymierza Polin



Komorowski a Synowie Przymierza B'nai B'rith w Polsce

Tydzień przed Wielkanocą 2010 odbyła się manifestacja przeciwko budowie na warszawskiej Ochocie meczetu. To pierwsza tak głośna akcja dotycząca problemu, który w zachodniej Europie od dawna rozbudza emocje. Ale zwolennicy powstania muzułmańskiej świątyni w stolicy Polski nieoczekiwanie znaleźli wsparcie w pewnej organizacji, o której istnieniu większość Polaków nie ma pojęcia, choć skupia znaczące postaci życia publicznego.
Otóż zaraz po manifestacji ukazało się oświadczenie B'nai B'rith Polin, przedstawiającego się jako "stowarzyszenie polskich Żydów". W oświadczeniu czytamy, że "protest przeciwko budowie meczetu w Warszawie jest niezrozumiały i niczym niewytłumaczalny. Rozbudzanie nastrojów antyarabskich w niczym nie różni się od podsycania antysemityzmu. (...) Ten obecny protest nielicznych - na szczęście - warszawiaków jest jak przeniesiony z czasów nawoływań do pogromów antyżydowskich przed stu laty w carskiej Rosji czy czasów tworzenia imperium Hitlera w III Rzeszy". Na koniec B'nai B'rith Polin wzywa protestujących, by "przestali kalać dobre imię Polaków i Polski, kraju szczycącego się tysiącletnią tradycją tolerancji".
Oświadczenie opublikował w całości stołeczny dodatek "Gazety Wyborczej", nie informując jednak czytelników, czym jest owo stowarzyszenie. Tymczasem założone w 1846 r. w Nowym Jorku B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza) to najstarsza i bodaj najbardziej wpływowa żydowska organizacja na świecie. Oficjalnie przedstawia się jako ruch filantropijny i oświatowy, w dodatku neutralny w kwestiach religijnych i politycznych - ale to samo zawsze mówiła o sobie europejska masoneria, co nie przeszkadzało jej w odgrywaniu istotnej roli politycznej i w walce z Kościołem katolickim. To porównanie nie jest zresztą przypadkowe, gdyż B'nai B'rith zorganizowana jest właśnie tak jak masoneria - jej członkowie skupiają się w lożach. Członków jest ok. pół miliona w 58 krajach.
Spotkanie w ambasadzie
Polski oddział tej organizacji - B'nai B'rith Polin - istnieje niespełna 3 lata, choć tradycje ma znacznie starsze. Pierwsze loże na ziemiach polskich powstały pod koniec XIX w., a w II RP istniało aż 10 lóż. Końcem ich działalności był listopad 1938 r., kiedy to prezydent Ignacy Mościcki wydał dekret o rozwiązaniu organizacji masońskich, do których została zaliczona także B'nai B'rith.
Istniejąca obecnie B'B'nai B'rith Polin powstała we wrześniu 2007 r. Nie pisały o tym gazety, nie informowała telewizja, ale wzmiankę na ten temat można znaleźć na stronie internetowej Ambasady USA w Polsce. Warto zacytować ją w całości, bo jest bardzo wymowna: "9 września przy okazji otwarcia nowej loży B'nai B'rith w Warszawie ambasador Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji - prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem. Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Otwarcie warszawskiej loży B'nai B'rith oznacza odrodzenie się tej organizacji żydowskiej w Polsce po niemal 70 latach nieobecności".

Pierwszym prezydentem polskiego oddziału B'nai B'rith został prof. Andrzej Friedman, lekarz-neurolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego, a przy tym syn Michała Friedmana, dawnego politruka LWP i szefa Wydawnictwa MON, który po usunięciu z wojska (w stopniu pułkownika) i z partii w 1968 r. został czołowym tłumaczem literatury hebrajskiej i jidysz.
Ulubiony dziennikarz marszałka
Znacznie ciekawsza jest jednak postać obecnego prezydenta B'nai B'rith Polin, który podpisał wspomniane oświadczenie w sprawie meczetu, ale także wcześniejsze, ze stycznia br., w którym ostro skrytykowano biskupa Tadeusza Pieronka za głośny wywiad dotyczący holokaustu. Otóż od lutego 2009 r. prezydentem B'nai B'rith Polin jest znany dziennikarz i bliski współpracownik Bronisława Komorowskiego  - Jarosław J. Szczepański. Od połowy lat 70. pracował w "Expressie Wieczornym", gdzie zajmował się tematyką gospodarczą, zwłaszcza górnictwem. W 1981 r. był szefem działu informacyjnego "Tygodnika Solidarność", później współpracował z podziemnymi strukturami związku na Śląsku, dzięki czemu w 1989 r. znalazł się przy "okrągłym stole" jako sekretarz strony "solidarnościowej" w podzespole górniczym. Niedługo potem wrócił do "Tygodnika Solidarność" - już jako sekretarz redakcji - ale nie na długo, bo ostentacyjnie odszedł  stamtąd, gdy kierownictwo gazety objął Jarosław Kaczyński. Od początku lat 90. związany był z Telewizją Polską, a w latach 1997-2000 przebywał w USA, gdzie jego żona, również znana dziennikarka Dorota Warakomska, była korespondentką TVP. Po powrocie do kraju Szczepański został wiceszefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i choć w 2002 r. stracił posadę na Woronicza, to wrócił tam już po dwóch latach - tym razem jako rzecznik prasowy nowego prezesa Jana Dworaka, starego znajomego jeszcze z początku lat 80. (Dworak był wówczas sekretarzem redakcji "Tygodnika Solidarność", którą kierował Tadeusz Mazowiecki).
Gdy Dworaka w TVP zastąpił Bronisław Wildstein, Szczepański ostatecznie odszedł z telewizji. Niedługo potem, na początku 2007 r., jego nazwisko znalazło się w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych - jako niejawnego współpracownika WSI. Podczas pracy w TAI miał on informować WSI o "planach w zakresie zmian personalnych co do zagranicznych korespondentów TVP", a po opuszczeniu telewizji "oferował WSI gotowość infiltracji "Rzeczpospolitej" lub "Wprost" bądź "innej związanej z jego profesją instytucji"". On sam stanowczo zaprzeczył tym informacjom, wytoczył proces sądowy Ministerstwu Obrony Narodowej (sprawa jeszcze się nie skończyła), opublikował też list otwarty do prezydenta Kaczyńskiego. Do dziś twierdzi, że jego współpraca z WSI polegała tylko na tym, że w 2002 r. na prośbę znajomego oficera z ataszatu wojskowego w Waszyngtonie przywiózł z Rosji zakupiony w księgarni komplet map jeziora Bajkał i okolic, gdzie przebywał na urlopie.
Kilka tygodni po publikacji raportu ówczesny wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski zatrudnił Szczepańskiego jako swojego doradcę medialnego. Polityk PO mówił wówczas: "z Jarosławem Szczepańskim znam się od stu lat", przekonywał: "mamy do siebie zaufanie, poza tym ma świetną opinię", trudno jednak nie dostrzec w tym geście wyraźnej deklaracji politycznej: oto jedyny polityk Platformy, który od początku konsekwentnie sprzeciwiał się likwidacji WSI, zatrudnił dziennikarza oskarżonego o współpracę z tymi służbami. Co więcej, gdy jesienią 2007 r. Komorowski został marszałkiem, od razu powołał Szczepańskiego na stanowisko szefa Biura Prasowego Kancelarii Sejmu. Nie pełnił tej funkcji długo, bo zaledwie pół roku, ale nawet w tak krótkim czasie "zasłynął" odebraniem stałych przepustek dla dziennikarzy niektórych mediów, w tym "Naszej Polski", "Naszego Dziennika", "Tygodnika Solidarność", telewizji Trwam.
Profesor od ateizmu
Od początku funkcjonowania B'nai B'rith Polin jej wiceprezydentem jest prof. Jan Woleński (właściwie Hertrich-Woleński), filozof i logik z UJ, w latach 1965-1981 członek PZPR, później związany z "Solidarnością". W czasach głębokiego PRL działał w urzędowym, antykatolickim Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, dziś zasiada w Komitecie Honorowym Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów - organizacji o podobnym charakterze, która od kilku lat propaguje m.in. "śluby humanistyczne", czyli ateistyczne parodie religijnych ceremonii ślubnych (także jednopłciowych). W maju 2007 r. prof. Woleński był jednym z założycieli krakowskiego Ruchu na rzecz Demokracji, zainicjowanego przez Kwaśniewskiego, Wałęsę i Olechowskiego przeciwko rządom PiS. Dał się poznać również jako zagorzały przeciwnik lustracji - napisał nawet na ten temat książkę pt. "Lustracja jako zwierciadło".
Tropiciel antysemitów
W zarządzie B'nai B'rith Polin znajdziemy także inną charakterystyczną postać elity III RP. Sergiusz Kowalski - bo o nim mowa - to jeden z najostrzejszych publicystów z kręgu "Gazety Wyborczej", bez wahania i bez umiaru zarzucający przeciwnikom politycznym antysemityzm i ksenofobię, nazywający ich "czarną sotnią", "ciemnogrodem" itp. W 2003 r. Kowalski wraz z pisarką Magdaleną Tulli opublikował książkę pt. "Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści", zawierający liczne cytaty z prasy prawicowej (w tym z "Naszej Polski"), w których autorzy doszukali się antysemityzmu. Wśród "oskarżonych" przez parę Kowalski-Tulli znaleźli się liczni kapłani katoliccy z Prymasem Glempem na czele, arcybiskupami Michalikiem i Majdańskim, biskupami Lepą i Stefankiem. Taka "bezkompromisowość" Sergiusza Kowalskiego, rzadka nawet na tle środowiska "GW", do złudzenia przypomina postawę jego dziadka, Władysława Kowalskiego ps. "Grzech", członka władz Komunistycznej Partii Polski, szybko jednak usuniętego i potępionego przez Komintern za ultralewicowe sekciarstwo.
Ludzie z cienia
W obecnym zarządzie B'nai B'rith Polin znajdziemy też dwie inne, mniej znane, ale jakże charakterystyczne osoby. Funkcję skarbnika pełni Agnieszka Milbrandt, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 30 i Społecznego Gimnazjum nr 5 w Warszawie, a równocześnie skarbnik Towarzystwa Oświaty Niepublicznej, skupiającego dyrektorów prywatnych szkół z całej Polski. Natomiast sekretarzem zarządu B?nai B?rith Polin jest dr Jonathan Britmann, psycholog pracujący w Szpitalu Psychiatrycznym w Tworkach i wykładający na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, pochodzący zaś z Izraela, gdzie był funkcjonariuszem służb specjalnych. Korzystając ze swoich doświadczeń, Britmann założył w Polsce Izraelską Akademię Treningu Walki "Sayeret" zajmującą się doradztwem i szkoleniem w zakresie bezpieczeństwa i ochrony firm. Ten wszechstronny Izraelczyk jest także redaktorem naczelnym magazynu internetowego "Forum Żydów Polskich".
Warto też wymienić kilka nazwisk spośród tych założycieli polskiej loży B'nai B'rith, którzy nie występują oficjalnie jako członkowie jej władz. Mamy tu więc np. byłych posłów Jana Lityńskiego (z Unii Wolności) i prof. Pawła Śpiewaka (z PO), byłego wiceministra spraw zagranicznych, obecnie ambasadora w Hiszpanii Ryszarda Schnepfa, dyrektora tworzonego Muzeum Historii Żydów Polskich Jerzego Halbersztadta, a nawet Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, katolickiego księdza i wykładowcę KUL, który swego czasu ?odkrył? swoje żydowskie pochodzenie i od tej pory jest ulubieńcem arcybiskupa Życińskiego.
http://www.bibula.com/?p=20601

W niedzielę, 9 września br./2007/ organizacja żydowska o nazwie'Niezależny Zakon Synów Przymierza' - Independent Order of B'nai B'rith, reaktywowała po prawie 70 latach swoją działalność w Polsce. W uroczystości w Warszawie wzięło udział wiele osób, m.in. prezydent B'nai B'rith International Moishe Smith.
http://hopka.pl/zb29
Ewa Junczyk-Ziomecka - Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta przekazała w imieniu Prezydenta Kaczyńskiego wyrazy radości z "odrodzenia się" tej organizacji po 70 latach w Polsce.
http://hopka.pl/zb28
(Faktu tego nie odnotowano na stronach internetowych Kancelarii Prezydenta. W tym dniu odnotowano List Prezydenta RP do uczestników Dożynek Diecezji Łomżyńskiej)
Ambasador USA Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji – prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem.
Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam.



W 2007 po niemal 70 latach nieistnienia odrodziła się w Polsce jedna z najbardziej znaczących organizacji Żydowskich - B’nai B’rith – Loża Polin.

Stowarzyszenie B’nai B’rith - „Synowie Przymierza”. jest najstarszą żydowską organizacją d międzynarodowa. Założona ona została 13 października 1843 r. przez kilkunastu żydowskich emigrantów z Niemiec, na czele których stał Henry Jones.

Rozwój B’nai B’rith w Stanach Zjednoczonych nastąpił bardzo szybko, loże powstawały w wielu miastach. Pierwsza loża poza Stanami Zjednoczonymi powstała w 1875 r. w Kanadzie a pierwsza loża w Europie została stworzona w 1882 r. w Berlinie. Obecnie B’nai B’rith liczy około 80 000 członków w 58 krajach.

Cele B’nai B’rith opisane są jak następuje w konstytucji:

„B’nai B’rith jest międzynarodową organizacją żydowską, która poświęca się bezpieczeństwu i trwałości narodu żydowskiego i państwa Izrael, obronie praw człowieka, zwalczaniu antysemityzmu,bigoterii i ignorancji, tudzież okazywaniu usług społeczności na zasadzie najszerzej pojętych zasad humanitarnych. Jej zadaniem jest zjednoczyć osoby pochodzenia żydowskiego i uwydatnić tożsamość żydowską za pośrednictwem wzmacniania żydowskiego życia rodzinnego i wychowania i kształcenia młodzieży, szeroko pojętych usług dla osób starszych, oraz obrony Żydów i działalności na ich korzyść na całym świecie.”

Jedną z zasad B’nai B’rith jest neutralne stanowisko w dziedzinie religii i polityki. Mogą do niego należeć ludzie najróżnorodniejszych tendencji religijnych i wszystkich poglądów politycznych. Jest on otwarty na tych samych zasadach dla kobiet i dla mężczyzn.

Godłem B’nai B’rith jest siedmioramienny świecznik (na wzór tego, który znajdował się w Świątyni w Jerozolimie) i jego hasłem jest „dobroczynność, miłość bratnia i zgoda”.

Podstawową jednostką struktury B’nai B’rith jest loża. Każda loża otrzymuje od władz centralnych dokument („charter”), który daje jej prawo posługiwania się nazwą B’nai B’rith. Loże są zgrupowane w większe jednostki, tradycyjnie zwane „dystryktami”, chociaż w ostatnich latach struktura ta stała się bardziej skomplikowana. W r. 1999 dwa dystrykty istniejące w Europie (dystrykt XV – Wielka Brytania i Irlandia - i dystrykt XIX – kontynent europejski) połączyły się w jedną całość pod nazwą „B’nai B’rith Europa” (BBE) z siedzibą w Brukseli. Było to spowodowane możliwością odgrywania poważniejszej roli w ramach Unii Europejskiej. Wszystkie te jednostki działają w ramach B’nai B’rith międzynarodowego (B’nai B’rith International – BBI), którego siedziba znajduje się w Waszyngtonie.

Naczelnym organem BBI jest międzynarodowa Konwencja, która zbiera się raz na dwa lata i na którą wszystkie loże mogą wysłać przedstawicieli. Wybiera ona międzynarodowego prezydenta. Tradycyjnie Prezydent jest ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie BBE organizuje Konwencję co dwa lata.

Pośród wielu czynności podejmowanych przez B’nai B’rith najbardziej widoczną jest działalność mająca na celu zwalczanie rasizmu, dyskryminacji rasowej i antysemityzmu i obronę praw człowieka. Jest to tradycja której początki sięgają do pierwszych lat organizacji. Już w latach sześćdziesiątych XIX wieku B’nai B’rith brał czynny udział w akcji międzynarodowej mającej na celu zapewnienie praw obywatelskich Żydom w Rumunii, którzy tych praw byli pozbawieni po otrzymaniu przez ten kraj niepodległości w r. 1866. W r.1913 B’nai B’rith stworzył specjalną organizację anty-rasistowską, Anti-Defamation League (ADL), która działa obecnie jako organizacja niezależna i cieszy się dużym poważaniem w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach. Jako przykład tego typu akcji w ostatnim okresie można wspomnieć działalność B’nai B’rith w różnych krajach europejskich w celu zwrócenia uwagi władz państwowych i opinii publicznej na niedopuszczalne cechy podręczników szkolnych używanych przez Władzę palestyńską, pełnych nienawiści do Izraela i do narodu żydowskiego w ogóle. Na skutek tej akcji Parlament Europejski przyjął uchwałę zabraniającą zużycia zasobów budżetu Unii Europejskiej do finansowania tych podręczników.

W ramach tych działań B’nai B’rith utrzymuje kontakty, na szczeblu krajowym jak i międzynarodowym, z władzami państwowymi, placówkami dyplomatycznymi, członkami parlamentów i władz samorządowych, organami masowego przekazu. Jest on również obecny w organizacjach międzynarodowych. B’nai B’rith jest uznany jako organizacja pozarządowa utrzymująca oficjalne stosunki z Organizacją Narodów Zjednoczonych, Organizacją Narodów Zjednoczonych do spraw oświaty, nauki i kultury (UNESCO), Radą Europy i Organizacją Państw Amerykańskich i utrzymuje także stosunki z organami Unii europejskiej.

Inne pola działalności B’nai B’rith dotyczą akcji humanitarnej i kultury. Jako przykład można przytoczyć pomoc finansową i materialną (żywność, lekarstwa), jaką B’nai B’rith okazuje niektórym gminom żydowskim
w Europie wschodniej, dzięki zasobom, które sam zbiera tudzież dotacji, którą otrzymał od rządu holenderskiego..

Istnieje także organizacja młodzieżowa B’nai B’rith, pod nazwą „B’nai B’rith Youth Organization” (BBYO). Jest ona zwłaszcza czynna w Stanach Zjednoczonych, ale również w niektórych krajach europejskich, np. we Francji.

Kilka słów o B’nai B’rith w Polsce

Na ziemiach polskich pierwsze loże B’nai B’rith powstały pod koniec XIX wieku, w zaborze pruskim (Katowice 1883, Poznań 1885, Chorzów 1903) i austriackim (Bielsko 1889, Kraków 1892, Lwów 1899). Loże te należały naturalnie do dystryktu VIII (Niemcy) lub X (Austria-Węgry). W b. zaborze rosyjskim loże powstały dopiero po odzyskaniu niepodległości (Warszawa 1922, Łódź 1926). Oddzielny dystrykt polski (numer XIII) został stworzony w r. 1924, z siedzibą w Krakowie . Prezydentem tego dystryktu był Leon Ader, adwokat krakowski, od jego stworzenia do r. 1937, kiedy zastąpił go Ludwik Rattler, również adwokat krakowski.

Według danych „Książki adresowej” członków B’nai B’rith, wydanej w Krakowie w r. 1937, istniało wtedy w Polsce 10 lóż do których należało 934 członków.

Istniały także loże kobiece i związki młodzieżowe. Należy wspomnieć, że kilka lóż istniejących poprzednio, m.in. w Bydgoszczy i w Toruniu, zostało rozwiązanych przed r. 1937 z uwagi na brak członków. Trzeba również podkreślić że istniały loże B’nai B’rith na ziemiach niemieckich przyłączonych do Polski w r. 1945 (m.in. kilka lóż we Wrocławiu) i w Gdańsku.

Nieliczna grupa członków B’nai B’rith w przedwojennej Polsce składała się w dużej większości z przedstawicieli elity społecznej i gospodarczej. Na liście członków znajdują się przede wszystkim przemysłowcy, kupcy, bankierzy i dyrektorzy przedsiębiorstw, adwokaci i lekarze. Jest wśród nich cały szereg znanych osobistości (np. Mojżesz Schorr i Majer Bałaban) oraz kilku senatorów i posłów na Sejm.

Działalność B’nai B’rith w Polsce przerwał dekret Prezydenta Rzeczypospolitej z 22 listopada 1938 r. rozwiązujący organizacje masońskie w Polsce. Pomimo starań kierownictwa B’nai B’rith, które usiłowało dokazać że B’nai B’rith nie zaliczał się do masonerii, decyzja ta została również zastosowana do B’nai B’rith. Miało to przynajmniej jedną dodatnią konsekwencję: akta B’nai B’rith w Krakowie zostały zabrane przez Starostwo Grodzkie i prawdopodobnie dzięki temu ocalały, choć nie całkowicie (między innymi nie odnaleziono biblioteki) i nie zawsze w dobrym stanie. Zespół ten znajduje się obecnie w Archiwum Państwowym w Krakowie gdzie został on starannie zachowany, skatalogowany i opracowany.

Niniejszą notatkę opracował
Witold Zyss
Przedstawiciel B’nai B’rith przy UNESCO

B’nai B’rith Polska – Loża Polin

Stowarzyszenie ma na celu:

  1. działanie na rzecz rozwoju społeczności żydowskiej,
  2. obronę praw człowieka i wspieranie powszechnej tolerancji,
  3. przeciwdziałanie antysemityzmowi, rasizmowi i innym formom ksenofobii,
  4. utrwalanie społecznej pamięci o Zagładzie,
  5. promowanie dobrych stosunków międzynarodowych i międzywyznaniowych, wspieranie pokojowego współistnienia, zwłaszcza między Żydami i nie–Żydami, tak w Polsce, jak i zagranicą,
  6. przeciwstawianie się kampaniom nienawiści wobec Państwa Izrael,
  7. pomoc ofiarom prześladowań etnicznych i terroryzmu,
  8. wdrażanie w życiu publicznym zasad filantropii, honoru i odpowiedzialności obywatelskiej, w tym prowadzenie działalności charytatywnej z zakresu pomocy ofiarom katastrof, klęsk żywiołowych, konfliktów zbrojnych i wojen, pomocy społecznej oraz działania na rzecz osób niepełnosprawnych, pomoc chorym i społecznie upośledzonym, wspieranie i ochrona ludzi starszych, owdowiałych i sierot,
  9. wspieranie kultury, sztuk pięknych i nauk.

Stowarzyszenie realizuje powyższe cele poprzez:

  1. propagowanie ich na forum publicznym, w tym poprzez wydawnictwa,
  2. współpracę z osobami i instytucjami o bliskich Stowarzyszeniu celach, w kraju i zagranicą,
  3. występowanie z wnioskami i opiniami do właściwych władz i urzędów, m.in. sądów i innych organów wymiaru sprawiedliwości w sprawach związanychz celami Stowarzyszenia
  4. docieranie z pomocą humanitarną do ofiar katastrof, klęsk żywiołowych, konfliktów zbrojnych i wojen,
  5. odwiedzanie chorych i społecznie upośledzonych i udzielanie im pomocy,
  6. organizacyjne i materialne wspieranie i ochronę ludzi starszych, owdowiałych i sierot,
  7. opiniowanie i wspieranie finansowe i organizacyjne projektów bliskich celom Stowarzyszenia,
  8. organizowanie spotkań, prelekcji, wystaw, koncertów oraz innych imprez publicznych,
  9. ochronę interesów członków Stowarzyszenia,
  10. fundowanie stypendiów.

Zarząd:
  • Przewodniczący: Jarosław J. Szczepański

czwartek, 12 lipca 2012


Bez Polski nas nie będzie

Wawrzyniec Rymkiewicz
25-06-2012


Nasze życie, tracąc przeszłość i przyszłość, zapadnie się w sobie w iluzji posthistorycznego bezczasu
(Tekst ukazał się jako odpowiedź na jubileuszową ankietę opublikowaną w setnym numerzedwumiesięcznika Arcana)

1. Na co Polska może być jeszcze potrzebna? Jaki jest/może być sens polskości (Polski) dla Polaków, jaki dla tutejszych, jaki dla sąsiadów, dla innych (dla naszego regionu, dla Europy, dla świata)?
2. Na co my możemy być Polsce potrzebni? Jakie zobowiązanie może dziś wynikać z akceptowanej przynależności do polskiej wspólnoty historycznej/obywatelskiej/narodowej?

Opowiedzieć na te pytania będziemy mogli dopiero wtedy, kiedy ustalimy, czym jest polskość, a to z kolei zakłada wyjaśnienie, czym jest naród i jaki jest jego status w porządku istnienia. Objaśnienia wymagają dwa punkty: związek pojęcia narodu z kategorią historii i charakter stabilności (względnie niestabilności) obecnego porządku historycznego, a także porządku historycznego w ogóle.

1. Zacznijmy więc w trybie filozoficznym. Naród jest pojęciem ogólnym, opisuje pewną formę zbiorową. Ta forma, co oczywiste, obejmuje nie tylko mnie, wraz z całą moją istnieniową szczególnością, lecz także innych ludzi. To pojęcie – co już bardziej zagadkowe – nie jest jednak pojęciem abstrakcyjnym, oderwaną esencją, bytującą gdzieś w państwie czystych idei. Naród jest formą zanurzoną w czasie historycznym, więcej: jest pewną formą czasu historycznego. Ci inni, których to pojęcie obejmuje, to nie tylko moi współcześni, lecz także – a nawet przede wszystkim – ci, którzy byli tu przede mną i przyjdą tu po mnie. Żadne z innych pojęć ludzkiej wspólnoty, jak człowieczeństwo albo społeczeństwo, nie jest równie głęboko związane z pojęciem historii. Historia człowieka, dzieje ewolucji gatunku, rozgrywające się w tysiącletnich horyzontach czasowych, wydają się dla mnie – jako jednostki – dalekie, nie dotyczą mnie bezpośrednio, w żaden sposób mnie, w mojej szczególności, nie określają. Z kolei społeczeństwo, masy ludzkie wstrząsane przez nieustanne zmiany ekonomiczne, poddane kampaniom reklamowym, cyklom giełdowym, koniunkturom i dekoniunkturom gospodarczym, zmienia się zbyt szybko, żeby dać nam poczucie czasowej wspólnoty. Pojęcie historii, wpisane w kategorie człowieczeństwa albo społeczeństwa, staje się więc albo za szerokie albo za wąskie, rozmywa się w nieokreśloności albo rozpada na serie przypadkowych zdarzeń, nie pozwalając skonstruować spójnego pojęcia czasowej całości. Prawdziwa historia jest historią narodów.

Myśląc o narodzie mamy zatem do czynienia z pewną formą ogólną, lecz czasową, z kształtem albo postacią – z rozmysłem używam tu języka Arystotelesa – na raz stałą i zmienną. W ten sposób, wprowadzając historię i czas jako pierwsze dopełnienia pojęcia narodu, dokonaliśmy już istotnej jego rekonstrukcji. Od pojęcia narodu odpadają bowiem różne określenia dawniej mu przypisywane, które okazują się bądź to kategorialnie nieadekwatne (atemporalne), bądź też przypadkowe i przemijające (temporalnie wtórne). Nasza rekonstrukcja prowadzi zatem do redukcji temporalnej: w narodzie widzimy naprzód pewną postać czasową, a następnie pewną postać czasu – historię. Przyjrzyjmy się teraz dawnym pojęciom narodu, zwracając w pierwszym rzędzie uwagę na ich niezgodność z faktami doświadczenia, a następnie wyświetlając ich temporalne znaczenie.
Istotą narodu nie jest zatem, jak chciał tego Schelling, wspólna religia; jest rzeczą oczywistą, że Polacy mieli w przeszłości różne religie, a można sobie również wyobrazić, że nie będą mieć żadnej; dzieje religii, które Schelling utożsamiał z historią w ogóle, są tylko jednym z rozdziałów historii narodów. O narodzie nie stanowi także, jak chciał tego Hegel, forma państwowa; byliśmy Polakami nie posiadając państwa; historia państwa i prawa może być, lecz nie musi częścią narodowej historii. Idealizm niemiecki, który odkrył historię jako samoistną sferę rzeczywistości i skonstruował jej pierwsze pojęcia, szybko utracił jej temporalny sens w wyobrażeniu dziejów powszechnych, skrojonych tak szeroko, iż od razu nieruchomiały, zastygając w jakichś kształtach bezczasu albo nadczasu. W obrazie dziejów powszechnych, kreślonym ręką niemieckich filozofów, nie było również miejsca – na co zwrócili uwagę polscy filozofowie XIX wieku – dla Polaków (w szczególności) i dla Słowian (w ogólności). Słowianie wydawali się ludem pozahistorycznym; nie zdążyli na historię, spóźnili się na dramat dziejów, które już się zakończyły. Ich religia, wschodnie chrześcijaństwo, została stworzona przez Żydów i Greków; do ostatecznej formy doprowadzili je protestanci, wyciągając z chrześcijaństwa najradykalniejsze myślowe i praktyczne konsekwencje. Po reformach Piotra I w Rosji i upadku Rzeczpospolitej szlacheckiej nie istniała także żadna szczególna dla Słowian forma organizacji państwowej i politycznej, pozwalająca uzasadnić ich istnieniową samodzielność.

Niezgodność tej diagnozy ze stanem faktycznym (mówi się nam, że nas nie ma, kiedy najwyraźniej istniejemy) pchnęła Libelta i Trentowskiego do konstruowania filozofii słowiańskiej i tworzenia słowiańskiej mitologii. Idąc ich śladem, lecz porzucając idealizm niemiecki – nie warto go bowiem uzupełniać o filozofię Słowian, lecz trzeba po prostu odrzucić – proponuję tutaj odwrócenie: to nie my, Słowianie (w ogólności) i Polacy (w szczególności) jesteśmy ludem pozahistorycznym, lecz metafizyka Schellinga i Hegla jest metafizyką atemporalną; jej ahistoryzm polega na podstawieniu historii cząstkowych, dziejów państwa albo religii, pod historię powszechną. Że nie chodzi tu o puste gry pojęciowe, okaże się w dalszym ciągu tego wywodu, kiedy zaatakujemy rzeczywistość (na raz historyczną i ahistoryczną), którą niemiecki idealizm rozpoznał i uzasadnił, a która w ideologicznych swoich artykulacjach do niego się odwołuje.

Wróćmy do dawnych pojęć narodu. Z naszym historycznym doświadczeniem niezgodne jest także etniczne pojęcie narodu, próbujące sprowadzić naród do plemiennej albo rasowej wspólnoty. Takie pojęcie, widać to już dzisiaj wyraźnie, było nowoczesną konstrukcją (opartą na biologii Darwina i angielskim utylitaryzmie, który stanowił jej pojęciową podstawę); konstrukcją niezgodną z rzeczywistym porządkiem polskiej historii – obejmującej w sobie od samego początku różne plemienne partykularyzmy i etniczne odrębności – z której wyłonił się następnie kształt wielokształtny, naród wielonarodowy I Rzeczpospolitej. W nowożytnym nacjonalizmie widzimy zresztą znowu ten sam błąd kategorialny; usiłował on sprowadzić egzystencję narodu do substancji biologicznej, tu i teraz namacalnie obecnej, widocznej na przykład pod mikroskopem. Substancje, obiekty materialne, istnieją jednak zawsze w teraźniejszości, naród tymczasem jest formą wyłaniającą się z historycznej przeszłości i wybiegającą w historyczną przyszłość; jest zatem, mówiąc żargonem filozofii XX wieku, pewną postacią sensu, kształtem znaczenia, albo, mówiąc całkiem już tradycyjnie: ma charakter duchowy, jest duchem czasowym, temporalnym tchnieniem.
Na koniec wreszcie naród nie sprowadza się do wspólnoty języka, choć ta ostatnia, będąc koniecznym warunkiem narodu – nie ma narodu bez języka – musi zostać uwzględniona w jego pojęciu; jest zatem doświadczalną oczywistością, że nie każdy użytkownik polszczyzny poczuwa się do polskości; polszczyzna, co zaraz wytłumaczę, może się stać i często się staje językiem poza-historycznym.

Dlaczego jednak w ten właśnie sposób powinniśmy zrekonstruować nasze pojęcie narodu? I co nam taka rekonstrukcja daje? Otóż – przede wszystkim – sądzę, że nie jest ona arbitralna. Konstrukcja pojęcia zawsze opiera się na wcześniejszych faktach kognitywnych, próbuje zdać sprawę z tego, co już wiadomo, jakkolwiek w sposób niewyraźny i mętny. Dla naszego dzisiejszego pojęcia narodu, dla sposobu, w jaki nim się posługujemy, decydujące jest to, przeciwko komu albo przeciwko czemu go używamy. Pojęcie narodu jest bowiem słowem wojennym. Niesie w sobie złowrogą obietnicę konfliktu i sporu (co zresztą nadaje mu prawdziwą wagę i ciężar, także w oczach jego przeciwników; wojna, uczy Heraklit, jest ojcem wszechrzeczy). Dlatego – poza historią i językiem – trzecim, koniecznym dopełnieniem tego pojęcia będzie kategoria wroga. Dawne pojęcie narodu oznaczało zbiorowość przeciwstawioną innym zbiorowościom, z którymi naród toczył narodowe wojny; nowe pojęcie narodu, które właśnie się wyłania, będzie pojęciem wspólnoty historycznej przeciwstawiającej się posthistorycznemu człowieczeństwu społecznemu. Pojęcie narodu, jakim się dzisiaj bezwiednie posługujemy, byłoby zatem istotnie różne nie tylko od pojęcia narodu w Rzeczpospolitej szlacheckiej, lecz także od pojęcia narodu w Polsce przedwojennej. Naród jako wspólnota czasowa może zmieniać swój czasowy sens, pozostając wciąż tym samym narodem. Żeby to wytłumaczyć, muszę zmienić tryb wykładu z filozoficznego na historyczny i zstąpić do faktycznych, materialnych warunków konstrukcji tego pojęcia, a następnie – skierować się w stronę wroga.

2. Posługujemy się pojęciem narodu w rzeczywistości posthitlerowskiej. Nie przypadkiem III Rzesza stanowi negatywny kontekst użycia tego słowa: nikt nie chciałby go używać tak, jak hitlerowcy, a ten, kto nim się posługuje, naraża się na konwencjonalny zarzut „faszyzmu” – przy czym ta konwencjonalność, znak myślowego bezwładu, duchowej martwoty, nie jest jakimś powierzchownym epifenomenem obyczajowym (jak reguły zachowań przy stole), lecz sięga dogmatycznych podstaw społeczeństw liberalnych. Rzeczywistość posthitlerowska, świat powojenny, chwieje się jednak dzisiaj w swoich posadach: ostatni uczestnik tamtych wydarzeń – ostateczny, zdawałoby się zwycięzca tamtej wojny, czyli Stany Zjednoczone – stoi w obliczu duchowej zapaści, której widzialnym skutkiem są kryzys ekonomiczny i klęski wojenne; na scenie dziejów pojawili się już nowi gracze, a raczej starzy gracze przybrali, bądź też próbują przybrać jakiś nowy kształt (myślę tu przede wszystkim o narodowych Chinach i postnarodowych Niemczech oraz hybrydalnej mafijno-policyjnej, sowiecko-carskiej Rosji). Można się zatem spodziewać rewizji reguł gry w polityce światowej, a głębiej – rewizji reguł globalnego człowieczeństwa, w którą to rewizję zaangażowane będzie pojęcie narodu i w którą także my – z konieczności – będziemy wciągnięci. Kiedy bowiem nasi sąsiedzi, narody, które uczestniczą od samego początku w naszych dziejach, z którymi te dzieje dzielimy, wymyślają się na nowo – albo przynajmniej próbują się wymyśleć – wtedy także my, Polacy, musimy zrobić to samo. W innym bowiem przypadku – wymyślą nas inni.

Wróćmy zatem do punktu wyjścia historii najnowszej, czyli do II wojny światowej. Była ona globalnym starciem imperiów, w którym całkowitą klęską poniosła III Rzesza – a zatem to imperium, które swoją zasadą uczyniło zasadę narodową i które dlatego właśnie (a zatem z przyczyn zasadniczych) przegrało. Hitler przegrał wojnę ze Stalinem, ponieważ latem 1941 roku nie stworzył we Lwowie rządu ukraińskiego i armii opartej na dezerterach z Armii Czerwonej. Gdyby to uczynił, Polaków pewnie by już nie było; wtedy, latem 1941 roku, stanęliśmy po raz pierwszy w naszej historii przed perspektywą całkowitego unicestwienia, horyzontem końca czasu. Patrzmy jednak na sprawę zimno. Hitler przegrał, ponieważ nie zrozumiał reguł gry, zmiennych zasad historii. Budowa imperium narodowego w przestrzeni polityki globalnej jest niemożliwa – przede wszystkim z powodów demograficznych. Jego klęska w marszu na Moskwę była zderzeniem armii z geografią; żołnierze Wehrmachtu stanęli wobec ogromnych przestrzeni, zaludnionych przez miliony ludzi. Ta nieoczekiwana zmiana kategorii – armia walczy z geografią i demografią – wydaje się zasadnicza i warto mieć ją na oku. Istotą wojny totalnej, którą toczą ze sobą planetarne imperia, jest przesunięcie i przemieszczenie; Hitler prowadził wojnę przeciwko cywilom.

Wojnę wygrały imperia, które swoją zasadą uczyniły planetarny uniwersalizm, komunistyczna Rosja i liberalna Ameryka. Oba wyciągnęły lekcję z klęski Hitlera, przyjmując do wiadomości, że imperium – jeśli ma być stabilne – musi tolerować w swoich granicach mniejsze narody. Pole konfliktu jeszcze bardziej się rozszerza, a wojna całkowicie zmienia swoją naturę, staje się tak zwaną zimną wojną, przenosząc się z płaszczyzny militarnej na płaszczyznę ekonomiczną i społeczną. Ekspansja zmienia się w eksport. Sowieci eksportują rewolucję socjalną, inwestując pieniądze w partie komunistyczne na całym świecie, co raz po raz powoduje lokalne wybuchy; Amerykanie eksportują z kolei towary produkowane w skali masowej, zalewając tą towarową masą całą planetę. Ważnym elementem tej ekspansji jest przemysł rozrywkowy, jego wirtualne produkty będą wehikułem amerykańskiego stylu życia, on zaś będzie z kolei wytwarzał popyt na amerykańskie towary. Nakręcające się w ten sposób koło podaży i popytu, rozpędzając się w nieskończoność, obejmie swoim zasięgiem całą planetę, wciągając i pochłaniając w tym ruchu azjatyckich i europejskich sojuszników Ameryki – aż po jej ostateczny tryumf.

Tę wojnę Ameryka wygrywa. Poziom życia oficerów KGB i sowieckich czynowników partyjnych jest w latach 80. dużo niższy, niż ich odpowiedników na tak zwanym Zachodzie. Stąd ta dziwna rewolucja, osobliwy przewrót, w którym tajna policja obaliła własne imperium. Oto prawdziwa ironia historii: elity KGB wytworzone przez Związek Sowiecki dla jego obrony, obracają się przeciwko niemu; podobnie, jak niegdyś mieszczanie – wytwór gospodarki feudalnej – zwrócili się w dialektycznym ruchu przeciwko feudalizmowi (okoliczność, że upadek reżimu marksistowskiego można wytłumaczyć banalnym marksistowskim schematem potęguje tylko ogólną ironię dziejów).

Ważne, żebyśmy wyraźnie uprzytomnili sobie charakter zwycięstwa Ameryki. Nie był to tryumf militarny, lecz zwycięstwo ontologiczne; zwyciężył amerykański styl życia, amerykański sposób istnienia, który pod koniec tamtego stulecia wydawał się atrakcyjniejszy, niż wszystkie inne – konkurencyjne – sposoby. Reguły tego zwycięstwa wydają się dzisiaj oczywiste; ważniejsze są w tej chwili jego koszty. Otóż, okazuje się, że zwycięstwo Ameryki było zwycięstwem pyrrusowym, którego cenę przyjdzie nam jeszcze długo płacić. Opierało się ono bowiem na wewnętrznej klęsce, w jego kształcie zarysowuje się kolejne odwrócenie – paralelne skądinąd do analogicznego odwrócenia złożonego u podstaw Związku Sowieckiego. Imperia zniewalają – wyzwalając albo wyzwalają – zniewalając. Porządek wolności i konieczności zostają w nich z gruntu pomieszane.

Hitler chciał uczynić niewolnikami Słowian. W imperiach postnarodowych albo ponadnarodowych czyni się niewolnikami własnych obywateli. Starożytne słowo niewolnik nigdzie oczywiście nie pada; imperia zamieszkują ludzie nowocześni. W państwach komunistycznych propaganda mówi o „wyzwalaniu człowieka”’; wrogów klasowych reedukuje się w łagrach albo leczy w szpitalach psychiatrycznych – wrogość wobec ustroju jest bowiem szaleństwem, działalnością sprzeczną z rozumem; uczciwi obywatele spotykają się ze swoimi oficerami prowadzącymi, pogłębiając w ten sposób własną świadomość klasową. Przemoc we wszystkich tych wypadkach ma formę edukacyjną, wdziera się do głębi duszy i tam zakorzenia nową formę ludzką, człowieka sowieckiego. Wszystko to dzieje się w upiornym świetle końca czasów. Państwo, które podsłuchuje i śledzi swoich obywateli, wydaje się bowiem karykaturą chrześcijańskiego Boga, który wszystko widzi i nad wszystkim czuwa – jak gdyby proroctwa Hegla i Schellinga, mówiące o urzeczywistnianiu się Boga w historii, spełniły się, ale na opak, obrócone we własną odwrotność. Heglowska teza o „końcu historii” jest zresztą jedną z klisz propagandowych marksistowskiej nowomowy.

Analogiczne odwrócenie następuje w człowieku amerykańskim; że jednak mówimy tu o świecie liberalnym, rządzonym niewidzialną ręką rynku, więc wydaje się ono bardziej mimowolne i spontaniczne, niż sowiecka manipulacja. Amerykańska ekspansja, powiedziałem, obracając się w autoteliczne koło podaży i popytu, prowadzi do boomu ekonomicznego, eksplozji znacznie skuteczniejszej niż zdetonowanie tysięcy bomb atomowych. Amerykanie potęgując produkcję i podwyższając konsumpcję muszą jednak sprowadzić samych siebie, własnych obywateli, do jakichś pół-zwierzęcych albo para-zwierzęcych form życia. W ten sposób powstaje nowa forma bio-egzystencjalna: konsument. Konsumpcja nie jest zachowaniem zwierzęcym (zwierząta żrą), nie jest jednak także działaniem ludzkim (ludzie jedzą). Konsument pochłania niepotrzebne produkty – jest w istocie rzeczy żołnierzem na froncie wojny ontologicznej; liczy się ruch, obrót w interesie, potęgowanie własnej formy istnienia.

Ontologia konsumenta manifestuje się najwyraźniej w przedmiotach jednorazowego użytku, które zapełniają jego środowisko egzystencjalne. Ta kategoria rzeczy nie ogranicza się dzisiaj do opakowań albo obiektów-opakowań, jak symboliczna już puszka coca-coli. W gospodarce konsumpcyjnej nie warto reperować popsutych sprzętów domowych; dla jej trwania – dla tego ruchu, który w siebie się obraca – lepiej, żeby konsument kupił i skonsumował jakiś nowy produkt. Produkcja masowa staje się w ten sposób produkcją obiektów tymczasowych. Tu właśnie leży źródło wszechogarniającego poczucia nierzeczywistości wypełniającego mieszkańców tej dziwnej krainy. Pralki i magnetofony, telefony komórkowe i samochody dotknięte są tą samą wewnętrzną skazą; rzeczy są pozbawione trwałości; wszystko jest chwilowe. Produkcja ma na celu dalszą produkcję. Konsumpcja prowadzi do dalszej konsumpcji. Kup – zniszcz – i kup znowu. Oto wieczny powrót tego samego. Wiekuista tymczasowość.
To, co jawi nam się w pierwszej chwili jako fenomen obyczajowy albo ekonomiczny, jest w istocie swojej pewnym sposobem przeżywania czasu. Zwierze żyje chwilą. Człowiek wie, że ma umrzeć i może skupić własną przyszłość i przeszłość w sensowną całość. Konsument żyje chwilą spotęgowaną w wieczność. Przeszłość i przyszłość kurczą się i znikają, wsysane i połykane przez wszechogarniającą teraźniejszość. Taki jest właśnie sens kredytu konsumpcyjnego, który stanowi dzisiaj powszechną formę obrotu pieniądzem w ekonomii liberalnej, a który polega na życiu na koszt przyszłości; tak jakby przyszłości nie było; a także kredytu hipotecznego – kupna mieszkania na koszt przyszłości – który można uznać w dodatku za radykalną próbę uprzestrzennienia i unieruchomienia czasu. Ta nowa postać jego przeżywania manifestuje się jednak w sposób najbardziej pierwotny (bo w formie bio-egzystencjalnej) w nowych kształtach młodości i starości, które wyłoniły się niedawno na obszarach cywilizacji Zachodu. Starość stała się czymś nienaturalnym, chorobą; paralelnie stanem naturalnym człowieka stała młodość, która – będąc z natury swojej czymś przejściowym – donikąd jednak nie prowadzi, znajdując swój cel w sobie. Widzowie współcześni oglądają na ekranach telewizorów pięćdziesięcioletnich prezenterów ubranych w ubrania nastolatków i zachowujących się, jak nastolatki.

U podstaw tej figury złożona jest głęboka zmiana sensu życia, czyli – w ostatecznym rachunku – zmiana sensu zmiany; życie jest bowiem ciągłą przemianą, metabole. W rzeczywistości konsumpcyjnej nie istnieje żaden bio-kulturowy mechanizm – egzystencjalna figura – kumulacji doświadczeń. Kiedy wszystko jest chwilowe, nic się nie utrwala. Przeszłość znika. Samo życie staje się wtedy przedmiotem jednorazowego użytku.

Ideolodzy liberalizmu mówili w latach 90. ubiegłego stulecia o „końcu historii” – powtarzając, brzydką czkawką, dawne formuły sowieckie. Ten koniec miał jednak znowu jakąś pokraczną formę. Hegel widział w końcu dziejów pełnię ostateczną, syntezę absolutną. Liberalny „koniec historii”, polega natomiast na załamaniu się porządku czasu, w którym jedna z jego części (teraźniejszość) wyłamuje się z całości albo podstawia pod całość. Ta pokraczna i kulawa uniwersalność bełkocze dzisiaj do nas w basic english, nowym języku powszechnym, który zastąpił w tej roli łacinę, język uniwersalny średniowiecza, i francuszczyznę, język uniwersalny oświecenia. Rosyjscy tradycjonaliści uważali kiedyś, że Związek Sowiecki nie ma nic wspólnego z rosyjskim duchem; tak jakby komunistyczna ekspansja – zabójcza dla samej Rosji – wydarła z niej jej własną narodową esencję. Trudno nie ulec wrażeniu, że coś podobnego stało się także z Ameryką i Anglią. Wystarczy rzucić okiem na podręczniki do angielskiego, przyjrzeć się ich ewolucji w ostatnim półwieczu, żeby zobaczyć, jak tracą one stopniowo – jak się wypłukują – z elementów angielskiej i amerykańskiej kultury narodowej. A jeśli imperializm ma swoją postać językową, jasny staje się także dogmatyczny zakaz posługiwania się pojęciem narodu, od którego tutaj wyszliśmy. Każde imperium – w swej niepohamowanej ekspansji – zakłada własne dogmaty, ustanawia szczególną dla siebie dogmatykę imperialną.

Ta rzeczywistość nie jest jednak trwała, a jej nietrwałość – wewnętrzna niestabilność – dała o sobie po raz pierwszy znać w kryzysie, który otworzył nowe tysiąclecie. Koszty kredytów stały się zbyt wysokie. Ameryka i Europa, a za nimi reszta świata, zapada się w ekonomiczną depresję, jakby sam czas, dotąd oszukiwany, podważał stabilność i równowagę społeczeństw Zachodu. Nie udało się też inne oszustwo: wojna bez śmierci. Żołnierze-konsumenci nie chcą umierać. Główną troską generałów staje się w tej sytuacji ochrona ich życia – cel, dla którego zaangażować trzeba ogromne środki techniczne; co sprawia dalej, że wojny okazują się zbyt kosztowne, obracają się – nawet wygrane – w finansową klęskę. Osobliwe zwycięstwa w Iraku i Afganistanie, zwycięstwa będące klęskami albo obracające się w klęski, podważają władzę globalnego imperium. Wzrasta napięcie, które od wewnątrz rozsadza planetarny porządek. Uprawnione staje się w tej sytuacji podejrzenie, że każdy porządek imperialny jest w istocie swojej niestabilny. Mówiąc filozoficznie i przenosząc – zgodnie z ruchem samej rzeczywistości – problem w dziedzinę abstraktów: prawomocne wydaje się podejrzenie, że nie istnieje dobre pojęcie historii powszechnej. Każde takie pojęcie polega bowiem na podstawieniu jakiejś rzeczywistości partykularnej pod koncept ogólny, na podniesieniu jakieś cząstki bytowania – walki społecznej (komuniści), wzrostu ekonomicznego (liberałowie) – do rangi powszechnika. Pojęcie historii powszechnej, tak skonstruowane musi jednak prędzej czy później załamać się i rozpaść.

3. W tej perspektywie, w obliczu planetarnej niestabilności, jasny staje się, wyłożony przeze mnie wcześniej, nowy sens pojęcia narodu i oczywista staje się także konieczność wyboru polskości. W obliczu tego chaosu możemy bowiem śmiało powiedzieć: bez Polski nas nie będzie. Nasze życie, tracąc przeszłość i przyszłość, zapadnie się w sobie w iluzji posthistorycznego bezczasu – iluzji realnej, rzeczywistej zjawie; a my sami staniemy się niewolnikami form, które są nam obce i nad którymi nie panujemy; form, których skądinąd nie można oswoić, ponieważ one same są sobie obce i nad sobą nie panują – obracając się we własne przeciwieństwo.

Wybierając naród wybieramy skończoność przeciwko nieskończoności. Wszystkie totalne zbrodnie i planetarne katastrofy ubiegłego stulecia polegały na próbie zamknięcia nieskończoności w formie skończonej. Taki jest właśnie ontologiczny sens każdego imperializmu. Tylko akceptacja własnej skończoności, uczy jednak Arystoteles, daje człowiekowi szczęście. To ostatnie trzeba znaleźć w sobie, obejmując skończoność własnego życia i odnajdując w ten sposób w sobie – opierając na sobie – własną egzystencjalną suwerenność, istnieniową niepodległość, autarkeja.

Wybierając naród wybieramy czas, porządek historyczny, następstwo pokoleń, w którym zarysowuje się figura ciągłości, będąca jedynym kształtem trwałym, jaki jest nam tutaj dostępy; jedyną tutejszą stałością jest bowiem trwałość czasu. Jest to wybór skończoności w dwojakim sensie tego słowa. Wybieram skończoność, kształt zamknięty, przeciwko globalnej magmie, planetarnemu bezformiu; zarazem wybieram jednak także własne istnienie w czasie, pomiędzy tymi, którzy byli tu przede mną i przyjdą tu po mnie; wybieram istnienie skończone, trwające pomiędzy ich skończonymi istnieniami, w tamtej trwałości, jaką są dzieje narodu.

Wybierając polskość wybieramy także wolność, która – jak wynika pośrednio z wcześniejszego wykładu – jest możliwa tylko w czasie. Czas jest warunkiem wolnego wyboru, ponieważ wybieramy zawsze pomiędzy przyszłymi możliwościami, opierając się na przeszłych doświadczeniach. Człowiek pozbawiony przyszłości i przeszłości traci kontrolę nad własnym życiem, przemieniając się w jakąś niewolniczą albo pół-zwierzęcą postać istnienia.

Wybór tej wolności jest wyborem formy konkretnej. Ta wolność, egzystencjalna suwerenność, była sensem Korony, złożonej u podstaw Świętego Królestwa Polskiego. W I Rzeczpospolitej została ona rozparcelowana na naród szlachecki, a potem – od czasów Powstania Kościuszkowskiego – przeniesiona na wszystkich Polaków. Każdy z nas nosi więc dzisiaj tamto Królestwo w sobie. Być Polakiem znaczy być wolnym człowiekiem, panem i władcą samego siebie. Jest to dar tym cenniejszy, że został on poświadczony przez krew i śmierć. Wolność wychodzi nam naprzeciw w twarzach naszych narodowych świętych, męczenników: Karola Levitoux, Emanuela Szafarczyka i Jana Rodowicza-Anody.
Wybierając polskość nie wybieramy jej przeciwko innemu narodowi, ale – powtórzmy – przeciwko planetarnej magmie, globalnemu chaosowi. Patrząc wokół siebie, widzimy inne kształty wolności, zawsze partykularne i osobne. Wolność nie jest bowiem nigdy czymś ogólnym, każde jej pojęcie ma zawsze oparcie w jakimś akcie partykularnym. Czym więc dla nas, Polaków, jest złota wolność szlachecka, tym dla Czechów będzie powstanie husytów, a dla Ukraińców – pamięć wolnej kozaczyzny; polska Korona ma od samego początku za towarzystwo Korony świętego Stefana, Mendoga, Dymitra Zvonimira. Ich obecność jest dla nas szczęściem. Jak bowiem wolny człowiek potrzebuje dla swej wolności towarzyszy – nie można być wolnym pośród niewolników – tak wolne narody potrzebują siebie nawzajem.

Naszym zobowiązaniem jest zatem forma polska. Mówiąc o kształcie trwającym w czasie ją właśnie mamy bowiem ostatecznie na myśli. Forma polska nie sprowadza się do sentymentalnych kształtów, szlacheckich dworów i sielskich krajobrazów, bez względu na to, jak bardzo są nam one drogie. Ta forma jest kształtem czasu, obejmującym przeszłe i przyszłe doświadczenia. Polacy – wbrew temu, co mówi telewizja – potrzebują poetów, którzy założą formalne podstawy ich odrębnego, nieprzetłumaczalnego na inne języki istnienia, a także historyków, którzy to czasowe istnienie opiszą, i filozofów, którzy je objaśnią. Takie jest nasze tutejsze zobowiązanie, nasz – wobec Niej – która była i będzie, obowiązek.
Wawrzyniec Rymkiewicz

wtorek, 10 lipca 2012


Wokół berlińskiego kongresu

Felieton    serwis „Nowy Ekran” (www.nowyekran.pl)    9 lipca 2012
Ach, cóż za siurpryza - i to w dodatku podwójna, ach, co ja mówię - nie żadna tam „podwójna”, tylko wręcz poszóstna! Właśnie kilka dni temu, to znaczy - 4 lipca - wszystkie niezależne media doniosły o odbytym 12 maja br. w Berlinie pierwszym kongresie Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce, na którym przedstawione zostały różne gorące pragnienia i postulaty - między innymi i ten, by język hebrajski został uznany w naszym nieszczęśliwym kraju za drugi język urzędowy. Niezależne media okraszają tę informację uspokajającym komentarzem „Wielkiego Przyjaciela Polski”, czyli byłego ambasadora Izraela w Warszawie, pana dra Szewacha Weissa, który powiada, że to „fantazje”. Może sam w to wierzy, a może tylko tak dobrotliwie komentuje ze względów humanitarnych, by niepotrzebnie, a zwłaszcza - by przedwcześnie nie płoszyć naszego mniej wartościowego narodu tubylczego.
Z drugiej jednak strony, wiele fantastycznych pomysłów ziściło się nawet na naszych oczach, więc dlaczegóż to akurat ten miałby się nie ziścić? Skoro szef Mosadu został Honorowym Obywatelem Rzeczypospolitej, to dlaczego - powiadam - w przyszłości nie będzie mógł zostać Pierwszym Obywatelem? Takie rzeczy już się przecież w naszym nieszczęśliwym kraju zdarzały - że wspomnę choćby Jakuba Bermana, który wprawdzie był tylko skromnym wiceministrem, ale w prawdziwym rządzie - jak wspomina Stanisław Mikołajczyk, który przecież coś tam musiał o tym rządzie wiedzieć - był w hierarchii na pozycji czwartej, zaraz po Iwanie Sierowie, po którym następował szef NKWD w sowieckiej ambasadzie, następnie ambasador Lebiediew, a zaraz potem - właśnie Berman, którego generał Jaruzelski jeszcze w roku 1983 udekorował orderem Krajowej Rady Narodowej. Ale mniejsza o te wspominki, pokazujące przecież, że ciągłość pewnych procesów przekracza bariery transformacji ustrojowych i odwracania sojuszów - zwłaszcza, gdy sojusze są odwracane również przez starszych i mądrzejszych - bo ważniejsze są inne, aktualne okoliczności tej całej sprawy.
Po pierwsze - ten „pierwszy” kongres Ruchu Żydowskiego Odrodzenia w Polsce odbył się w Berlinie, a nie w Warszawie, mimo, że ta pompuje i pompuje pieniądze w Muzeum Historii Żydów Polskich. To, że pieniądze pompuje pani prezydentowa Hanna Gronkiewicz-Waltz, to naturalne, jakże by inaczej. Znacznie ciekawsza jest darowizna, jaką ostatnio wzbogacił Muzeum najbogatszy człowiek w Polsce, czyli pan dr Jan Kulczyk, który ponoć dał aż 20 milionów. Za takie pieniądze na Ukrainie została przeprowadzona „pomarańczowa rewolucja” po której do dzisiejszego dnia nie może się pozbierać pani Julia Tymoszenko. Zresztą - mniejsza o nią - bo dotacja uczyniona przez pana dra Jana Kulczyka wskazuje, że i on coś musi wiedzieć a skoro coś musi wiedzieć i daje, to znaczy, że wie, iż trzeba dawać. „Bo mówiła żony ciotka: tych co płacą - nic nie spotka” - powiadał Konstanty Ildefons Gałczyński. A któż w naszym nieszczęśliwym kraju jest bez grzechu wobec Boga i bez winy wobec cara? Może są takie osoby, ale czy należy do nich akurat pan dr Jan Kulczyk? Tego oczywiście nie wiemy, ale skoro płaci, to pewnie też liczy na to, że nic go nie spotka.
Mimo to jednak kongres odbył się w Berlinie, a nie w Warszawie, chociaż odrodzenie żydowskie ma nastąpić właśnie w naszym nieszczęśliwym kraju, a nie w Niemczech! Dlaczego tedy w Berlinie? Warto przypomnieć artykuł pewnego malarza, jaki ukazał się przed kilkoma laty w niemieckiej prasie - że mianowicie dobrze byłoby przenieść Izrael do Europy. Autor wskazywał dwie możliwe lokalizacje: Turyngię, albo Polskę. Ponieważ w Niemczech malarze dochodzą czasami do wielkiego znaczenia politycznego, osobiście bym tych projektów nie lekceważył tym bardziej, że wychodzą one naprzeciw niemieckiej polityce - i to nie tylko historycznej, ale i politycznej. Bo chyba nikt nie wątpi, że taki kongres musiał odbywać się za aprobatą tamtejszych władz, a może nawet - z ich entuzjastycznym, choć dyskretnym poparciem?
Dlaczego zatem niemieckim władzom zależy na odrodzeniu żydowskim w Polsce? Czyżby dlatego, że takie odrodzenie znakomicie wkomponowuje się w scenariusz rozbiorowy, ułatwiając rozciągnięcie ścisłej politycznej i gospodarczej kontroli nad naszym mniej wartościowym narodem tubylczym przy pomocy politycznego instrumentu pod nazwą Judeopolonia? Pożyteczna myśl raz rzucona w przestrzeń prędzej czy później znajdzie swego amatora - a warto przypomnieć, że pomysł Judeopolonii pojawił się w roku 1916 - co prawda w trochę innym kształcie terytorialnym, ale przecież nie o kształt tu przede wszystkim chodzi, tylko o roztoczenie kurateli nad mniej wartościowym narodem tubylczym - by każdy rozpaczliwy odruch sprzeciwu z jego strony bezpiecznie pacyfikować, jako wybuch organicznego polskiego antysemityzmu. Judeopolonia stanowi znakomite alibi, więc pourquoi pas - tym bardziej, że co najmniej od końca lat 90-tych niemiecka polityka historyczna jest ściśle skoordynowana z polityką historyczną żydowską.
Po drugie - warto zwrócić uwagę, że kongres odbył się w Berlinie 12 maja, a niezależne media w Polsce, jak na komendę poinformowały o tym nie, dajmy na to, 13 maja, tylko dopiero 4 lipca! Nawet zakładając - co wydaje się niepodobieństwem - że ów berliński kongres był imprezą starannie zakonspirowaną i żadna informacja ani o jego odbyciu, ani o jego postanowieniach, nie przedostała się na zewnątrz, to znaczy, że 4 lipca ktoś tę imprezę rozkonspirował. Kto mógł to zrobić i w jakim celu? Jeśli to nieprawdopodobne przypuszczenie byłoby trafne, to jasne, że musieli uczynić to organizatorzy imprezy. Skoro uznali, że 4 lipca już można ujawnić to, czego nie można było za żadne skarby ujawnić 13 maja, to znaczy, że między 13 maja, a 4 lipca jakaś sytuacja zmieniła się w sposób zasadniczy, że w tym czasie musiały zapaść jakieś decyzje i to decyzje nieodwracalne. Wydaje się oczywiste, że w tych decyzjach nasi Umiłowani Przywódcy nie uczestniczyli - że dla nich starsi i mądrzejsi wyznaczyli makagigi w postaci koko koko euro spoko - podobnie zresztą jak w wielu innych sprawach. W takiej sytuacji decyzje owe musieli podjąć nie tylko strategiczni partnerzy, tzn. Niemcy i Rosja, ale również - miłujący pokój Izrael, a skoro i on - to także nasz największy sojusznik w NATO, czyli USA pod kierownictwem administracji Baracka Obamy - z naszego punktu widzenia najgorszej od czasów Franklina Delano Roosevelta. Mamy zatem znowu scenariusz rozbiorowy z udziałem trzech państw i aprobatą czwartego.
Wreszcie ostatnia sprawa - świadoma dyscyplina niezależnych mediów. Bo jeśli berliński kongres, jaki odbył się w Berlinie 12 maja, nie był imprezą ściśle zakonspirowaną, to fakt jednoczesnego ukazania się informacji o nim w niezależnych mediach głównego nurtu w Polsce jest bardzo poważną poszlaką, iż w mediach tych obowiązuje świadoma dyscyplina. Kto tę dyscyplinę narzucił i kto ją egzekwuje? Czy przypadkiem nie oficerowie prowadzący? W demokratycznym państwie prawnym, zwłaszcza urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, bardzo ważne są masowe nastroje. Jakże tedy miejsca, w których te masowe nastroje są wytwarzane, mogłyby pozostać zaniedbane przez okupujących nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniaków? Nie ma takiej możliwości, przeciwnie - właśnie ten odcinek musi być przez nich szczególnie penetrowany i kontrolowany. Skoro tedy, przy tak ścisłej kontroli udało się nałożyć skuteczną surdynę na informację o berlińskim kongresie prawie aż na dwa miesiące, to znaczy, że świadoma dyscyplina w niezależnych mediach jest znacznie większa, niż nam się wydaje.
Stanisław Michalkiewicz

poniedziałek, 9 lipca 2012

Homilia JE ks. bp. seniora Stanisława Stefanka


zdjecie
M.Borawski/Nasz Dziennik

„Nie jesteś niewolnikiem, lecz synem i dziedzicem”

Niedziela, 8 lipca 2012 (19:07)
Homilia JE ks. bp. seniora Stanisława Stefanka wygłoszona podczas Eucharystii sprawowanej na Jasnej Górze w wigilię XX Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja do Królowej Polski


Najmilsi w Panu, zgromadzeni przed Maryją, Matką Kościoła, Jasnogórską Matką i Królową Polski. Zgromadzeni przy Jezusowym ołtarzu, zgromadzeni w tej jakże reprezentatywnej wspólnocie, którą Ojcowie Paulini już opisali w słowie przywitania. Zgromadzeni na rozpoczęcie wielkiej modlitwy, XX Jubileuszowej Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja, na czuwaniu wieczornym, na Eucharystii wigilijnej. Powtórzmy jeszcze raz te słowa, które św. Paweł zapisał, mówiąc o skutkach narodzin Chrystusowych z Niewiasty. "Nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem". Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej. W sposób szczególny modlimy się o wolność. Chcielibyśmy tę modlitwę skierować, obejmując cały świat, każdego człowieka, który w rozmaity sposób doznaje ograniczenia tej wolności. Zapytajmy najpierw, kto zabezpiecza naszą wolność. Wolność każdego człowieka, niezależnie, czy ten człowiek zna dobrodziejstwo Zbawiciela. Czy nie słyszał Ewangelii. Przecież narodzony z Niewiasty Syn, Słowo Odwieczne, Syn Boga, po to, by służył nam wszystkim, wszystkich nas upoważnił, byśmy mogli mówić "Abba Ojcze".
To On, Wcielenie Chrystusa, jest wydarzeniem centralnym dziejów historii. Tej historii, która opisywana jest często jako zmaganie konkurujących ze sobą różnych przeciwności, władz, wspólnot, sił. Można historię ludzkości opisać jednym słowem – "walka". Są nawet takie prądy filozoficzne, które mówią, że tylko walka jest motorem postępu. Tylko tyle można widzieć w historii człowieka. A przecież gdy popatrzymy głębiej i spojrzymy na wszystkie wymiary życia ludzkiego, to wtedy wracamy z powrotem do tych pierwszych zapowiedzi. Przecież już w raju usłyszeliśmy, że uwolnienie spod przemocy kusiciela przyjdzie przez Narodzonego z Niewiasty. Uwolnienie z grzechu i ta zapowiedź w sposób szczególny została powtórzona wtedy, kiedy wydawało się królowi Achazowi, że sprawę religijną, owszem, można odnieść do jakichś głębszych sercowych wymiarów, uczuciowych, osobistych, ale on, król, na którego nacierają przedstawiciele koalicji syro-efraimskiej i chcą zdobyć Jerozolimę, on, król, nie będzie się do Boga zwracał o pomoc, ponieważ w sprawach publicznych, w sprawach społecznych, militarnych, politycznych król Achaz nie przewidywał obecności Boga.
Stąd też prorok mówi: i ty, i cały świat otrzyma znak: Panna pocznie i porodzi Syna. On z niewoli wykupi, z wszelkiej niewoli, z każdego uzależnienia. Bo On ostatecznie upoważni swoim braterstwem z każdym z nas ten serdeczny tytuł, jakim Boga obdarzamy – "Abba - Ojcze". W Nim z mocy Ducha możemy wołać: "Abba  -  Ojcze". A więc Ten, który jest Synem, Ten jest wolny i Ten jest dziedzicem. Tu jest zakorzenione wszelkie nasze dziedzictwo, synostwo i wolność. Prawo wolności jest pierwszym i podstawowym prawem konstytuującym człowieka, życie narodu, na tym opierają się wszystkie inne konstytucje, które chcą uczciwie porządkować grupy społeczne obywateli państwa i życie międzynarodowe. Zostaliśmy odkupieni spod prawa, które miało bardzo ograniczony zasięg i ograniczoną optykę i oddani zostaliśmy pod prawo miłości. Pod wielki manifest rozkochania się Boga w nas i wielkie zaproszenie do odpowiedzi do wzajemności ku Bogu. A ta wzajemność została ogłoszona w sposób uroczysty na Golgocie. Wtedy gdy stawała się faktem. Wtedy kiedy Jezus dokonywał dzieła odkupienia. Wtedy właśnie powiedział do Jana: "Oto Matka Twoja", i do swojej Matki: "Oto syn Twój" (J 19, 26b-27a).
Na Jasnej Górze zawsze byliśmy wolni
Zostaliśmy oddani tej trosce o wolność. W tym rozpracowywaniu w szczegółach wielkiej konstytucji miłości, która uwalnia. Zostaliśmy poddani pod opiekę, pod czułe oczy, wrażliwe serce, mądre przewodnictwo, wielką pedagogikę Matki Boga i naszej Matki. "Oto Matka Twoja" (J 19, 27). Ale równocześnie zostaliśmy obdarowani. Nie tylko do Ojca Niebieskiego możemy mówić: "Abba - Ojcze", nie tylko do Jezusa Chrystusa możemy mówić: "Bracie mój i Panie mój", ale do Matki Najświętszej możemy mówić: "Mamo, Matko". W tych odniesieniach rodzinnych zabezpieczamy wszystkie przestrzenie wolności człowieka. Dlatego Jan Paweł II, gdy przebywał tu na Jasnej Górze, w świątyni, w sanktuarium stolicy duchowej, w maryjnej świątyni, powiedział, że tu zawsze byliśmy wolni we wszystkich wymiarach, również tych  społecznych i politycznych. Zapytajmy, w jaki sposób religia, to zaprzyjaźnienie się, zadomowienie w Bogu, dba o wolność, troszczy się o wolność? Najogólniej mówimy - przez właściwe uporządkowanie ładu moralnego, są takie tematy: religia, etyka, wolność.
Jeżeli ktoś trochę histerycznie jest przewrażliwiony na słowo "Bóg", chce jednak poważnie mówić o życiu ludzkim, zostawia Boga, a próbuje zatrzymać się przy słowie "etyka", nawet "niemoralność", a więc normy, do których dochodzi rozum ludzki, w sposób uczciwie poszukiwanych różnych przesłanek, przez uczciwie poszukiwane przesłanki "etyka" i to zabezpiecza wolność. Gdybyśmy popatrzyli na całą historię - tam gdzie człowiek uzależnia się od Boga, tam gdzie nie jest alergicznie nadąsanym, rozgrymaszonym, zarozumiałym gospodarzem jakiejś maleńkiej działeczki; działeczki władzy, mądrości, sukcesu, jakiejś zdobyczy, tam gdzie człowiek wychylił swoją głowę poza krąg egoistycznego zapatrzenia w siebie i spogląda Bogu w oczy - tam rozszerza się przestrzeń wolności. A tam gdzie jest zniewolenie grzechem, zapędzani jesteśmy w uliczki bez przejścia, w uliczki egoizmu społecznego czy indywidualnego. Tam rodzi się wszelkiego rodzaju wymiar pazerności, pycha panowania, królestwo kłamstwa i wszelkiego rodzaju krzywdy. Kto nas zniewala, kto nam odbiera Boga i wolność? Najpierw nasz grzech, od tego zawsze trzeba zacząć.

Próbują zwolnić człowieka od odpowiedzialności
Uzależnienie od niekontrolowanych namiętności. Dzisiejszy język, zwłaszcza niektóre nauki psychologiczne, społeczne, prześcigają się, żeby nas zwolnić od odpowiedzialności. Najdrożsi, gdybyście dobrze weszli w dorobek niektórych szkół, powtarzam: zwłaszcza nauk psychologicznych i społecznych, zorientowalibyście się, jak jeden przez drugiego utytułowany najwyższymi naukowymi tytułami profesorów próbuje zwolnić człowieka od odpowiedzialności. Próbuje uciec od realizmu poznawczego, a przecież nauka to przede wszystkim troska o poznanie. A tu, pod sztandarem nauki, tworzy się kolejne zasłony, byle nie pokazać prawdy o człowieku. Pomyślano między innymi chociażby o takich słowach: "dobre emocje", "złe emocje". Niby jest w tym jakieś rozróżnienie, ale to tak brzmi w naszych uszach jak: "dobra pogoda, zła pogoda", a jak zła, to parasol weźmiesz, bo to przecież nic groźnego, za chwilę będzie dobra.
Uległeś słabości, masz na swoim koncie takie czy inne poważne nadużycie? To jest ludzkie, trzeba z tym żyć, to trzeba zrozumieć. Zawsze nawet najsurowszy prokurator znajdzie coś, by ten czyn określić jako mało szkodliwy społecznie. Zawsze znajdzie się kancelaria adwokacka, która pomoże wybrnąć poprzez krętactwo paragrafów. Gdyby nawet dopadły cię jakieś sądy, to nie powinieneś w swoim życiu troszczyć się, dbać o przejrzystość postawy, ładu. To wszystko przenieśmy na nasz osobisty teren, różni naukowcy i różni pedagodzy życia społecznego. Ale oprócz tego grzechu pojawiają się dwa groźne zjawiska. Po pierwsze, to jest nasz egoizm legalny. A po drugie, to jest legalny egoizm państwowy. Na czym polega nasz osobisty egoizm legalny? Na tym, że mamy prawo być pazerni, mamy prawo oszukiwać, zabierać cudzą własność, byle tylko znaleźć odpowiedni paragraf. Nieważna jest moralność, poprawność moralna. Ważny jest legalizm, poprawność prawna. Chociażby taki przykład z ostatnich czasów. Wymyślono ustawę o upadłości różnych firm. Ile na tej ustawie ludzie natworzyli wspaniałych fortun. A to, że kilkadziesiąt czy kilkaset osób głoduje, to, że kilka tysięcy zostało za granicą i nie ma jak wrócić – to wszystko jest legalne, na czas zgłoszone. Kradzież na czas zgłoszona, zatwierdzona. To jest pazerność, pazerność najrozmaitszych szefów firm. Pytam syndyka: dlaczego pan nie chce sprzedać, skoro znalazł się właściciel, który chce przeorganizować duży zakład? Mam na myśli cukrownię w naszych łomżyńskich Łapach. Widzę tu Białystok. Oni mi zaraz powiedzą, ale Łapy terytorialnie są bliżej Białegostoku. Oczywiście, tutaj są nasi sąsiedzi i tam nie ma żadnej zwady między nami, ale diecezjalnie Łapy są łomżyńskie, dlatego biskup łomżyński wie, że tam ludzie głodują.
Ktoś wytłumaczy: przecież syndyk na takim przekazaniu, na takiej transakcji nic nie zarobi. Skończy się jego rola, a tak to będzie sprzedawał po kawałku na wypłaty, nie dla siebie, ale dla innych. A jak mu się skończy, jest w takich układach w Warszawie, że za chwilę będzie syndykiem następnej firmy upadłościowej i przeżyje. A co powiedzieć o takich bogaczach, jak firmy farmaceutyczne? Tysiące ludzi zginęło przez kłamstwo. W to kłamstwo byli zaangażowani wszyscy ze wspomnianymi naukowcami i z mediami na czele. Ktoś powie: no, ale zapłacili karę. Jak można porównywać życie ludzkie z jakimkolwiek groszem? A poza tym nie martwcie się o tych bogaczy, którzy nawet płacą karę. Bo wam zaraz powiem, rozłożą ją na dwieście rat i w końcu zapomną, że mieli takie raty zapłacić. To nasza osobista pazerność, ale jest też wielka państwowa, legalna. Wydaje się wielkim tego świata, że skoro wygrają wybory, to wolno im władać na każdym poziomie. Nawet sięgnąć do uprawnień samego Stwórcy i zmieniać prawo Boskie, bo oni mają większość w parlamencie, powiedzmy o piętnaście czy dwadzieścia głosów.
Strażnikiem zniewolenia są media
I to jest największa pułapka, w którą wpada współczesny człowiek i na której kończy się wolność, demokracja i wszelkiego rodzaju uczciwość. Przecież to parlamenty chcą ustalać, kiedy wolno zabijać dziecko. Przecież to parlamenty oswajają nas: "No, nie bądźcie tacy bardzo zacofani, nauka poszła do przodu, wyjdźcie naprzeciw matkom, które chcą mieć dzieci. To nic, że przy okazji zabija się kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy, ale w końcu któreś z nich będzie żyło". To właśnie to prawo moralne, które Bóg uporządkował, a które parlamenty próbują przejąć, jako własną kompetencję. Tu dopiero pojawiają się bardzo bolesne fakty. Amerykanie chwalą się wolnością i demokracją (nie radzę doświadczać tej demokracji na przejściu granicznym w Stanach), ale posłuchajcie, co uchwalili: "Wolny Amerykaninie, jak ci się nie podoba dziecko, bo urodził ci się synek, a czekałeś na córkę – masz prawo je zabić”. Wolno zabić człowieka dla osobistego grymasu. Wolność! Wolność! Do jakiego patologicznego pojęcia wolności doszły te wielkie państwowe egoizmy? A kto stoi na straży tych właśnie władz zniewalających?
Boję się powiedzieć, bo mam napisane krótkie słowo – media. A przecież mówię: przez posługę mediów modlimy się o wolność mediów. Ale trzeba powiedzieć: strażnikiem wszystkich mechanizmów zniewolenia są media. Wtedy kiedy dostaną się w ręce nieuczciwego państwa albo pazernego bogacza, albo wtargną w nasze słabe serca. I tu dopiero media, przecież środek wspaniały, odkrycie wielkie, pożytków bez końca można wyliczać wiele. Te media potrafią być tak brutalne i tak niszczące. Najdrożsi, pozwólcie, że zacytuję pewną rozmowę na obrzeżu mediów. Po starej znajomości rozmawiam z dosyć aktywnym parlamentarzystą z grupy, która teraz rządzi. To stara przyjaźń, po imieniu jesteśmy. Przyjaźń trudna, ale jest przyjaźń. Nie mogę się jej wyprzeć. I mówię: "Czemu nie puszczacie wolnych mediów do głosu? Czemu blokujecie? Czemu kneblujecie? Czemu upośledziliście wszystkie inicjatywy i szkołę i poszukiwania geotermalne. Dlaczego?”. Oczywiście, konkretyzuję rozmowę na toruńskiej centrali. Słyszę bardzo spokojną odpowiedź: "No przecież wiesz, że nawet laureat Pokojowej Nagrody Nobla powiedział: najpierw milion ukraść, a potem dopiero możemy myśleć o jakimś gospodarowaniu. A poza tym powiem ci wprost, woleli dać pieniądze na Kulczyka aniżeli na Rydzyka. Bo Kulczyk da mi na kampanię. A co mam z Rydzyka?”. Przepraszam Ojca Dyrektora, nie było tam tytułów żadnych, ani doktor, ani dyrektor, ani ojciec – po prostu Rydzyk. Ja mówię: "Przyjacielu, Rydzyk niesie prawdę całej Polsce, całemu światu prawdę. Czy ty nie widzisz w tym podstawowego kapitału?”. Nie dał się przekonać. Spojrzał po starej przyjaźni pobłażliwie na naiwnego seniora duchownego i mówi tak: "A czy ty myślisz, że z prawdy można wyżyć? A czy ty myślisz, że na prawdzie można zrobić karierę?". Ano tak. Skończyliśmy rozmowę takim troszkę smętkiem. "Jesteś przedstawicielem tego programu, który oznaczają w ostatnich latach najpierw błyskawicznie powstające fortuny, potem niekończące się afery, potem bezradne komisje i na końcu tajemnicze samobójstwa". W rozmowach prywatnych powiedziałem z nazwiskiem o jednym z tych tragicznie samobójczych wielkich biznesmenów, który mnie przekonywał, jak będzie wyglądać nowy układ światowego handlu ropą naftową. Naruszył ład sąsiada wielkiego ze Wschodu i dlatego popełnił samobójstwo. A co robi Rydzyk? Zwołuje rodzinę, mówi o prawie do życia, daje szansę odbudowy Polski, daje szansę odbudowy każdego z ludzkich charakterów. Czy to nie jest inwestycja?
Wołajmy o prawdę i sprawiedliwość
I dlatego, najdrożsi, walcząc o wolność zagrożoną, trwamy, bo kochamy. To jest proste. Co to znaczy "kochamy"? Najpierw trzeba zacząć od naszego własnego serca. Trzeba je oczyścić, uwolnić od egoizmu. Kochamy nasze środowiska. Trzeba walczyć o elementarną uczciwość, zwłaszcza na terenie wszelkiego rodzaju biznesu. Ale przede wszystkim kochamy nasze władze, te najwyższe. Mnie jest niezwykle przykro, gdy patrzę na moich znajomych. Znam ich, inteligenci. Teraz przed kamerami stają jako urzędnicy wysokiej rangi i poniżają godność urzędnika, wygłaszając jakieś bezsensowne formułki. Przede wszystkich ich kocham. To znaczy upominam się o ich godność - parlamentu, urzędów i wszystkich reprezentantów życia publicznego. Jesteś synem, a nie niewolnikiem. A jak synem, to i dziedzicem. I dlatego wołamy: to nie jest tylko sprawa podpisu jednego urzędnika w sprawie jednej rozgłośni.
To jest wołanie o prawdę i sprawiedliwość dla wszystkich inicjatyw na świecie, które w imię Boga stają przy człowieku. To jest rozstrzygnięcie na lata całe, na całą przyszłość, bo albo będziemy niewolnikami, którymi rządzą obce kartele i rozmaite loże, posługując się rękami dobrze opłacanych funkcjonariuszy polskiego pochodzenia, albo zatroszczymy się o to, byśmy powiedzieli każdemu: Jesteś synem! Jesteś wolny! Jesteś synem Ojczyzny! Wolnym gospodarzem naszej wspólnej ziemi i dziedzicem tysiącletniego dorobku Polaków, którzy krwią i potem budowali szczęście. Wszyscy wychodzimy, aby publicznie upomnieć się o godność człowieka. Człowieka ochrzczonego, człowieka rozmiłowanego w Bogu, człowieka rozmiłowanego w Ojczyźnie. Człowieka życzliwego wobec swojego bliźniego. Amen.