wtorek, 31 grudnia 2013

inna bajka noworoczna


„WYCISKANIE” POLSKI 

 Problemem jest nazewnictwo instytucji finansowych. Część i to spora część banków to w czystej postaci „kasyna”, w których krupierzy nazywani jeszcze bankowcami obstawiaję pule pieniędzmi klientów (depozytariuszy) banku. Wygląda to w praktyce tak, jakby szefowie firm produkcyjnych zajęli się nagle grą hazardową zamiast produkować (dając pracę) towary. Tylko patrzeć jak zamiast Szefa Produkcji spotkamy w firmie Szefa Krupierów. Oczywiście tak nie może funkcjonować żadna gospodarka ale póki zyski z „hazardu” nazywanego eufemistycznie bankowością są większe niż z produkcji, no to hulaj dusza... By ten niszczący model gospodarczy ukrócić potrzebne są podatki od każdej bankowej transakcji spekulacyjnej. W innym przypadku zostaniemy z bankami i milionami ludzi głodnych. To nie firmy są dla banków ale banki dla firm. Należy przywrócić naturalną kolej rzeczy. Ale kto ma to zrobić? Akurat rzadzące partie? Kontrolowana część opozycji? Zajęte sobą sądy? Usłużne media? Dziś wojny toczy się pieniędzmi, nie armatami. Zresztą już Napoleon ten problem zaważył. Po co wojować z państwem i narodem gdy można kupić jego Rząd i Prezydenta? A gdyby okazali się nieprzekupni (teoria), to co za problem stworzyć partię polityczną z lokalnymi politykierami i pieniędzmi doprowadzić do jej zwycięstwa. Załóżmy, że kosztuje to „inwestorów” 1 mld, a zaraz po zwycięstwie obstawionej „partii” można zarobić 20 mld rocznie.
 Chyba obecnie nie ma lepszej inwestycji niż inwestycja w skorumpowane partie polityczne, które pomogą wypompować, już nie z firmy ale z państwa i z kieszeni jego obywateli wszystkie pieniądze, zostawiając na koniec państwo narodowi jak „wydmuszkę”. Kiedyś praktykowano to „wyciskanie” na przejmowanych wrogo frmach. Teraz robi się to na pseudodemokratycznych „państwach”. Niestety Polska jest właśnie w ten sposób „wyciskana”. Widać to gołym okiem. Stajemy się państwem „wydmuszką”. Część narodu się zorientowała i emigruje; nikt bowiem nie chce zostać goły i niewesoły... 
PROGNOZA:
Rok 2014 – wyciskanie OFE. 
Rok 2015 – wyciskanie polskich firm, pracowników (resztki) i emerytów poprzez drakońskie podatki. 
Rok 2016 – bańka pęka i państwo polskie jak bajkowy król okazuje się naga.
 POLITYCZNE KATHARSIS. Opozycję (nieprzekupnych) dopuszcza się świadomie do władzy. Jakiej władzy? Nad czym? Niech podpasą naród (konieczne reformy), a wtedy „inwestorzy” wrócą. Polski naród jak Syzyf, kolejny raz zacznie od początku. O grubej kresce nie muszę wspominać. 

Wojciech Edward Leszczyński, Fundacja im. Króla S.Leszczyńskiego "QUOMODO"
P.S. Mimo to wierzę w mądrość prawdziwych, niezbolszewizowanych Polaków, bo wierzę w Bożą Opatrzność.

Subotnik Ziemkiewicza


Papa Gorbi? Takiego.




Dla świata rok 2013 będzie zapewne rokiem Papieża Franciszka. Rok 2014 pewnie też, tylko że w przyszłym roku będzie to zupełnie inny Franciszek. Opieram swą pewność w tej kwestii na pewnym dziennikarskim doświadczeniu. Otóż na dwudziestą rocznicę pontyfikatu Jana Pawła II jedna z gazet zamówiła u mnie artykuł o tym, jak zmieniał się wizerunek naszego Papieża w zachodniej prasie. Usiadłem w czytelni, naściągałem z prasowych archiwów tekstów z końca lat siedemdziesiątych oraz początku osiemdziesiątych i dłuższą chwilę przecierałem oczy. Dopiero wtedy (no, bo za komuny tych gazet na bieżąco nie czytałem, niby jak) dowiedziałem się, że Jan Paweł II, za naszych czasów wyklinany w liberalnych zachodnich mediach jako zakuty konserwatysta, z początku był przez nie witany wielkim entuzjazmem. Jako papież lewicowy, postępowy, ten, który na pewno dokona w Kościele reform wieńczących dzieło Soboru Watykańskiego II (czyli dorzynających go do reszty). Głupolom z różnych Le Mondów i Guardianów wydało się, że skoro nowy biskup Rzymu pochodzi z kraju komunistycznego, to na pewno sam też jest komunistą. A skoro jest luzak, ma poczucie humoru i odrzuca celebrę, to na pewno popiera ekspansję homoseksualizmu i feminizm, zniesienie celibatu, kapłaństwo dla wszystkich etc.

Z Papieżem Franciszkiem powtarza się ta historia niemal dokładnie – tyle, że teraz już także w mediach polskojęzycznych. Tymczasem pierwszą decyzją personalną Papieża było usunięcie z urzędu, a bodaj i z Kościoła, australijskiego duchownego, który zaczął otwarcie głosić swój homoseksualizm i urządzać po kościołach jakieś genderowe hucpy. Kilka następnych też poszło w tym kierunku, i utarcie nosa nadętemu ex-proboszczowi, któremu uznanie Czerskiej tak uderzyło do głowy, że zabrał się do dyscyplinowania swoich przełożonych, zaskoczyć mogło tylko kompletnie oderwanych od rzeczywistości indoktrynerów salonu. Uprawianie propagandy niesie ze sobą podobne niebezpieczeństwo, jak, powiedzmy, dokonywanie oprysków na polu − co poniektóry sam się nałyka świństwa, które rozpyla na innych, i zaczyna wierzyć w sprokurowaną dla frajerów wizję świata. Na przykład, w wizję postępowego, genderowego Franciszka, który naszych tutaj nienowoczesnych biskupów zdyscyplinuje.

Owszem, w pewnych sprawach zdyscyplinuje, daj Boże. Nowa miotła zawsze lepiej zamiata, więc pewnie przykróci Papież klerowi zamiłowania do luksusu, dobierze się skuteczniej niż poprzednicy do różnych zboczonych, wzajemnie się kryjących (w różnych sensach tego słowa) układów, które się potworzyły w Owczarni Pańskiej. Ale nie po to, by Kościół osłabić, ale by go wzmocnić w głoszeniu powierzonego mu przesłania. A już na pewno nie po to, by Kościół „otworzył się” na to, co biskupi nazywają ostatnio „ideologią gender”, a co, jakby akurat nie było nazywane, jest tylko nową maską dla starej i w każdym historycznym wcieleniu prędzej czy póżniej zbrodniczej utopii jakobinów, obiecującej, że jak się przewróci świat do góry nogami, zniszczy podstawy ładu i porządku − mordując, księży, bogatych, likwidując monarchię, własność, religię, czy w obecnej inkarnacji, znosząc różnicę między płciami i zastępując rodzinę powrotem do plemiennego stada − to się wskutek tego nagle ziemia stanie rajem. Kościół za dobrze tę zarazę zna, żeby się na jej recydywie nie poznać, i sam Franciszek ze swym doświadczeniem z Argentyny też dobrze wie, co się kryje za fałszywymi hasełkami o „nauce” badającej „rodzaj”.

Zabawne jest swoją droga obserwować, w co wierzą ludzie, którzy dumni są z tego, że nie wierzą w Boga. Swego czasu wierzyli w Gorbaczowa, że uratuje „ojczyznę proletariatu”, na której skupiali swe nadzieje i oczekiwania. Gorbaczow tymczasem swoimi reformami doprowadził ją do upadku. Oczekiwania wobec Franciszka wydają się kalką uniesień zapomnianej dziś już „gorbomanii” Zachodu − tylko tym razem postępowy półświatek wierzy, że skutki reform Franciszka będą takie same, jak „pierestrojki”, że się od nich mury Watykanu zawalą i postępowcy wreszcie będą mogli znienawidzoną instytucję zaorać. Gdyby ateusze czytali Ewangelię, wiedzieliby, że jest tam napisane jasno i wyraźnie, iż nie doczekają się tego nigdy.

Subotnik Ziemkiewicza

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Emerytalna piramidaShare on email


Podpisanie przez prezydenta ustawy sankcjonującej przejęcie przez ZUS 150 mld zł z aktywów OFE i jednoczesne skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego w sytuacji „skoku 25-lecia” jest jedynie działaniem na czas w celu odłożenia kryzysu politycznego. W sytuacji wywłaszczenia 16 mln obywateli i zamiany oprocentowania obligacji z rynkowych na księgowe w ZUS wbrew materii sprawy TK nie będzie zajmował się kwestiami prawnymi, lecz uwzględni polityczne realia wypłacalności budżetu. Państwowa kasa znalazła się w sytuacji permanentnego kryzysu z powodu tsunami demograficznego objawiającego się brakiem 3,5 mln dzieci do prostej zastępowalności pokoleń, milionową i postępującą emigracją młodzieży i przybywaniem licznych roczników emerytów przy jednoczesnym ubytku osób w wieku produkcyjnym.

Stanisław Michalkiewicz

Człowieki sowieckie się zatroskały


Z niczym nie ma tyle i takiej uciechy, jak z tak zwanymi „racjonalistami”. Chętnie nadymają się własnym gazem - jacy to są mądrzy, racjonalni i nowocześni. To takich pewnie miał na myśli Franciszek ks. de La Rochefoucauld, kiedy pisał, że „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy - ze swego rozumu”. A cóż dopiero racjonaliści, którzy wszystkich usiłują przekonywać o swojej rozumności? W czasach stalinowskich bywało, że racjonaliści sekretarzami partii mianowali analfabetów i pamiętam jak jeden taki, podczas akademii ku czci rewolucji październikowej, zmożony alkoholem nie tylko zasnął przy prezydialnym stole, ale nawet przez sen załatwił płynną potrzebę fizjologiczną, co mimo panującego wtedy przygnębienia, wzbudziło wśród publiczności wesołość i komentarze, że „partia się zeszczała”.
Przypomniała mi się tamta scena i tamten komentarz po wystąpieniu przewodniczącego SLD Leszka Millera, w którym dał wyraz zatroskaniu obniżaniem się poziomu intelektualnego polskich biskupów. Podobnie żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją Adama Michnika zatroskała się, że JE abp Michalik zamienił bożonarodzeniowe kazanie na „manifest polityczny”. Najwyraźniej judeochrześcijanie, znaczy się - marranowie, nie tylko gorącą linię do Najwyższego, ale również polityczne zaangażowanie uznali za swój monopol.
Wracając tedy do przewodniczącego Millera, pretekstem był list w sprawie nowego lewicowego szamaństwa naukowego w postaci tzw. studiów genderowych, o których ja również tu pisałem, wskazując na ich podobieństwo do rewelacji Trofima Łysenki, przynajmniej w podstawowych założeniach. Gdyby tak, dajmy na to, Leszek Miller zamierzał zostać księdzem, jego troska o poziom intelektualny biskupów byłaby bardziej zrozumiała. Nic jednak nie wskazuje, by poczuł on wokację do stanu duchownego, bo przecież i żonaty, no i w ogóle - zaangażowany - więc jego zatroskanie jest osobliwe tym bardziej, że można mieć wątpliwości, czy akurat pod tym względem wykazuje wystarczające kompetencje.
Wprawdzie jest utytułowanym absolwentem sławnej akademii pierwszomajowej przy KC PZPR, ale przecież wiadomo, że marcowi docenci i inni tacy faszerowali tam elewów opowieściami o naukowym charakterze socjalizmu, wyższości socjalistycznego ustroju, o centralizmie demokratycznym, a więc czymś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie, słowem - gdzie specjaliści od duraczenia duraczyli prostaczków, żeby ci później duraczyli tak zwane „masy”, przerabiając w ten sposób ludzi normalnych na człowieków sowieckich. Jak wiadomo, człowiek sowiecki tym się różni od normalnego człowieka, że raz na zawsze wyrzekł się wolnej woli, podporządkowując swój umysł tak zwanej zbiorowej mądrości partii, to znaczy - każdorazowym urojeniom i fantasmagoriom aktualnego ścisłego kierownictwa.
Jak zauważył pewien autor, „głupiec zawsze znajdzie głupca, który go uwielbia”, toteż wypustnikom akademii pierwszomajowych niestety udało się oduraczyć sporą część naszego społeczeństwa. Nawiasem mówiąc, w tym właśnie upatrywałbym przyczynę nie tylko paroksyzmów, jakie wstrząsają naszym narodem, nie tylko naszych niepowodzeń w różnych dziedzinach, ale również, a może nawet przede wszystkim - przyczynę że tak źle się ze sobą czujemy. Rzeczywiście - obawiam się, że normalny człowiek z człowiekiem sowieckim nigdy się nie dogada, bo jakże tu dyskutować z osobnikiem, który raz na zawsze wyrzekł się wolnej woli? Z takim samym skutkiem można by przemawiać do ściany, więc tego rodzaju kohabitacja może być tylko źródłem niekończącej się udręki, rodzajem prefiguracji piekła.
Genderaki utrzymują, że zachowania określane jako „płciowe” są determinowane kulturowo, a nie biologicznie. No i pięknie - ale taki np. Konrad Lorenz, któremu nie tylko Leszek Miller, ale nawet Agnieszka Graff nie byłaby godna zawiązać rzemyka u sandałów - więc taki np. Konrad Lorenz uważał, iż zachowania uważane za kulturowe są w gruncie rzeczy determinowane biologicznie i to niekiedy w wysokim stopniu, np. ceremonialne zwroty typu „Wasza Wysokość” czy „uniżony sługa” są przejawami postawy imponującej i postawy pokory, występujących również w świecie zwierzęcym. No i co z tym zrobimy?
Stanisław Michalkiewicz  Felieton    „Nasz Dziennik”    28 grudnia 2013

"Kształtujmy u dzieci wdzięczność i bezinteresowność"


Amerykańscy psychologowie specjalizujący się w prowadzeniu badań dot. wychowania dzieci w postawie wdzięczności zauważyli, że jest ona jak „mięsień, który trzeba modelować”.

Uczeni tłumaczą, że w dzieciach warto kształtować postawę wdzięczności, gdyż wdzięczni ludzie są optymistami, lepiej radzą sobie ze stresem, są mniej zawistni i po prostu wiodą bardziej wartościowe życie.

Najnowsze badania przeprowadzone przez uczonych z uniwersytetu w Kalifornii potwierdzają, że im ktoś jest bardziej wdzięczny, tym więcej doświadcza szczęścia. Dr Robert Emmons tłumaczy, że w przypadku wdzięczności widać wyraźnie, iż nabywa się ją w długim procesie formowania. Nie można się jej wyuczyć. Dlatego też rodzice, którzy chcą, by ich dzieci były wdzięczne, winni od najmłodszych lat „modelować mięsień wdzięczności u swoich dzieci”.

Dr Watkins stwierdza, że liczne badania potwierdzają, iż sami dorośli nie są zbyt wdzięczni. Dr Emmons przestrzega: - Oczywiście to nie jest coś, co chcielibyśmy usłyszeć. Prawda jest jednak taka, że nie można dać dzieciom czegoś, czego sami nie mamy.

Ks. Oko: To, co robi "Tygodnik Powszechny" w sprawie gender to jawna zdrada! To piąta kolumna, koń trojański w Kościele. NASZ WYWIAD


wPolityce.pl: Coraz bardziej niepokojące rozwiązania dotyczące ideologii gender widzimy w Polsce oraz Unii Europejskiej. Sprawa ideologii gender i jej szerzenia się w kraju jest również osią politycznych sporów. Dlaczego ta ideologia jest tak niebezpieczna?
Ks. Dariusz Oko, teolog i filozof, dr hab. z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie:W sposób najlepszy objaśnia to list pasterski biskupów Polski. Wskazuje on, że genderyzm to jest dziedzictwo marksizmu i neomarksizmu. To jest kolejna, główna w naszych czasach, ideologia ateistyczna. To produkt ateistów. Ateiści, którzy odrzucają Boga, potrzebują światopoglądu, wyjaśnienia rzeczywistości. Wcześniej mieli marksizm, komunizm, maoizm itd. Te ideologie jednak zostały skompromitowane. Obecnie mają więc genderyzm. Trzeba pamiętać, że to główna ideologia ateistów.

Ideologia zastępuje im wiarę?
Ideologie, w tym genderyzm, to często pewna namiastka religii. Jednak ruch ateistyczny odrzucający istnienie Boga jest jak nienarodzone dziecko, które odrzuca istnienie swojej matki, czy jak niemowlę, które odrzuca istnienie matki, trzymającej je na rękach. To jest dziura myślowa, powodująca powstanie innych dziur. Przykładem takiej dziury jest właśnie ideologia gender. Pamiętajmy, że jeśli odrzuca się istnienie Boga, odrzuca się również istnienie najwyższych sfer duchowych człowieka. Tam bowiem człowiek spotyka się z Bogiem. Gender nie docenia więc sfery duchowej, skupiając się na sferze biologicznej. Genderyści lubują się we wskazywaniu, jak bardzo jesteśmy podobni do zwierząt. Jednak mimo związków ludzi ze zwierzętami, człowiek jest przecież czymś znacznie więcej, niż zwierzęciem. Mamy więc typową ateistyczną dialektykę. Gdy odrzuca się to, co najwyższe i Boga, redukuje się człowieka do biologii.

Studium smoleńskiej dezinformacji. Jak zmieniała się narracja ludzi władzy? Film internauty przypomina jak prowadzono akcję manipulowania opinią publiczną

Fot. Youtube.pl
Jak wyglądała dezinformacja ws. przyczyn tragedii smoleńskiej? Kto jako pierwszy przekazał polskiej stronie wiadomość o tragedii? Jak zmieniała się narracja ludzi władzy? Na te pytania próbuje odpowiedzieć film, jaki pojawił się w internecie.
W półgodzinnym obrazie pokazano, w jaki sposób polskie społeczeństwo było informowane o tym, co zdarzyło się w Smoleńsku. Autor filmu zestawia ze sobą m.in. wypowiedzi ambasadora Jerzego Barha i ministra Radosława Sikorskiego, pokazując ogromny chaos i paraliż komunikacyjny, jaki 10 kwietnia miał miejsce w Polsce.
Film pokazuje również, że najważniejsi urzędnicy w Polsce podjęli działania zaraz po tragedii smoleńskiej na podstawie hipotez i przemyśleń ministra spraw zagranicznych, uznając, że wszyscy a pasażerowie rządowego Tupolewa, który leciał do Smoleńska na pewno zginęli.
Autor wraca również do smsa ujawnionego przez gen. Sławomira Petelickiego, który udowadnia, że Platforma Obywatelska już 10 kwietnia rozpoczęła akcję dezinformowania Polaków ws. 10/04.
Na koniec wraca do ostrzeżeń dotyczących możliwego zagrożenia samolotu Unii Europejskiej. Takie sygnały do Polski trafiły 9 kwietnia 2010 roku.
Film kończy się stwierdzeniem:
W dniu tragedii nie dyskutuje się w ogóle nad komunikatem o potencjalnym zamachu opublikowanym w przededniu katastrofy, a jedynie o nieszczęśliwym lądowaniu we mgle.
KL

ZOBACZ FILM O SMOLEŃSKIEJ DEZINFORMACJI


źródło" wPolityce.pl

sobota, 28 grudnia 2013

Czy chrześcijanie, żydzi i muzułmanie wierzą w tego samego Boga? – ks. Franciszek Knittel FSSPX

Aktualizacja: 2013-12-24 8:46 am 
Dodano: 2008-09-16 11:46 pm
«My, chrześcijanie i muzułmanie, mamy wiele rzeczy wspólnych, tak jako ludzie wierzący, jak i jako istoty ludzkie (…) Wierzymy w tego samego Boga, w Boga żywego, w Boga, który stworzył świat i doprowadza swe stworzenia do ich doskonałości»1.
Słowa te wypowiedział do młodych Marokańczyków Jan Paweł II w sierpniu 1985 r. Powtórzył w ten sposób jedynie to, co powiedział do wspólnoty żydowskiej w Mainz o dialogu chrześcijańsko-żydowskim:
Przede wszystkim jest kwestia dialogu pomiędzy dwiema religiami, które – razem z islamem – były w stanie dać światu wiarę w jednego niewysłowionego Boga, który przemawia do nas i któremu pragniemy służyć w imieniu całego świata.
Słuchając słów papieża, można by sądzić, że chrześcijaństwo, judaizm i islam czczą tego samego Boga. Czy możemy wyprowadzić z tego wniosek, że wszystkie religie oddają cześć temu samemu Bogu? Praktyka międzywyznaniowych spotkań modlitewnych w intencji pokoju (takich jak spotkanie w Asyżu w 1986 r.) zdawałaby się sprzyjać takiej interpretacji. Bez wątpienia ta doktryna, wspierana przez wspomniane wyżej praktyki, wydaje się pociągająca dla wielu współczesnych ludzi. Czy jednak jest zgodna ze zdrowym rozsądkiem oraz zasadami wiary katolickiej? (…)

Zdrowy rozsądek

Pragnienie osiągnięcia jedności oraz zakończenia niekończącej się walki pomiędzy prawdą a błędami popycha wielu współczesnych do stworzenia własnej, odpowiadającej im koncepcji prawdy. Wedle tej koncepcji nikt nie posiada całej prawdy, wszyscy posiadamy jedynie różne jej elementy. W sferze religii wyraża się to w sposób następujący: wszystkie religie mówią nam o Bogu, jednak z różnych i wzajemnie się uzupełniających punktów widzenia.
Twierdzenie takie byłoby jednak pogwałceniem podstawowych praw logiki, gdyż albo prawdy te są częściowe, niesprzeczne i uzupełniające się wzajemnie, a w rezultacie dają nam bardziej dogłębne poznanie rzeczywistości – albo też są ze sobą sprzeczne, a wówczas jedna z nich jest fałszywa.
Dwa twierdzenia dotyczące tego samego przedmiotu, ujmujące go z dwóch różnych punktów widzenia, mogą być równocześnie prawdziwe. I przeciwnie, dwa diametralnie sprzeczne twierdzenia dotyczące tego samego przedmiotu i ujmujące rzecz z tego samego punktu widzenia nie mogą być równocześnie prawdziwe: jedno z nich jest z pewnością fałszem.
Weźmy konkretny przykład. Jeśli powiem, że mój samochód jest niebieski, a osoba, z którą rozmawiam, doda, że to cadillac, obaj możemy mieć rację. Jeśli jednak będę twierdzić, że mój samochód jest niebieski, a kto inny będzie temu zaprzeczał, jeden z nas z pewnością będzie się mylił.

"bajka" noworoczna Onufrego.

Onufry995 Gru 28, 2013, 9:24 rano
Tu w Anglii, nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi z tą polską demokracją, więc im opowiedziałem taką bajeczkę: wyobraźcie sobie, że Rosjanie podczas II wojny mordują skrytobójczo kilkadziesiąt tysięcy Waszych jeńców, nie przyznają się do tego i zwalają winę na Niemców. Po latach prawda wychodzi na jaw, a królowa, wraz z całym sztabem generalnym, szefem Banku Anglii, szefami najważniejszych instytucji państwowych i arcybiskupem Canterbury leci w rocznicę tego mordu do Rosji, żeby uczcić pamięć pomordowanych brytyjskich żołnierzy. Tam samolot królowej rozbija się w niewyjaśnionych okolicznościach. Rząd nie tylko nie podaje się do dymisji, ale powierza śledztwo Rosjanom, którzy ogłaszają, że do sterów dorwała się królowa wraz z naczelnym dowódcą lotnictwa i po pijaku rozbili samolot. Rząd angielski potwierdza tę wersję, BBC i Reuter w komentarzach przypominają ogólnie przedtem znaną lekkomyślność i pychę królowej oraz jej zamiłowanie do ginu, wytykają angielskim pilotom nieudolność i braki w wyszkoleniu, ubolewają nad degrengoladą moralną rodziny królewskiej i pijaństwem w siłach zbrojnych, a w lotnictwie w szczególności; jednocześnie Parlament rekomenduje ministra obrony narodowej do Izby Lordów, a premier składa wniosek o awansowanie szefa Intelligence Service na generała dywizji. Nie ma najmniejszego znaczenia, że w sprowadzonej do Wielkiej Brytanii, a zaplombowanej przez Rosjan trumnie królowa ma trzy nogi i jest ubrana we frak i męskie kalesony (niektóre tabloidy nawet nawołują z tego powodu do odmówienia królowej prawa do godziwego pochówku i sugerują, ze królowa miała skrywane inklinacje transseksualne), niektóre ofiary maja po dwie cudze wątroby zamiast jednej własnej, inne kupę śmieci w brzuchu… Nieważne, że cały teren katastrofy zaorano i pokryto betonowymi płytami, ślady zatarto, drzewa wycięto w pień, a wrak samolotu zniszczono i umyto, a na dodatek Rosjanie odmawiają jego zwrotu. Rząd angielski jest tym wszystkim zachwycony, wysyła w świat komunikaty o znacznej poprawie stosunków z Rosją, katastrofę nazywa punktem zwrotnym tych stosunków i nowym otwarciem na dialog z narodem rosyjskim i potwierdza oficjalnie przy każdej okazji, że winę ponosi pijana królowa z trzema nogami. Przez dwa tygodnie nikt ze mną nie rozmawiał, wszyscy się odsuwali, jak od zadżumionego. Po dwóch tygodniach, jeden z Anglików mnie przeprosił. Powiedział, że myśleli, że jestem chory psychicznie i mnie izolowali. Ale zapytali innego Polaka, który im potwierdził to, co mówiłem, a jeszcze inny Anglik sprawdził sobie w Internecie hasło Katyń i Smoleńsk. Stwierdzili, że nie mieli pojęcia, że coś takiego jest w Europie możliwe”
http://www.krakowniezalezny.pl/list-do-rektora-agh-w-sprawie-katastrofy-smolenskiej/


panerna brzoza?

Głośniej wymawiać słowo ZDRADA - felieton Jan Pietrzak

piątek, 27 grudnia 2013

Hitlerowskie święta na Onecie, czyli NS-Weinachtsmann wita! Hitler rozdający prezenty dzieciom z Hitlerjugend, niemieccy żołnierze śpiewający kolędy...


Atmosfera świąteczna, więc media, nawet te ateistyczne i na co dzień mało skupiające się na polskiej tradycji i obyczaju starają się stworzyć pozory, że mają coś wspólnego z polskością, przynajmniej jako zjawiskiem kulturowym. Jednak w te święta na Onecie jednak chyba jakaś granica została przekroczona, albo dysponenci mediów uznali, że nie ma co się już liczyć z polską opinią publiczną i można pójść po całości, bo ważne jest nie to co myślą sobie czytelnicy i użytkownicy portalu, lecz to co będzie miłe właścicielom czyli Ringier Axel Springer Media AG, który w końcu ma 75% własności Onet.pl
Tak więc na głównej stronie Onet.pl dnia 24 grudnia 2013, czyli w Qigilię pojawiło się zdjęcie będące zapowiedzią całej galerii zdjęć, zatytułowane „Święta podczas II wojny światowej. Niesamowite zdjęcia“ z Hitlerem jako główną postacią  witającym się z jakimś ichnim „św. Mikołajem“, który w języku głównego właściciela portalu nazywa się Weinachtsmann. Na tych zdjęciach – a w zapowiadanej na głównej stronie Onet.pl galerii tych zdjęć było w sumie 14 – ten Winachtsmann w otoczeniu SS lub Wehrmachtu występował kilkakrotnie, a ponieważ było to państwo narodowosocjalistyczne był to niewątpliwie NS-Weinachtsmann.

czwartek, 26 grudnia 2013

Prawdziwy sens świąt


Prawdziwy sens świąt - niezalezna.pl
foto: GP
Nie sanie zaprzęgnięte w renifery i krasnal w czerwonej czapce z białym pomponem, nie pingwiny na łyżwach i misie polarne na saneczkach, nie zatłoczone supermarkety, kuszące kolorową tandetą, nie drogieelektroniczne gadżety pod plastikową choinką, nawet nie barszcz z uszkami i sianko pod obrusem, ale Dobra Nowina o Nowonarodzonym Dzieciątku w ubogiej stajence w Betlejem jest istotą rozpoczynających się świąt. Prorok Izajasz to wydarzenie przepowiadałsłowami: „Dlatego Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel”. Dwa tysiące lat temu spełniło się owo proroctwo, na co ludzkość czekała tak długo. Był to początek wielkich zmian, które trwają do dziś. Dla nas, chrześcijan, choć jesteśmy podzieleni na różne odłamy i świętujemy to wydarzenie w różnych terminach, jest to fundament naszej wiary. Cieszmy się i radujmy, choćby na co dzień gnębiły nas smutki i kłopoty. Niech naszym udziałem będą słowa kolędy „Gdy się Chrystus rodzi i na świat przychodzi […] Aniołowie się radują, pod niebiosy wyśpiewują: gloria, gloria, gloria, in excelsis Deo!”.
 Drodzy Czytelnicy, błogosławionych świąt Bożego Narodzenia!
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Krystyna Grzybowska

Demokracja demokracji nierówna

Straszliwe zbrodnie hitlerowskich Niemiec na narodach Europy, i nie tylko, przeszły do historii i są precyzyjnie wymazywane z pamięci społeczeństw, a przede wszystkim z umysłów młodego pokolenia. Film „Nasze matki, nasi ojcowie” sprzedaje się na świecie jak świeże bułeczki, a jego przesłanie brzmi: za tragedię Żydów i pozostałych ofiar wojny winę ponoszą także inne narody, a przede wszystkim naródpolski. Naród polski dla niemieckiego narodu (zlepku germańskich plemion) miał po totalnym zwycięstwie Hitlera służyć za rolnika i pracownika fizycznego na rzecz budowania dobrobytu nacji o wyższych walorach intelektualnych, moralnych i każdych innych. Polacy jako naród prymitywny, zacofany i głupi nie zasługiwał na nic innego. Zresztą takie zdanie mieli o nas działacze Związku Wypędzonych i jego przywódca Herbert Czaja.

Hitler przegrał wojnę o tysiącletnią Rzeszę, a Niemcy z narodu zwycięzców zamienili się w naród przegrany i upokorzony. Po II wojnie światowej nie brak było pomysłów na ostateczne rozwiązanie kwestii niemieckiej. Wśród nich był pomysł zaorania części Niemiec (późniejszej NRD) albo nawet całych i przekształcenia ich w kraj rolniczy, dostarczający żywność zrujnowanym wojną krajom. Pomysł ten nie znalazł zwolenników w gronie państw zwycięskich i zamiast upokorzenia spotkała Niemców nagroda. Oto dzięki wysiłkowi mocarstw, przede wszystkim amerykańskiemu Planowi Marshalla, w Niemczech Zachodnich dokonał się cud gospodarczy, a dzisiejsza Republika Federalna jest najbogatszym i najpotężniejszym państwem Europy.Jeżeli tak dalej pójdzie, ziści się sen Hitlera o tysiącletniej Rzeszy, a zgodnie z jego planem będziemy służyć swoją pracą za nędzną płacę sąsiadom zza Odry, u siebie i u nich. „Na robotach”..

Czy należy za wszystko obwiniać Niemców? A może winien jest komunizm, który panował w Polsce przez 45 lat?

W przyszłym roku będziemy obchodzić 25-lecie Okrągłego Stołu, rocznicę straconej szansy i straconej nadziei na Polskę silną, niezawisłą i godną szacunku. Niemcy 25 lat po wojnie były krajem demokratycznym, praworządnym, bogatym i uporządkowanym. III RP jest państwem postkomunistycznym, zrujnowanym i ubogim. Jak widać, demokracja demokracji nierówna.

Krystyna Grzybowska

Stanisław Michalkiewicz, Pochwała apartheidu

Pochwała apartheidu


Apartheid nie ma u nas dobrej reputacji. Jakby powiedział dzielnicowy - „cieszy się złą opinią”. Ale - podobnie jak wiele rzeczy i zjawisk potępionych przez mądrych, roztropnych i przyzwoitych, również apartheid ma swoje dobre strony. Oznacza on bowiem oddzielny rozwój. A cóż właściwie w tym złego, żeby się rozwijać, tyle - że oddzielnie? Kiedyś rosyjski cesarz, chcąc okazać swą wyższość, napisał do Napoleona III list, używając zamiast tradycyjnej między monarchami formuły: „Mój Bracie” - intytulacji „Mój Przyjacielu”. Francuski cesarz zrobił dobrą minę i oświadczył, że czuje się szczególnie pochlebiony tą intytulacją, „bo na braci jesteśmy skazani, podczas gdy przyjaciół możemy sobie dobierać”. Otóż to! Wprawdzie postępactwo dostrzega ideał stosunków społecznych w zapędzeniu wszystkich ludzi do wspólnej obory, ale ludzie normalni wcale przecież nie muszą postępactwu tak we wszystkim ulegać. Sprzyja temu właśnie apartheid, który w pewnych okolicznościach może nawet doprowadzić do naturalnej eliminacji postępactwa.
Oto burzę w szklance wody wywołała deklaracja pani Katarzyny Bratkowskiej, że akurat 24 grudnia dokona aborcji. Z jednej strony doniesiono na nią do prokuratury, a z drugiej - krakowski jezuita, ojciec Kramer zadeklarował gotowość wystąpienia z zakonu, jeśli tylko pani Bratkowska odda mu swoje dziecko do adopcji. Patrząc na fotografię pani Bratkowskiej mam poważne wątpliwości, czy rzeczywiście jest ona w ciąży, chociaż popularne porzekadło głosi, że nie ma brzydkich kobiet, a najwyżej - za mało wina. Bardzo tedy możliwe, że postanowiła tylko przelicytować inne panie, co to przechwalają się, że były w dzieciństwie molestowane, zwłaszcza przez duchownych. Im wyższy rangą duchowny molestował, tym wyższa pozycja w towarzystwie. Molestowanie - owszem, to mocna rzecz, ale co ciąża, to ciąża. Za komuny było inaczej i w wytwornych towarzystwach przechwalano się rzadkimi chorobami, co w warszawskiej „Kulturze” opisał kiedyś felietonista Hamilton. Wówczas furorę robił pan, któremu od kilkunastu lat robiło się coś w głowie. Dzisiaj trudno byłoby znaleźć kogoś, komu w głowie nic się nie robi, więc modne jest molestowanie, ale kto wie, czy pani Bratkowska nie zapoczątkuje nowej mody?
I w tym właśnie tkwi potencjalna zaleta apartheidu. Powiadają, że przysłowia są mądrością narodów, a popularne przysłowie głosi, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Zgodnie z tym przysłowiem jest wielce prawdopodobne, że dziecko pani Bratkowskiej byłoby do niej podobne, niekoniecznie fizycznie, chociaż właściwie dlaczegóż by nie - ale przede wszystkim - mentalnie. Inne przysłowie powiada, że gdzie drwa robią, tam wióry lecą, więc jeśli postępactwo pozostaje w zaostrzającym się konflikcie ze wstecznictwem, to apartheid wydaje się nie tylko środkiem ratunkowym, ale również - skuteczną bronią. Bo popatrzmy: jeśli postępactwo będzie masowo mordowało własne dzieci w ramach tzw. aborcji, to jest szansa, że w ciągu jednego, a najwyżej dwóch pokoleń zostanie absolutnie zdominowane przez wsteczników, którzy swoich dzieci mordować nie będą.
Nie jest to wcale możliwość tylko teoretyczna; demograficzna ofensywa muzułmanów w Europie i Stanach Zjednoczonych jest najlepszą ilustracją skuteczności apartheidu jako oręża. Właśnie apartheidu - bo muzułmanie wprawdzie żyją w środowisku prawnym wytworzonym tam przez postępactwo, ale nie korzystają z legalności aborcji, podobnie jak nie korzystają z przywilejów dla sodomitów, pozostawiając i jedno i drugie zdegenerowanym poganom. Nietrudno się domyślić, że po stu latach postępactwo zupełnie zaniknie, co, nawiasem mówiąc, przewidział Janusz Szpotański, opisując, co zrobi Ali z feministkami: „Ali nie znosił zaś tych bab. Wnet by ją ubrał w gellabiję, spuściłby suce lanie kijem, po czym umieścił ją w haremie pod czujną eunucha strażą.” Jak widzimy, apartheid otwiera przez nami nęcące perspektywy, tylko trzeba pamiętać o jednym: o bezwzględnym zablokowaniu postępactwu dostępu do naszych, wsteczniczych pieniędzy. Niech się mordują między sobą za własne, a nie za nasze. Krótko mówiąc - niech postępactwo żyje w socjalizmie, a wstecznictwo - w normalności.
Stanisław Michalkiewicz

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Witold Gadowski:Stare komuchy nigdy nie pogodziły się


Wyskrobać Jezusa


Stare komuchy nigdy nie pogodziły się z tym, że ich pogląd na świat zbankrutował, okazał się być jedną z wielu herezji, jakich setki było w dziejach ludzkiego gatunku.
To ogólnie, a teraz o przedświątecznej Polsce:
Są tu obcy, sowieci nawieźli ich – jak nawóz – na swoich bagnetach i zabłoconych buciorach. Jak ci, co zsyłają chorobę lub złośliwy nowotwór, dołożyli wszelkich starań, aby nas – organizm żywiciela - unieważnić, upokorzyć i zniszczyć.
Chorobę przeżyliśmy, ale pozostały jej groźne ogniska. Te, w skrytości ducha, mają jednak wobec nas wielki kompleks – wiedzą, że wobec Polaków, są jedynie sowietami drugiej klasy, drugiej świeżości, kundlami szczekającymi na kremlowski rozkaz.
Dziś drugie i trzecie pokolenie kukułczych jaj Stalina ciągle okupuje najbardziej eksponowane pozycje w Rzeczypospolitej. Nie wypada im jednak dalej krakać w stricte marksistowskim narzeczu, znaleźli sobie zatem nowy wolapik – genderpierdolety.
Na swój chamsko-buraczany sposób spolszczyli dokonania marksizmu kulturowego i – bez większego zresztą zrozumienia – deklamują nowocześnie brzmiące brednie, mające w istocie stanowić obrzędowy język …nowego kultu.
Mają też swoich świętych – towarzyszy (ciepłych i zimnych) Baumanna, Kuronia, Geremka, Kiszczaka, Jaruzelskiego, Kwaśniewskiego, Urbana. Niepostrzeżenie stworzyli w Polsce nowy kościół – ołtarze ustawili w tefauenie i jej podobnych postsowieckich przeszczepach i na tych ołtarzach codziennie okadzają pederastów, baby z wąsami, modnie ustrojonych złodziei, zaprzańców wszelkiej maści, słowem wszystko, co może rozmiękczyć ten – tak im wraży – „cholerny gen Polskości”.


W czasie tych, trwających cała dobę (jak w przypadku tvn 24) nabożeństw, rytualnie strącają także w swoje piekielne otchłanie antypoprawne „złe duchy”: kaczorystów wszelkiej maści, co poważniejszych katolików i księży, piłsudczyków…
Ten swoisty kościół poprawnej zgnilizny ma też i swoich księży patriotów (znacie tych bezkoloratkowców i marianów), ba - nawet niektórzy biskupi i kardynałowie, nominalnie jeszcze katoliccy, już coraz mocniej puszczają ku nim oczko, dając do zrozumienia: no my jesteśmy z wami, ale wiecie, trzeba tego „polskiego kołtuna” jeszcze trochę popilnować, poogłuszać. (znacie też tych nowoświatowych hierarchów).
Jak się zatem okazuje – drodzy (dla państwowej kasy) genderaści – człowiek nie może jednak żyć bez religii, bez kultu, nawet tak wypokraczonego, jak wasz.
Biskupica Środa, czy też diakonessa Szczuka nie oferują wam przecież niczego innego, jak tylko regularne nabożeństwa – antykatolicyzmu.
Rytualnie, w tefauenie, okadzają siarką każdego, kto broni naturalnego porządku świata. Wszystkie strzygi przebiła jednak ostatnio córka Bratkowskiego Stefana. Ta ogłosiła już wprost, że w Wigilię tegorocznych Świat Bożego Narodzenia wyskrobie swoje nienarodzone dziecko.
Cóż to może znaczyć – w języku liturgicznym nowej religii?
Ano tyle, że w właśnie w Wigilię musimy skończyć z ‘bezrozumnym” kultem Nowonarodzonego Dziecięcia. Dziecko Jezus Chrystus znów wybitnie przeszkadza. Współczesna Herodiada zażądała więc przyniesienia jego głowy na rytualne bachanalia, choćby takie jakie komuch Majchrowski (ciągle jeszcze prezydent Krakowa) wraz z tefauenistami organizuje - w Sylwestra - na krakowskim Rynku.
Wielka zabawa nowego rytu trwać będzie na największym placu współczesnej Europy, w czasie gdy Bratkowska będzie już dyszeć wyskrobana ze swojego Dziecięcia.
W Wigilię będą się skrobać, chcąc unicestwić naszą radość z Dziecięcia, chcąc nam wyskrobać Jezusa Chrystusa z naszych umysłów, dusz i świadomości. Starcie z nimi, to żadna dyskusja, żadne tam intelektualne: „ę, ą”, to wyzwanie do bitwy.
Przyszła pora, abyśmy przestali się ślamazarzyć, abyśmy stanęli mężnie pod murami Miasta – Maurowie, Wandale, genderaści …już stoją za progami naszych domów, już zwietrzyli krew i nie popuszczą.
Wybaczcie, że miast błogospokojnych życzeń i nura w hipermarketowe badziewie serwuje Wam dziś słowa trudne i bolesne.
Czas jednak – właśnie w momencie gdy przeżywamy najpiękniejsze chrześcijańskie chwile – aby zdać sobie sprawę, że co roku zabierają nam cząstkę naszego świata. Czas, aby na nowo odczytać słowa Chrystusa o potrzebie męstwa, o niepokoju jaki wnosi w zakiśnięty świat.
Chrystus, nawet jako bezbronna (z pozoru) Dziecina nie był niedorajdą, tchórzem i oportunistą. Jezus Chrystus przyszedł na świat, aby go zmienić. Jego przyjście było znakiem Bożej niezgody na to co jest.
Dziś, gdy zaczynają szargać nasze świętości, gdy sondują jak głęboko mogą nas upokorzyć i unieważnić, nie wystarczy zwyczajowo uklęknąć i bezrozumnie wyklepać zapamiętaną z dzieciństwa modlitwę. Nasz Bóg nie kieruje się zaklęciami, nasz Bóg nie jest politycznie poprawny, nasz Bóg nie jest dobrotliwym dziadkiem.
Nasz Bóg jest Jedynym Bogiem.
Czas ruszyć do walki przeciwko nowym poganom, czcicielom fałszywych bóstw. Nie jesteśmy pokornymi barankami i tegoroczne Święta Bożego Narodzenia w Polsce nie mogą być świętem baranków wiedzionych na rzeź.
Życzę Wam Świat rycerskich, Świat wielkich w duchowym pokarmie, życzę Wam gotowości do przywdziania zakurzonych szyszaków i mieczy. Dziś Nowonarodzony wymaga obrony i to my jesteśmy jego rycerzami, innych nie będzie. Nikt za nas nie stanie pod murami Miasta!
Pokój to także zastępy mężnych, którzy potrafią obronić rodziny przed atakiem złego ducha.
Dziś dla katolików w Polsce nastał czas oporu, czas walki i dawania świadectwa. Trzeba bronić Dzieciątka, nie dajmy wyskrobać Jezusa z naszego kraju, z jego przestrzeni publicznej, z naszego świata. Do boju!
Amen.

Dziennik chuligana



Czytaj oryginalny artykuł na: http://www.stefczyk.info/blogi/dziennik-chuligana/wyskrobac-jezusa,9389763276#ixzz2oFO6lK7m



Czarnecki: "Europa powoli staje się niemiecka"



Niemcy aspirują do grona mocarstwa światowego. Nie tylko w gospodarce ale także w polityce. Eurostrefa pracuje na potęgę Berlina, który nie ukrywa, że rosną jego ambicje polityczne. O "politycznym karle", który przeistacza się w olbrzyma rozmawiamy z Ryszardem Czarneckim, eurodeputowanym.

STEFCZYK.INFO: Czy Niemcy są jeszcze europejskie, czy już Europa jest niemiecka?
Ryszard Czarnecki: Z całą pewnością wpływy Niemiec w Europie systematycznie rosły w ostatnich dwóch dekadach. Jeszcze do niedawna, za prezydentury Nikolasa Sarkoziego Francja była w duumwiracie z Niemcami. Choć była partnerem słabszym w tym duecie, to jednak siłą rozpychania się łokciami Sarkoziego potrafiła stworzyć pewną balance of power. Ale, gdy wybory wygrał Hollande, to można powiedzieć, że Niemcy stały się hegemonem. Nie ma kraju, który mógłby powstrzymać ich aspiracje i zapędy, więc w dużym stopniu Niemcy rozdają karty. Oczywiście sytuacja gospodarcza Europy oraz to, że Niemcy są głównym beneficjentem powstania eurolandu. Nie niewiele krajów na tym zyskało, raczej większość straciła, sprawiło, że Niemcy zyskały ważny instrument ekonomiczny, który wzmacnia ich pozycję polityczną.
Czyli Niemcy są silne słabością innych?
Niemcy są silne słabością ekonomiczną i polityczną innych. Natomiast są też silne dlatego, że potrafiły nadać integracji europejskiej kierunek, który dla nich jest korzystny. Bowiem wzmacnianie władzy centralnej w Brukseli oznacza w praktyce scedowanie kompetencji nie tyle do Unii Jako takiej, ale do Berlina. Np. charakterystyczny moment, gdy Irlandia znalazła się w tarapatach ekonomicznych, Unia zaczęła roztaczać kuratelę nad tym krajem. Wkrótce okazało się, że budżet irlandzki na następny rok był szczegółowo rozpatrywany w Bundestagu. To Niemcy w dużym stopniu decydują o tym jakiej pomocy udzieli UE poszczególnym krajom. Rzecz jasna Niemcy są płatnikiem netto, więc lepsze mają instrumenty wpływów.
Czy w Berlinie będzie narastała pokusa, aby potegę gospodarczą wykorzystywać w instrumentarium politycznym?  
Jeśli krytykujemy Rosję za to, że wykorzystuje swoje gospodarcze przewagi, typu eksport gazu czy ropy, do budowy potęgi politycznej, to równą miarą trzeba też tak traktować Niemcy, które robią to samo. Tyle, że nie przy pomocy surowców, które importują, ale wykorzystują silną gospodarkę do zwiększania wpływów politycznych. To jest widoczne gołym okiem od lat. Europa staje się niemiecka.

Józef Mackiewicz "Droga donikąd"



Droga donikąd
(Powieść)

Autor jeszcze przed wojną ogłasza drukiem szereg doskonałych nowel i ciekawą tematycznie powieść p. t. "Bunt rojstów". W 1943 r. bierze udział w komisji dla zbadania zbrodni katyńskiej. Zebrany tam materiał umożliwia mu napisanie już w Anglii znakomitej książki - rozprawy p. t. "Zbrodnia katyńska", przetłumaczonej na szereg języków.
Powieść "DROGA DONIKĄD" pokazuje czytelnikowi życie ludzi na kresach wschodnich i na Litwie w latach 1940-41, a więc w okresie, kiedy obszar ten dostał się we władanie systemu sowieckiego. Na tle rodzących się wówczas konfliktów rozwija się ciekawa fabuła, obejmująca trójkąt małżeński w szeregu tragicznych powiązań. Tłem jest dzika tych okolic przyroda, przepięknie przez autora przedstawiona i tak wielką rolę odgrywająca w przygodach bohaterów powieści. Wybitny talent narracyjny autora powoduje, że czytelnik od pierwszych stronic aż do końca trzymany jest w stałym napięciu. "DROGA DONIKĄD" będzie na pewno wielkim WYDARZENIEM LITERACKIM NA EMIGRACJI.

Żonie mojej, Barbarze

FIRST PUBLISHED IN THE GREAT BITAIN 1955
ALL COPYRIGHTS RESERVED

Okładkę projektował Tadeusz Terlecki

Publisher by ORBIS (London) Ltd., 38 Knightsbridge, London, S.W.1.

Printed in Great Britain by The Poets and Painters Press, 146 Bridge
Arch, Sutton Walk, London, S.E.1.

BIBLIOTEKA AUTORÓW POLSKICH


CZĘŚĆ PIERWSZA - KAROL STR. 4

CZĘŚĆ DRUGA - TADEUSZ STR. 47

CZĘŚĆ TRZECIA - WERONIKA STR. 127


Poza powieściowymi osobami wszystko jest autentyczne w tej relacji. Ludzie, zwierzęta i rzeczy; zdarzenia, tajne dokumenty i daty; nazwy wsi; świt i zachód o czasie moskiewskim, linia przebiegająca rojstami, która dzieliła litewską i białoruską republiki sowieckie, a także kierunek każdej drogi. Autentyczne są nazwiska oficerów ludowego komisariatu bezpieczeństwa państwowego - N.K.G.B
Autentycznym nazwiskiem jest również: Wiśniewski. Zatem go bardzo mało, prawie przelotne, a imienia nie wymienię. Gdy przed laty, w tamtym okresie, opracowywałem pierwsze szkice do niniejszej powieści, on, Wiśniewski, pożyczył mi maszynę do pisania. Powiedziałem wtedy: "Panie Wiśniewski, jeżeli kiedykolwiek wydam tę książkę, podziękuję panu na jej wstępie". On tylko odkiwał głową z niedowierzaniem, powiedziałbym nawet, że z tego rodzaju lekceważeniem, jakie się w ciężkich opresjach życia posiada dla projektów pozornie nierealnych.
Nie wiem, czy i gdzie żyje w tej chwili Wiśniewski: w litewskiej, białoruskiej czy w polskiej republice sowieckiej? Ale słowa dotrzymałem i mu dziękuję.

AUTOR


Część pierwsza

KAROL

I

Marta obsypała kluski mąką i przykryła stolnicę serwetką, aby nie wyschły zbytnio przed gotowaniem, a także, aby chronić je przed natarczywością much, zbierających się w kuchni. Potem otrzepała ręce i na twardym, dębowym progu porąbała żywiczne polano na cienkie drzazgi. Na fajerce stał już duży garnek z osoloną wodą. Marta odpięła fartuch, obejrzała raz jeszcze uważnie kuchnię i przeszła do pokoi.
Na kominku w pokoju Pawła zegar wskazywał wpół do piątej. Za pół godziny pociąg powinien odejść z miasta, za drugie pół godziny słychać będzie jego gwizd na przejeździe, i wtedy należy rozpalić ogień. Marta podeszła do półek z książkami i przeciągnęła palcem po krawędzi polerowanego drzewa. Kurz leżał grubą warstwą.

Józef Mackiewicz "KONTRA"



    

Józef Mackiewicz   KONTRA



  
                                 SPIS TREŚCI

Część I – JAK DO TEGO DOSZŁO

Wstęp  ........................................................................          4
Rozdział I     Rodzina  ...............................................           9
Rozdział II   Mitia  .....................................................           18
Rozdział III  Zbrodnie i kary  ....................................           35
Rozdział IV  Wielka radość  ......................................           50
Rozdział V    Wielki odwrót  .....................................           68

Część II – SPŁYNĘŁO WODAMI DRAWY

Rozdział I     Z szablą w ręku  ....................................                      91 
Rozdział II    „Don Camillo”  .....................................          109
Rozdział III   Plocken-Pass   ......................................           122
Rozdział IV   Czekolada dla dzieci i słowo honoru   
                       dla starszych   ......................................                      135  
Rozdział V    Wieczne pióro chorążego Jacenki   ......           157
Rozdział VI   „Konferencja”  .....................................          176
Rozdział VII  1-go czerwca 1945   ............................           185     


Część III – AZJACI

Rozdział I     Wiedeń  .................................................          197 
Rozdział II    Gemona  ................................................   213
Rozdział III   Mediolan  ..............................................   222  
Rozdział IV    Święty Teodozjusz Czernichowski  ....            230 
Rozdział V     Rzym  ...................................................   240
Rozdział VI    Ludzie i konie  .....................................          250

PRZYPISY AUTORA  ...............................................  265  
ŹRÓDŁA BIBLIGRAFICZNE  .................................  
                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 




CZĘŚĆ PIERWSZA
    JAK DO TEGO DOSZŁO?


           * *
Są dwie prawdy na świecie. Pierwsza to ta, która ściśle otacza ziemię i wiernie odbija w wodzie płynące górą obłoki. Oddaje echem w górach. Rejestruje dokładnie szum lasu i trzciny nad jeziorem. Wie gdzie ma leżeć każdy kamień w płytkim potoku i dlaczego wywołuje odgłos wiecznego plusku. Ta prawda słyszy najmniejszy szmer owada i najbłahsze słowo ludzkie. Nie uśmiecha się jed­nak nigdy, nawet wtedy, gdy świeci słońcem poprzez płatki jabłoni na wiosnę. Ale też nie marszczy się, nie wykrzywia oblicza złością nawet "wtedy, gdy z obłoków czyni chmury i pędzi je nad płaską ziemią zwiastując burzę. Nie okazuje ani miłości, ani nienawiści. Z niczego nie kpi, gdyż nic, co jest na ziemi, nie uważa za śmieszne. Nad niczym nie rozrywa szat, gdyż nic, co jest na ziemi nie wydaje się jej tego godne. Niczego nie zmienia i niczego nie prze­inacza. Kto zabił muchę, ten zabił. Kto zabił człowieka, ten zabił. Jest idealnie obojętna, bo idealnie obiektywna. Jest prawdą całkowitą, gdyż przyrodzoną.
Za jedyną jej cechę nadprzyrodzoną poczytywać by można pewną tajemnicę, dotychczas przez nikogo jeszcze nie zgłębioną: W jaki sposób, a przede wszystkim w jakim celu, wyrodziła z siebie, w tym samym lesie i stepie, w miastach i na polu, na lądzie, na wodzie i w powietrzu — drugą prawdę?
Ta druga prawda składa się pozornie tylko z dobra i zła. Ale omyliłby się, kto by jej uwierzył na słowo. Gdyż jej dobro i zło są pojęciami względnymi. Ta prawda nigdy nie spoczywa, a wskutek tego rzadko odbija dokładnie oblicze rzeczy. Dlatego wykrzywia się często uśmiechem komizmu lub grymasem złości. Będąc w ciągłym ruchu ledwo nadążyć może za masą słów i gestów ludzkich. Twierdzi, że stara się je rejestrować równie dokładnie co prawda pierwsza, lecz w rzeczywistości stara się je tylko dopasować do swoich względnych celów, a w pośpiechu życia wiele przeinacza. Mogłoby się zdawać, że jest po­wierzchowna jak poranna mgła, którą rozproszą pierwsze promienie słońca lub rozpędzi byle poranny wiaterek. Ale tak nie jest. Utrzymuje się bowiem na powierzchni kur­czowo czepiając skrawków pierwszej prawdy. Rozpłasz­czając na ziemi zaklina się na te same lasy, pola i źródła, powołuje się na świadków, czy to będą trele ptaka, krzyk rozdzieranego kota, czy krew człowieka, umiejętnie przy­wołane przed trybunał wyobraźni ludzkiej; wszakże zawsze z pominięciem innych świadków... Ta druga prawda umizga się, wykręca, wznosi ręce do słońca, przeklina deszcz i burzę. Obiecuje Bóg wie co. Rzadko dotrzymuje.
O ile pierwsza z tych prawd jest milcząca, o tyle druga często bardzo — propagandowa. O ile pierwsza obojętna, o tyle druga namiętna. Wiedząc o tym, że nie jest jedną, tym bardziej okrzykuje się za jedyną, a przez to obowią­zującą. I do pewnego stopnia ma rację, gdyż jest to prawda urzędowa, to znaczy zależna od urzędowego charakteru ustroju, czy nastroju, w którym jest głoszona. W skrócie można by powiedzieć o niej, że jest prawdą koniunkturalnego interpretowania prawdy.

*

Już z istnienia tych dwóch prawd wynika, co zresztą każdemu wiadomo, jak trudno jest przedstawić dokładny obraz ludzkiego losu, nawet człowieka o życiu uregulo­wanym i prostym. A cóż dopiero zobrazować los tak skom­plikowany, który stał się udziałem Aleksandra Kolcowa. Kozaka z naddońskiej stanicy! Gdyby żył dzisiaj, liczyłby lat 97. Ale nie żyje od dnia l czerwca 1943 roku, na skutek wypadków zaszłych w austriackim miasteczku Lienz, w dolinie rzeki Drawy. Dlatego, podejmując się sumiennego sprawozdania z tych wypadków, tudzież odpo­wiedzi na pytanie: jak do nich doszło, i skąd się Aleksan­der Kolcow na stare lata wziął tak daleko od rodzinnego chutoru, nie mogę pominąć pewnych szczegółów wyjaśnia­jących.
Chutor Kolcowa leżał nad brzegiem Donu, spłaszczony, niski, drewniany, ukryty w wiśniowych sadach. O całym szeregu ważnych, lub drobnych, czy tylko pozornie drob­nych okolicznościach dotyczących życia tego chutoru, oczywiście nie nazbyt dużo jest wiadomo na szerokim świecie. Charakteryzując jego uplasowanie geograficzne można by się ograniczyć do stwierdzenia nielicznych fak­tów, jak te na przykład, że: w dni pogodnego wieczoru letniego ciągnęło od stepu zapachem goryczki i miodu; że gdy księżyc potężny jak ongiś carski rubel, wytaczał się, bywało, zza traw na horyzoncie, to oświecał kraj bez­brzeżny, mogący w ludziach budzić mistycyzm nabożny; że kraj ten słusznie zaliczano do Europy Wschodniej. Tamtędy, począwszy od miejsca gdzie na zachodzie kończył się masyw leśny Polesia i zawisał nad równiną otwartych pól, poprzez Ukrainę, Don, Kubań, dwa razy do roku, wielkimi rzekami ciągnęły raz na południe raz północ, stada ptaków przelotnych, mając tyle miejsca dla siebie, że tylko nieliczny ich odsetek wpadał w sidła zasta­wione przez ludzi. Bywało, że w oczeretach przybrzeżnych było gwarniej w ciągu nocy niż w wielkim mieście. Gor­czyca, piołun, polny rumianek, wysokie gatunki traw ustę­powały regularnie płaszczyźnie śniegów; wysokie niebo niskiemu; blado-niebieskie szaremu. Tylko horyzonty trwały niezmiennie, kompozytorzy pieśni, w których za­duma i tęsknota w rezultacie zawsze opiewały jakowąś — dal...
Ale dal może być też przedmiotem radości. Tak więc na przykład, gdy pewnego wiosennego wieczoru, najstarszy syn Kolcowa, równie jak ojciec Aleksandrem zwany, wracał był konno z miasteczka, i gdy właśnie od rzeki powiało zwyczajną o tej porze świeżością wody, z przymieszką zapachów zroszonej trawy, fiołków i tulipa­nów, gdy raptem za dąbrową zamajaczyły bardzo jeszcze dalekie światła domu, gdy uprzytomnił sobie: werandę, samowar już podany na stół, ćmy atakujące lampę i spa­dające w talerzyki wiśniowych konfitur — młody Aleksan­der nie wytrzymał: Wciągnął powietrze, powstał w strze­mionach i krzyknął z wielkiej, rozpierającej go radości. A potem pognał konia w skok, nie drogą, a na przełaj, stepem.
Trudno jest określić właściwość tego rodzaju radości. Tworzy ją ciepło, noc, młodość, może nawet dobre trawie­nie. Ale nie ma je; nigdy bez poczucia wolnej przestrzeni. Gdy odprowadziwszy konia do stajni, stanął w blasku lampy padającym z werandy, to trzepnął po cholewie hara­pem i powiedział tylko:
— Ech, papa!
— No? — spytał stary spod białych rzęs.
— Nic! Ja tak sobie tylko. Żyć się chce! Ot co! Ojciec rzucił okiem na jego mokre od rosy buty. do któ­rych przykleiły się cienkie pasemka traw i odparł surowo:
— Ty drogi nie masz, żeby po caliźnie hasać? Co? Po nocy w dziurę trafisz, albo w norę susła. Złam mi nogę koniowi, a ja tobie dam życie, że się odechce! — To był ojcowski zwrot retoryczny. W tym wypadku geograficzna odrębność nie stwarzała odrębności od retorycznych zwro­tów ojcowskich w środkowej, południowej, czy zachodniej Europy. I niech fakt ten będzie zanotowany.
Dom Kolcowa był długi, z drzewa, i kryty blachą poma­lowaną na kolor zielony. Bo Kolcow należał do ludzi zamożnych. Miał dwa samowary tulskie, jeden miedziany, drugi biały, niklowy, o którym kłamał (,,stary kułak"!), że jest posrebrzany. Miał więc też sprawy i ulegał wpływom analogicznym do spraw związanych z własnością prywatną całej Europy zachodniej. Tak samo otaczali go biedniejsi od niego i wprost biedni. Ale nawet najbiedniejsi, którzy zazdrościli mu dwóch samowarów, setki owiec, dobrych koni, świeżej farby na dachu, najmniej jednak potrze­bowali mu zazdrościć swobody ruchu.
Dopiero leninowska, październikowa rewolucja bolsze­wicka, czyniąc i bogatych i biednych — biednymi, ode­brała zarówno jednym jak i drugim prawo do swobodnego ruchu. Ta wspólnota niedoli, w komunistycznym kaftanie bezpieczeństwa, która szczególnie zaciążyła na płaszczyz­nach o bardzo szerokich horyzontach, nie była pojęta właściwie w Zachodniej Europie, gdzie marksistowska ,,walka klas" rozgrywała się raczej w ciasnych dzielnicach fabrycznych.






Rozdział I


RODZINA

Aleksander Kolcow urodził się w naddońskim chutorze Jaglickim, w wyjątkowo burzliwą noc zimową roku 1860. Opowiadano, że śnieżna zawieja zlała się z niebem tak dokładnie, że człowiek, który wychodził z chaty, widział przed sobą tylko drgającą w szaleństwie ścianę śniegu i nie mógł dojrzeć niczego więcej nawet na odległość zgiętej ręki. Było wiele kłopotu z przeprowadzeniem z trze­ciego po sąsiedztwie domu baby znającej się na akuszerstwie. W stepie zasypało kompletnie ciągnący tabor kupiecki, i ponoć trupy ludzi i koni znaleziono dopiero na wiosnę. Czy była to legenda, czy prawda, trudno było ustalić, gdyż dokładnego miejsca katastrofy nikt nie umiał wskazać. Faktem jest jednak, że burza śnieżna trwała trzy dni i trzy noce, a człowiek biegły w odczytywaniu znaków na niebie i ziemi, sąsiad Tymoteusz Osmuchin, już wtedy przepowiadał nowonarodzonemu Aleksandrowi burzliwe życie i burzliwy koniec.
Przepowiednia jednak na razie się nie sprawdzała. Wojny w tym czasie okazały się rzadkie. Dobrobyt w kraju rósł. Biedak w mieście płacił za funt chleba jedną kopiejkę, a dobre buty z cholewami można było dostać już za dwa ruble. Jedyne, co w życiu Aleksandra Kolcowa wyróżniło go od innych, to okoliczność, że ożenił się bardzo późno, mając już trzydzieści cztery lata, z dziewczyną młodszą od siebie o lat czternaście. Syn pierworodny, Aleksander, ochrzczony tym imieniem podobnie jak ojciec na cześć dwóch carów, przyszedł na świat w roku 1893. W następnym roku 1896, to znaczy w roku koronacji cara Miko­łaja II, urodził się znowu syn, ochrzczony Mikołajem. Potem dopiero zdarzyła się pierwsza niedola w życiu Kolcowa. Mikołaj, mając niespełna dwa lata, utonął w rzece. Wypadek był dziwny. Matka posadziła go na płytkim brzegu, na piasku, dała muszelki i kamyczki do zabawy. Sama zajęła się praniem bielizny. Stukając drewnianą kijanką nie słyszała nawet plusku. Nie sam jednak tragiczny wypadek wzbudził ogólne poruszenie, a fakt nienotowany, ażeby mimo usilnych poszukiwań nigdy i nigdzie nie podobna było wyłowić trupa. Tenże Tymoteusz Osmuchin, podówczas już bardzo stary, roz­powiadał, że trup dziecka wyłowił z wody orzeł bielik i że to, dlatego nie można go było znaleźć. Nie wierzono mu. Jedni twierdzili, że bielik, jak wiadomo orzeł wodny, po­luje tylko na ryby; inni, że bielik chwyta wprawdzie młode zajączki albo susły bobaki, lecz gardzi padłem.
Ojciec, jak to ojciec, po krótkiej rozpaczy przyszedł do siebie. Natomiast w matce dokonać się musiał od tego wypadku jakiś wewnętrzny wstrząs. Posmutniała na zawsze. Mimo to następne dziecko, dziewczynka Ula, uro­dziła się w pięć miesięcy po wypadku duża i zdrowa; czwarta z kolei Raisa dopiero w roku 1902. A najmłodszy syn Mitia, aż w roku 1907.