piątek, 29 marca 2013

Wchodząc w dekadencki świat naszych oponentów, w pewnym stopniu przegraliśmy. Czy jednak mieliśmy inną drogę?


Rys. Rafał Zawistowski

Wyobraźcie sobie człowieka, który budzi się po 50 latach hibernacji. Nie istotne czy jest to Polak, Francuz czy Amerykanin. Co widzi
? Debaty o przywilejach dla dwóch panów, którzy lubią uprawiać ze sobą seks, sprowadzenie księdza do poziomu napalonego na dziecko bydlaka oraz poważnych polityków zastanawiających się czy ramy można wybrać sobie płeć operacyjnie czy tylko deklaratywnie. Coraz rzadziej nazywamy ten stan rzeczy czystym szaleństwem.
Warto się zastanowić kiedy doszliśmy do takiego poziomu debaty publicznej. Jak to się stało, że w czasach napięć na Bliskim Wchodzie, ludobójstw w Afryce czy powszechnym kryzysie gospodarczym, media zajmują się potępianiem byłego prezydenta i znanej aktorki za ich słowa o homoseksualistach. Kiedy staliśmy się społeczeństwem, w którym duchowny katolicki w mediach pojawią niemal wyłącznie z zestawieniu ze słowem ch…, pedofil, pijak albo złodziej. Kiedy w końcu daliśmy sobie narzucić ramy poprawności politycznej, których złamanie grozi publiczną infamią. W zastraszającym tempie przyjęliśmy najgorsze wzorce ze zblazowanej Europy, która umiera pod ciężarem świata bez Boga. Można więc powiedzieć, że w pewnym stopniu przegraliśmy z rozwydrzonymi, wychowanymi na ideałach hipisowskich dzieciakami, którzy skutecznie narzucili nam swój sposób rozumowania.Czy jednak mogliśmy pójść inna drogą? Przykład do bólu zdroworozsądkowych, fundamentalistyczne protestanckich Amerykanów pokazuje, że chyba innej drogi nie mieliśmy. Ba, przykład upadającego Rzymu czy innych imperiów również dowodzi, że nasi przodkowie nie uchronili się przed dekadencją poprzedzającą upadek. Musieliśmy wpaść do tej tęczowej piaskownicy, w której piasek nasiąkł totalnym szaleństwem. Czy to jednak oznacza, że będziemy pokryci błotem, jaka w się znajduje w tej piaskownicy?
Mamy szansę przynajmniej częściowo uchronić się przed walka na „ich” terenie. Nie zapominajmy, że jest to teren, gdzie trzeba używać nieprawdopodobnych dla przyzwoitego człowieka metod by być zwycięzcą. Metod, które sprowadzają się do gumowych penisów, wyzywania przeciwnika od ch… i wyszydzania wyższych wartości. My na szczęście mamy coś, co może nam pozwolić nie być „niewolnikami czasów”, których tak bal się Gilbert Chesterton. Pamiętajmy o Tym, który zmartwychwstanie niebawem. Tylko on może nas uratować z tonącego statku, na którym wszyscy się znajdujemy. Współczujmy też tym, którzy są pozbawieni możliwości doświadczenia Jego obecności. Może metody ich walki wynikają właśnie z pustki, jaką muszą w sobie czuć?
Obudzony po 50 lat człowiek miałby w dzisiejszych czasach dwie możliwości. Albo zupełnie wycofałby się ze świata, którego musiałby nie zrozumieć, albo znalazłby opokę by się przeciwstawić szaleństwu, jakie niespodziewanie napotkał. Innej drogi nie ma. No chyba, że zdecydowałby się wejść w świat absurdu, dekadencji i nihilizmu jaki uformowali nam wychowani na Marcusie, Kinsleyu i Marksie dzisiejsi świeccy kapłani. Czy jednak rozsądny człowiek może chcieć być częścią tego świata?

http://wpolityce.pl

czwartek, 21 marca 2013


Piotr Cywiński dla wPolityce.pl: Armia Krajowa antysemitów i złodziei - niemiecki rozrachunek z sobą i z… Polską


fot. bild.de

- wyzłośliwiał się Lew Tołstoj w „Wojnie i pokoju”.
Niemiecka pewność siebie jest gorsza, bardziej uporczywa i obrzydliwa niż wszystkich innych, Niemiec wyobraża sobie, że zna prawdę
Bez mała siedemdziesiąt lat po rozpętanej przez Niemców drugiej wojnie światowej, reżyser Philipp Kadelbach zrealizował telewizyjną trylogię o młodości dziadków jego pokolenia. Tytuł tego eposu jest nieco zwodniczy, bowiem brzmi: „Nasze matki, nasi ojcowie”. Zważywszy, że Kadelbach urodził się w 1974 r., zaś filmowi bohaterzy mięli w chwili, gdy poszli na wojnę po 18-21 lat, jego rodzicami raczej być nie mogli. Ale, mniejsza z tym. Ów serial, nadany przez telewizję publiczną ZDF trwa łącznie 270 minut. Jego fabułą są dramatyczne losy pięciorga przyjaciół. Troje z nich ma wkrótce trafić na front, więc na pożegnanie piją, weselą się i tańczą. Młodzi są pewni zwycięstwa, jadą szybko pobić „wrogów ojczyzny” i przyrzekają sobie, że już za pół roku, na Wigilię znów się spotkają. I rzeczywiście spotykają się w Berlinie przy tym samym kontuarze i przy tych samych kuflach, lecz dopiero po czterech latach i tylko we troje…
Gwoli ścisłości, wojenna opowieść o losach niemieckich „matek i ojców” zaczyna się w połowie 1941 r., czyli po prawie dwóch latach okupacji Polski. Tak, jakby wcześniej nic się nie zdarzyło. Polskie akcenty się pojawiają, nieco później i w znamiennym kontekście. Jednym z bohaterów filmu jest niemiecki Żyd Viktor, który ucieka z transportu do Auschwitz, wraz z Polką Warszawy. Oboje kryją się w stodole. Odnajduje ich tam polski gospodarz, który zabiera ich do domu, daje im coś do jedzenia i wychodzi, bo ma coś do „załatwienia”. Wtedy do akcji wkracza jego syn. Ostrzega uciekinierów, że ojciec poszedł na niemiecki posterunek, żeby ich wydać. Prowadzi ich do lasu, do partyzantów. Dowódca z biało-czerwoną opaską i dużymi literami AK na ramieniu przesłuchuje ich, skąd się wzięli i czy aby on nie jest Żydami. Dziewczyna poświadcza, że Viktor jest Niemcem, lecz nie Żydem, o czym niby wie najlepiej, „bo się z nim pieprzy”. Partyzanci rechoczą i przyjmują ich do oddziału. Niemiec im się przydaje, gdyż w swych akcjach mogą wystawiać go na wabia. W jednej z nich zatrzymują pociąg z transportem broni. Gdy dowódca otworzył drzwi do bydlęcego wagonu, odrzucił go fetor stłoczonych wewnątrz Żydów. Z niesmakiem zasunął drzwi. „A co z nimi?”, spytał Viktor. „To Żydzi, są tak samo parszywi jak Niemcy czy Ruskie”, słyszy w odpowiedzi. Oddział wraca do lasu i zostawia więźniów w zamkniętym wagonie. Niemiec Viktor po chwili wahania uwalnia ich, przez co sam się demaskuje. Dowódca litościwie wyrzuca go z oddziału, bo przecież mógł go zabić… Pomijam już takie smaczki, jak np. noszenie na nadgarstku przez dowódcę oddziału AK aż dwóch zegarków, czy rabunkowe okrzyki po polsku:
„Brać obrączki, zegarki i złote zęby…!”.
Serial „Nasze matki, nasi ojcowie” okrzyknięty został przez media jako „filmowe wydarzenie roku” zanim jeszcze trafił na ekrany niemieckich telewizorów. W opowieści o dramatycznych przeżyciach pięciorga przyjaciół było wszystko: miłość, fanatyzm, naiwność, zabijanie z zimną krwią, wieszanie, rozstrzelanie, zdrada, klęska, rozczarowanie, dezercja i śmierć dwojga z nich. Tę retrospektywną trylogię obejrzało wiele milionów widzów. „Czy niemieccy żołnierze byli naprawdę tak okrutni?”, pytali z niedowierzaniem czytelnicy bulwarowego „Bilda”. Na podobne pytania odpowiadały niemal wszystkie media między Odrą a Renem - tygodniki „Der Spiegel”, „Focus” „Stern”, dzienniki ogólnokrajowe, lokalne, oraz zaproszeni przed kamery i mikrofony profesorowie i ostatni żyjący świadkowie z tamtych czasów. Niemcy mają o czym dyskutować, po raz kolejny rozliczają się z własną przeszłością, a przy okazji z… Polską. „Czy polscy partyzanci byli rzeczywiście tak antysemiccy?”, spytał sam siebie największy tabloid w RFN i objaśnił:
Armia Krajowa, której jednostki operowały jako ugrupowania partyzanckie, składała się z polskich nacjonalistów. Antysemityzm w jej szeregach był ekstremalnie rozpowszechniony. W ogóle antysemityzm, był we wschodniej Europie silnie rozprzestrzeniony, co ułatwiało nazistom mordowanie europejskich Żydów.
W kwestii formalnej, po filmie, który - co podkreślają jego twórcy - jest „fikcją opartą na wielu opowiadaniach”, telewizja ZDF nadała dokumentalny suplement, w którym przypomniano prawdziwą historię z Ciepielowa, z 1942 r. - spalenie żywcem przez Niemców polskich rodzin za pomoc Żydom. Czyli, formalnie nie ma się do czego przyczepić, uzupełnienie było? Było! Tyle, że tę część programu nadaną tuż przed północą zobaczyło już niewielu. A, jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś więcej na temat stosunku Polaków do Żydów może np. sięgnąć do najnowszej książki Rolfa-Dietera Müllera pt. „Wspólny wróg. Hitlerowskie Niemcy i Polska przeciw Związkowi Sowieckiemu”. Ów historyk i politolog z wykształcenia, pisarz-dokumentalista z zamiłowania, a z urzędu dyrektor poczdamskiego instytutu badań nad wojskowością MGFA przy Bundeswerze, wywodzi jak Polacy byli zainteresowani rozprawieniem się z Żydami przez Hitlera, któremu - jak napisał - ambasador Józef Lipski w Berlinie obiecał za to pomnik w Warszawie. Jeśli ktoś miał wątpliwości, po takiej filmowej, gazetowej i książkowej lekturze już wie: Polacy są tak samo ubabrani w holokauście jak Niemcy i właściwie nie wiadomo, czemu czepiamy się takich drobiazgów jak np. określenia „polskie obozy koncentracyjne”, raz po raz pojawiające się w niemieckich mediach i nie tylko. „Prawda jest formą pozoru, pozór - formą prawdy”, odkrył już kilkaset lat temu niemiecki filozof i pisarz Georg von Hardenberg, vel Novalis.
Oto mamy w przenośni i dosłownie „Pokłosie” wspólnej polityki wizerunkowej, że nawiążę do jeszcze jednej cechy łączącej nas z Niemcami: i oni i my wydajemy książki i robimy filmy o polskich żydożercach. Notabene, krótko po listopadowej premierze obraz Władysława Pasikowskiego, zrealizowany przy wsparciu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i w międzynarodowej koprodukcji, doczekał się odrębnego hasła w niemieckojęzycznej Wikipedii - o spędzeniu do stodoły i spaleniu 300-400 Żydów oraz zagrabieniu ich majątku i domów przez „katolickich współmieszkańców” - z komentarzem: „Takie wydarzenia są bolesne dla Polaków, którzy zawsze postrzegali się w roli ofiar i jedyną winę za wszelkie zbrodnie podczas wojny przypisywano Niemcom”...
(Więcej o filmie „Nasze matki, nasi ojcowie” i niemieckim rozrachunku z historią już w najbliższym wydaniu „Sieci”.)
Zainteresował Cię artykuł? 

20 marca 2013, godz. 18:15

Polska w Unii Europejskiej

Radio Maryja
mec. Janusz Wojciechowski - Poseł do parlamenu Europejskiego