niedziela, 30 marca 2014

Antoni Macierewicz dla „Gazety Polskiej”: Sami musimy zapewnić sobiebezpieczeństwo


Donald Tusk i Radosław Sikorski w pełni świadomie chcieli osłabić więzi Polski z USA i odciąć nasze państwo od polityki budowy porozumienia środkowej i wschodniej Europy. Trzeba to wyraźnie powiedzieć. Radosław Sikorski i Donald Tusk są pośrednio odpowiedzialni za to, że Polska jest dziś zagrożona - mówi Antoni Macierewicz w rozmowie z „Gazetą Polską”.

Jak ocenia Pan w perspektywie ostatnich wydarzeń zrezygnowanie przez obecny rząd z polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego?
Należałoby powiedzieć, że to fatalny w skutkach błąd. Ale przecież i Donald Tusk, i Radosław Sikorski podejmowali te decyzje w pełni świadomie. Oni chcieli osłabić więzi z USA i chcieli odciąć Polskę od polityki budowy porozumienia środkowej i wschodniej Europy. Trzeba to wyraźnie powiedzieć. Radosław Sikorski i Donald Tusk są pośrednio odpowiedzialni za to, że Polska jest dziś zagrożona. Gdyby zgodnie z decyzją Lecha Kaczyńskiego w naszym państwie była tarcza antyrakietowa – a tak by było, gdyby nie działanie Tuska i Sikorskiego – to bylibyśmy dziś bezpieczni. Radosław Sikorski świadomie działał wówczas tak, by przedłużać negocjacje do czasu, aż władzę w USA przejmie administracja niechętna koncepcji tarczy antyrakietowej. Udało mu się. I dlatego dzisiaj sytuacja Polski jest nieporównanie gorsza.

Jakie byłyby podstawowe zalety umiejscowienia na terenie naszego państwa tarczy antyrakietowej?
Nie wolno sprowadzać, jak się to często czyni, tej instalacji do wyrzutni rakiet chroniących przed atakiem dalekiego zasięgu. Sprawa jest dużo poważniejsza. Tarcza antyrakietowa była możliwością włączenia nas do ekskluzywnego klubu kilku państw tworzących specjalny system bezpieczeństwa powiązany bezpośrednio z USA niezależnie od NATO. To także dostęp do informacji globalnej, jaką posiadają naprawdę nieliczni. Gdybyśmy mieli możliwości monitorowania przestrzeni powietrznej na tym obszarze, stopień naszego bezpieczeństwa byłby nieporównanie większy, niż jest.

Jak ocenia Pan postawę polskiego rządu? Czy w ostatnim czasie stanął on na wysokości zadania jako władza państwa natowskiego?
Nie. Premier, minister spraw zagranicznych i cały rząd w żaden sposób nie byli przygotowani na taki przebieg wydarzeń. Zostali całkowicie zaskoczeni, choć przecież opozycja niepodległościowa, prezydent Kaczyński i rząd Jarosława Kaczyńskiego od lat wskazywali, jaka naprawdę jest sytuacja geopolityczna Polski. Jednak analitycy i służby specjalne rządu wolały zajmować się rehabilitacją WSI i rosyjskiej agentury, czyli walką z polską formacją niepodległościową – przed Trybunałem Stanu chciano postawić Jarosława Kaczyńskiego, a Mariusza Kamińskiego i mnie straszono sądami. W służbach od sześciu lat postawiono na ludzi współpracujących z FSB, w Ministerstwie Spraw Zagranicznych wymieniono cały nieomal aparat na ludzi po MGIMO, czyli po moskiewskiej szkole wywiadu. Do dziś w otoczeniu prezydenta, premiera, w Komisji ds. Służb Specjalnych ważną rolę odgrywają ludzie mający związki z SB i po kursach w KGB i GRU. Stąd zamieszanie, nieporadność i niezdolność do realnych działań. Może dlatego występując o zwołanie Rady Bezpieczeństwa NATO, początkowo „zapomniano” powołać się na art. 4 mówiący o tzw. planach ewentualnościowych i obecności w naszym kraju wojsk sojuszniczych. W zamian za to mamy propagandę, tromtradację i straszenie nas, że polskie dzieci mogą 1 września nie pójść do szkoły jak we wrześniu 1939 r. Ale to tylko reklamówka, która ukrywa prawdę. Tyle że przedstawicieli NATO reklamówki nie obchodzą, oni znają rzeczywistość.

Mówi Pan o naszym dalekim od doskonałości wizerunku w NATO. Tymczasem jest on już chyba nadszarpnięty od dawna. Jak wygląda nasza wiarygodność w Sojuszu w kontekście Smoleńska i katastrofy samolotu CASA?
Nie ma wątpliwości, że te wydarzenia wpłynęły na naszą wiarygodność fatalnie. Ale przede wszystkim było to świadectwem walki z prezydentem i formacją niepodległościową, było wynikiem całkowitego lekceważenia bezpieczeństwa państwa w imię partyjnych interesów. To, jak obecna administracja podchodziła do bezpieczeństwa polskiej elity narodowej, bardzo istotnie przekłada się dziś na sposób traktowania Polski przez jej sojuszników. Jest jasne dla każdego, że jeżeli państwo polskie nie chce zapewnić bezpieczeństwa własnemu prezydentowi, a później oddaje Rosji badanie przyczyn zamachu na jego życie, to nie będzie zdolne do obrony życia polskiego rolnika czy robotnika. Dlatego stosunek rządu Donalda Tuska do wyjaśnienia zbrodni smoleńskiej jest realnym miernikiem jego wiarygodności. Przecież nie ma wątpliwości, że raport Tatiany Anodiny jest sfałszowany, a dokładniej, jest częścią operacji rosyjskich służb specjalnych wymierzonej w Polskę. Oddanie przez Donalda Tuska wyjaśnienia tej tragedii w ręce Putina było zgodą na bezkarność sprawców. Taki też był sens raportu Jerzego Millera, powtarzającego główne tezy Anodiny o generale Andrzeju Błasiku i o winie polskich pilotów. Radosław Sikorski mówił to jeszcze przed dwoma miesiącami! A Donald Tusk przedwczoraj kłamał, twierdząc, że w sprawie generała Błasika rząd ma czyste sumienie. Tak więc ci ludzie chcą nadal utrzymać kłamstwo smoleńskie, fundament zależności od Rosji. A to znaczy, że w realnej polityce nie wyjdą poza deklaracje propagandowe.

Mówimy o straconych szansach. Co w tym momencie może robić opozycja? Zdecydowali się Państwo wyjechać na Majdan.
Decyzja Jarosława Kaczyńskiego o wyjeździe na Majdan zdynamizowała sytuację. Gdyby nie jego obecność na Majdanie, Unia Europejska nie zaangażowałaby się tak szybko i w takim stopniu w wydarzenia w Kijowie. To Jarosław Kaczyński umiędzynarodowił sprawę ukraińską. To pokazuje, jak wielki wpływ może mieć opozycja, gdy odważnie podejmuje właściwe działania. Dziś trzeba jasno stawiać sprawę zmian w armii, w służbach specjalnych, w polityce zagranicznej, energetycznej, a także w wyjaśnianiu zbrodni smoleńskiej.

Niektóre środowiska mówią do PiS: „Jak mogliście stać przy banderowcach? Przecież ci ludzie chcieliby najechać Polskę i siekierami odzyskać Przemyśl”.
Wielu ludzi mówiło Romanowi Dmowskiemu: „Jak możesz w Dumie stać przy ludziach, którzy kontynuują tradycję Josifa Hurki czy Iwana Paskiewicza?”. A Dmowski realizował długofalową myśl polityczną, która – był przekonany – przyniesie scalenie polskich terytoriów i pojawienie się Polski jako podmiotu wtedy, gdy będą się rozstrzygały losy narodu polskiego. I miał rację. To, o czym pan mówi, to są gry medialne. To nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, zwłaszcza że nie sposób utożsamiać Majdanu czy obecnego rządu ze zwolennikami Bandery. Nie ma tam partii, której kierownictwo aprobowałoby ludobójstwo, którego dokonano na narodzie polskim. My o rzezi wołyńskiej nigdy nie możemy zapomnieć. Ale to nie znaczy, byśmy własnymi rękoma mieli zwiększać siłę wrogów Polski, torpedując szansę wyrwania Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów. Bo to jest właśnie prowokacja polityczna. Słusznie Stanisław Cat-Mackiewicz mówił, że prowokacja polityczna to wykorzystanie najświętszych uczuć narodu przeciwko najistotniejszym interesom narodu. Tak robić nie będziemy. Dla nas niepodległość Ukrainy jest istotną częścią polskiej racji stanu.

Ale Majdan się skończył. Co dalej?
Musimy zrozumieć, że kryzys geopolityczny, w którym znajduje się Europa, szczególnie nasz region, będzie trwał latami. To nie kolejna wersja kryzysu kubańskiego. Nie mamy co liczyć, że za kilka dni czy tygodni konflikt osiągnie apogeum, a potem politycy wspólnie usiądą przy stole i opanują sytuację. To, co dziś się dzieje na wschodzie, to trwała sytuacja geopolityczna, która wymaga od Polski ujawnienia – rozpatrywanej w długofalowej perspektywie – jej roli w regionie. Krótko mówiąc, koniecznością jest dążenie do odbudowania sojuszu państw Europy Środkowej, zgodnie z polityką Lecha Kaczyńskiego. To jest polska racja stanu. Świadomość tego muszą mieć wszystkie partie polityczne – nieważne: konserwatywne czy liberalne, prawicowe czy lewicowe. Ale przede wszystkim jest to kwestia świadomości narodowej. Polska nie może być zakładnikiem Rosji lub Niemiec. Uczestnictwo w NATO, sojusz z USA są ważne, ale fundamentem bezpieczeństwa musi być własna armia i własne państwo. A tego nam nie zapewnią propagandyści z WSI i MGIMO.

niedziela, 23 marca 2014

może być gorzej niż jest

Tomasz A. Żak

Gramsci. Opisywanie potwora

Data publikacji: 2014-03-19 08:00
Data aktualizacji: 2014-03-22 08:57:00
Gramsci. Opisywanie potwora
Ludzie z reguły nie chcą wierzyć, że może być gorzej niż jest. Nie wierzą, że tzw. świat wcale nie jest „dobry i miły” i wcale nie kieruje się miłością bliźniego. Wyśmiewają teorie spiskowe, a nie zauważają, że całe nasze życie to tychże spisków praktyka.

10 lipca. Umawiamy się na jutro z sąsiadami do kościoła i nie chcemy wierzyć, że z tymi banderowcami to na poważnie.

31 sierpnia. Kpimy z tych, co ostrzegają, że Niemcy mogą z nami wygrać wojnę.

12 grudnia. Spokojnie kładziemy się spać, bo „komuna się nas boi”.

A w poniedziałek idziemy do państwowego lub może samorządowego teatru na 18:30 i wierzymy, że tak wygląda „prawdziwa sztuka”, i że jak jest „prawdziwa”, to mówi prawdę, a prawda musi być dobra dla człowieka. I jesteśmy przekonani, że idąc tam i wierząc w to wszystko, należymy do świata ludzi kulturalnych.

Może to nas zaskoczy, ale zło nigdy nie ukrywało swoich zamiarów wobec dobra. Może warto wiec sobie to i owo przypomnieć:

Obowiązkiem polityki zagranicznej narodowego państwa jest zapewnienie optymalnych warunków istnienia narodu poprzez utrzymywanie naturalnej i zdrowej proporcji pomiędzy liczebnością i przyrostem narodu a rozmiarami i jakością obszaru, który zamieszkują. Tylko odpowiednia przestrzeń na ziemi zapewnia wolność egzystencji narodowi.

Może jeszcze jeden cytat:

Granice z 1914 roku nie znaczą nic w odniesieniu do przyszłości Niemiec. Nie były ochroną w przeszłości i nie oznaczałyby siły w przyszłości. Nie dałyby niemieckiemu narodowi wewnętrznej solidarności ani nie zaopatrzyły go w żywność. (…)Powstrzymujemy germański potok skierowany na południe i na zachód Europy i zwracamy nasze oczy w kierunku wschodnim. Skończyliśmy z przedwojenną polityką kolonii i handlu i przechodzimy do polityki terytorialnej przyszłości.

Alles klar?

Hitler napisał „Mein Kampf” na początku lat 20-tych ubiegłego wieku, a pierwsze wydanie ukazało się już w 1925 r. Ideowy mistrz wszystkich banderowców, Dmytro Doncow, przetłumaczył Hitlera na język ukraiński, a w swoim „Nacjonalizmie” (rok 1926) poszedł jeszcze dalej, niż późniejszy kanclerz Niemiec:

Są narody – panowie i narody plebejskie.(…) Teoria Darwina tłumaczy postęp zwycięstwem silniejszego nad słabszym w nieustannej walce o byt. (…) Wszystko niezdolne do życia musi szczeznąć, skoro swą duchową siłą nie mogło dowieść swego prawa doń. (…) Bez przemocy i bez żelaznej bezwzględności niczego w historii nie stworzono.
Dodajmy, że naród wybrany, to według Doncowa Ukraińcy, którzy „stworzeni są z gliny, z jakiej Pan Bóg tworzy narody wybrane”. I jeszcze wiele mówiąca puenta tego wywodu:

Nacja, która pragnie panować, powinna mieć też pańską psychikę narodu-włodarza. Fanatyzm i przymus, a nie łagodność wykonują podstawową funkcję w życiu społecznym (…).

Wystarczy?

Jeżeli tak, to zostawmy już 13 grudnia i renegata Jaruzelskiego sądowi Bożemu, a zajmijmy się teatrem, bo ewidentnie „coś nam tutaj nie gra”. Nie tylko na scenach, ale w ogóle w kulturze. Artyści zamiast chwalić Boga – bluźnią, a cała kultura zamiast czynić człowieka lepszym – prowadzi go do upodlenia. Dlaczego?

Wszystko zaczęło się w 1891 r. w wiosce Ales na Sardynii. W rodzinie Gramsci na świat przyszło czwarte dziecko – Antonio. Gdy miał 6 lat, jego ojciec trafił do więzienia oskarżony o kradzież. Kilka miesięcy później służąca upuściła dziecko na ziemię, co spowodowało uszkodzenie kręgosłupa. W efekcie chłopiec prawie nie rósł (jako dorosły miał zaledwie 146 cm wzrostu), a ponadto wykształciły mu się garby na plecach i klatce piersiowej.

Przez kilka lat po tym wypadku stan jego zdrowia był zły. Oczekiwano wręcz jego śmierci, ale ta nie przychodziła. Przez całe lata przed snem matka cierpliwie ubierała syna w najlepsze ubranka i kładła do specjalnie w tym celu kupionej trumny, spodziewając się, że Antonio nie dożyje dnia następnego. Ten jednak przeżył – został zawodowym rewolucjonistą i działaczem Międzynarodówki Komunistycznej. W latach1922-23 przeszedł nawet gruntowne wyszkolenie w Moskwie, gdzie spędził 17 miesięcy. Poznał tam też swoją komunistyczną żonę, niejaką Julkę Szucht.
Współczesna lewica uważa Gramsciego za jednego ze swoich najważniejszych ideologów. Widać to bardzo dobrze w jej teorii politycznej, jak i w praktyce działania Unii Europejskiej, choć na lewacki piedestał wywindowały go po drugiej wojnie światowej zaczadzone komunizmem amerykańskie uniwersytety, a nie czerwoni czy różowi intelektualiści ze Starego Kontynentu. Nie dziwmy się temu fetowaniu. Dzisiejsza władza postmarksistów nad większością państw i narodów Europy, to – tak naprawdę – efekt wprowadzenia w życie przewodniej myśli kalekiego włoskiego komunisty, czyli „marszu przez instytucje”. A istotą tego „marszu” miało być zwycięstwo nad kulturą.

Towarzysz Lenin uczy nas, że aby pokonać naszego wroga klasowego, który jest silny, bo ma wiele środków i rezerw do dyspozycji, musimy wykorzystać każdą szczelinę w jego systemie i musimy wykorzystać każdego możliwego sojusznika, nawet jeśli jest niepewny, niezdecydowany lub tymczasowy.

Gramsci cytował Lenina i Marksa, ale drogę do hegemonii „nowego świata” widział jednak nie przez posiadanie władzy nad „środkami produkcji”, ale nad ludzkimi umysłami. Za największego wroga uważał chrześcijaństwo, które wiąże ludzi jednorodną kulturą. Twierdził, że dopóki nie zabije się w ludziach wiary w Boga, dotąd oni nie uznają czegoś innego. Postulował więc zniszczenie fundamentów obyczajowych i moralnych z wiary wynikających, a na których od wieków opierał się ład kulturowy, czyli szacunek dla władzy, poszanowanie religii, przywiązanie do nadrzędności rodziny.

Cóż może przeciwstawić klasa nowatorska temu gigantycznemu kompleksowi szańców i fortyfikacji klasy panującej? Musi mu przeciwstawić ducha rozłamu, czyli stopniowe zdobywanie własnej świadomości historycznej, ducha rozłamu... (…) Wynikają z tego określone wskazania dla każdego ruchu kulturalnego (…): niezmordowanie powtarzać własne argumenty... powtarzanie jest bowiem środkiem dydaktycznym, działającym najskuteczniej na umysłowość ludu... Nasza doktryna nie jest doktryną zbuntowanych niewolników, jest to doktryna władców, którzy w codziennym trudzie przygotowują broń, by zapanować nad światem.

A praktyczne sposoby na wdrażanie owego „ducha rozłamu”? Oto one:          
  
Cała funkcja wychowania i kształcenia nowych pokoleń musi stać się z prywatnej funkcją publiczną. (…)Równolegle ze szkołą jednolitą rozwijać się będzie przypuszczalnie sieć przedszkoli i innych pokrewnych instytucji, w których jeszcze przed osiągnięciem wieku szkolnego dzieci wdrażane będą do pewnej dyscypliny. (…) Szkoła jednolita... winna kultywować życie zbiorowe w dzień i w nocy.

(…) Nowy typ człowieka, jakiego wymaga racjonalizacja produkcji i pracy, nie może się rozwinąć, dopóki życie płciowe nie zostanie odpowiednio uregulowane, dopóki i to także nie będzie „zracjonalizowane".

I stało się. Instytucje zdobyto. Te, których zdegenerować się nie udało – zniszczono. Nad resztkami oporu, nad naturalnym etycznym instynktem samozachowawczym człowieka pracują media i system edukacji. To do nich należą dziś domy kultury i teatry. Nasze protesty przeciwko bluźnierczym przedstawieniom umacniają tylko rewolucyjny zapał janczarów tego piekła, finansowanego skądinąd także naszymi pieniędzmi. Nie tędy droga. Tam już nie ma czego odwojowywać. Tam już nie ma cywilizacji.

Stanisław Wyspiański w „Wyzwoleniu” pisał tak: Naród się zgubił. Tak, wszystko byłoby dobrze, tylko naród się zgubił. Oczywiście, nie sam. To my go zgubiliśmy, my, tak jest, my. Nie przez wojny, nie przez klęski i porażki wojenne, bo te się dadzą zmienić, bo to są chwilowe rzeczy, bardzo chwilowe. Nie dopilnowaliśmy, zlekceważyliśmy. A oni robili swoje.

Margines, którym nas uczyniono, to bardzo dobre miejsce na nowy początek.

Tomasz A. Żak

Tomasz A. Żak jest założycielem i dyrektorem Teatru Nie Teraz oraz pisarzem i publicystą


Read more: http://www.pch24.pl/gramsci--opisywanie-potwora,21800,i.html#ixzz2wlw09iH4

środa, 19 marca 2014

Arkadij Babczenko po wysłuchaniu przemówienia Putina w Dumie, napisał tak:

Arkadij Babczenko to bardzo zdolny rosyjski pisarz. Politycznie – aktywista demokratycznej, antyputinowskiej opozycji. Służył w wojsku w czasie obu wojen czeczeńskich, napisał potem najbardziej chyba wstrząsającą książkę o tym konflikcie - „Rosjanin na wojnie”.
A wczoraj, po wysłuchaniu przemówienia Putina w Dumie, napisał tak:
No i co? Wszyscy słuchaliście? Wszyscy usłyszeliście to, co najważniejsze? Nie, najważniejsze było nie to o Krymie. Krym – to już nieważne, to temat dnia wczorajszego. To całe „powrót do ojczystego portu”, „nie chcemy konfrontacji”, „pragniemy widzieć Ukrainę silną i wolną”, „Krym nigdy nie będzie banderowski” – to wszystko bla-bla dla naiwnych.
Najważniejsze powiedziano nie o Krymie.  Najważniejsze zdanie w całym przemówieniu, a w zasadzie nawet nie zdanie tylko dwie główne frazy, dwie najważniejsze kotwice, które będą teraz określać życie w naszym kraju, to było tych osiem słów – „pewnego rodzaju V kolumna” i „zdrajcy narodowi różnego gatunku”.
Narodowi zdrajcy…
Wiecie, o kim on tak mówił.
O nas i o was.
To my i wy jesteśmy teraz zdrajcami narodowymi, moi przyjaciele.
To właśnie z mównicy parlamentu  ogłosił sam prezydent  naszej wspólnej Ojczyzny.
To ja, weteran dwóch wszczętych przez mój kraj wojen jestem teraz, według prezydenta tegoż mojego kraju – zdrajcą narodowym.
I wy wszyscy, moi drodzy przyjaciele i koledzy.
Wszyscy, którzy byli na marszu (wielkiej demonstracji antyputinowskiej i antywojennej w Moskwie kilka dni temu – PS). Wszyscy, którzy do dziś, na skutek ich przeoczenia, pracują w mediach. Albo pracowali do momentu, kiedy tych mediów nie zamknęli (w ostatnim czasie władze w Moskwie różnymi metodami doprowadziły do likwidacji lub zamilknięcia kilku mediów opozycyjnych – PS). Wszyscy, którzy nie chcą wojny. Wszyscy, którzy nie chcą strumienia trumien ze swoimi dziećmi. Wszyscy, którzy popierają wolne wybory i ludowładztwo. Wszyscy przeciwni korupcji i złodziejstwu. Wszyscy, którzy po prostu – wiem, że to brzmi banalnie – pragną wolności.
Wszyscy wy jesteście zdrajcami narodu. Tak dziś powiedział Putin.
Herszt wytyczył kierunek działań swoim  bandziorkom. Kierunek polityki wewnętrznej został określony.
Myślę, że do represji – mam na myśli masowe represje – zostało już bardzo mało czasu. Oni już po prostu nie mogą pójść w innym kierunku. To droga jednokierunkowa. No, a dalej będzie jak w podręczniku – czystki, pogromy, wojna, potem wojna domowa, a potem – już destrukcja i rozpad.”
Tyle Babczenko. Warto dodać, że w swoich prognozach nie jest on odosobniony. Bardzo wielu rosyjskich opozycjonistów przewiduje ostre i dość masowe represje. Zdaniem sporej ich części cała krymska awantura była pomyślana również i dlatego – aby władza miała wreszcie i pretekst, i społeczne przyzwolenie dla wprowadzenia pełnego systemu policyjnego; być może wręcz dla odrzucenia ostatnich pozorów demokracji.
Jeśli tak myślący mają rację, to nie tylko nad Rosję, ale nad cały nasz rejon Europy nadciągają bardzo ciemne chmury. Ciemniejsze, niż dotąd chcieliśmy myśleć.
Zainteresował Cię artykuł?  źródło

sobota, 15 marca 2014

Anna Zachenter dla Fronda.pl: Putin perfekcyjnie rozgrywa sprawę Ukrainy


Fronda.pl: W„Montażu” Vladimira Wolkoffa czytamy: „podczas wojny najlepsze co się może zdarzyć, to opanować kraj nieprzyjaciela nietknięty zniszczeniami; unicestwienie go to ostateczność”. Rosja zajmuje Krym nie tylko bez zniszczeń ale i bez walki. Czy Putin prowadzi wojnę doskonałą?
Anna Zachenter: Putin zajmuje terytorium niepodległego państwa bez ofensywy militarnej, bitew, nalotów i zniszczeń. Gdyby przyjąć kryteria Volkoffa, odpowiedź powinna brzmieć: do tej pory – tak. Z tym zastrzeżeniem, że Volkoff to teoretyk, posługuje się modelami. Wywodzi je wprawdzie z praktyki, ale stosuje uogólnienia. Tymczasem celem sowieckich i rosyjskich podbojów było i jest zdobycie terytorium jak najmniejszym kosztem.
Dziś Putin mógłby powtórzyć słowa Lenina z 1919 roku: „Nam wszystko wolno, ponieważ […] wyciągamy miecz nie w celu zniewolenia, lecz w imię wolności i wyzwolenia spod ucisku”. Pułkownik KGB prowadzi wojnę w sposób przebiegły, „w obronie Rosjan” i jest – jak na razie – skuteczny. Uporczywie trzyma się jednej wersji: porozumienie między Janukowyczem a przedstawicielami opozycji 21 lutego w obecności ministrów spraw zagranicznych Niemiec i Polski wciąż obowiązuje. Nieważne, że Janukowycz dawno uciekł z Ukrainy – ważne jest powtarzane bezustannie kłamstwo. Stary kagiebista zna zasady gry: wie, że pozostawia w ten sposób Zachodowi uchyloną furtkę, przez którą ten będzie mógł się po cichu wycofać, jeżeli uzna, że z Putinem nie wygra inaczej niż na drodze zbrojnej.

Cienka czerwona linia

Cienka czerwona linia. Sposoby na opornych

Dodano: 15.03.2014 [08:05]
Cienka czerwona linia. Sposoby na opornych - niezalezna.pl
foto: Valentin Ramirez/PD
Historia „od białego caratu do czerwonego” nie skończyła się wraz z upadkiem komunizmu, gdyż był to upadek pozorowany. Kłamstwo rosyjskie, następnie bolszewickie i sowieckie, a teraz znów rosyjskie, jest cały czas wykwitem tego samego kłamstwa „założycielskiego”. Punktem zaś zwrotnym w historii współczesnej nie była Gruzja - pisze Tomasz Łysiak w „Gazecie Polskiej”.

Na początku marca jedna z rosyjskich gazet, nawiązując do wypowiedzi sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego, określiła działanie Stanów Zjednoczonychprzekroczeniem „czerwonej linii”. Mały erudycyjny żarcik moskiewskich dziennikarzy przemknął niezauważony, choć był powtarzany przez wiele innych mediów. Samo nawiązanie do terminu „cienka czerwona linia” może się oczywiście jankesom kojarzyć z książką Jonesa czy filmem Malicka, ale przecież – dla Brytyjczyków – to bezpośrednie nawiązanie do wydarzenia z czasów wojny krymskiej, które miało miejsce praktycznie równo 160 lat temu na Taurydzie. W 1854 r. w trakcie bitwy pod Bałakławą oddziały szkockie, odziane w kilty oraz tradycyjne czerwone kurtki mundurowe, rozciągnęły się szeroko, wzdłuż wzgórz. Utworzyły „czerwoną linię”. Rosjanie atakowali ją kilkakrotnie, lecz bezskutecznie. „Cienka czerwona linia” stała się więc frazeologicznym symbolem zmagań bojowych o Krym, walki, która oczywiście z punktu widzenia politycznego miała o wiele większy wymiar niż tylko dotyczący miejscowych zwycięstw i porażek. Wojna krymska miała na nowo wytyczyć pewien układ sił, stanowiła konflikt europejski, w którym Rosja nie tylko testowała zwartość różnych koalicji zachodnich, wytrzymałość Turcji czy wreszcie lojalność Austrii, ale także chciała wyznaczyć sobie pewien obszar oddziaływania poprzez pokaz siły. To jej się nie udało.

Sceny sprzed lat

„Cienka czerwona linia” przywołana przez rosyjską gazetę wskazuje być może na poczucie humoru przyjaciół Moskali, a nawet samego „nastajaszcziego” przyjaciela Polski, czyli Władimira Putina. Tak niby mimochodem można nawiązać do wojny sprzed półtora wieku, aby przypomnieć przez przywołanie tamtego konfliktu, że Krym jest i był rosyjski.

Gdy jednak mamy się zanurzyć w historycznych wspominkach, wydarzenia, które obecnie obserwujemy na ekranach telewizorów, budzą skojarzenia ze smutną przeszłością Polski. Nasze państwo zostało przecież rozebrane w sposób podobny do tego, jaki się teraz odbywa na Ukrainie. Ten rozbiór Ukrainy jest naszym historycznym doświadczeniem. Niektóre obrazy budzą grozę szczególną, wywołują wydawałoby się dawno umarłe duchy z zasypanych mrokiem niepamięci kurhanów. Co rusz na współczesnych ulicach krymskich miast widać kozaków w futrzanych czapkach, wziętych jakby wprost z XIX-wiecznych rycin. Widzieliśmy te czapy w Warszawie w roku 1861, gdy kozackie oddziały rozpędzały bezbronnych manifestantów na Krakowskim Przedmieściu. Nie na darmo zresztą czapy używane są do dzisiaj przez rosyjskich żołnierzy. To akt świadomy i symboliczny – nawiązanie do zwycięskiej, imperialnej przeszłości. Duch Moskala – kozaka – bijącego batem znowu jest obok nas. Bardzo blisko naszych granic.

Rozbiorowa samoobsługa

Pierwszy akt naszych rozbiorów to Rejtan leżący na ziemi i rozdzierający szaty. Na obrazie Matejki widać w drzwiach rosyjskich sołdatów, którzy mają karabiny założone na ramiona. Nie muszą z nich nawet do nas mierzyć, wystarczy, że je mają i że nimi grożą. Reszta dokonuje się pod przymusem oraz w wyniku wieloletniej działalności takich żmij rosyjskich jak Mikołaj Repnin, który cały swój wysiłek i masę pieniędzy poświęcił na to, by Polska zgniła. Najgorsze, najbardziej upokarzające jest jednak to, że rozbioru dokonaliśmy, w świetle prawa – sami…

Drugi akt, ten z 1793 r., był z dramatycznego punktu widzenia niezwykły – na sejmie w Grodnie ambasador rosyjski Sievers zachowywał się, jak na namiestnika despotycznego imperium przystało – z jednej strony,opłacał i uzależniał finansowo posłów oraz samego króla, z drugiej – postawił działa wycelowane prosto w sejm. Miał – według instrukcji Katarzyny – doprowadzić do tego, by sejm polski sam zrzekł się swojego terytorium i oddał je Prusom i Rosji.

Działa rosyjskich okrętów w Sewastopolu, rosyjscy żołnierze w mundurach „kupionych w sklepie z militariami” czy wreszcie sterowane z Moskwy demonstracje filorosyjskie – wszystko to dobrze znamy z naszej historii. Sprawy toczą się w zadziwiająco podobny sposób.
W nocy z 22 na 23 września 1793 r. Moskale aresztowali czterech posłów polskich. Sievers tłumaczył to notą: „Częste upominania, które podpisany zmuszony był najjaśniejszym na sejm skonfederowany zgromadzonym stanom, czynić z okazji mów bezczelnych…”. I dalej pisał w podobnym tonie, wspominając o „obłąkaniu” patriotów, tudzież o tym, że „odważyli się odmalować w najczarniejszych barwach Konfederację Targowicką”.

Po ich aresztowaniu, w kolejnych pismach dyplomatycznych rosyjski ambasador ubolewał nad tym, że Polacy nie respektują… „prawa”!

Milczenie na zgodę

Retoryka putinowska, choćby ta ze sławetnej konferencji prasowej, na której Putin zachowywał się jak współczesny car, zdaje się być żywcem wzięta z pamiętników tamtej epoki.

Sejm w Grodnie, zanim zgodził się na rozbiór Polski, usiłował stawić opór. M.in. przez uparte milczenie, które trwało do późnych godzin nocnych. Generał Rautenfeld groził, słał pisma, biegał tam i z powrotem, w końcu kazał w salę sejmową wycelować armaty. Gdy i to nie przyniosło efektu, postanowił wziąć posłów głodem. Oświadczył, że nie wyjdą i nie dostaną posiłków, zanim nie podpiszą. Zegar wybił trzecią w nocy. Rautenfeld chciał już wojsko wprowadzić na salę, gdy poseł krakowski Ankwicz rozwiązał problem, stwierdzając, że… „milczenie oznacza zgodę”.

W ten właśnie prawie absurdalny, komiczno-tragiczny sposób sejm wydał zgodę na rozbiór. „Milczenie oznacza zgodę”.

Ostatni rozbiór był już faktycznym „finis Poloniae” i chociaż wbrew legendzie Kościuszko nie wydał takiego okrzyku, spadając z konia, ale koniec Polski stał się rzeczywistością.

Strach poniewczasie

Od wielu już lat „Gazeta Polska” ostrzega przed zaborczym, silnym, wziętym jeszcze z poprzednich epok imperializmem rosyjskim. Historia „od białego caratu do czerwonego” nie skończyła się wraz z upadkiem komunizmu, gdyż był to upadek pozorowany. Kłamstwo rosyjskie, następnie bolszewickie i sowieckie, a teraz znów rosyjskie, jest cały czas wykwitem tego samego kłamstwa „założycielskiego”. Punktem zaś zwrotnym w historii współczesnej nie była Gruzja. Chociaż tam Rosjanie zobaczyli jedynego współczesnego męża stanu, który ma odwagę wprost, zdecydowanie i odważnie przeciwstawić się neoimperialnym zakusom Putina. Tym punktem zwrotnym, wojną wypowiedzianą cywilizowanemu światu, stała się katastrofa smoleńska.

Jeśli kraj europejski, który na terenie rosyjskim straci swojego prezydenta, całą elitę, ministrów, generałów, nie jest w stanie zabrać wraku, dokonać rzetelnego śledztwa, znaleźć przyczyny katastrofy, a co więcej – kuli uszy po sobie i przyjmuje wersję rosyjską jako swoją, to znaczy dla Rosjan bardzo wiele. Był to swojego rodzaju test Europy. Po nim właśnie Putin zorientował się, że może sobie pozwolić dosłownie na wszystko. A teraz, na Ukrainie, realizuje z żelaznym spokojem, krok po kroku, to, co założył sobie, wymyślił i przygotował wiele lat wcześniej.
Dopiero teraz, gdy już „Putin ante portas”, rząd polski zaczyna panicznie reagować, zwołuje na gwałt spotkania z sojusznikami, błaga o pomoc, doprasza się samolotów.

Należy jednak postawić zasadnicze pytanie: dlaczego nie podjęto energicznych działań w sytuacji, gdy coraz więcej poszlak, a następnie dowodów zaczęło wskazywać, że – poprzez wydarzenia w Smoleńsku – dokonano agresji na nasze państwo? Czy sama ewentualność, sama możliwość takiego biegu wypadków nie powinna budzić największych zastrzeżeń, prowokować do drobiazgowego śledztwa? Tymczasem w sprawie smoleńskiej po prostu, ot tak sobie, niejako „spod palca” uwierzono Rosjanom. Jakby się zmienili. Jakby twarz Putina nie była ciągle tą samą twarzą rosyjskiego kozaka w futrzanej czapie, który unosi nad sobą bat, by uderzyć sługę.

„Cienka czerwona linia” została przekroczona już kilka lat temu, w kwietniu 2010 r., na lotnisku Siewiernyj. Tylko trzeba było tę linię zauważyć.

czwartek, 13 marca 2014

wiceszef samoobrony Majdanu Andrzej Garbow i szef Czarnej Sotni Aleksander Tretiakow

Nie chcemy na Ukrainie drugiej Magdalenki

Dodano: 13.03.2014 [07:17]
Nie chcemy na Ukrainie drugiej Magdalenki - niezalezna.pl
foto: Tomasz Hamrat/Gazeta Polska
Majdan bardzo źle przyjął słowa Radosława Sikorskiego. Bohaterowie, którzy zginęli za Ukrainę, gdyby jeszcze raz mieli podjąć decyzję, czy iść na barykady, poszliby. Żaden by się nie cofnął. Dlatego powiedzenie nam „Podajcie rękę Janukowyczowi, bo was powybija”, oznaczało „Przyznaj się, że przegrałeś” - mówią „Gazecie Polskiej” wiceszef samoobrony Majdanu Andrzej Garbow i szef Czarnej Sotni Aleksander Tretiakow.

Załóżmy, że świat w końcu stanowczo tupnie nogą i wyrwie Putinowi Ukrainę. Jednak rosyjskie wpływy są zakorzenione mocno w waszej administracji, służbach, armii. Polska po tylu latach nadal sobie z tym nie poradziła. Ludzie szkoleni w Moskwie są doradcami prezydenta, sędziowie stanu wojennego nadal wydają wyroki, brutalni zomowcy siedzą na ciepłych posadach w spółkach skarbu państwa.
AT: Wiemy, że przed nami bardzo ciężki proces. Zmiana rządu to dopiero początek. Ważny krok, ale mały. Jeżeli ktoś brał łapówkę albo wydawał niesprawiedliwy wyrok, nie zmieni się tylko od tego, że zasiądzie w innym gabinecie.
AG: Dlatego samoobrona Majdanu zadecydowała, że już teraz w każdym komisariacie będą nasi ludzie. Stworzymy policję nadzorczą. Policjant będzie odpowiedzialny zarówno przed komendantem, jak i przed przedstawicielem samoobrony. Przez rok zamierzamy ich pilnować i zgłaszać wszelkie nieprawidłowości.

A po roku?
AT: Zobaczymy. Najpierw władza musi się nauczyć, że odpowiada przed narodem za swoje decyzje i działania. Będziemy uważnie patrzeć jej na ręce, żeby nie zginęły pod stołem z kolejną kopertą.

Macie na to zgodę ministerstwa spraw wewnętrznych?
AG: Tak, bezpośrednią. Jesteśmy w trakcie zmiany niezbędnych ustaw. Ale już teraz w zasadzie żaden funkcjonariusz nie wychodzi na patrol po mieście bez przedstawicieli samoobrony.

Pojawiały się obawy, że ludzie Majdanu, którzy weszli do rządu, będą odgrywać rolę paprotek pozbawionych realnej władzy.
AG: Nie pozwolimy sobie na polską Magdalenkę. I chociaż jesteśmy zwyczajnie fizycznie wykończeni wielomiesięcznym Majdanem, sporo osób, które stały na barykadach, często młodych chłopaków, musi się pozbierać psychicznie po tym, co przeszły. Nie odpuszczamy. I pilnujemy Ukrainy.

Nie ufacie Julii Tymoszenko?
AG: Odpowiem tak: Ona nie może decydować dziś o Ukrainie, bo jej z nami nie było na Majdanie.

Nie mogła być.
AG: No właśnie.

Gdyby nie była w więzieniu, pewnie stałaby z Wami.
AG: Może by stała.

Komu ufacie?
AG: Adrzejowi Parubijowi [szef Samoobrony Majdanu, obecnie sekretarz Rady BezpieczeństwaNarodowego i Obrony Ukrainy – przyp. red.].
AT: Zanim podszedł do mnie Parubij, przychodziło pięciu czy sześciu polityków, którzy proponowali mi różne stanowiska czy funkcje. Ale współpracuję z Parubijem, bo to reprezentant narodu. A to naród walczył, a nie politycy. Znam Parubija i ufam mu. Niewiele osób o tym wie, a on sam tego nie powie, ale to chyba pierwszy deputowany na Ukrainie, który nie przyjął od rządu przydziału mieszkania. To w naszym kraju nie do pomyślenia.

Jak Majdan zareagował na słowa polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego: „Podpiszcie albo zginiecie”?
AT: Bardzo źle. Nie twierdzimy, że wasz minister jest zły, ale to, co powiedział, było złe.
AG: Polska, jako jedyny kraj, od pierwszego dnia rewolucji wspiera nas bardzo mocno. Żaden kraj nam tak nie pomógł. Są tu wasi dziennikarze, wolontariusze, politycy. Otrzymujemy pomoc np. medyczną, leczycie naszych rannych. Bardzo wam za to dziękuję w imieniu wszystkich Ukraińców. Ale to, co powiedział wasz minister po wyjściu z rozmów z naszą opozycją było złe. Byliśmy tak zdeterminowani, że nie baliśmy się śmierci, tylko domagaliśmy się twardych negocjacji i sprawiedliwości. Bohaterowie, którzy zginęli za Ukrainę na Majdanie, gdyby jeszcze raz mieli podjąć decyzję, czy iść na Hruszewskiego czy Instytucką, poszliby. Żaden z nich by się nie cofnął. Zresztą idąc tam, stojąc na pierwszych barykadach, w każdej sekundzie liczyli się z tym, że za chwilę padną strzały i to oni będą na pierwszej linii. I zginą.
AT: Dlatego powiedzenie nam „Podajcie rękę Janukowyczowi, bo was powybija”, oznacza: „Przyznaj, że przegrałeś”. A Ukraina już nigdy nie będzie na kolanach przed Rosją.

Radosław Sikorski tłumaczył później, że nie groził, tylko ostrzegał. Następnego dnia ujawniono rządowe plany brutalnej pacyfikacji Majdanu. Może gdyby nie to porozumienie, ofiary liczono by nie w setkach, lecz dziesiątkach tysięcy?
AT: Ostrzegał po trzech miesiącach. To jakieś nieporozumienie. Kto był na barykadach i Majdanie, dobrze wiedział, w jakim celu stoi i co może go spotkać. Staliśmy tam z konkretnymi postulatami. I każdy był gotowy stać tak długo, aż zostaną zrealizowane. Albo aż zginie.
AG: Nikt nas nie musiał ostrzegać. Nawet w razie pacyfikacji nie oddalibyśmy Majdanu. Bo to serce narodu ukraińskiego. Oddając Majdan, oddalibyśmy swoją wolność. Z całym szacunkiem, ale wiemy lepiej od pana Sikorskiego, jakim człowiekiem jest Janukowycz, nie trzeba nas ostrzegać. Powtarzam, nie chcemy na Ukrainie Magdalenki.

wtorek, 11 marca 2014

"Putina może powstrzymać tylko armia". Wstrząsające słowa jego byłego doradcy

Dodano: 10.03.2014 [20:45]
"Putina może powstrzymać tylko armia". Wstrząsające słowa jego byłego doradcy - niezalezna.pl
foto: kremlin.ru/ creativecommons.org/licenses/by/3.0 /deed.en
Obecny kryzys na Ukrainie może doprowadzić do III wojny światowej - ostrzega były doradca prezydenta Rosji Andriej Iłłarionow. Jego zdaniem na sankcje finansowe jest za późno, a Władimira Putina powstrzymać może tylko reakcja wojskowa Zachodu.

Iłłarionow, obecnie związany z waszyngtońskim konserwatywnym ośrodkiem Cato Institute, był jednym z głównym doradców ekonomicznych prezydenta Rosji Władimira Putina i negocjował przyjęcie Rosji do grupy najbardziej uprzemysłowionych krajów świata (G8). Rozstał się z rosyjskim rządem w 2005 r.

W rozmowie z Iłłarionow przekonywał, że Rosja z "półdemokracji", jaką była kilkanaście lat temu, przekształciła się "w państwo w pełni autorytarne". "Rosja bardzo zmieniła się w ciągu ostatniej dekady. To obecnie kraj więźniów politycznych, zastraszania mniejszości, opozycji politycznej czy gejów. Prowadzi bardzo agresywną politykę zagraniczną, której celem jest nakreślenie na nowo granic w Europie. To nie jest żart. To jest oficjalna polityka rządu" - powiedział Iłłarionow.

Jego zdaniem obecny kryzys na Ukrainie może doprowadzić nawet do "wojny na pełną skalę". - To nie jest kryzys krymski czy nawet ukraiński. To kryzys, który potencjalnie może doprowadzić do trzeciej wojny światowej. To nie jest przesada, ostrzegam już od trzech miesięcy - podkreślił.

- Po pierwsze, aneksja Krymu jest już faktem dokonanym. To zostanie zalegalizowane 21 marca decyzją Dumy Państwowej i Rady Federacji (obu izb rosyjskiego parlamentu) Federacji Rosyjskiej. Po drugie, południowa i wschodnia Ukraina. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow już publicznie ogłosił, że Rosja ma tam duże interesy i zastrzega sobie prawo do interwencji. Trzecim i najważniejszym kierunkiem ataku jest Kijów. Celem jest cała Ukraina. Putin chce stworzyć korytarz lądowy z Krymu do Naddniestrza, kontrolowany już przez jakiś czas przez funkcjonariuszy FSB (była KGB). (...) A ponieważ prezydent Barack Obama i narody europejskie nie są chętne do użycia żadnych realnych środków wobec Rosji, to osiągnięcie tego celu jest tylko kwestią czasu - ostrzegł Iłłarionow.

Jego zdaniem w 2008 r. Putina od dalszej inwazji na Gruzję powstrzymała decyzja ówczesnego prezydenta USA George’a Busha o wysłaniu do Turcji i Rumunii jednostek sił powietrznych oraz marynarki wojennej na Morze Czarne. - Gdy tylko rosyjski wywiad wykrył masowy ruch amerykańskich wojsk w kierunku Gruzji, Miedwiediew i Putin wydali rozkaz, aby zatrzymać się 35 mil od Tbilisi. To było 12 sierpnia 2008 r." - powiedział Iłłarionow. Przyznał, że obecnie nikt nie jest na taki ruch gotowy. "Ale nie widzę innych instrumentów, by zapobiec agresji i okupacji oraz przekształceniu się tego kryzysu w kryzys europejski z udziałem krajów sąsiadujących, NATO i USA" - powiedział.

W ocenie byłego doradcy Putina większość społeczeństwa rosyjskiego przeszła "pranie mózgu" w ciągu ostatnich 15 lat. - Wielu osobom bardzo podoba się ten imperializm i dążenia do odzyskania historycznych ziem. Odzyskanie Krymu ogromnie zwiększy popularność Putina. Będzie uważany niemal za Boga. A każdy, kto wyrazi sprzeciw, zostanie zgnieciony - powiedział.

Na sankcje finansowe Zachodu przeciwko członkom rządu Rosji jest zdaniem Iłłarionowa za późno. - Nikt ich jeszcze nie wprowadził. Ale nawet jak to się stanie, to będą zbyt słabe. Putin i jego przyjaciele od zeszłego roku zaczęli wycofywać swoje aktywa z USA i Europy do Rosji. Przygotowywali ten atak na Ukrainę - powiedział. Teraz jest czas tylko na zademonstrowanie gotowości do użycia siły militarnej.

Zdaniem analityka na Putina nie wpłynie też usunięcie Rosji z grupy G8. - Już w roku 2006 mówiłem, że Rosję należy wyrzucić z G8. Wtedy to mogło mieć jakieś ograniczone znaczenie, dziś już nie - powiedział. Przypomniał, że dokumenty założycielskie G8 wyraźnie głoszą, że tylko kraje demokratyczne, gdzie obowiązują rządy prawa, mogą być członkami grupy. - Od 2004 r., kiedy Rosja przestała być półdemokracją, jaką była dotychczas, i stała się w pełni autorytarna, straciła prawo bycia członkiem grupy G8. A od nielegalnej inwazji na Gruzję Rosja straciła to prawo także z międzynarodowego punktu widzenia - uważa Iłłarionów.

Dlaczego więc inne kraje G8 nie wyrzuciły wówczas Rosji z tej grupy? - Było oświadczenie G7, ale nie miało ono żadnych następstw prawnych lub faktycznych. A trzy miesiące później prezydent Francji Nicolas Sarkozy zaprosił Putina do Nicei i Cannes i dobrze się z nim bawił. Dlaczego? Można zadawać pytanie, czemu Daladier i Chamberlain nie podjęli odpowiednich działań przeciw Hitlerowi i Mussoliniemu i zawarli układ monachijski 30 września 1938. To jest dokładnie to samo podejście. Wtedy nazwano to polityką "ustępstw". Dziś to się nazywa "resetem"  - powiedział Iłłarionow.

Kupujcie elektroniczną prenumeratę "Codziennej", "Nowego Państwa" i "Gazety Polskiej"! Pozwoli to nam uniknąć restrykcji ze strony jednego z kolporterów.

niedziela, 9 marca 2014

znaleziony ładny wierszyk

OdpowiedzZgłoś nadużycie
Świniom dobrze dziś się żyje, bo w korycie mają ryje. 
Gdy o drogę do koryta jakiś szarak się zapyta, 
To dostanie takie baty, co nie dostał ich u taty! 
U nas świnie specyficzne, można by rzec – endemiczne! 
Nie zwyczajne i typowe, lecz czerwone i różowe... 
Te zajęte żarciem świnie myślą także o rodzinie. 
Więc koryto powiększają i rodzinę tam ściągają. 
Żrą i ryją w tym korycie, zarabiając tak na życie.
Że lud na nich wciąż haruje, to najbardziej ich rajcuje! 
Wciąż się więcej domagają, bo za mało – mówią – mają. 
A niektóre w tym korycie przepędziły całe życie! 
Tak się już przyzwyczaiły, że oderwać nie masz siły! 
Jeden taki nawoływał, Korwin-Mikke się nazywał, 
Zlikwidować chciał koryto, lecz go szybko się pozbyto. 
Innym też nie darowali, samobójcę im posłali. 
Sprawy państwa, wielkiej wagi, nie zwracają ich uwagi. 
Kraj już nic ich nie obchodzi, ani starzy ani młodzi. 
Statystyki poprawiają, za granicę wyganiają! 
Tam masz mieszkać no i tyrać, lecz kasiorę tu przysyłać! 
By koryto powiększali; swoim braciom poryć dali. 
Wszystko wkoło już się wali, dług powiększa w dużej skali. 
A te świnie, jak widzicie, ciągle pasą się w korycie. 
A gdy dno już prześwituje, zachowują się jak zbóje. 
Grabią, doją, napadają i podatki podwyższają! 
Naród skomle, płacze, kwiczy, ale z nim się nikt nie liczy. 
Już policję dozbroili, w razie czego będą bili. 
A i strzelać jej poradzą, a koryta nie oddadzą. 
Trzeba doić, strzyc to bydło, a gdy padnie zrobić mydło. 
To recepta prosta taka, stosowana przez Szmaciaka. 
Świnie wiedzą, kto to taki, bo pochodzą z jednej paki... 
Nowe plemię szmaciakowe będzie robić nam odnowę! 
Gejów i lesbijki chwalić, a historię z szkół wywalić! 
Dzieci też nam demolują, seksualnie edukują. 
Nowych stworzyć chcą ludzików, bardzo sprawnych niewolników. 
Niszczą wiarę, autorytety, ludzie ślepi są niestety. 
Każą nam zaciskać pasa, niemal chodzić na golasa, 
Mirabelki jeść i szczaw, Boże od tych świń nas zbaw! 
Gdy wybory się zbliżają, świnie maski zakładają. 
Na szkło znów od rana parcie, obiecują i nam żarcie! 
Po redakcjach wciąż biegają, zatroskanych odgrywają. 
Znów ogarnia je obłuda, obiecują nowe cuda. 
Inwestycje już szykują! Wszystkim ulgi obiecują! 
Będzie miliard, sto i dwieście, wy się głupi ludzie cieszcie! 
Będą domy i mieszkania, praca, płaca, dobre dania. 
Będą szkoły i szpitale, kolejek nie będzie wcale. 
Durny naród znów się zbierze i przy urnach ich wybierze. 
Gdy im głosów trochę zbraknie, wtedy się wyniki nagnie. 
Na serwerach, u Kacapa, spoczywa niedźwiedzia łapa. 
Znów zasiądą przy korycie, będą wiedli słodkie życie. 
Historia zatoczy koło. Nam będzie smutno, a im wesoło...