poniedziałek, 10 czerwca 2013

Osły i uczeni

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    7 czerwca 2013
Osły i uczeni do środka!” Ta słynna napoleońska komenda powinna zostać umieszczona przed głównym wejściem do Pałacu Staszica w Warszawie, gdzie, jak wiadomo, mieści się siedziba Polskiej Akademii Nauk. To znaczy powinna, oczywiście - ale w postaci zmodyfikowanej: osły do środka - uczeni won! No dobrze - ale jak odróżnić uczonego od osła? To trzeba wiedzieć na pewno, bo w przeciwnym razie w Polskiej Akademii Nauk pojawią się osoby niepożądane, co zakłóci panujący tam nastrój dobrego samopoczucia. Przyczynę tego nastroju już dawno wykrył Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważając, że „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy - ze swego rozumu”. Zatem, żeby nic nie zakłócało błogiego nastroju, precyzyjna odpowiedź na pytanie, jak odróżnić uczonego od osła musi być udzielona. Nie wydaje się to specjalnie trudne. Uczony kieruje się prawdą, podczas gdy osioł kierowany jest odruchem stadnym.
Bardzo dobrą ilustracją tej prawidłowości jest przypadek pana profesora Krzysztofa Jasiewicza, który właśnie został odwołany ze stanowiska kierownika Zakładu Analiz i Problemów Wschodnich za udzielenie pismu „Focus” wywiadu, uznanego za „antysemicki”. Charakterystyczne jest, że żaden z krytyków profesora Jasiewicza nie podważył trafności ani jednego stwierdzenia z tej rozmowy, ba - nawet tego nie próbował! Ta powściągliwość pokazuje, że ci krytycy nie kierowali się żadnym kryterium prawdy, tylko odruchem stadnym. Każdy porykiwał lub pobekiwał wedle obyczaju oślego lub baraniego - w zależności od tego, do jakiej kategorii należy. Zwolnienie prof. Krzysztofa Jasiewicza z funkcji kierownika wspomnianego Zakładu dowodzi zaś, że połączone stada uznały, iż funkcje kierownicze w PAN mogą pełnić wyłącznie żydofile.
Nie jest to specjalnym zaskoczeniem, bo za komuny PAN w ogóle powstała dla roztoczenia politycznej kurateli nad polskim życiem naukowym, a wiadomo nie od dziś, że na takich kuratorów najlepiej nadają się osły albo barany. Prawdziwy uczony nigdy by się takiej policyjnej funkcji nie podjął, to jasne. Policjantowi bowiem w zasadzie wszystko jedno, czego pilnuje; czy „odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego”, czy „antysemityzmu”, podczas gdy prawdziwy uczony, jak już wspomniałem - kieruje się przede wszystkim prawdą. Po drugie, casus pana prof. Jasiewicza dowodzi, że stado źle się czuje w towarzystwie prawdziwych uczonych, czemu skądinąd trudno się dziwić. Pamiętamy, że np. były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju, pan Lech Wałęsa czuł się nieswojo w roli „mędrca Europy”, w jakiej obsadził go pan premier Tusk. W tej sytuacji nie można wykluczyć, ze prof. Jasiewicz w ogóle zostanie z Polskiej Akademii Nauk wyeliminowany, żeby już nic nie zakłócało stadnej harmonii.
Jako znany liberał nie mam nic przeciwko temu, by każdy swobodnie dobierał sobie towarzystwo, jakie mu odpowiada. Niejasne jest tylko jedno; na jakiej właściwie zasadzie PAN korzysta z pieniędzy zrabowanych podatnikom pod pretekstem „wspierania nauki”. Czyż taka działalność Polskiej Akademii Nauk ma cokolwiek wspólnego z nauką - oczywiście poza sprawowaniem nad nią policyjnego nadzoru? Taki nadzór nie jest przecież żadnym „wspieraniem nauki”, przeciwnie - nieuchronnie prowadzi do szamaństwa i tylko patrzeć, jak pod egidą PAN dojdzie w naszym nieszczęśliwym kraju do renesansu kultu Trofima Łysenki i rozkwitu innych, nowoczesnych zabobonów. Prezydent Putin wydał już rozporządzenie nakazujące FSB nawiązanie współpracy ze Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, a nie ma takiej możliwości, by współpraca między razwiedkami nie przekładała się w charakterystyczny sposób na wszystkie dziedziny życia publicznego - zwłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju, okupowanym przez soldateskę.
Bardzo dobrym przykładem takiego przełożenia była kwietniowa konferencja zorganizowana w siedzibie Polskiej Akademii Nauk przez Ministerstwo Zdrowia oraz Ministerstwo Edukacji Narodowej w sprawie edukacji seksualnej dzieci. Do niedawna można było podejrzewać, że edukowanie seksualne dzieci to prywatny bzik pani minister Szumilas, znajdującej się w niebezpiecznym dla kobiet wieku - ale okazało się, że to nie żaden bzik, tylko wdrażanie „standardów Światowej Organizacji Zdrowia” - biurokratycznej międzynarodówki, z powodzeniem przechwytującej coraz większą władzę nad ludźmi pod pretekstem troski o ich „dobrostan”. A to ustalają dopuszczalną zawartość cukru w diecie, a to nakazują, by „dzieciom powyżej 15 roku życia wpajać krytyczne podejście do norm kulturowych i religijnych w odniesieniu do ciąży i rodzicielstwa”, a to doradzają ministrom zakupywanie szczepionek przeciwko ptasiej, czy świńskiej grypie, a to ustalą, że sodomia i gomoria nie są zboczeniami - i tak dalej.
Pewne światło na działalność WHO rzuca okoliczność, że większość forsy, jaką ta szajka dysponuje, pochodzi albo z farmaceutycznych koncernów, albo z fundacji Rockefellera, albo z fundacji Billa i Melindy Gatesów. Fundacja Rockefellera od dziesiątków lat wspiera programy depopulacyjne - oczywiście w odniesieniu do narodów uznanych za mniej wartościowe - a fundacja Billa i Melindy Gates - aborcję. Za otrzymane stąd alimenty biurokratyczna międzynarodówka WHO śpiewa z zadanego klucza - a sprawujący w naszym nieszczęśliwym kraju ministerialne funkcje Zasrancen, w podskokach to wszystko próbują realizować. Dodatkowe światło na całą sprawę rzuca informacja, że wspomniane „standardy” WHO opracowała do spółki z niemieckim Federalnym Biurem do spraw Edukacji Zdrowotnej.
Nietrudno się domyślić, że „standard” w postaci konieczności „wpajania” dzieciom powyżej 15 lat „krytycznego podejścia” do „norm kulturowych i religijnych” ma na celu masową demoralizację narodów przeznaczonych do politycznego i ekonomicznego ujarzmienia - a zatem jest ważnym instrumentem nowoczesnej wojny. Byłoby dziwne, gdyby w takim przedsięwzięciu nie uczestniczyła niemiecka razwiedka - a okoliczność, że obecny ambasador Republiki Federalnej Niemiec w Warszawie był do 2010 roku zastępcą jej szefa, stanowi dodatkową poszlakę. Z kolei skwapliwość, z jaką pani minister Szumilas i pan minister Arłukowicz namawiają się, jakby tu zgodnie z sugestiami pruskiego teoretyka wojny Karola Von Clausewitza, tę wojnę przeciwko polskiemu narodowi przenieść na nasze terytorium państwowe skłania do podejrzeń, że również oni - świadomie, albo z głupoty - wykonują zadania wyznaczone przez niemiecką razwiedkę. A Polska Akademia Nauk za wynagrodzeniem udziela takim konferencjom gościny, która w kodeksie karnym nazywana jest kuplerstwem.
Stanisław Michalkiewicz   http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2842

piątek, 7 czerwca 2013

wszędzie oszuści

Statyny, “Nie, dziękujemy”. #2
Dr Jerzy Jaśkowski
Polska
2013-06-05
Nauka i technologia
Kontynuacja artykułu: Statyny, “Nie, dziękujemy”. #1

Jak się okazuje aż 25% całkowitego cholesterolu znajduje się w naszym mózgu. Pamiętać także należy, że 75% CHOLESTEROLU PRODUKJE NASZA WĄTROBA. Jeżeli wiec kardiolodzy tak zalecają stosowanie statyn, które zmniejszają wielkość cholesterolu, to może to jest wyjaśnienie dlaczego ONI łatwiej przyjmują informacje zawarte w reklamowych biuletynach przemysłu farmaceutycznego aniżeli wiedzę zawartą w opracowaniach naukowych. Informacje zawarte w biuletynach reklamowych tak jak każdą reklamę czyta się łatwo i przyjemnie. A nad pracą trzeba pomyśleć, a to przy braku cholesterolu jest ciężkim wysiłkiem. A jeszcze przebywanie w niewentylowanych pomieszczeniach o dużej koncentracji CO2 może dopełnić reszty.

Materiał nt skażenia CO2 i fluorem:


Pierwsza sprawa dotyczy hemodynamiki. Posiadamy dwa naczynia prawą i lewą komorę serca połączone zestawem rurek zwanych tętnicami i rurkami, zwanymi żyłami. Blaszki cholesterolowe usadawiają się tylko i wyłącznie w rurkach zwanych tętnicami. Nie znaleziono nigdy przypadku takiej blaszki w żyłach! Podstawowe prawo fizyki; prawo naczyń połączonych mówi, że przepływ z jednego naczynia do drugiego będzie zawsze dążył do wyrównania. Jeżeli w jakimś miejscu zwęzimy średnicę naczynia, to nic się nie stanie tylko zwiększy się szybkość przepływu cieczy w tym miejscu. Jak się zwiększy szybkość przepływu to ilość tlenu dostarczanego przez krwinki także się zwiększy. I jak tutaj wyjaśnić przy pomocy teoryjki cholesterolowej powstanie zawału w 99% tylko i wyłącznie w lewej komorze? Tego, kto [i na jakiej podstawie] stwierdził, że ilość krwi docierającej do akurat tylko lewej komory serca się zmniejszy, nie można do dnia dzisiejszego znaleźć. Szybko się ukrył. Oczywiście w przypadku zwężenia średnicy naczynia, opór wzrośnie do 4 potęgi ale to wpłynie tylko na pracę serca. Jeżeli praca okaże się niewystarczająca to w jednym naczyniu pozostanie więcej płynu aniżeli w drugim. Każdy lekarz i nie lekarz łatwo może to zaobserwować sprawdzając obrzęki. Jak wiadomo, woda zawsze gromadzi się w najniższych poziomach czyli w nogach. Jeżeli więc po całym dniu mamy spuchnięte stopy to wiadomo, że serduszko słabnie. Wystarczy zadać sobie dwa pytania aby potwierdzić rozpoznanie. Pytanie pierwsze brzmi: czy po nocy obrzęki mijają. Jeżeli tak to na pewno coś z sercem. Drugie pytanie: czy musimy w czasie nocy wstawać i udawać się do toalety. Ta sama zasada naczyń połączonych: woda z nóg w czasie snu spływa do nerek i powoduje częstsze oddawanie moczu. Czym bardziej “zmęczone” serce tym szybciej po zaśnięciu wstajemy pierwszy raz oddać mocz. Dodatkowo w ciągu dnia możemy sprawdzić tętno czyli puls. Normalnie powinien mieścić się w zakresie 70 - 90 uderzeń na minutę. Wzrost szybkości tętna jest dowodem uszkodzenia mięśnia sercowego. Oczywiście wzrost ten obserwować należy w czasie spokojnej normalnej pacy, a nie w czasie biegu za tramwajem. W czasie biegu puls może wzrosnąć nawet do 120- 140 uderzeń, ale powinien po kilku minutach powrócić do stanu wyjściowego. Żadne zwężenie tętnicy nic tutaj nie spowoduje. Jeżeli wystąpi ból za mostkiem w takiej sytuacji to świadczy, że dochodzi do zakwaszenia przemiany w mięśniu serca. Odkrył to już Otto Heinrich Warburg w 1931 roku i dostał za to nagrodę Nobla. Dziwnie szybko  wydarzenie to okryto niepamięcią.

U osób zmarłych z rozpoznaniem klinicznym zawału mięśnia serca badania sekcyjne  wcale nie wykazują blaszek miażdżycowych zamykających tętnice. Na ponad 10 000 sekcji wykonanych w USA z powodu zawałów stwierdzono blaszki miażdżycowe tylko u podstawy serca, natomiast sam zawał na szczycie serca.

Tak więc brak podstaw naukowych mówiących o tym, że nadmiar cholesterolu szkodzi. Wręcz przeciwnie:  jego niedobór może być przyczyną różnych dolegliwości z demencją włącznie. W latach 60 - 70 ubiegłego wieku uważano, że poziom 250 mg jest jak najbardziej prawidłowy. Uwagę lekarzy przykuwała dopiero wielkość powyżej 300 - 350 mg. Poprzez głosowanie w latach 80 ustalono prawidłowy poziom cholesterolu najpierw na 200 mg, po kilku latach na 150 mg, a obecnie chcą obniżyć do 100 mg. Jedno jest pewne po takiej obniżce większość społeczeństwa nie będzie miała problemów intelektualnych, ponieważ przestanie myśleć. I może o to właśnie chodzi?

Ad rem.
Badania wykazały, że cholesterol w połączeniu z siarką tworzy siarczany bezpośrednio odpowiedzialne za krzepliwość krwi. Brak cholesterolu zwiększa prawdopodobieństwo i częstotliwość powstawania w sprzyjających warunkach zakrzepów. Czyli czym niższy poziom cholesterolu tym łatwiej o zakrzepy.
W okresie ostatnich ok. 30 lat stwierdzono, że choroby tętnic spowodowane są nadmiarem cukrów, szczególnie chlorowcopochodnych fruktozy. To tworzy uszkodzenia w ścianach naczyń. Cholesterol jest po prostu rodzajem plastra na takie uszkodzenia. Pamiętam nowo narodzone dzieci mające cholesterol po wyżej 300 mg i żyjące długo i szczęśliwie oraz osoby umierające na zawał o poziomie cholesterolu w granicach 130. Statyny powodując wzrost odporności na insulinę przyczyniają się do występowania cukrzycy, szczególnie typu 2.

Drugim mechanizmem powstawania cukrzycy jest wyrzucanie cholesterolu. Jak spożywa się posiłek obfity kalorycznie, to nadmiar kalorii w naszej wątrobie zmienia się na cholesterol i trójglicerydy. Ale statyny blokują powstawanie cholesterolu więc wątroba zwraca cukier do krwioobiegu podwyższając jego koncentrację. Statyny przyczyniają się do obniżenia poziomu koenzymu Q 10 odpowiedzialnego za usuwanie wszelkiego rodzaju trucizn z organizmu. Inna nazwa koenzymu Q 10 to ubichinion. Najwięcej koenzymu Q 10 jest w mitochondriach. Mitochondria są to takie małe fabryki energii dla komórki. Jeżeli zmniejsza się poziom cholesterolu, to maleje także ilość koenzymu Q 10 w mitochondriach i fabryka produkuje mniej energii. Uszkadzanie mitochondriów powoduje także wzrost wolnych rodników. Wolne rodniki jeszcze bardziej uszkadzają komórki. A to doprowadza do kwasicy w mięśniach np. serca.

Odpowiedni poziom ubichinonu chroni komórki mięśnia sercowego przed miopatia [uszkodzeniem mięśnia serca]. Zablokowanie produkcji cholesterolu wpływa także na zablokowanie szlaku mewalonianu tj. głównej drogi zarządzani hormonami sterydowymi w organizmie. Wiemy, że aż 75% cholesterolu jest produkowanego w wątrobie co ma bezpośredni wpływ na produkcję insuliny, czyli optymalizacja cholesterolu zapobiega cukrzycy. Z cholesterolu powstaje także witamina D.Odpowiedni poziom witaminy D zapobiega między innymi rozwojowi raka piersi i jajników u kobiet.

Najciekawsze jest to, że pomimo takiej walki z cholesterolem jako przyczyną zawału mięśnia serca, zawał stał się mordercą numer jeden na świecie. Przypomina to trochę anegdotę, że Anglia w czasie wojny będzie walczyła do ostatniego Polaka. Kardiolodzy bez względu na badania medyczne “fuszerują” chorych statynami do ostatniego żywego pacjenta. Na przestrzeni ostatnich 50 lat, liczba zgonów z powodu zawałów serca zwiększyła się ponad 10 krotnie, a liczba zgonów z powodu raka tylko 2 krotnie. [dane  dotyczą USA]  Jednocześnie liczba osób z uszkodzeniami tętnic w ciągu ostatnich 100 lat tylko się podwoiła, a w okresie tych samych 100 lat liczba zgonów z powodu zwałów wzrosła aż 100 razy. W okresie 2000 do 2008 roku liczba chorych ze zdiagnozowaną chorobą Alzheimera  wzrosła o 66%, ale zyski ze sprzedaży jednego tylko leku obniżającego poziom cholesterolu LIPITOR wzrosły o 246% z 5 miliardów dolarów w roku 2000 do 13 miliardów w roku 2008. Ten zysk to wynik twojej niewiedzy Drogi Czytelniku. Jak to mówią: głupi zawsze musi płacić.

Opublikowane w 2009 roku w American Hearth Journal wyniki badań 137 000 pacjentów leczonych z powodu zawału serca wykazały, że 75%  spośród nich miało prawidłowy poziom cholesterolu. Ciekawym jest także fakt, że polscy kardiolodzy nie przedstawiają ŻADNYCH prac wykazujących odlegle wyniki  takiego obniżania poziomu cholesterolu, czasu przeżycia tych chorych, występowania chorób współistniejących.

I takich mamy tzw. specjalistów, którzy robią wszystko aby tego społeczeństwo nie wiedziało. Dowodem, że ani ruch, ani cholesterol nie mają żadnego znaczenia w powstawaniu zwału są poniższe dane.
- Inwalidzi przykuci do wózków, łóżek, nie uprawiający żadnego sportu wcale nie mają częściej zawałów aniżeli średnia populacji.
- Nadwaga nie ma żadnego większego znaczenia w powstawaniu zwału: śmiertelność w skutek zawału osób szczupłych jest większa aniżeli otyłych.
- Ryzyko zawału u osób z cukrzycą jest większe ale z powodu zakwaszenia przewlekłego, a nie chorób naczyń serca.
- Brak różnic w częstotliwości zawałów pomiędzy palaczami i niepalącymi. Wśród zawałowców było więcej niepalących.
- Stosunkowo często pojawiają się nagłe zgony sercowe u młodych sportowców tzw. przetrenowanych czyli mających przewlekłe zakwaszenie mięśnia sercowego.

Już Manfred von Ardenne w latach 70-tych ubiegłego wieku udowodnił, że skrzeplina powstaje po ustaniu przepływu, jako skutek, a nie przyczyna choroby. Dlaczego nasze tuzy kardiologii o tym nie wiedzą?

W takiej sytuacji rutynowe podawanie antykoagulantów jest błędem sztuki. Każdy kończący III rok nauki medycyny wie, albo przynajmniej powinien wiedzieć, że krew krzepnie tylko po opuszczeniu naczyń krwionośnych albo po ustaniu krążenia. Jest to związane z oddziaływaniem elektrostatycznym. Wielkie zdziwienie więc budzi podawanie antykoagulantów jako rutynowego postępowania po zawale. Jest to wyraźne zaprzeczenie wcześniej zdobytej wiedzy. Jednocześnie pokazuje jak dobry marketing, czyli ogłupianie ludzi, wpływa na lekarzy.

W Polsce “oszacowano” [bardzo modne ostatnio słowo w kręgach naukowo inaczej], liczbę osób z podwyższonym cholesterolem wymagających podawania statyn na 18 milionów, czyli praktycznie co druga osoba powinna płacić ten podatek. [Ogólnopolskie Badanie Rozpowszechniania Czynników Ryzyka Chorób Układu Krążenia NATPOL 2011- już piszą “z amerykańska” ,duże litery poszczególnych wyrazów - widać szkołę Rockeffelera]. Polska to obecnie ok. 36 milionów ludzi. Odliczając dzieci i młodzież, stanowi to ponad 10 milionów osób, czyli praktycznie każdy musi kupować statyny wg naszych "ekspertów” kardiologicznych. Już ściągają z rynku NFZ ok. 2 miliardów złotych. To ile by zarabiali gdyby udało się zmusić resztę do kupowania statyn?

Ale mamy także tytuły: “Leczenie zwałów: intratny biznes czy unikalny system za niewielkie pieniądze”. Tym bardziej, że leczenie zachowawcze, [lecz odmienne aniżeli w Polsce stosowane] daje śmiertelność rzędu 4 %, a stosowane w Polsce typu by-passy czy stenty to śmiertelność rzędu 47 %.

Musisz sam się domyśleć Czytelniku co jest przyczyną takiego a nie innego postępowania specjalistów inaczej. Ale oni tylko wypełniają procedury wymyślone przez urzędników.

Tak więc podsumowując, Jeżeli chcesz mieć
1. Uszkodzenie wątroby
2. Szybko postępująca utratę pamięci, demencję, amnezję,
3. Cukrzycę typu 2,
4. Osłabienie mięśniowe,
5. Zaćmę,
6. Zaburzenia seksualne,
7. Niedokrwistość,
8. Wzrost ryzyka zachorowania na raka,
9. Okazję porzeniesienia się do domu opieki społecznej.

KUPUJ I SPOŻYWAJ PRZEPISYWANE TOBIE STATYNY. [Takie informacje kazał umieścić w ulotkach  statyn Amerykański Urząd Kontrolny FDA].

Pamiętaj:
na każde 100 osób po 50 roku życia co najwyżej jedna może potrzebować leku o nazwie statyny. Statyny są kwalifikowane przez FDA jako powodujące poważne wady wrodzone płodów i nie powinny być stosowane prze kobiety nawet planujące ciążę. I kończąc pragnę dodać, że twardnienie tętnić jest związane z fluorem co jednoznacznie wpływa na uszkodzenie serca. Absorpcję fluoru w tętnicach wieńcowych wykazano u 46% pacjentów. A czy kiedykolwiek jakikolwiek kardiolog dał zlecenie na badanie poziomu fluoru choremu na dusznicę bolesną? A czy jakikolwiek przedstawiciel tzw. Zdrowia Publicznego wprowadzał badania fluoru z taką samą gorliwością jak zajmuje się sprzedażą szczepionek?

Czekam na informację.

Toksyczne szczepienia. Wywiad z doktorem Jerzym Jaśkowskim:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Chcesz być zdrowy: pij mleko od krowy, jedz chleb z masłem, [nie daj się nabierać na żadne margaryny] do późnej starości.


PS. 1. Od  maja 2012 roku ginie w internecie cała masa publikacji – pojawia się tekst : strona error albo pojawiają się napisy “W twoim kraju zabronione”. Error 503 Service Unavailable, No ale oczywiście żadnej cenzury nie ma!?
PS. 2.  Jest jeszcze jeden problem z zakresu Zdrowia Publicznego. Dlaczego specjaliści z tego zakresu nie informują kolegów lekarzy, społeczeństwa o nowej chorobie jaka pojawiła się ok. 20 lat temu w związku z eksperymentami związanymi z walką z rzekomymi zmianami klimatu. Od  20 lat w piśmiennictwie medycznym USA, a także Rosji istnieje pojęcie choroby MORGELLONS. Choroba ta związana jest z rozsypywaniem tzw. trwałych smug na niebie. Jak wiadomo w Polsce rozpoczęto rozsypywanie tlenków baru, aluminium, stronty na niebie w 2003 roku. Dlaczego w Ministerstwie Zdrowia, NFZ, GIS i wszelkiej maści instytucjach Zdrowia Publicznego panuje cisza?
PS. 3. Uwaga dotycząca tranu. W sprzedaży znajdują się różne formy tranu. m.in tzw norweski, nie wiem czy nie jest on otrzymywany z dorszy hodowlanych w sztucznych basenach we fiordach i karmionych nie wiadomo czym. Podejrzenie moje wzbudził fakt, przyjmowania tranu przez chorych i zanotowany spadek poziomu witaminy D. Czytelników posiadających informację na temat otrzymywania tego tranu proszę o kontakt. Działa tutaj prawdopodobnie taki sam system jak w przypadku zakupu proszku do prania w Niemczech czy Anglii i tej samej firmy w Polsce. Te różnice w jakości towaru dotyczą także, kawy, herbaty, kosmetyków itd. itd.
PS.4 Tzw. czasopisma recenzowane nie stanowią wyższej jakości naukowej. Powstały tylko i wyłącznie aby ułatwić tzw. biały wywiad gospodarczy. W takim czasopiśmie nigdy nie ukaże się praca w jakikolwiek sposób uderzająca w wielki przemysł. Nie po to przemysł powołuje wydawnictwa“naukawe” aby działać przeciwko sobie!!!


Kontakt: jjaskow@wp.pl

czwartek, 30 maja 2013

Globalne ocieplenie obalone: raport NASA wskazuje, że dwutlenek węgla chłodzi atmosferę.
Ethan A. Huff, naturalnews.com
USA
2013-05-23
Nauka i technologia
Według nowych danych zebranych przez Centrum Badawcze Langley NASA praktycznie wszystko, co przekazały środowiska naukowe głównego nurtu i media na temat rzekomych szkód wyrządzanych przez gazy cieplarniane a zwłaszcza nt dwutlenku węgla jest nieprawdą. Jak się okazuje, wszystkie te, znajdujące się w atmosferze gazy cieplarniane, o których Al Gore i inni oszuści globalnego ocieplenia twierdzili, że przyczyniają się do przegrzania i zniszczenia naszej planety w rzeczywistości ją ochładzają, co wykazały najnowsze wyniki badań.

Globalny szwindel globalnego ocieplenia. Wykład Lorda Christophera Moncktona:


OGLĄDAJ DALEJ>>>

Jak donosi gazeta Principia Scientific International (PSI), Martin Młyńczak i jego koledzy z NASA śledzili emisje promieniowania podczerwonego w górnych warstwach atmosfery Ziemi w trakcie i po niedawnej słonecznej burzy, która miała miejsce między 8 a 10 marca. Odkryli, że zdecydowana większość energii uwolnionej ze słońca po ogromnej erupcji (CME) została odbita z powrotem w kosmos, nie będąc uwięzioną w niższych warstwach atmosfery ziemskiej.

W wyniku tego nastąpił ogólny efekt chłodzenia, który całkowicie zaprzecza oświadczeniom płynącym z oddziału klimatologii NASA, że gazy cieplarniane są przyczyną globalnego ocieplenia.


Jak pokazują dane z pomiarów atmosfery za pomocą Radiometrii Szerokopasmowej Emisji (ang. Broadband Emission Radiometry) (SABER), zarówno dwutlenek węgla (CO2) jak i tlenek azotu (NO), których duże ilości znajdują się w ziemskiej, górnej atmosferze odbijają energię cieplną, a nie chłoną.

"Dwutlenek węgla i tlenek azotu są naturalnymi termostatami," mówi James Russell z Uniwersytetu Hamptona, który był jednym z głównych naukowców przełomowego badania SABER. "Kiedy górne warstwy atmosfery (lub" termosfera") nagrzewa się, cząsteczki działają tak aby, jak tylko mogą, odbić z powrotem ciepło w przestrzeń kosmiczną."

Prawie całe "podgrzewające" promieniowanie generowane przez słońce jest blokowane przez CO2 by nie przeszło w niższe warstwy atmosfery.

Według danych do 95% promieniowania słonecznego jest dosłownie odbijanych z powrotem w przestrzeń kosmiczną przez CO2 i NO znajdujące się w górnej warstwie atmosfery. Bez tych, niezbędnych elementów, innymi słowy, ziemia mogła by wchłonąć potencjalnie katastrofalne ilości energii słonecznej, które doprowadziły by do stopienia polarnych pokryw lodowych i zniszczenia planety.

"To szokujące odkrycie wyraźnie zaprzecza kluczowej propozycji tzw teorii gazów cieplarnianych, która twierdzi, że więcej CO2 oznacza więcej ocieplenia na naszej planecie," napisali H. Schreuder i J. O'Sullivan dla PSI. "Nowe dane NASA obala ten pogląd, a to ogromny kłopot dla szefa klimatologii w NASA, dr Jamesa Hansena i jego zespołu z NASA GISS".

Dr Hansen, oczywiście, jest działaczem promującym globalne ocieplenie, który pomógł rozniecić histerię zmian klimatycznych w USA w 1988 roku. Tuż po premierze nowego badania SABER, Dr Hansen odszedł na emeryturę porzucając swoją karierę jako klimatologa NASA i ponoć teraz planuje przeznaczyć swój czas "na naukę", i "zwrócenie uwagi na [jej] implikacje dla młodych ludzi."


Link do oryginalnego artykułu: LINK


|  Pierwsza Globalna Rewolucja. Czyli kto wymyślił problem CO2.   |  "Naukowcy" żądają pernamentnej recesji by zatrzymać zagrożenie globalnego ocieplenia.   |  Audycja Wiadomości PrisonPlanet.pl: Problematyka globalnego ocieplenia.   |  Audycja Wiadomości PrisonPlanet.pl: Problematyka zrównoważonego rozwoju.   |  WWF wzywa do ubóstwa by uratować planetę.   |  Degrowth - cofanie rozwoju. Nowa polityka ekologicznych fanatyków.  |  Ecocide: kryminalizacja ludzkości w imię ratowania planety.   |  Eko-szaleństwo: jak dżdżownice są obwiniane za "globalne ocieplenie", a ekolodzy proponują eutanazję niedźwiedzi polarnych.  |  Fiasko ustanowienia eko-faszystowskiego rządu podczas szczytu w Durban.   |  Globalne ociep... Zima trzydziestolecia w Berlinie i śnieg w marcu.   |  Profesor bioetyki: podajmy ludności środki farmakologiczne by przyjęła "Zielony Porządek Świata".  |  Film: Ecoscience - plan globalnej eksterminacji ujawniony.  |  Ban Ki Moon deklaruje, że "model konsumpcji jest martwy", opisując świat przymusowej pracy na rzecz środowiska.   |

środa, 15 maja 2013


środa, 15, maj 2013 23:30

Polacy padli ofiarą współczesnego niewolnictwa, już nic nie da się zrobić!

Napisał Redaktor
Twoja ocena newsa!
(4 głosów)
W filmie „Matrix” maszyny zniewoliły człowieka. A obecnie jesteśmy świadkami tego, jak system administracyjno-bankowy przejmuje kontrolę nad wszystkimi aspektami życia człowieka. Jest to proces niezauważalny, a drobne i zdawałoby się niewinne zmiany umykają nam w natłoku innych pustych informacji. Oto kilka z nich.
Płatny dostęp do własnych pieniędzy

Teoretycznie jest to nieistotny i mało medialny temat. Opłata za pobranie gotówki z bankomatu banku, w którym posiadamy konto, wydaje się rzeczą niewinną, która znajdzie ochoczych zwolenników wśród bankowców. W końcu to dodatkowa usługa, oferowana w większości przypadków przez prywatny podmiot, jakim jest bank. Jednak na problem należy spojrzeć szerzej, a wtedy wprowadzenie drobnych opłat za „wygodę” okaże się preludium do czegoś większego.

Od dawna banki i pracodawcy lobbują za wprowadzeniem zasady wypłaty wynagrodzeń tylko na konto pracownika. Osoba fizyczna może jeszcze konta nie posiadać, ale większość firm nie może bez niego funkcjonować. Powoli obrót środkami płatniczymi poza systemem bankowym staje się niemożliwy, wręcz niezgodny z prawem.

Czy można uczynić krok dalej? Można nałożyć opłaty za wypłatę pieniędzy nawet w oddziale banku. Na razie jest to nielegalne, bo stosowne praktyki wpisano do rejestru klauzul abuzywnych, ale zawsze znajdzie się sposób na to, aby wprowadzić je z innego powodu. Duże sumy, zwykle powyżej 20 tys. zł, należy zgłaszać wcześniej, bo bank i tak każe to zrobić, a za nieodebranie własnej gotówki w terminie trzeba zapłacić karę.

Rząd rozważa także wprowadzenie obowiązku wypłaty emerytur z ZUS-u tylko na konto w banku. Argumenty o ciężkich torbach listonoszy stają się miałkie w sytuacji, gdy uświadomimy sobie istotę nakazu: otóż państwo zmusza pokaźną część ludzi do korzystania z prywatnych przedsiębiorstw, czyli banków. Łatwo można sobie wyobrazić, jakie produkty finansowe wymyślą banki dla nowej grupy klientów. Od ubezpieczeń, przez „produkty inwestycyjne dla wnuków”, aż po konkursy SMS-owe. Opłaty za korzystanie z usług banków nie są rzeczą złą do momentu, kiedy nie zacznie nas do nich zmuszać państwo. Wówczas staną się elementem systemu podatkowego, który nie będzie finansował dóbr publicznych, tylko dobra luksusowe swoich właścicieli.

Żyj po to, by kupić mieszkanie

To jest wybitny przykład tego, jak system zrobił wodę z mózgu całkiem sporej części społeczeństwa. Mieszkanie stało się największą wartością, praktycznie celem życia. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi dniami i nocami analizują swoją zdolność kredytową, oferty deweloperów, finansowe korzyści różnego typu rządowych programów, prawne aspekty i koszty zakupu nieruchomości. Wszystko dlatego, że jest to produkt drogi. Jest wręcz za drogi jak na możliwości przeciętnego Polaka i to powinno być dla każdego oczywiste! Wystarczy spojrzeć na średnie zarobki w Niemczech i ceny mieszkań w tym kraju. Z tego powodu większość młodych ma tylko jedną możliwość zakupu własnego mieszkania – muszą iść do banku po kredyt.

Później czeka ich ponad 20 lat spłaty i życie w ciągłym zagrożeniu utraty pracy, z małą szansą na zmianę lokum na inne. Kredyt na mieszkanie jest jak smycz, która ogranicza mobilność młodych ludzi. Związuje go z miejscem pracy i życia dokładnie tak samo, jak kiedyś pańszczyzna przywiązywała chłopa do ziemi. Ucieczka jest bardzo trudna i obarczona ryzykiem, że jeżeli nie wywiążesz się z umowy, to konsekwencje i koszty poniesie najbliższa rodzina. Dodatkowo odpowiedzialnością za niegospodarność, ryzykiem, obarczony jest tylko klient – banku to nie dotyczy. W razie problemów finansowych zlicytuje kredytobiorcę za ułamek wartości majątku i zostawi na bruku z wciąż olbrzymim kredytem. Bank kontroluje „ognisko domowe”, bo uważa, że wszystko do niego należy. Kredyty udzielane są na cokolwiek, nie trzeba oszczędzać – wystarczy chcieć. Społeczeństwo w prosty sposób dało się zwieść na pokuszenie.

System podatkowy i przymus pracy

Podatki pożerają 70% dochodów przeciętnego Polaka. Część stanowią koszty pracy, reszta to VAT, akcyza, podatki od nieruchomości i inne opłaty. Fiskus kontroluje przepływy finansowe – praktycznie wszystkie są opodatkowane. Darowizny i akty pomocy międzyludzkiej również. Nie mogę po prostu dać pieniędzy koledze w potrzebie. Nie mogę komuś bliskiemu, ale niespokrewnionemu podarować mieszkania na własność bez podatku. Praca na czarno, czyli poza systemem podatkowym jest nielegalna, nawet jeżeli człowiek zrobi wszystko, aby nie korzystać z wszelkich możliwych dóbr publicznych.

Na razie w Polsce nie ma przymusu pracy, ale niewiele brakuje, by taki wprowadzić. Już teraz trwa debata w Brukseli, czy zagwarantować pracę młodym najpóźniej 4 miesiące po ukończeniu przez nich nauki. W systemach totalitarnych obywatele też mają dożywotnią gwarancję zatrudnienia.

Przeciętnego Polaka, czyli tego, który zarabia poniżej 2 tys. zł na rękę, stać na bardzo mało. Gdy już zapłaci ratę za mieszkanie i opłaci rachunki i żywność, to zostają mu drobne oszczędności. A te bardzo szybko topnieją, na przykład gdy popsuje mu się auto (kupione na kredyt). Innymi słowy, nie ma możliwości samodzielnego oszczędzania na emeryturę. Teoretycznie państwo robi to za niego, pobierając składkę do ZUS-u, ale emerytura będzie mu wypłacana dopiero wtedy, gdy ukończy odpowiedni wiek. Teraz jest to 67. rok życia, ale za 5 lat może trzeba będzie pracować do 70. Zatem praktycznie nikogo nie stać na luksus zrezygnowania z pracy i prowadzenia wędrownego trybu życia za uczciwie zaoszczędzone pieniądze. Zresztą taki człowiek jest określany mianem darmozjada, rentiera lub kapitalisty, który na pewno prędzej czy później trafi do więzienia. Jeśli nie za włóczęgostwo, to za oszustwa podatkowe. Sposób stary jak Al Capone.

Dług publiczny

Budżet państwa jest jak tort na weselu, ale nie dla każdego wystarczy kawałków. Politycy, żeby rządzić, muszą obiecać jak najwięcej. Jednak pieniądze nie biorą się znikąd. Aby sprostać roli gospodarza na weselu, państwo musi zaciągać kredyt, nazywany długiem publicznym. Na jego obsługę wydajemy 43 mld zł. Nie spłacamy go, tylko coraz bardziej się zadłużamy. Korzystają na tym banki i inne instytucje finansowe będące wierzycielami państwa, które czerpią dochody z odsetek płaconych przez podatników. Obecnie dług publiczny wynosi ponad 50% PKB, czyli wartości wszystkich wyprodukowanych dóbr i usług w Polsce w ciągu roku.

Żeby to spłacić, każdy Polak musiałby pracować przez ponad pół roku jak niewolnik – bez wynagrodzenia, bez żadnych zakupów, a wszystkie wytworzone dobra i usługi oddawać za darmo swoim wierzycielom. Kolejne pół roku mógłby pracować normalnie, ale też nie zarobiłby ani jednej złotówki, bo całe wynagrodzenie oddałby w formie podatków, by państwo mogło odtworzyć budżet. To nie jest informacja przesadzona – dzień wolności podatkowej, czyli moment, kiedy przestajemy pracować na państwo, a zaczynamy dla siebie, wypada mniej więcej w połowie roku. Dług publiczny w przeliczeniu na jednego Polaka od oseska do starca to ponad 20 tys. zł!


Każdy polityk, który proponuje budżet z deficytem, w rzeczywistości zaciska pętlę na szyjach obywateli. Clou programu polega na tym, że rządzący nie widzą w tym absolutnie nic złego, bo wzorce czerpali z nieomylnego zachodu. A ludzie kiedyś sądzili, że na syfilis najskuteczniejsza jest kuracja rtęcią.

Demokracja sondażowa i statystyka

W Polsce demokracja uzależniona jest od obietnic wyborczych. Najwięcej głosów zdobywa ta partia, która obiecała najwięcej. Ludzie głosują owczym pędem, ale nie za czymś korzystnym, lecz przeciw czemuś jeszcze mniej korzystnemu. Z natury każdy jest socjalistą, bo lubi, jak ktoś coś mu daje za darmo. Tylko nieliczni zastanawiają się nad tym, kto za to płaci.

Ponadto obywatele żyją w ciągłym napięciu, że jeśli nie zagłosują za obecnym porządkiem, to do głosu dojdą jeszcze więksi radykałowie, wariaci, frustraci, wrogowie polskości itd. Z tego powodu wybieramy partie bez programów wyborczych, bez ideologii i celów. Te nie muszą ich nawet tworzyć, bo i tak nikt ich nigdy nie będzie z tego rozliczał. Dla systemu administracyjno-finansowego to idealna sytuacja, bo pozwala zachować status quo – politycy i obywatele skupiają się na nieistotnych szczegółach, które leżą bardzo daleko od sedna sprawy.

To samo dotyczy statystyki. Wierzymy w to, że dane podawane przez GUS i inne instytucje są rzetelne i prawdziwe. Nie bierzemy pod uwagę możliwości manipulowania nimi, bo taki zarzut to wystąpienie antysystemowe. Niestety, wystarczy sprawdzić metodologię podstawowych wskaźników i będziemy wiedzieli, jak jesteśmy oszukiwani. Przeciętne wynagrodzenie liczone jest na podstawie danych pochodzących tylko z przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 9 pracowników. Takie przedsiębiorstwa odpowiadają tylko za 30% miejsc pracy, czyli ok. 5,3 mln ludzi. Pozostałe 11 mln pracujących nikt nie pyta o wysokość wynagrodzenia, a są to nasi dobrzy znajomi pracujący w kioskach, biurach rachunkowych czy osiedlowych sklepach spożywczych.

Z kolei bezrobocie dotyczy tylko ludzi zarejestrowanych w urzędach pracy, czyli teoretycznie połowa z nich może pracować na czarno. Koszyk inflacyjny zawiera wiele rzadko kupowanych produktów, na które nie stać 70% ludzi w tym kraju. W końcu czy ktoś uwierzy, że artykuły spożywcze podrożały w ciągu roku tylko o 3%? Statystyka w służbie systemu jest jednym z narzędzi do budowania nastroju dobrobytu, a ten jest zachętą do zwiększania poziomu zadłużenia.

Nie oszczędzaj, wszystko od razu oddaj państwu

Włożenie oszczędności do słoika i zakopanie ich w ogródku niedługo będzie ciężkim przestępstwem – pieniądz musi krążyć w systemie, jest jak krew dla organizmu. Prawdziwym geniuszem okazał się ten, kto wpadł na sposób, jak kontrolować krwiobieg i regulować nim wszystkie aspekty życia człowieka. Kto się wyłamuje, ten świadomie szkodzi gospodarce, staje się przestępcą i będzie napiętnowany jako dziwak, anarchista lub po staremu – szkodnik. W końcu media nie od dziś przekonują, że człowiek żyje nie dla siebie, ale dla mitycznego wzrostu gospodarczego, wskaźników, konferencji. Strategia systemu bankowego jest bardzo prosta i nastawiona na ekspansję. Wszystko dla systemu, nic poza systemem i bez wiedzy systemu.

Łukasz Piechowiak
Bankier.pl

wtorek, 14 maja 2013


Ks. Adam Boniecki znał Turowskiego już w latach 80.?

Dodano: 13.05.2013 [17:38]
Ks. Adam Boniecki znał Turowskiego już w latach 80.? - niezalezna.pl
foto: Tomasz Hamrat/Gazeta Polska
Ks. Adam Boniecki skłamał, składając oświadczenie, w którym stwierdził, że poznał Tomasz Turowskiego jako ministra pełnomocnego ambasady w Moskwie, w latach 90. - powiedział w Radiu Wnet Piotr Jegliński, w PRL działacz opozycji demokratycznej.

Oświadczenie ks. Bonieckiego zostało wykorzystane w procesie, który Tomasz Turowski wytoczył dziennikarzowi Cezaremu Gmyzowi. Duchowny pisze, że poznał Turowskiego, gdy ten był ministrem pełnomocnym ambasady RP w Moskwie (1996-2001) oraz ambasadorem w Hawanie (2001-2005). Zdaniem ks. Bonieckiego Turowski, były komunistyczny szpieg, "wykazał znaczną inicjatywę w dziele podtrzymania i rozprzestrzeniania wiary we wspomnianych krajach" (Rosja i Kuba).

Piotr Jegliński, inwigilowany przez Turowskiego w latach 80., powiedział w Radiu Wnet, że oświadczenie redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" jest całkowicie nieprawdziwe. "Przede wszystkim już nieprawdziwe twierdzenie ks. Bonieckiego dotyczące okoliczności poznania Tomasza Turowskiego, ponieważ ks. Boniecki poznał go w Rzymie wiele, wiele lat wcześniej. Zresztą byłem świadkiem tego. To stało się przy mnie" - twierdzi Piotr Jegliński.

Jak pisała "Gazeta Polska", według osób znających Turowskiego w latach 80. był on na „ty” m.in. z kardynałem Stanisławem Dziwiszem, nazywanym w Stolicy Apostolskiej „don Stanislao”, a także z wieloletnim spowiednikiem papieża Jana Pawła II, ks. Antonim Mrukiem. Rzecznik prasowy archidiecezji krakowskiej w odpowiedzi na pytanie "GP", czy kardynał Dziwisz był na „ty” z Turowskim, odpisał, że kardynał „mimo praktyki zwyczajowej na Zachodzie mówienia na »ty« nie akceptował tej formy w stosunku do siebie”. Dodał, że „wszelkie próby łączenia metropolity z panem Turowskim są bezpodstawne” i że Turowski nie cieszył się w Watykanie zaufaniem ks. Dziwisza. Rozmówca "Gazety Polskiej" mówił jednak, że w jego obecności Tomasz Turowski telefonował do ks. Dziwisza, zwracając się do niego po imieniu. Wspomina też rozmowę ks. Dziwisza i Turowskiego w Sali Klementyńskiej, podczas której w ten właśnie sposób zwracali się do siebie.

Według informatorów "GP", Turowski w latach 80. odwiedzał w Łomży abp. Juliusza Paetza. Agent PRL-owskiego wywiadu znał również bardzo dobrze o. Roberto Tucciego, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo Ojca Świętego, oraz komendanta gwardii szwajcarskiej w Watykanie.


 
Autor: