niedziela, 8 grudnia 2013

Bogna Białecka

Wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o gender, a powinniście

Data publikacji: 2013-12-05 21:00
Data aktualizacji: 2013-12-07 11:50:00
Wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o gender, a powinniście
Marguerite Peeters. Fot. CN MediaFR
Nie wiem, czy tylko ja mam specyficznych znajomych, czy we wszelkich dyskusjach na temat ideologii gender pojawiają się napuszone panny i panie, które z lekceważeniem kwitują "ciemnogrodzkie straszenie genderem" z pozycji osób, które jeśli nie ukończyły "studiów genderowych" to przynajmniej czytały Uwikłanych w płeć autorstwa Judith Butler.

Pierwsza z brzegu wypowiedź: Studiowałam socjologię, specjalizację społeczno-kulturowa tożsamość płci (czyli gender) pięć lat i pierwsze słyszę, że to na tym polega gender. Widocznie odkąd skończyłam studia (2007 r.) to pojęcie uległo całkowitemu przedefiniowaniu.

Cóż, mi także kilka lat zajęło odkrycie, że połowa tego, czego uczyłam się na studiach psychologicznych to czyste New Age, a z drugiej połowy 70 procent stanowią przydatne w praktyce terapeutycznej, ale nie oparte na badaniach zgrabne teorie. Natomiast naprawdę nie musimy tracić kilku lat życia na studia o specjalizacji społeczno-kulturowej tożsamości płci by zrozumieć, czym jestgender i dlaczego, jako zjawisko polityczne, ideologia ta jest niebezpieczna dla każdego, niezależnie od światopoglądu.

Książka  pt. Gender - światowa norma polityczna i kulturowa napisana przez Marguerite A. Peeters jest, moim zdaniem, absolutnym minimum niezbędnym do przeczytania na ten temat. Stosunkowo niewielka (przeczytałam ją w podróży pociągiem na trasie Warszawa-Poznań), napisana przystępnym językiem, stanowi kompendium wiedzy o gender.
Nie wiem, czy Państwo zauważyliście, ale trudno szukać fascynacji tą ideologią u osób pochodzących ze zdrowych, szczęśliwych rodzin, wiodących udane życie małżeńskie i rodzinne. O gender pozytywnie mówią z reguły osoby w dziwacznych związkach, panie, które z domu uciekają w pracę zawodową, bo czują się stłamszone, duzi chłopcy, niezdolni do utworzenia dojrzałego, opartego na autentycznej miłości związku z kobietą, rodzice, którzy w swoich dzieciach próbują uleczyć własne rany i zapewnić im "lepsze dzieciństwo" niż to, jakiego sami doświadczyli.

A zatem gender przemawia szczególnie mocno do osób poranionych emocjonalnie, postrzegających relacje między ludźmi nie tyle jako otwartą na służbę drugiej osobie miłość (caritas), a raczej jako relację walki o władzę i dostarczania sobie nawzajem pewnych korzyści. Są to osoby z jednej strony  będące ofiarą kryzysu kultury wywołanego przez to zjawisko, zaś równocześnie otwarte na iluzoryczne pseudorozwiązania przez nie oferowane.

Osób takich jest stosunkowo niewiele, okupują jednak "studia genderowe" i różne lewicujące (i dobrze finansowane) organizacje. Prawdziwy problem polega na tym, że przeciętna Kowalska nie ma o gender zielonego pojęcia i pewien niepokój zaczyna odczuwać dopiero wtedy, gdy dziecko z przedszkola przynosi książeczkę o tym, że "chłopcy mogą się ubierać w sukienki, jak chcą" i pyta taty, dlaczego się nie maluje.

Peeters omawia szczegółowo źródła i inspiracje światopoglądowe, które stanęły u podstaw ideologii.  Historia ta obejmuje i Freuda z jego "śmiercią ojca", i Sanger ze "śmiercią matki", a także Nietzschego ze "śmiercią Boga" . Gender zakłada postrzeganie relacji mężczyzny z kobietą nie jako relacji miłości, a władzy. Poznanie nazwisk i koncepcji, które leżą u kulturowych podstaw tego zjawiska pozwala nam lepiej zrozumieć, dlaczego cieszy się tak wielkim powodzeniem.

Z praktycznego punktu widzenia bardzo ważne są kolejne rozdziały, mówiące w jaki sposób normy genderowe znalazły drogę do polityki światowej, czym jest gender mainstreaming i jakie ma konsekwencje - np. dla życia codziennego w małym miasteczku w Polsce, gdzie dzieci rodziców wyrażających niezgodę na wdrażanie programu genderowego w przedszkolu, próbowano wyrzucić z tegoż.

Peeters ukazuje proces historyczny, który doprowadził do tego, że narzucona przez mniejszość wizja człowieka, choć pozbawiona naukowych podstaw, wizja, której przeczy biologia, psychologia ewolucyjna, a nawet antropologia, zostaje narzucona jako "globalny konsensus" nowej etyki i kultury i realizowana w prawodawstwie.

Szczerze przyznam, że opisany przez Peeters proces "dekonstrukcji płci" oferowany przez najnowszą odmianę ideologii gender - czyli teorię queer jest kuszący. Mówi on o braku jakichkolwiek ograniczeń, czy to biologią, czy orientacją seksualną, czy rolami płciowymi w całkowitej swobodzie codziennego definiowania swej tożsamości na nowo. Współczesna, a ubrana w wyrafinowany język pseudofilozofii stara obietnica "będziecie jako bogowie".

Zresztą to właśnie pisze też Peeters: "Gender nie wymyśla niczego nowego. Przyłącza się do procesu negacji właściwej dla tajemnicy zła która od początku, na przestrzeni całej historii wciągała ludzkość w potrójną dewiację: nieuporządkowanej pogoni za władzą i przyjemnościami oraz posiadania władzy, traktowanymi jako cele same w sobie. Sprawia, że na nowo pojawia się dawna pokusa nadczłowieka, mężczyzny i kobiety, którzy chcą "być jak Bóg"”.

Jedyne wątpliwości budzi proponowana przez Peeters wizja przeciwstawienia się mentalności genderowej. Autorka słusznie podsumowuje, że gender jest kolosem na glinianych nogach, który wnosząc w życie człowieka pustkę nie oferuje konstruktywnych rozwiązań, a jedynie stare, marksistowskie idee osiągnięcia szczęścia ziemskiego, ubrane w nowe, modne szatki. Autorka jednak jakby nie zauważa, że pustkę tę wypełnia w Europie kultura dająca silne poczucie tożsamości płciowej, radykalnie podkreślająca różnice między kobietą a mężczyzną, lecz prowadząca ku drugiej skrajności - traktowania kobiety w sposób przedmiotowy. Chodzi tu o islam.

Na szczęście w książce Peeters padają konkretne propozycje dotyczące tego, co możemy robić, by chronić normalność. A podstawą jest jednak - nie posługiwać się sztucznym językiem genderowców. Autorka podkreśla, że pod kilkoma sympatycznie brzmiącymi hasłami, np. "walki z negatywnymi stereotypami płciowymi" kryje się ideologia prawdziwie niszczycielska, nierozłącznie z nimi zintegrowana. Przestrzega szczególnie przed postawą "użytecznego idioty", czyli osoby bezkrytycznie łykającej dobrze brzmiące slogany, nie zauważając zupełnie ich "drugiego dna". Postawę tę trafnie streszcza poniższa wypowiedź:
"Znam dobrze teorię gender, nie podchodzę do niej bezkrytycznie, ale mam ją na względzie, wychowując moje dzieci. (...)  Zawsze znajdą się fanatycy każdej teorii czy ideologii, którzy w tym fanatyzmie niebezpiecznie płyną jak najdalej od rzeczywistości i zdrowego rozsądku. Nie oznacza to jednak, że ta teoria czy ideologia nie ma w sobie czegoś sensownego."

Peeters wyjaśnia to jednoznacznie. Gender zakłada taką wizję człowieka, która prowadzi wyłącznie do jego degeneracji, mimo iż niektóre z głoszonych przez nią sloganów brzmią szlachetnie. Zło w czystej postaci źle się sprzedaje, dobrze sprzedaje się ładnie polukrowana karykatura dobra.

Podsumowując - książka potrzebna, ważna, o solidnym warsztacie naukowym, nadająca się do czytania dla każdego, niedługa. Jednym słowem, must read!

Bogna Białecka

Marguerite A. Peeters, Gender - światowa norma polityczna i kulturowa. Narzędzie rozeznania. Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2013.



Read more: http://www.pch24.pl/wszystko--czego-nie-chcecie-wiedziec-o-gender--a-powinniscie,19652,i.html#ixzz2ms2Fmj7D

"Przy całej tej skali platformerskiej propagandy wystawiłem się celowo" - Leszek Długosz o linczu środowiska "Piwnicy..." po jego wejściu do polityki

opublikowano: wczoraj, 13:09 | ostatnia zmiana: wczoraj, 15:37

Fot. leszekdlugosz.pl
Na wejściu w politykę niczego nie zyskałem, wręcz przeciwnie, straciłem i doskonale wiedziałem, co mnie czeka. Przecież wiem, gdzie i wśród kogo żyję. No i mam, co chciałem: zostałem wycięty, wyrzucono mnie z radia, nie znajdzie mnie pan w telewizji, na moje występy nikt nie dostanie dotacji, ale wziąłem to 
w rachubę
- mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem w Rzeczpospolitej Leszek Długosz, 
poeta, aktor, kompozytor, autor książki „Pod Baranami. Ten szczęsny czas", a także autor stałej rubryki poetyckiej w tygodniku "wSieci". Opowiada o początkach swojej artystycznej kariery, przygodzie z Piwnicą, fascynacjach, relacjach i dojrzałych wyborach ostatnich lat.
Z mej konstytucji czuję się piwniczaninem, jestem artystą piwnicznym i wiele stamtąd wziąłem. Ale nawet wtedy, w Piwnicy, miałem status nieco odrębny... (...) Miałem swój odrębny profil i dzieliła mnie od zespołu jakaś szczelina. Trochę z nimi piłem, bawiłem się, ale jednak był między nami dystans
- wspomina. Przyznaje, że Piotr Skrzynecki był mu człowiekiem bardzo bliskim, ale mimo to dystans ze środowiskiem Piwnicy był wyczuwalny.
Skrzynia wiedział, że jestem nonkonformistą, że nie zabiegam, że nie walczę o swoje, nie umiem tego.
Wspomina artystyczne osobowości tamtych lat Ewę Demarczyk, Zygmunta Konecznego, Krzysztofa Litwina. Przyznaje, że dla nich wszystkich Piwnica była miejscem szczególnym, przestrzenią, środowiskiem, w którym chciało się być.
Ona wytworzyła wokół siebie w Krakowie całe środowisko, stała się manifestacją nie tylko artystyczną, ale estetyczną i w jakimś stopniu ideologiczną. To było grono niesłychanie hermetyczne i strasznie trudno tam było się dostać.
Wymagało to przyjęcia określonej postawy:
Musiałem dbać o różne rzeczy, na przykład nie wdawać się w złe towarzystwo. Nie występowałem na żadnych akademiach, imprezach zaangażowanych politycznie. Nigdy w życiu, po debiucie w 1963 r., nie wystąpiłem na żadnym festiwalu.
Sam odszedł z Piwnicy w1978 roku, tuż po tajemniczej śmierci swojego szwagra i przyjaciela Wiesława Dymnego.
Wiesiek był chyba najzdolniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem, studiował na ASP, pisał scenariusze, robił scenografię, grał w filmach, robił wszystko. No i był w Piwnicy. To był człowiek niesłychanej wrażliwości, pobudliwości, całkowicie nieuporządkowany. Niesłychanie mocny, ale i kruchy, nie dało się z nim wytrzymać, a jednocześnie przyciągał do siebie magnetyczną siłą...
- wspomina. Nieżywego znalazła go jego żona Anna. Do dziś nie wiadomo, że czy ktoś się do jego śmieci nie przyczynił celowo. Był wówczas inwigilowany i szykanowany przez SB.
Po tym tragicznym wydarzeniu zdecydował się na odejście z Piwnicy, która bez Dymnego, Ewy Demarczyk i kilku innych osób zaczęła przeżywać zastój.
Stan wojenny uratował Piwnicę jako grupę nie dlatego, że pojawiły się jakieś nadzwyczajne osobistości, zostały zmienione koncepcje, tylko życie przyniosło nowe możliwości. Znów aluzyjność stała się niebywale śmieszna
- mówi Długosz, przywołując sławetne odśpiewanie dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego.
I okazało się, że to gra! To prawda, że generał Jaruzelski pomógł Piwnicy.
Piwnica miała też swoje wtyki i to w samym sercu środowiska. Agentem SB okazał się Michał Ronikier. Według historyków donosił na Piwnicę, "Tygodnik Powszechny", targi poznańskie a nawet spółdzielnię mleczarską. Gdy w 2006 roku sprawa wypłynęła na dobre, środowisko Piwnicy uległo podziałowi. Część pisała list w jego obronie, napisany przez Krystynę Zachwatowicz, inni - tak jak Leszek Długosz - odmówili.
Obrażono się na mnie nie dlatego, że Ronikiera atakowałem, ale dlatego, że nie chciałem wybielać człowieka, który współpracował z SB przez 29 lat, 
i to dobrowolnie!
- mówi Długosz, przypominając że Ronikier donosił nawet na własną żonę.
I po tym, jak to ujawniono, odmówił jakichkolwiek wyjaśnień, nie mówiąc o żalu za cokolwiek. Natychmiast pospieszyła mu z pomocą Krystyna Zachwatowicz, która zastosowała chwyt, że „czasy były ciężkie, a Piotr by mu wybaczył"
- wspomina.
Przyznaje, że dziś w Krakowie przeminęła moda na Długosza. Dlaczego?
Bo Długosz się źle usytuował politycznie, stanął przy złych ludziach, programach i złej tradycji, dokonał złych wyborów.
- mówi, wskazując że kandydowanie do Senatu z poparciem PiS w 2007 roku było manifestacją, która zbulwersowała cześć jego środowiska.
Do żadnej partii nigdy nie należałem, nawet jako jedyny w klasie nie byłem w ZMP, nie wiem, jak mi się to udało. Do PiS też nie wstąpiłem, ale kiedy mnie poproszono, bym kandydował, to uznałem, że powinienem wesprzeć tę ideę, nawet będąc sceptyczny wobec ludzi, którzy tam są. Bo tamta strona wydawała mi się jeszcze gorsza.
Na wejściu w politykę niczego nie zyskałem, wręcz przeciwnie, straciłem i doskonale wiedziałem, co mnie czeka. Przecież wiem, gdzie i wśród kogo żyję. No i mam, co chciałem: zostałem wycięty, wyrzucono mnie z radia, nie znajdzie mnie pan w telewizji, na moje występy nikt nie dostanie dotacji, ale wziąłem to 
w rachubę
- wyznaje. Twierdzi, że musiał się zaangażować.
Przy całej tej skali platformerskiej propagandy celowo się wystawiłem
- dodaje.
Środowisko Piwnicy starało się zrobić wszystko, by Leszek Długosz przestał być z nimi kojarzony. Naraził się "na inwektywy, wycięcie, pogardę".
Niektórzy zaczęli mnie unikać, by się nie znaleźć na jednej fotografii. Przecież to wtedy, w 2007 r., ówczesna Piwnica pod Baranami zrywa się z pismami bardzo oficjalnymi, z dwiema pieczątkami, że ten pan nie jest od nas.
Miał przekonanie, że w Senacie jest potrzebny głos w interesie kultury. Dlatego się zdecydował.
Gdy wybuchł konflikt w sprawie pochówku pary prezydenckiej na Wawelu, dostał maila z informacją, by poszukał sobie cmentarza gdzie indziej.
Spytałem pod pałacem Arcybiskupów, czemu protestują, bo Polska w tych dniach pali znicze pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie, a nie urządza kocią muzykę. I usłyszałem, że skoro urodziłem się w Zaklikowie, to mogę sobie tam szukać miejsca na cmentarzu, nie tutaj.
To jednak nie pierwsza przykra sytuacja.
Po przegranych wyborach, 
1 listopada 2007 r., jak zwykle, zbierałem pieniądze do puszki na ratowanie Cmentarza Rakowickiego. Ale oprócz tych, którzy wrzucali, byli i tacy, którzy pluli pod nogi i zapowiadali 
z wściekłością, że po tym, co zrobiłem, nie dadzą mi ani grosza.
Mimo to, Leszek Długosz nadal wierzy w dobroć ludzi. Twierdzi, że pozostała w nim "niedobita wiara w lepszą stronę ludzkiej natury".

mall / Rzeczpospolita

piątek, 6 grudnia 2013

Seksrewolucja obnażona

Data publikacji: 2013-08-30 07:00
Data aktualizacji: 2013-09-06 12:48:00
Seksrewolucja obnażona
Eugene Michael Jones z detaliczną starannością prezentuje dzieje rewolucji seksualnej, od jej oświeceniowych początków aż po czasy nam współczesne. Zagląda do życiorysów, prześwietla słabo znane dokumenty i fakty, odsłania nabierający z biegiem lat coraz większego rozpędu proces rozpadu tradycyjnych społeczeństw – bynajmniej nie spontaniczny, lecz inspirowany i sterowany przez inżynierów dusz chcących być „jako bogowie”.

Jako oręża używają oni siły tkwiącej w popędzie płciowym, wpisanym przez Stwórcę w ludzką naturę. Gdy jest on jednak nieuporządkowany i niepoddany Bożemu zaleceniu: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, może stać się instrumentem zniewolenia. Doskonale wiedzą o tym również rewolucjoniści, tym skuteczniej wcielający w życie swoje szatańskie zamysły, im doskonalsza staje się socjotechnika, wraz z rozwojem nauki i mediów zdolna do programowania zarówno jednostek, jak i całych społeczeństw.

Badający spiskową praktykę dziejów znajdą dla siebie w Libido dominandi… wiele frapujących informacji, bowiem Eugene Michael Jones prześwietla życiorysy i ideowe ewolucje kolejnych koryfeuszy przewrotu, spośród których wielu to iluminaci, wolnomularze i członkowie innych tajnych stowarzyszeń. Przeważnie jednak kobiety i mężczyźni niezdolni do opanowania własnej sfery seksualnej, bezwzględnie raniący najbliższe osoby, usiłujący ubierać swe uzależnienie w ideologiczne łachmany bądź czyniący z ułomności ludzkiej natury oręż do zniewalania innych. Weishaupt, de Sade, Wollstonecraft, Shelley, Freud, Sanger, Kołłontaj, Hirschfeld, Reich, Röhm, Kinsey, Kerouac – te nazwiska, nieodłącznie już przypisane panteonowi światowej lewicy łączą nie tylko upiększone najczęściej w oficjalnej literaturze życiorysy, z których wymazano wstydliwe wątki świadczące choćby o seksualnych dewiacjach bądź przyświecających im rzeczywistych intencjach. Bodaj bez wyjątku są to również wrogowie Boga i Kościoła, bowiem idea upowszechnienia zepsucia obyczajów miała za pierwszy cel właśnie zniszczenie społecznego ładu opartego na spójnej z Dekalogiem hierarchicznej władzy ziemskiej. Uczelniane katedry, prądy ideologiczne, wynalazki psychologii, reklama, media, stały się z biegiem lat rozsadnikami ideologii panseksualizmu, zniewalającej w imię rzekomej wolności.

W XX wieku do walki o palmę pierwszeństwa w niechlubnej sztafecie liderów obyczajowej rebelii z totalitarną Rosją sowiecką i III Rzeszą stanęły Stany Zjednoczone, którym nie bez powodu poświęca Jones końcową, bardzo obszerną część swojej monumentalnej pracy. Rządząca w USA elita WASP‑ów – białych anglosaskich protestantów (akceptująca zarówno antykoncepcję, jak i aborcję) podchwyciła i zaczęła skutecznie wcielać w życie ideę tzw. kontroli urodzin – oficjalnie, oczywiście, w imię wolności, w praktyce zaś po to, by zatrzymać demograficzną ekspansję katolików.

Nie wiadomo jednak, czy zamiar ten powiódłby się – mimo użycia najdoskonalszych nawet środków i olbrzymich pieniędzy, głównie Fundacji Rockefellera – gdyby nie słabość amerykańskiego Kościoła i jawna zdrada wielu jego przedstawicieli. Dzisiaj, gdy ideologia gender wdziera się już nie tylko na katedry świeckich uniwersytetów w Polsce, nie ma lepszego momentu, by na własne oczy się przekonać do czego alians z seksrewolucjonistami doprowadził za Oceanem katolickie uczelnie, za dotacje z federalnych funduszy wyrzekające się prawowiernego nauczania. Przy okazji warto zauważyć ciekawy wniosek Jonesa – jego zdaniem antykatolicki w swej istocie przewrót obyczajowy w Stanach był – obok oczywistego wpływu moskiewskiej agentury – jednym z powodów, dla których Stolica Apostolska zainicjowała niesławnej pamięci Ostpolitik.
  
Roman Motoła

Eugene Michael Jones, Libido dominandi. Seks jako narzędzie kontroli społecznej. Wektory, Wrocław 2013.


Read more: http://www.pch24.pl/seksrewolucja-obnazona,17207,i.html#ixzz2mjn4XuHO


namiar na księgarnię
zdjecie
M.Matuszak/Nasz Dziennik

Furia zwolenników gender

Piątek, 6 grudnia 2013 (12:51)
Z ks. prof. Pawłem Bortkiewiczem TChr, etykiem rozmawia Marta Milczarska

Wczorajszy wykład Księdza Profesora pt. „Gender – dewastacja człowieka i rodziny” na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu został zakłócony...
– Na początku muszę wyjaśnić, że o wykład na ten temat zostałem poproszony przez Korporację Akademicką „Lechia”, zaś władze uniwersytetu udostępniły salę wykładową. Wkrótce po zapowiedzi, że taki wykład,  o tej tematyce się odbędzie, odezwały się głosy protestu ze strony osób związanych z „gender studies” i wydziału nauk społecznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Zarzuty te dotyczyły głównie tematu prelekcji „Gender – dewastacja człowieka i rodziny”, który według tych środowisk budzi nienawiść. Muszę się odnieść do tych zarzutów, bo przecież – jak twierdzą sami genderyści – „gender” jest słowem neutralnym znaczeniowo, pierwotnie oznaczało ono rodzaj gramatyczny, słowo „dewastacja” oznacza celowe lub nieświadome zniszczenie czegoś, zaś „człowiek” i „rodzina” są słowami pisanymi językiem miłości. Zatem jedynym elementem budzącym nienawiść może być spójnik „i”.  Widać tym samy absurdalność tych tez.
Wykład ten został także nagłośniony odpowiednio przez „Gazetę Wyborczą”, która wykazała się charakterystyczną dla siebie ignorancją i infantylizmem przekazu informacji lub po prostu kolejnym przykładem manipulacji informacji.  
Wydaje się zatem, że te dwa czynniki, czyli protest środowiska genderowego oraz informacje medialne, sprawiły, iż na wykładzie pojawiła się grupa, której nie można nazwać inaczej jak „gender bandy” albo „gender hołota”. Ci młodzi ludzie, najprawdopodobniej z akcji przeciw homofobii, wcześniej swoją agresywną postawę wykazali w stosunku do części profesorów UAM, zrzeszonych w Akademickim Klubie Obywatelskim. Profesorowie ci spotkali się m.in. z pogróżkami, po tym jak wyrazili swoją solidarność z prof. Krystyną Pawłowicz w jej zmaganiach z genderlobby i homoterroryzmem w Polsce.
Co zatem wydarzyło się podczas wykładu?
– Już zanim wykład się rozpoczął, rozległy się okrzyki: „Co to jest lewactwo?”, „Precz dyktaturze!” itd. Kiedy natomiast rozpocząłem prelekcję, z pierwszego rzędu zerwał się młody człowiek, transwestyta, najprawdopodobniej pod wpływem narkotyków, który w kobiecym stroju wtargnął na katedrę. Niestety mimo interwencji ochrony, człowiek ten w dalszym ciągu zakłócał wykład, biegając wśród zgromadzonych uczestników prelekcji.
W tym zamieszaniu ponownie rozległy się okrzyki innych uczestników tego „zdziczałego happeningu”. Ta niespełna 20-osobowa grupa nie reagowała na prośby organizatorów i ochrony o zachowanie spokoju. W wyniku tej sytuacji doszło do pobicia jednego z ochroniarzy i w tym momencie nastąpiła interwencja policji, która  dokonała zatrzymania osób zakłócających porządek.
Tym samym po przejściu do większej sali Uniwersytetu Ekonomicznego mogłem kontynuować wykład. Wśród osób, które słuchały do końca, byli także zwolennicy ideologii gender. Wyrażali swoje poglądy w trakcie dyskusji, która odbyła się po zakończeniu wykładu. Wymienialiśmy między sobą argumenty. Jednak już do końca spotkanie przebiegało bez zakłóceń. W trakcie dyskusji udało się wywołać wiele bardzo ciekawych głosów krytyków ideologii gender z dziedziny biologicznej i wychowawczo-rodzicielskiej.
Wyrażam ogromny szacunek dla organizatorów tego spotkania. Wdzięczny jestem władzom Uniwersytetu Ekonomicznego, które mimo presji mediów udostępniły salę i zadbały o bezpieczeństwo.
Wczorajsze spotkanie przekonuje, że ze środowiskiem gender można rozmawiać tylko i wyłącznie wówczas, gdy „genderbanda” siedzi w klatkach, a reszta uczestników dyskursu pod ochroną policji może prowadzić dialog w tej przestrzeni publicznej, którą ta „genderbanda” wytwarza.
Skąd ta niebywała agresja w obronie genderowych tez?
– Nie jestem w stanie wyjaśnić, skąd bierze się agresja w obrońcach genderowskich tez. Kilka dni temu nad tym pytaniem zastanawialiśmy się z Gabriele Kuby – niemiecką socjolog, podczas sesji naukowej „Gender – nadzieja czy spustoszenie?” w Warszawie.
W rozmowie z panią Gabriele Kuby wielokrotnie padało pytanie „dlaczego?”. Pani Kuby pytała także, dlaczego ideologia gender jest tak silnie wspierana przez Baracka Obamę, wcześniej przez Billa Clintona czy potentata finansowego Billa Gatesa. Jest to pytanie otwarte, na które trudno znaleźć odpowiedź. Kolejne pytanie, na które trudno dać odpowiedź, brzmi: dlaczego w realiach, w których żyjemy, pojawia się taka promocja tej ideologii i związana z nią agresja?
Wszystko, co obserwujemy, wyraźnie wskazuje, iż spór o gender nie jest sporem marginalnym. Wręcz przeciwnie, przebiega on przez sam środek naszej cywilizacji. Nikt nie spiera się i nikt nie promuje w sposób tak zaciekły czegoś, co nie byłoby dla niego wartością marginalną.
Jaką dewastację wyrządza życiu człowieka i rodziny ideologia gender?
– W trakcie mojego wykładu ukazałem archetypiczny przykład, paradygmat rewolucji gender. Jest nim eksperyment Johna Moneya na braciach bliźniakach – Brusie i Brianie Reimerach. Jeden z nich został „przekształcony” w dziewczynkę poprzez system edukacji, wychowania, przystosowania do nowych ról i kultury. Ta niewinna z pozoru przebieranka i edukacja seksualna w konsekwencji doprowadziła do samobójstwa obu braci.
Na tym tle koniecznie należy dostrzec wszystko to, co dzieje się w obecnej sytuacji. Mówię tu o przedszkolach gender czy o standardzie edukacji seksualnej forsowanym przez WHO. Wszystko to stanowiło introdukcje do mojego wykładu. Następnie starałem się ukazać kontekst kulturowy, który osadzony w charakterystycznej, płynnej ponowoczesności – mówiąc językiem Zygmunta Baumana – rozbija całkowicie tożsamość. Na czym polega dewastacja gender? Polega ona na dewastacji tożsamości. Rodzina oparta na małżeństwie monogamicznym, heteroseksualnym zostaje pozbawiona swojego fundamentu. W perspektywie gender każdy związek o bardzo płynnej tożsamości może być uznany za małżeństwo. Widzimy to w strukturach prawnych, widzimy próbę implementacji tego w porządku politycznym. Dewastacja gender ma na celu także rozbicie tożsamości człowieka. Pozbawienie fundamentu płciowego staje się pozbawieniem fundamentu tożsamości osoby ludzkiej. Jest to abberacja antropologiczna na poziomie elementarnym. Te działania destrukcyjne w stosunku do tożsamości są o tyle niebezpieczne, że przenikają w strukturę edukacji, prawa i polityki. Dlatego też tworzą zjawisko bardzo groźne.
Dziękuję za rozmowę.
not. MM, IK
Aktualizacja 6 grudnia 2013 (18:41)
NaszDziennik.pl
Piątek, 6 grudnia 2013 (02:00)
Naród się stęsknił?
Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie! Jakiż inny wniosek można wyciągnąć po komunikacie w sprawie Ukrainy ogłoszonym przez prezydenta Komorowskiego i premiera Tuska po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego?
Nie mam oczywiście na myśli informacji o jednomyślności polskich polityków w tej sprawie, chociaż i na to warto by zwrócić uwagę jako na potwierdzenie podejrzeń, iż na naszej scenie politycznej tak naprawdę rozpierają się nie cztery ugrupowania, tylko jedno, które dla lepszego skołowania mniej wartościowego narodu tubylczego podzieliło się na koalicję i opozycję.
Nie chodzi mi też o pogłoski o zagadkowym, polskim „planie B” w sprawie Ukrainy, bo nietrudno się domyślić, iż może on polegać na groźnym kiwaniu nie jednym, jak dotychczas, a – dajmy na to – dwoma palcami w bucie.
Gdyby tak Polska opłacała demonstrantów w Kijowie, jak to podczas „pomarańczowej rewolucji” zrobił Jerzy Soros, który według brytyjskiego „Guardiana” na przeprowadzenie tamtego przewrotu wydał 20 mln dolarów, albo wysłała nieznanych sprawców w jasnych kominiarkach, którzy podpaliliby budkę strażnika przy polskiej ambasadzie – to co innego.
Jak wiadomo jednak, demonstracje w Kijowie są absolutnie spontaniczne, niczym Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy „Jurka Owsiaka” i Polska tylko się z nimi solidaryzuje, gorąco pragnąc, by Ukraińcom przyłączonym do Unii Europejskiej było tak samo dobrze, jak nam.
To znaczy – nie tyle „tak samo”, co jeszcze lepiej. W uchwale, jaką podjął Sejm przez aklamację w sprawie sytuacji na Ukrainie, potwierdzając w ten sposób podejrzenia o jednej partii, znalazł się apel do tamtejszych władz, by szanowały demokrację i suwerenność narodu oraz unikały działań, które mogłyby doprowadzić do eskalacji przemocy.
Zwracam uwagę, że jest to wyłącznie apel do władz, a nie na przykład do obydwu stron konfliktu, jak to miało miejsce w przypadku apelu wystosowanego do Ukraińców przez NATO. Inaczej mówiąc, jeśli na Majdan Niepodległości wyjdzie, dajmy na to, 100 albo niechby i 50 tysięcy demonstrantów, to znaczy, że przemówił „Naród” i rząd z prezydentem powinien w podskokach ugiąć się przed wolą tego suwerena.
Tymczasem kiedy na Marszu Niepodległości w Warszawie 100 tysięcy ludzi nawet niczego się nie domaga, tylko demonstruje niezadowolenie z sytuacji swojej i kraju, to nie tylko prezydent i premier, ale całe stado funkcjonariuszy z niezależnych mediów głównego nurtu nie znajduje słów potępienia dla „bandytów”.
Najwyraźniej naród ukraiński musi być bardziej suwerenny od naszego, mniej wartościowego narodu tubylczego, któremu ugrupowania zjednoczone w Stronnictwie Pruskim pożałowały nawet możliwości wypowiedzenia się w referendum w sprawie traktatu lizbońskiego, co to – jak się wkrótce okazało – „zagraża suwerenności Polski”.
A skoro naród ukraiński musi być bardziej suwerenny od naszego, mniej wartościowego, to nic dziwnego, że i więcej mu wolno. Na przykład w Kijowie tamtejszy naród blokuje gmachy rządowe i parlament, a nasi dygnitarze wprost nie mogą się nachwalić tych pokojowych form ekspresji. Tymczasem kiedy w ubiegłym roku w Warszawie „Solidarność” zablokowała wyjścia z Sejmu, to prezydent Komorowski nie miał najmniejszej wątpliwości, że to zachowanie „groźne dla demokracji”, które w związku z tym powinno „spotkać się z oporem”.
Nic zatem dziwnego, że gdy w Kijowie tamtejszy naród wyrywa brukowe kostki i rzuca nimi w milicjantów, to wszystko jest w jak najlepszym porządku, podczas gdy w Polsce niezawisłe sądy – ooo! – natychmiast dostałyby rozkaz ferowania pięknych wyroków.
Oczywiście po przyłączeniu Ukrainy do Unii Europejskiej wszystko się zmieni i naród ukraiński będzie poddany tym samym europejskim standardom, co nasz mniej wartościowy tubylczy. Tym pragnieniem zrównania w niedoli tłumaczę sobie życzliwe zainteresowanie ukraińskimi demonstracjami w Polsce. Skoro nie ma co marzyć o odzyskaniu suwerenności, to niech przynajmniej wszystkim będzie tak samo źle, jak nam.
Nasz Dziennik