wtorek, 17 listopada 2015

Św Maksymilian Maria Kolbe - Żydzi, masoneria, socjalizm




Krzyżowiec – to brzmi dumnie!






Czarna historia krucjat pojawiła się stosunkowo niedawno i od początku miała zabarwienie ideologiczne. Muzułmanie krucjat nawet nie odczuli. To liberalne środowiska Zachodu wymyśliły rzekome „barbarzyństwo” chlubnej koncepcji wypraw krzyżowych – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Marian Małecki, pracownik Katedry Historii Powszechnej Historii Państwa i Prawa UJ.

Podczas wielu dyskusji, nie tylko z ludźmi niechętnymi Kościołowi pojawia się praktycznie zawsze argument: Kościół ma na sumieniu Krucjaty. Temat ten stał się dyżurną kwestią w prawie każdej rozmowie o Kościele. Czy rzeczywiście musimy się wstydzić za Krucjaty?

- Tu nie tyle chodzi o wstyd, ile o prawdę. Krucjaty pojawiły się jako odpowiedź świata zachodniego na ówczesną islamizację świata. Islam rozpościerał się wówczas pomiędzy dwoma oceanami: Atlantyckim i Indyjskim. Chrześcijaństwo musiało przeciwstawić się takiej ekspansji. Znane były - zwłaszcza na Półwyspie Iberyjskim – przykłady bestialstwa ze strony muzułmanów, dokonywanego na ludności chrześcijańskiej. Muzułmanie przekroczyli Pireneje i zmierzali w kierunku samego centrum kultury frankońskiej. Powstrzymał ich Karol Młot pod Poitiers w 732 r. Potem widoczny był heroizm świata bizantyńskiego, przypieczętowany klęską pod Manzikertem w 1071 r.

Dla świata muzułmańskiego - o czym w swoim czasie przypominał także żydowski historyk-publicysta Gad Lerner - krucjaty były jak ukłucie szpilki - nic nie znaczącym epizodem. Tymczasem kręgi liberalne świata zachodniego odgrzały "starą pieczeń" i to one - nie zaś muzułmanie - podkreślały "barbarzyństwo" swych przodków. Pojawia się pytanie, czy rzeczywiście było to barbarzyństwo?

Wiek XI, to czas, kiedy powstają ostatnie państwa chrześcijańskiej Europy. Nie ma jeszcze rycerzy - tych stworzy dopiero właśnie duch krucjat. Są natomiast wojownicy: Wikingowie, Frankowie, Słowianie, których przesłaniem jest walka i okrucieństwo. Krucjaty zaczną ten obraz zmieniać. Pojawi się rycerskość jako cnota ogółu wojowników chrześcijańskich, a z nią takie cechy jak: wierność danemu słowu, walka w uczciwej sprawie, niedobijanie leżącego, dworne traktowanie kobiet, honor, cześć, szacunek dla tradycji, miłość ojczyzny, umiłowanie Kościoła. Byłoby naiwnością twierdzenie, że cechy te były przez wszystkich przestrzegane, niemniej stały się kanonem, bez którego nie sposób zrozumieć renesansu, a nawet współczesności. Ta przemiana ludzi była możliwa dzięki Kościołowi, który nawoływał do ograniczania przemocy, a w każdym razie kanalizował najbardziej obłędne ludzkie instynkty w stronę form bardziej cywilizowanych.

Odnalazło to również miejsce w założeniach filozoficznych.

- Nie sposób zrozumieć np. św. Bernarda z Clairvaux bez odniesienia do czasów, w których przyszło mu żyć. św. Bernard zakazywał przemocy w złej sprawie, a dopuszczał jedynie w słusznej i godnej. Dziś każdy cywilizowany kraj przyjmuje ją jako słuszną i właściwą. Czy potrafimy sobie wyobrazić sytuację, że jeden z krzyżowców pasował na rycerza sułtana Saladyna? To jest właśnie sens przesłania św. Bernarda - prawość charakteru i słuszność sprawy o którą się walczy. Z drugiej strony, muzułmanie również podziwiali męstwo krzyżowców i wspomniane cechy.

Co musiało wydarzyć się od XIX w. - kiedy podróżujący po Bliskim Wschodzie cesarz niemiecki Wilhelm II był witany w miastach palestyńskich i stawiano na jego cześć bramy triumfalne, ustawiano się na drodze przejazdu cesarskiego orszaku - do czasów współczesnych? Jak dalece liberałowie wypaczyli obraz krucjat w oczach samych muzułmanów, skoro dziś mówi się o wzajemnym "języku nienawiści" pomiędzy światem islamu a tzw. cywilizacją zachodnią? Obraz krucjat został zideologizowany i dopiero dziś, choć jeszcze nieśmiało, mówi się o plusach tej ludzkiej migracji. Kto dziś wie, że kolonizacja przejawiająca się w zakładaniu nowych wsi i miast na tym terenie była w czasach wypraw krzyżowych największa od czasów króla Salomona? A prawo, medycyna, uniwersytety?

Co dla współczesnych oznaczało zdobycie Jerozolimy przez Krzyżowców w 1099 roku?

- Z całą pewnością było to wydarzenie polityczne, przede wszystkim jednak religijne. Od czasu, kiedy legło w gruzach bolszewickie ujęcie krucjat, wskazujące na czynnik ekonomiczny jako sprawczy, właśnie charakter religijny najbardziej pasuje do zrozumienia istoty wypraw krzyżowych. Zdobycie Jerozolimy było ukoronowaniem dążeń pątników zmierzających do Ziemi Świętej. Pojawia się jednak szereg pytań, także dotyczących rzezi ludności miejscowej. Trudno zaprzeczyć, by nie miała ona miejsca, ale choć brzmi to mało przekonująco, ani nie była rozmiarami tak wielka jak się ją przedstawia, ani nie była czymś wyjątkowym, co próbują podkreślać zideologizowani historycy, zwłaszcza zachodni. Wynika to z faktu, że kolejne zdobycie Jerozolimy przez sułtana Saladyna odbyło się na zupełnie innych zasadach.

Tymczasem Jerozolima w 1099 r. padła podczas szturmu, w 1187 r. po negocjacjach. Rycerski Saladyn dał się jednak poznać tak swoim, jak i chrześcijanom, jako bezwzględny przywódca karząc między sektę assasynów, bunt wojska w koszarach kairskich czy wymordowanie jeńców po bitwie na Rogach Hittinu. Nawet u muzułmanów miał niezbyt dobrą reputację jako wódz i przywódca, ale pasował do pewnego ideologicznego wizerunku kreowanego przez potomnych. Był potrzebny dla laicyzującego się Zachodu jako bohater, a skorzystali na tej zmianie wizerunku sami muzułmanie.

Czy Krucjaty były ogłaszane wyłącznie przez papieży?

- Krucjat było wiele i nie powinny się one kojarzyć ani wyłącznie z papiestwem, ani tylko z tymi siedmioma najbardziej znanymi - do Ziemi Świętej. Są to wyłącznie uproszczenia, które nauka uznała za dopuszczalne, jednak z pewnymi zastrzeżeniami. Wyprawy na Półwyspie Iberyjskim, walki zakonów niemieckich na Wschodzie, krucjaty przeciwko katarom, a nawet pogańskim jeszcze Słowianom, są tego przykładem. Dziś owych Słowian chwali się zaś katarów uważa za bardziej cywilizowanych niż całe królestwo Francji. Prawda nie jest jednak tak oczywista. Krucjata antykatarska spowodowana była reakcją na mutylację rąk i nóg dokonaną przez katarów na misjonarzach a Słowianie, także Prusowie i Jaćwingowie byli do tego stopnia uciążliwi, że w walkach z nimi ginęli książęta, jak chociażby Henryk Sandomierski. Spokojne życie Słowian i toksyczna ekspansja chrześcijan na te tereny to bardziej pobożne życzenia niż realizm tamtych czasów. Pamiętać należy, że Konrad Mazowiecki po to sprowadził Krzyżaków na swoje ziemie, by zabezpieczyć granicę Mazowsza przed poganami.

Podobnie było z powołaniem polskiego zakonu braci dobrzyńskich. Część wypraw „wymykała się” spod kontroli. Tak było w czasie czwartej krucjaty, kiedy zdobyto Bizancjum – papieże demaskowali takie działania i ostro piętnowali ich uczestników. Warto przed krytyką ówczesnego Kościoła zrozumieć cały kontekst średniowiecza, meandrów polityki, ideologii, twórczej roli tej epoki. To tak jakbyśmy dziś godzili się na osądzanie naszych czasów z perspektywy mieszkańca naszej planety za 300 lat bez zrozumienia dla naszej współczesnej mentalności czy problemów. Tymczasem na temat krucjat wypowiadają się osoby przypadkowe, o niewielkiej wiedzy lub ideologicznie zaangażowani. Ludzie ci nie zastanawiają się nad przedstawianymi tezami, bo to wymaga wiedzy jak i intelektualnej refleksji, powielają jednak stereotypy, bo to im pasuje w kreowaniu wizji współczesnego Kościoła jako od wieków nietolerancyjnego i konserwatywnego.

Skąd wzięła się „czarna legenda krucjat” i jej ponadczasowa żywotność, podtrzymywana także i dziś? Dotyka ona także pamięć wielu wspaniałych rycerzy, o których pamięć jest zakłamywana (np. Gotfryda z Bouillon).

- Czarna historia krucjat pojawiła się stosunkowo niedawno i od początku miała zabarwienie ideologiczne, a skoro tak, to trudno przypisać jej szczególny walor poznawczy. Jeśli jakiś współczesny dogmat społeczny próbujemy ugruntować odwołując się do korzeni historycznych, to jeśli taka możliwość się pojawi, chętnie z niej korzystamy. Skoro więc chrześcijanie mordowali innych i to stanowi samą w sobie prawdę, zręcznie jest tę prawdę podtrzymywać, znacznie bardziej niezręcznie zastanawiać się nad przyczynami tego stanu rzeczy, bo może się okazać, że „inni” mordowali więcej lub ci niesforni chrześcijanie po prostu bronili się przed Półksiężycem.

Czy ktoś dziś zdaje sobie sprawę, że Barbakan powstał w Krakowie po to, by bronić miasto przed Turkami, że największe obciążenia finansowe stanów śląskich kierowano na utrzymanie twierdzy na Przełęczy Jabłonkowskiej, gdyż obawiano się (zresztą słusznie) ataku podjazdów muzułmańskich? Czy zdajemy sobie sprawę z tego wszystkiego, co się stało, kiedy krucjaty do Ziemi Świętej definitywnie się skończyły? Czy w naszej europejskiej świadomości pojawia się pytanie o islamizację Półwyspu Bałkańskiego, czy wiemy po co Rzeczpospolita uchwalała podatki na wojsko kwarciane, czy wiemy z jakimi lękami żyli ludzie nie tylko w średniowieczu, ale i epoce wczesnonowożytnej?

O historycznej roli Turcji przeciętny Polak wie niedużo. Czasami kojarzy mu się jedynie wiktoria wiedeńska.

- Kiedy Sobieski gromił Turków pod Wiedniem, zmieniał się ówczesny świat polityczny, a złamanie potęgi Turcji było kluczowym momentem dla pojawienia się nowych potęg europejskich. Dziś Turków oceniamy jako tych, którzy nie uznali rozbiorów Polski, pomagali Polakom w XIX wieku. Zgoda, ale czynili to jako sami potrzebujący pomocy przed zachłannością państwa carów. Kto zdaje sobie dziś sprawę, że prawo prywatne sami muzułmanie uznawali za lepsze od swojego, że krzyżowcy założyli prawdziwe miasta i wsie z samorządem i autonomią mieszkańców?

Środowiska laickie i wrogie Kościołowi, zwłaszcza masoneria, wolały jednak inny wizerunek krucjat, obnażający rzekomą mściwość Kościoła i nie zaniedbały żadnego epizodu znanego z historii krucjat, by o tym przypominać. Wystarczy podać jeden – ostatnie lata zakonu templariuszy. W powszechnym przeświadczeniu zakon został skasowany przez papieża Klemensa V z powodu herezji na początku XIV w. Tymczasem aresztowań samych braci zakonnych dokonała władza świecka, która też templariuszy spaliła na stosie. To król Francji wydał rozkaz o wysłaniu na stos Jakuba de Molay i to w sytuacji, gdy trybunał sądowy otrzymując zapewnienie o niewinności zakonu ze strony jego przywódcy, wysłał posłów do papieża, by ten zajął własne stanowisko. Legenda o rzekomej klątwie wielkiego mistrza przyjmowana jest bezkrytycznie jako dogmat.
Takich przykładów „uproszczeń” w historii krucjat można wymieniać dziesiątki. Niepolitycznie jest też dziś uważać liderów ówczesnej europejskiej polityki za zaangażowanych w dzieło walki z niewiernymi. Lepiej podkreślać rolę Zawiszy Czarnego pod Grunwaldem, wyeliminować z świadomości historycznej poszczególnych krzyżowców, bo oto mogłoby się okazać, że osoby te życie swoje podporządkowały wierze i to ona ostatecznie prowadziła ich na wyżyny ich ludzkiej egzystencji.

Kto dziś pielęgnuje dziedzictwo krzyżowców? Istnieją jakieś zajmujące się tym zgromadzenia zakonne lub świeckie stowarzyszenia i instytucje?
- W szczególności istniejące zakony rycerskie, ponadto różne instytucje kościelne i świeckie. Przybywa ich z każdym rokiem. Cele tych organizacji są różne; zakony rycerskie działają przede wszystkim na niwie charytatywnej, powstają liczne bractwa rycerskie a do idei zakonów rycerskich przyznają się bez mała wszyscy. Idea zakonów rycerskich jest paradoksalnie tak popularna, że wykorzystują ją przeciwni krucjatom protestanci, a nawet krańcowo oddaleni od chrześcijaństwa masoni. Rzecz godna podkreślenia: organizacje te wyciągają z epoki krucjat tylko to, co jest im wygodne, zapominając o całej reszcie.

Wobec postępującej laicyzacji życia, feminizacji świata obecność świata krzyżowców dla wielu chrześcijan jest drogą prowadzącą do Boga. Jakby na to nie spojrzeć – krucjaty zbudowały ideał rycerza Chrystusa, prawego mężczyzny, oddanego Bogu, szanującego kobiety i oddającego im należną cześć, człowieka nieobłudnego i niezakłamanego, a przy tym wymagającego wobec siebie. Cechy te, tak odległe dla współczesnego świata są marzeniem wielu, stąd tak ogromne zainteresowanie krucjatami.

Prof. Roberto de Mattei nazwał prof. Plinio Correa de Oliveirę „Krzyżowcem XX wieku”, traktując to jako najwyższy komplement. Czego dzisiejsi katolicy mogliby się nauczyć od krzyżowców?

- Tak, to powód do dumy. W czasach krucjat krzyżowcy wracający do swych rodzinnych miejscowości witani byli jak bohaterowie, chętnie brano ich za chrzestnych, okazywano im wiele szacunku. Wynikało to z faktu, iż w tamtych czasach znano cenę męstwa i poświęcenia, znano siłę muzułmańskiego miecza. Polski król Jan III Sobieski swoją nieśmiertelność zdobył nie tyle wielkim panowaniem, bo był raczej przeciętnym królem i słabym politykiem, ale dzięki wiktorii wiedeńskiej. Ówczesna Europa żyła siłą wiary i wartości, stąd wielka solidarność w zwalczaniu wspólnego wroga.

Współczesnemu światu potrzebne są wartości, ich nowa definicja jako wartości uniwersalnych, dla których żołnierz holenderski, polski czy amerykański przeleje krew. Póki co tych wartości nie widać, są one traktowane jako prawo naturalne o zmiennej treści. Krzyżowcy niezależnie od dorobionego im oblicza wartości te wyznawali i byli z grubsza biorąc im wierni. Obrona wartości chrześcijańskich jest zatem obroną wartości europejskich o czym Europa współczesnych elit politycznych zaznaczam (nie całych narodów europejskich) zapomina.

Dlaczego w dzisiejszym katolicyzmie tak mało jest odniesień - które kiedyś przecież były liczne – do tematyki rycerskiej? Wszak, choć i dziś natrafimy na sformułowania jak np. „Bóg jest nam tarczą”, czy „rycerze Chrystusa”, to widać ewidentny odwrót od tego typu zacnej i na wskroś katolickiej retoryki.

- Ludzie boją się artykułować swoje poglądy, boją się, że narażą się na ośmieszenie, ostracyzm w mediach, krytykę wielkich tego świata. Niepotrzebnie. Zgodnie z ewangelicznym przekazem „prawda was wyzwoli” chrześcijanie powinni mocno manifestować swoją wiarę. To zasada demokracji. Czasy „letnich” katolików odchodzą w niebyt, a przecież nie chodzi o ilość, lecz o jakość chrześcijaństwa.

Ponadto brakuje poparcia innych grup chrześcijańskich. Podkreśla się często, że chrześcijanie popełniają wiele zła, więc nie powinni się odzywać w debatach nad wolnością i wartościami. Jest to jednak cały czas Kościół pielgrzymujący, święty Kościół grzesznych ludzi. W społeczeństwie źle pojętej feminizacji mężczyźni stają się coraz bardziej zniewieściali, nie walczą, jak dawniej, o wartości, o rodziny, o Kościół. Stąd tak mało mówi się o idei rycerza, bo to świat "nierealny" i "nieistniejący", poza tym zbyt trudny, o czym świadczy przyrzeczenie rycerza: „Bądź bez lęku w obliczu nieprzyjaciela, bądź mężny i prawy, by podobać się Bogu, mów prawdę, szanuj kobiety i nie krzywdź nikogo”.

Rozmawiał Łukasz Karpiel


Read more: http://www.pch24.pl/krzyzowiec---to-brzmi-dumnie-,16678,i.html#ixzz3rlg3nhoa

sobota, 14 listopada 2015

Rak islamu jest u Waszych drzwi



Rak islamu jest u Waszych drzwi

W związku z terrorystycznym atakiem islamistów w Paryżu przypominamy wywiad, jaki zaledwie miesiąc temu opublikowała "Gazeta Polska". Bohaterski chaldejski ksiądz z Iraku, Douglas Al-Bazi, mówił w nim o zagrożeniu, jakie dla Europy stanowi islam i tzw. uchodźcy.

"Przyjmując tych imigrantów, hodujecie w ciele Europy nowotwór. Sprowadzacie na wasze rodziny, wasze dzieci niebezpieczeństwo terroru, zamieszek, religijnej nienawiści. Nie ma czegoś takiego jak umiarkowany islam. Religia ta – i postępowanie jej wyznawców – nie zmieniły się od czasów Mahometa. Wciąż podstawową metodą jest zabijanie wrogów i niszczenie grup lub jednostek, które nie chcą się podporządkować muzułmanom. Jeśli spojrzymy na historię islamu, to zobaczymy, że nie jest on w stanie zaakceptować istnienia żadnej innej religii bądź mniejszości w obrębie społeczności muzułmańskiej. Niemuzułmanów żyjących wśród wyznawców Allaha można według zasad islamu potraktować na trzy sposoby: nawrócić ich na mahometanizm, obłożyć specjalnym podatkiem, czyli dżizją, lub wyeliminować, czyli wypędzić albo zabić. Tak było za czasów Mahometa, tak jest teraz w Państwie Islamskim – nic się przez te półtora tysiąca lat nie zmieniło. Dziś ofiarą takiego okrutnego traktowania w państwach rządzonych przez islamistów padają nie tylko chrześcijanie, lecz także choćby jazydzi.
Ta fala nienawiści do chrześcijan narasta, bo w 2013 r. ...

Mieszkańcy Starego Kontynentu muszą sobie uświadomić, że czym innym jest sytuacja, w której chrześcijanin lub ateista żyje wśród muzułmanów, a czym innym, gdy muzułmanie żyją wśród ludzi innych wyznań jako mniejszość, tak jak w Europie.
W tym drugim przypadku wyznawcy islamu próbują zdominować resztę społeczeństwa, mówiąc o prawach człowieka, o prawach mniejszości, o wolności religijnej. Ta taktyka dostosowana jest do wymogów sytuacji, bo już w państwach islamskich, w których muzułmanie stanowią większość, wszystko wygląda inaczej.

Ale ta tysięczna, a może i milionowa fala ludzi, która zmierza do Europy – mówię tu o muzułmanach – idzie do was, by zniszczyć chrześcijańską cywilizację i wasz kontynent. Uwierzcie mi.

Wiem, że dla niektórych moje słowa zabrzmią zbyt dosadnie, ale przyjmując tych imigrantów, hodujecie w ciele Europy nowotwór. Sprowadzacie na wasze rodziny, wasze dzieci niebezpieczeństwo terroru, zamieszek, religijnej nienawiści.

W Europie jest zaledwie kilka krajów, które – mam nadzieję – będą na tyle odważne, by powstrzymać ten islamski nowotwór. To państwa Europy Środkowo-Wschodniej, wśród nich Polska.
Apeluję do pana rodaków: nie zmieniajcie swojego nastawienia, nie poddajcie się naciskom, pozostańcie silni. I przede wszystkim: bardzo dokładnie wybierzcie ludzi, których przyjmiecie.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Na synodzie przegrała katolicka moralność – Roberto de Mattei


Dokument końcowy synodu prezentowany jest jako sukces: papieża, konserwatywnych ojców synodalnych i zachodnich progresistów. Ale, jak zauważa prof. Roberto de Mattei, to nieprawda. Prace biskupów zakończyły się klęską. „W ostatecznym rozrachunku stajemy wobec niejasnego i wewnętrznie sprzecznego dokumentu, który każdemu pozwala na odtrąbienie zwycięstwa – nawet jeśli nikt niczego nie wygrał. Wszyscy przegrali, a w pierwszej kolejności katolicka moralność, głęboko upokorzona przez synod o rodzinie” – podkreśla włoski historyk Kościoła. 

„By lepiej zrozumieć przebieg wypadków, musimy cofnąć się do wieczora 22 października, kiedy ojcom synodalnym zaprezentowano sprawozdanie końcowe, wypracowane przez komisję powołaną ad hoc na podstawie zmian do Instrumentum laboris proponowanych przez grupy robocze (circuli minors) wyszczególnione na podstawie języka” – przypomina Roberto de Mattei. Ojcom synodalnym przekazany został wyłącznie tekst w języku włoskim, zakazano im także konsultowania go z audytorami i innymi uczestnikami zgromadzenia.

„Tekst nie brał pod uwagę 1355 poprawek zaproponowanych w ciągu trzech poprzednich tygodni, a w istocie była to kolejna propozycja wprowadzenia Instrumentum laboris, wraz z akapitami, które wywołały w sali obrad największą krytykę: o homoseksualizmie i rozwodnikach w kolejnych związkach” – czytamy na łamach „Corrispondenza Romana”. Zaproponowano ojcom, by w krótkim czasie pracowali nad dokumentem w języku, który nie wszystkim był dobrze znany. „Ale rankiem 23 października papież Franciszek, który zawsze z uwagą śledził prowadzone prace, stanął wobec niespodziewanego odrzucenia dokumentu przygotowanego przez komisję” – dodaje de Mattei. W trakcie dyskusji przeciwko ponownemu narzuceniu Instrumentum laboris wystąpiło 51 ojców synodalnych, w tym m.in. kardynałowie Marc Ouellet, Angelo Bagnasco, Carlo Caffarra, arcybiskupi Joseph Kurtz (przewodniczący amerykańskiego episkopatu), Zbigniew Gądecki, Zbigniew Stankiewicz (Łotwa), Tadeusz Kondrusiewicz (Białoruś) i biskup Hlib Łonczyna (kierujący eparchią Świętej Rodziny w Londynie).

Dokument nie mógł zostać ponownie zaprezentowany, dlatego z rozwiązaniem sytuacji kryzysowej pośpieszyli duchowni pracujący w grupie niemieckojęzycznej. „Między piątkowym popołudniem i sobotnim porankiem komisja zmieniła tekst, który następnie został 24 października odczytany w sali obrad synodalnych, a po południu odbyto nad nim głosowanie, w którym każdy z 94 akapitów otrzymał kwalifikowaną większość dwóch trzecich głosów” – relacjonuje Roberto de Mattei. Kardynał Schönborn w trakcie sobotniej konferencji prasowej już antycypował wyniki głosowania dotyczącego najbardziej kontrowersyjnego tematu obrad: Komunii dla rozwodników. Austriacki kardynał podkreślał, że kluczowym pojęciem będzie „rozeznanie”, o którym nauczał Jan Paweł II w „Familiaris consortio”. Kwestii „rozeznania” i „integracji” przyjęty dokument poświęca aż trzy paragrafy: 84, 85 i 86. Paragraf 85, wywołujący największą krytykę, został przyjęty… jednym głosem.

„Na zakończenie synodu biskupów wizerunek papieża Franciszka nie jawił się jako wzmocniony, tylko nadszarpnięty i osłabiony. Popierany przez niego dokument został rankiem 23 października – był to jego czarny dzień – otwarcie odrzucony przez większość ojców synodalnych. Mowa końcowa papieża Bergoglio w ogóle nie wyrażała entuzjazmu wobec końcowego Relatio, potwierdzała niezadowolenie papieża z powodu ojców synodalnych broniących tradycyjnych stanowisk” – przypomina Roberto de Mattei.

Papież mówił wówczas, że zamknięcie synodu wiąże się z obnażeniem „zamkniętych serc, które często ukrywają się nawet za nauczaniem kościoła, albo za dobrymi intencjami, aby zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i z powierzchownością, trudne przypadki i zranione rodziny”. Jak stwierdził wówczas Ojciec święty, celem synodu było „otwarcie szerszych horyzontów”, wzniesienie się ponad „hermeneutykę konspiracji” i „zawężanie perspektyw” w celu obrony i propagowania „wolności dzieci Bożych”. „Ostre słowa, wyrażające rozgoryczenie i niezadowolenie. Z pewnością nie są to słowa zwycięzcy” – komentuje włoski historyk.

Progresiści nie odnieśli na synodzie zwycięstwa. Z proponowanego tekstu usunięto przygotowane przez nich wzmianki o homoseksualizmie, a paragrafy mówiące o rozwodnikach żyjących w kolejnych związkach nie są tak jednoznaczne, jak na to liczyli. „Konserwatyści także nie mogą odtrąbić zwycięstwa. Skoro 80 ojców synodalnych, jedna trzecia synodu, głosowało przeciwko 86 paragrafowi, to oznacza to, że nie był on satysfakcjonujący. Fakt, że paragraf ten został przyjęty dzięki jednemu głosowi nie unieważnia zawartej w nim trucizny” – ocenia profesor de Mattei.

„Relatio finalis” stwierdza, że rozwodnicy powinni móc poczuć się jak „żywe członki Kościoła”, którym oferowana jest „ścieżka towarzyszenia i rozeznania”, oraz pełniejsze uczestnictwo w życiu Kościoła. „A czym jest żywy członek Kościoła, pełniej uczestniczący w jego życiu, jeśli nie człowiekiem znajdującym się w stanie łaski i mogącym przyjmować Komunię?” – pyta historyk Kościoła. Tego przegłosowany tekst na pewno nie wyklucza. Drzwi zostały więc uchylone.

„Relatio nie stwierdza, że rozwodnicy żyjący w kolejnym związku posiadają prawo przystępowania do Komunii (a przez to prawo do cudzołóstwa), ale de facto zaprzecza, że Kościół posiada publiczne prawo do określania stanu takich osób jako cudzołóstwa. Pozostawiając odpowiedzialność związaną z taką oceną sumieniu duszpasterza oraz rozwodnikom żyjącym w kolejnym związku. Podejmując po raz kolejny język Dignitatis Humanae, nie chodzi o pozytywne prawo do cudzołóstwa, ale o prawo negatywne polegające na tym, by nie przeszkadzano im z korzystania z niego. Innymi słowy, chodzi o prawo do wolności od jakiegokolwiek przymusu w kwestiach moralnych” – tłumaczy de Mattei. Zgodnie z optyką zaprezentowaną w Relatio, wspólnota wiernych nie może wymagać od Kościoła, by ten przeciwdziałał godzącemu w nią publicznemu grzechowi.

„W rzeczywistości Komunia nie jest jedynie aktem indywidualnym, jest także aktem publicznym dokonywanym we wspólnocie wiernych. Kościół, nie wchodząc w forum wewnętrzne, zawsze zabraniał udzielania Komunii rozwodnikom żyjącym w kolejnych związkach ponieważ jest to grzechem publicznym, dokonywanym na forum publicznym. Prawo moralne jest wchłanianie przez sumienie stające się czymś nowym nie tylko teologicznie i moralnie, ale i kanonicznie” – czytamy.

Koresponduje to z perspektywą obecną w dokumentach papieża Franciszka, dotyczących nowych procedur stwierdzania nieważności małżeństwa.

Jak można było przeczytać na łamach „Corriere della Sera”, „Przywracając biskupom prawo osądu w kwestiach stwierdzania nieważności małżeństwa papież nie zmienił statusu rozwodników, ale dokonał olbrzymiej, cichej reformy papiestwa”. Moralność „poszczególnych przypadków” została odwzorowana w skali Kościoła powszechnego. 17 października papież Franciszek przemawiając do ojców synodalnych stwierdził, że zachowania prezentowane przez biskupów na jednym kontynencie jako normalne, na innym postrzegane są jako „niemal skandaliczne”, co w jednym społeczeństwie jest postrzegane jako wolność sumienia, w innym jest rozumiane jedynie jako zwykłe zamieszanie. Ojciec święty wytłumaczył to różnicami międzykulturowymi i wezwał do inkulturacji „ogólnych zasad”, co ma zapewnić ich poszanowanie i stosowanie.

Jak zauważa de Mattei, moralność „poszczególnych przypadków” relatywizuje i rozkłada prawo moralne, które z definicji posiada absolutny i uniwersalny charakter. „W ostatecznym rozrachunku stajemy wobec niejasnego i wewnętrznie sprzecznego dokumentu, który każdemu pozwala na odtrąbienie zwycięstwa – nawet jeśli nikt niczego nie wygrał. Wszyscy przegrali, a w pierwszej kolejności katolicka moralność, głęboko upokorzona przez synod o rodzinie” – podkreśla prof. Roberto de Mattei.

Źródło: „Corrispondenza Romana”, Rorate Caeli

- See more at: http://www.bibula.com/?p=83980#sthash.5lbQeP5x.dpuf

poniedziałek, 2 listopada 2015

Z punktu widzenia amerykańskiego, na obecnym etapie PiS jest idealny

Ojcowie klęski i sukcesu

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    1 listopada 2015
Sukces ma wielu ojców, klęska jest sierotą. Tak w każdym razie gadają ludzie, ale czegóż to ludzie nie gadają? Gdybyśmy tak słuchali wszystkiego, co ludzie gadają, to byśmy wyszli na tym, jak Zabłocki na mydle. Ale niekiedy się to sprawdza, na przykład – w przypadku Platformy Obywatelskiej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki wielu rozmowom i bliskim spotkaniom III stopnia, jakie odbył pan generał Gromosław Czempiński – a jestem pewien, że inni generałowie nie stali z boku i się nie przyglądali, tylko też rozmawiali i się spotykali. Ale chociaż powstała, to nie robiła konkiety, jak, dajmy na to, teraz „Nowoczesna” pana Ryszarda Petru. A dlaczego nie robiła? Na pewno składał się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których chciałbym zwrócić szczególną uwagę na brak zapotrzebowania ze strony naszych sojuszników.
Wprawdzie Polska została przyjęta do NATO w roku 1999, kiedy to premierem rządu przy Leszku Balcerowiczu był charyzmatyczny Jerzy Buzek, ale nasi sojusznicy najwyraźniej nie zapomnieli, kto spędził cały dzień w centrali CIA w Langley, kto najbardziej się zasłużył przy rehabilitacji pułkownika Ryszarda Kuklińskiego i komu pochwalną recenzję wystawił sam prof. Zbigniew Brzeziński. Toteż w wyborach w roku 2001 SLD zdobył ponad 40 proc. głosów, w następstwie czego Leszek Miller został premierem. Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej, w związku z czym Lew Rywin przyszedł z propozycja korupcyjną do red. Adama Michnika, wskutek czego reputacja „grupy trzymającej władzę” została zachwiana, a w powstałą w rezultacie polityczną próżnię, ku wściekłej irytacji reżyserów tubylczej sceny politycznej wskoczył Jarosław Kaczyński z bratem Lechem w charakterze prezydenta.
Kiedy jednak pod koniec roku 2006 Kondoliza oświadczyła, że USA nie będą już forsowały przyjęcia Gruzji i Ukrainy do NATO, tylko pilnowały tam demokracji, to znaczy – obecności przy sterze swoich agentów - do wypełnienia próżni, która niewątpliwie musiałaby się pojawić po wycofaniu USA z aktywnej polityki we Wschodniej Europie, zabrali się strategiczni partnerzy. I kiedy po upadku rządu premiera Kaczyńskiego odbyły się wybory, wygrała je Platforma Obywatelska pod dowództwem Donalda Tuska, faworyta Naszej Złotej Pani z Berlina, a po 17września 2009 roku, kiedy prezydent Obama dokonał sławnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, wycofując USA z aktywnej polityki w naszym rejonie Europy, zaczęliśmy się nawet „bratać” z „narodem rosyjskim” i w ogóle.
Ale w drugiej połowie roku 2013 prezydent Obama swój poprzedni reset zresetował, na Ukrainie doszło do politycznego przewrotu, USA do aktywnej polityki w Europie Wschodniej powróciły, Polska znowu podjęła się roli amerykańskiego dywersanta, więc pojawiła się konieczność przebudowy politycznej sceny pod kątem potrzeb polityki amerykańskiej. W nowej polityce faworyt Naszej Złotej Pani na stanowisku premiera potrzebny był, niczym psu piąta noga, toteż został przez Naszą Złotą Panią wycofany w bezpieczne miejsce dosłownie w ostatniej chwili – bo akurat przeciwko Platformie Obywatelskiej i Polskiemu Stronnictwu Ludowemu zaczęto wypuszczać śmierdzące dmuchy w postaci różnych afer, z których najbardziej zagadkowa pozostaje oczywiście afera podsłuchowa.
W piętnowanie tych nieprawości zaangażowały się nawet niezależne media głównego nurtu, co stanowiło sygnał, iż parasol ochronny nad Platformą Obywatelską jest stopniowo zwijany i że ci, którzy go nad nią dotychczas trzymali, przechodzą na jasną, to znaczy – amerykańską stronę Mocy. Stało się to widoczne już podczas wyborów prezydenckich, kiedy Bronisław Komorowski został pozostawiony własnemu losowi, a potwierdzone na zorganizowanej 18 czerwca w Warszawie Międzynarodowej Konferencji Naukowej „Mosty”, podczas której ubecy tubylczy, rekomendowani przez ubeków izraelskich, złożyli Amerykanom ofertę trzymania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego w zamian za obietnicę możliwości dalszego pasożytowania na nim – i oferta została przyjęta.
Wprawdzie reputacja PO pikowała w dół, ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej, więc utworzona z niczego „Nowoczesna” okazała się Wielką Nadzieją Białych, jeśli nawet nie wszystkich, to tych najbardziej nowoczesnych i forsiastych – o czym świadczyły środki na intensywną propagandę i życzliwość niezależnych mediów głównego nurtu. Dzięki tej reżyserii głosy modernizatorów naszego nieszczęśliwego kraju zostały rozbite, wskutek czego zwycięzcą wyborów zostało PiS – ale z minimalną przewagą, by sojusznicy w żadnym momencie nie utracili swobody manewru, mogąc wygrywać jednych przeciwko drugim – oczywiście w imię demokracji – bo jakże by inaczej?
Z punktu widzenia amerykańskiego, na obecnym etapie PiS jest idealny, bo nie trzeba go będzie zachęcać do gryzienia złego Putina, jako że jednym z priorytetów nowego rządu, zapowiedzianych już podczas wieczoru wyborczego będzie „dążenie do prawdy”, bo oznacza też gwarancję, że Polska niebezpieczną rolę amerykańskiego dywersanta będzie odgrywała za darmo. Wzbudza to oczywiście irytację w Niemczech, ale na wypadek ewentualnej zmiany polityki amerykańskiej po przyszłorocznych wyborach, zawsze jest możliwa korekta w następstwie której PiS zostałby podmieniony przez koalicję PO, „Nowoczesnej” i PSL, do której, w płomiennym odruchu poświęcenia dla Polski, doskoczyliby „posłowie niezależni” od pana Kukiza, w którym upatruję głównego dostarczyciela organów do takich przeszczepów. Czegóż zatem chcieć więcej, zwłaszcza, że pojawiają się pomruki, iż kuracja przeczyszczająca ma objąć nawet RAZWIEDUPR. Wszystko to być może; dopóki Putin nie zaktywizował się w Syrii i wobec Iranu, to jeszcze można się było dobrotliwie przekomarzać, ale jeśli wiedeńska konferencja nie doprowadzi do porozumienia, to bez kuracji przeczyszczającej, obejmującej wszystkich podejrzanych o niebezpiecznie związki z GRU się nie obejdzie. Na razie jednak RAZWIEDUPR się postarał i z dnia na dzień wykreował partię „Razem”, która odebrała SLD nadzieję na pozostanie na politycznej scenie.
Zagadkowa pozostaje tu postawa Leszka Millera, którego nie ośmieliłbym się podejrzewać o lekkomyślność. A jednak zdecydował się na stanięcie do wyborów w koalicji, podnosząc w ten sposób klauzulę zaporową dla SLD do 8 procent – wysokości – jak się okazało – już nie do przebycia. Warto zwrócić uwagę, że niedawno Amerykanie odmówili współpracy z polską prokuraturą w wyjaśnianiu sprawy tajnych więzień CIA w Polsce, w następstwie czego prokuratura będzie musiała umorzyć sprawę i starym kiejkutom w ten sposób zapewnić bezkarność. Jeśli pani Ogórkowa i pani Nowacka były lasem mającym ukryć ten listek, to przebiegłości Leszka Millera przynosiłoby to zaszczyt. Ale o tym będzie można przekonać się wkrótce, bo prezes Kaczyński wprawdzie wykluczył „zemstę”, a zwłaszcza - „kopanie leżących”, ale zapowiedział, że „prawo będzie przestrzegane”. No naturalnie, jakże by inaczej – chociaż pan Radosław Sikorski najwyraźniej w to nie wierzy, bo zapowiada wieloletnią przerwę w swej politycznej karierze, a nawet rozważa opuszczenie na pewien czas naszego nieszczęśliwego kraju. Dlatego, chociaż początkowo nie mógł oprzeć się pokusie włączenia się do dintojry w Platformie Obywatelskiej, to pewnie już nie będzie pretendował do żadnych partyjnych godności tym bardziej, że do ich objęcia szykuje się minister Grzegorz Schetyna, ten sam, co to odpowiedział poprawnie na wszystkie pytania, jakie mu postawiono w amerykańskim Departamencie Stanu. W tej sytuacji deklaracje pana Michała Kamińskiego, że „nie czuje się winny” porażki Platformy, brzmią nawet szczerze, bo jakże ma być „winny”, skoro tylko nieopatrznie wlazł między ostrza potężnych szermierzy?