Manewr Putina
Dziś w wielu krajach rewiduje się normy moralne i etyczne; zanikają tradycje i różnice między narodami i kulturami. Od społeczeństw wymaga się nie tylko zdrowego poszanowania prawa każdego człowieka do swobody sumienia, poglądów politycznych i życia osobistego, ale też uznania równowartości dobra i zła, pojęć przecież sobie przeciwstawnych – czy stwierdzenie takie padło z ust jakiegoś przywódcy religijnego bądź konserwatywnego polityka Zachodu? Nie, to fragment dorocznego orędzia Władimira Władimirowicza Putina.
Zgodnie z deklaracją rosyjskiego prezydenta, jest jeden kraj, który konsekwentnie broni swego systemu wartości przed ofensywą terroru politycznej poprawności. Jest nim Rosja, która – i tu uwaga – nie pretenduje do roli światowego hegemona i supermocarstwa, ale chce być liderem wszystkich ludzi, którzy cenią sobie naturalne, konserwatywne wartości.
Słowa Putina mogą się wydać zaskakujące w ustach byłego funkcjonariusza KGB, który mottem swych dotychczasowych rządów uczynił stwierdzenie, że upadek Związku Radzieckiego był największą katastrofą XX wieku. Jednak uważni obserwatorzy wiatrów wiejących ze Wschodu z pewnością znacznie wcześniej dostrzegli ewolucję retoryki Kremla, której zwieńczenie stanowi przedświąteczne orędzie.
Nie do końca zresztą mamy do czynienia z jakąś ewolucją, ale raczej z konsekwentną realizacją programu zarysowanego przed laty, wkrótce po wyborze Władimira Putina na prezydenta, przez grupę ideologów władzy z udziałem Władisława Surkowa, twórcy pojęcia suwerenna demokracja. Pod wpływem recepcji wybranych idei modnych myślicieli politycznych (czy raczej metapolitycznych): Aleksandra Dugina i Aleksandra Panarina, sformułowali oni podwaliny nowej doktryny, która dostarczyła politycznemu procesowi odbudowy mocarstwowej pozycji Rosji nośną treść ideologiczną. W wielkim skrócie można by ją streścić jako program budowy nowego eurazjatyckiego imperium wynikający z wielkiej misji historycznej, a nawet eschatologicznej, Rosji – jako ziemi prawosławnej, a więc w szczególny sposób wybranej przez Boga. Imperium to miałoby być nośnikiem jedynej w swoim rodzaju cywilizacji rosyjskiej, opartej na tradycyjnych rosyjskich wartościach,zupełnie przeciwstawnej cywilizacji współczesnego Zachodu z jej demoralizacją, zanikiem duchowości i kultem pieniądza.
Ostatnia nadzieja białego człowieka?
To właśnie z krystalizacją tej ideologii wiąże się kilka spektakularnych posunięć rosyjskich władz ostatnich lat. Cały świat entuzjazmował się więc pokazowym procesem grupy skandalistek o niewartej zapamiętania nazwie, aresztowanych (notabene słusznie) i skazanych na łagier za bluźnierczy taniec w cerkwi. Pożądany efekt został osiągnięty, jako że histerycznym wyrazom oburzenia liberałów towarzyszyły entuzjastyczne wyrazy poparcia ze strony konserwatystów dla władzy w surowy, lecz konsekwentny sposób stającej w obronie wartości. Jeszcze istotniejszy sygnał dla sterroryzowanej przez seksualnych dewiantów zachodniej prawicy stanowiły zakazy organizacji homoseksualnych parad w rosyjskich miastach z Moskwą na czele.
Mistrzowskim posunięciem okazało się również wysłanie do Polski patriarchy Cyryla, po którego wizycie pozostało w polskiej opinii publicznej przekonanie, że oto Kościół w Polsce zyskał silnego sprzymierzeńca w obronie wartości chrześcijańskich, a także rodziny i prawa do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Sprawę owego „sojuszu” Kościoła katolickiego i rosyjskiej Cerkwii, reprezentującej również rosyjską władzę, szeroko komentowano również w zachodnich mediach.
Nic więc dziwnego, że europejscy konserwatyści stojący w obliczu prawdziwych prześladowań, jakich przedsmak mogli poznać uczestnicy zeszłorocznych paryskich demonstracji w obronie tradycyjnego małżeństwa i rodziny, nadziei i oparcia upatrują właśnie na Wschodzie, przy czym entuzjazm wobec „konserwatywnego” reżimu Putina rośnie wraz z odległością od granic Rosji.
Czy jednak rosyjskie społeczeństwo różni się w istocie od zdegenerowanych społeczeństw Zachodu? Czy stoi wyżej pod względem moralnym? Wiedza na temat smutnych realiów postkomunistycznego świata każe nam w to wątpić. Przyjrzyjmy się jednak danym, które mogą powiedzieć nam wiele zarówno o stanie moralnym społeczeństwa rosyjskiego, jak i jego przyszłości.
Brak szacunku dla życia
Rosja ma najgorszy na świecie stosunek aborcji do urodzeń żywych dzieci. W latach 1970–2000 co roku średnio na każde rodzące się tam dziecko przypadały dwa okrutnie zamordowane w łonach matek. Sytuacja tylko trochę poprawiła się w pierwszej dekadzie XXI wieku. Na przykład w roku 2008 urodziło się 1 714 tysięcy dzieci, ale równocześnie zabito aż 1 234 tysięcy dzieci poczętych. Obecnie co roku dokonuje się około 1,2 miliona aborcji, a „zabiegom” tym poddaje się aż 53 na 1000 kobiet w wieku od 15 do 44 lat, z których wiele traktuje aborcję jak środek antykoncepcyjny, decydując się nań wielokrotnie w ciągu życia!
Dziedzictwem czasów komunistycznych i współczesnej barbaryzacji jest ogólny brak szacunku dla życia. Nic więc dziwnego, że Rosja z liczbą 14,5 tysiąca morderstw popełnianych rocznie przoduje w światowych statystykach pośród większych państw, mając przed sobą jedynie Meksyk i Brazylię. A dotyczy to tylko danych oficjalnych, które – z różnych powodów – są poważnie zaniżane. Zły stan dróg i brak respektu dla innych ich użytkowników stanowi przyczynę wysokiej śmiertelności w wypadkach samochodowych – prawie 40 tysięcy rocznie. Pod tym względem gorzej niż w Rosji jest tylko w Egipcie, gdzie de facto nie obowiązują żadne zasady ruchu drogowego.
Nie najlepiej jest też ze statystykami dotyczącymi takich zjawisk, jak śmiertelność niemowląt i dzieci czy przestępczość wśród nieletnich, a także handel dziećmi oraz pedofilia. Stosunek narodu do własnej przyszłości pokazują również statystyki samobójstw, w których Rosja z wynikiem nieco ponad 30 samobójców rocznie na 100 tysięcy mieszkańców plasuje się na pierwszym miejscu pośród państw o populacji ponad 100 milionów, a na trzecim pośród wszystkich państw świata.
Stan moralny społeczeństwa dość dobrze obrazować może również liczba rozwodów, w której Rosja należy do czołówki światowej obok najbardziej zdemoralizowanych krajów zachodnich. Rocznie rozpada się ponad połowa zawieranych małżeństw. Bardzo wysokie spożycie alkoholu to problem całego kraju, natomiast narkomania szerzy się głównie wśród mieszkańców większych miast. Prawdziwą plagą jest tam natomiast AIDS – odsetek osób zakażonych wirusem HIV dziesięciokrotnie przewyższający średnią europejską w latach 2000–2009 wzrósł trzykrotnie. W Europie wyższy jest tylko na Ukrainie i w Estonii, zaś w Stanach Zjednoczonych z podobnym odsetkiem zakażonych spotykamy się jedynie w murzyńskich gettach. Również choroby weneryczne zbierają w Rosji śmiertelne żniwo znacznie obfitsze niż na Zachodzie.
Sowieckie tradycje
Liczba mieszkańców Federacji Rosyjskiej w dekadzie 2000–2010 spadła o siedem milionów, na co wpłynęła zarówno malejąca liczba urodzeń, liczba dokonywanych aborcji oraz liczne choroby społeczne, jak również warunki utrudniające zakładanie rodzin, w tym korupcja na niewyobrażalną skalę. Przed kilkoma tygodniami podał się do dymisji dyrektor państwowego Naukowo‑Badawczego Instytutu Statystyki Rosji Wasilij Simczera, który ujawnił dane skrywane dotąd przez kremlowskie władze. Wynika z nich, że wzrost PKB w Federacji jest o około 30 procent niższy od oficjalnego, natomiast inflacja okazuje się trzykrotnie wyższa od podawanej oficjalnie przez rząd Putina i wynosi 18 procent. Według Simczery, fałszuje się też dane dotyczące innych wskaźników gospodarczych, między innymi bezrobocia, które wynosi w Rosji nie 2–3 procent, jak się podaje, a ponad 10 procent. Simczera wskazał też, że wbrew kolportowanym przez władze informacjom, zgodnie z którymi poziom życia najuboższych miał się stopniowo polepszać, różnica między dochodami 10 procent najbogatszych i 10 procent najbiedniejszych Rosjan cały czas rośnie i jest już trzydziestosześciokrotna. Produkcja fałszywych danych, szczególnie ekonomicznych, na zapotrzebowanie polityczne cieszy się w Moskwie długą tradycją. Różnica pomiędzy czasami sowieckimi a obecnymi polega na tym, że wówczas kłamstwa systemu nie wychodziły tak łatwo na jaw.
Funkcjonowanie w kraju między Smoleńskiem a Władywostokiem obyczaj ów rodem z ZSRR nie powinno dziwić, jeśli uświadomimy sobie, że zdecydowana większość instytucji państwowych działających w dzisiejszej Rosji swym początkiem sięga czasów sowieckich. Najpełniej egzemplifikuje to zjawisko FSB – Federalna Służba Bezpieczeństwa, będąca w prostej linii kontynuatorką najbardziej zbrodniczej organizacji w dotychczasowych dziejach świata – KGB (wcześniej NKWD), a konkretnie tych jej pionów (zarządów), które odpowiadały za porządek wewnętrzny w Sowietach. Choć oficjalną likwidację KGB i powołanie FSB dzieliło kilka lat, Służba zachowała kagiebowskie siedziby (jak choćby tę okrytą szczególnie złą sławą – na Łubiance), funkcjonariuszy (których do dziś po staremu nazywa się czekistami), przepastne archiwa kryjące niejedną tajemnicę i… wieloletnie doświadczenie operacyjne.
Państwo czekistów
Do dziś na stronie głównej FSB możemy zapoznać się z dziejami tej instytucji, wywodzonymi od bandyckiej Czeki, przemianowanej później na NKWD i wreszcie KGB. Galerię szefów Służby, w której widnieje również portret Władimira Władimirowicza Putina (na czele FSB w latach 1998–1999), rozpoczyna biogram samego twórcy bolszewickiej machiny zbrodni – Feliksa Dzierżyńskiego, po nim zaś następują życiorysy Gienricha Jagody, Nikołaja Jeżowa, Ławrientija Berii i Iwana Sierowa – ludzi osobiście odpowiedzialnych za śmierć i niewyobrażalne cierpienie wielu milionów mieszkańców Związku Sowieckiego i krajów przezeń podbitych. Wyobraźmy sobie, na przykład, że kanclerzem Bundesrepubliki zostałby były szef służb specjalnych, który by z dumą podkreślał tradycje tych służb wywodzone od gestapo i Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, a jako swoich poprzedników wskazywał Heinricha Himmlera i Reinharda Heydricha!
Federacja Rosyjska to jednak państwo wyjątkowe w skali całego globu. Nigdzie indziej prawie cała elita polityczna nie rekrutuje się z pracowników służb specjalnych lub ich tajnych współpracowników. Opublikowana przed kilku laty przez rosyjską socjolog profesor Olgę Krysztanowską oraz profesora Stephena White’a z Uniwersytetu w Glasgow praca na temat formowania rosyjskich elit zawiera biogramy aż tysiąca osób sprawujących władzę w rozmaitych instytucjach dzisiejszej Rosji. Okazuje się, że ponad dwie trzecie z tej liczby to byli etatowi pracownicy KGB lub GRU!
Nawet gdyby takim inkubatorem kadr politycznych były „zwyczajne” służby przeciętnego państwa zachodniego, należałoby żywić poważne wątpliwości co do kondycji moralnej kształtowanych w ten sposób elit – tworzyliby je wszak ludzie szkoleni w technikach kłamstwa i dezinformacji, zawodowi mordercy i bezwzględni manipulatorzy. A mówimy przecież o funkcjonariuszach służb państwa komunistycznego, ba – służb samego Imperium Kłamstwa. Mówimy o funkcjonariuszach, którzy zaczynali pracę w organach, kiedy oficjalnie czczono w nich pamięć o czekistach i enkawudzistach – oprawcach zdzierających skórę jak „rękawiczki” z rąk zanurzanych we wrzątku, żywcem zamrażających swe ofiary poprzez polewanie ich wodą na mrozie, stosujących najwymyślniejsze tortury, nawet nie po to, by wyciągnąć z aresztowanych nieszczęśników jakieś informacje, ale po to, by ich upodlić i złamać. I dla własnej przyjemności.
Z pewnością większości funkcjonariuszy KGB i GRU, którzy zaczynali pracę w tych instytucjach w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych minionego wieku, nie imponowały barbarzyńskie metody poprzedników. Jak wynika z rozmaitych ich wypowiedzi, większość nie wierzyła już w komunizm. To tłumaczyłoby łatwość, z jaką przeszli do innych form aktywności po demontażu komunistycznego państwa i stali się głosicielami nowej ideologii państwowej Rosji – nowej, „miękkiej” ideologii imperialnej, w której rolę czynnika jednoczącego państwo i decydującego o tożsamości jego obywateli przejęło prawosławie.
Czy uznanie przez Putina i jego ekipę prawosławia za podstawę narodowej i kulturowej tożsamości Rosjioznacza, że stali się oni faktycznymi wyznawcami chrześcijaństwa i jego cywilizacyjnej wartości? Nie wiadomo, ale warto zdać sobie sprawę, czym jest obecnie Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego.
W służbie władzy i… mamonie
Tak się składa, że niedawno minęło okrągłe siedemdziesiąt lat od powołania przez Józefa Stalina rady do spraw Cerkwi prawosławnej, które de facto oznaczało stworzenie nowej, państwowej Cerkwi. Cała jej działalność miała służyć interesom Związku Sowieckiego, poczynając od zagrzewania Rosjan do obrony kraju przed hitlerowskimi Niemcami, kończąc zaś na aktywnym wsparciu dla komunistycznej machiny propagandowej, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Kraju Rad. Wszyscy jej zwierzchnicy powoływani byli pod wpływem sowieckich władz: od Sergiusza, wiernego obywatela Związku Sowieckiego, przez wielokrotnie odznaczanego sowieckimi orderami Aleksego I, który wprowadził do liturgii specjalną modlitwę za Stalina, następnie Pimena dostrzegającego w komunistycznych aparatczykach wzniosłe wartości duchowe, do Aleksego II, wieloletniego agenta KGB o pseudonimie Drozdow. Ten ostatni patriarcha Moskwy wprowadził Cerkiew w nowe czasy, doprowadzając – już za rządów Putina – do zjednoczenia ze strukturami rosyjskiej Cerkwi na emigracji.
Wraz z ustanowieniem wolności religijnej i uznaniem przez emigrantów prawowitości krajowej struktury miało się zacząć wielkie odrodzenie prawosławia w Rosji. Jednak – choć w sferze materialnej moskiewskiej Cerkwii powodzi się dziś doskonale i posiada ona szerokie wsparcie władzy publicznej, to jednak nadal jedynie od 5 do 10 procent spośród ponad stu milionów Rosjan formalnie podległych jej jurysdykcji można uznać za praktykujących chrześcijan. Być może dlatego, że wciąż na czele jej struktur stoją byli agenci sowieckich służb specjalnych.
Cyryla I, czyli Władimira Michajłowicza Gundiajewa, który został w roku 2008 następcą Aleksego II uważa się nie tyle za byłego agenta KGB, co raczej nieumundurowanego funkcjonariusza tej służby. To właśnie jej wsparciu zawdzięczał on szybką karierę w strukturach cerkiewnych, najpierw jako osobisty sekretarz będącego także agentem metropolity Nikodema, później zaś jako kierownik wydziału do spraw kontaktów zagranicznych Cerkwi, dalej jako biskup smoleński i wreszcie patriarcha moskiewski. Pnąc się po szczeblach kariery kościelnej, Gundiajew zgromadził bardzo pokaźny majątek i dziś uważany jest za jednego z najbogatszych ludzi w całej Rosji. Zajmował się ponoć handlem wyrobami tytoniowymi oraz ropą naftową, wykorzystując do tego cerkiewne struktury. Zaangażowany był także w handel owocami morza oraz działalność finansową – jako członek rady dyrektorów banku Peresvet.
Odbudowa mocarstwowej pozycji
Blisko związany z Władimirem Putinem Cyryl I stał się jedną z najważniejszych postaci życia politycznego w kraju. W zamian za liczne przywileje odwdzięcza się prezydentowi bezwarunkowym poparciem, wpisując się tym zresztą w wielowiekową tradycję uległości Cerkwi prawosławnej wobec władzy. Po okresie pewnego uniezależnienia od Kremla w latach dziewięćdziesiątych Cerkiew na nowo staje się instrumentem jego polityki jako krzewiciel rosyjskiej cywilizacji w kraju i za granicą. Podczas swych licznych podróży zagranicznych Cyryl występuje jako swoisty PR‑owiec Rosji, zawsze konsekwentnie reprezentując jej interesy.
A tymczasem Rosja, choć jej realny potencjał nie wydaje się rosnąć, a – jak twierdzą niektórzy – wręcz maleje, dzięki konsekwentnej polityce zagranicznej odnosi ciągłe sukcesy w odbudowie swej mocarstwowej pozycji. Po powstrzymaniu procesów rozpadowych samej federacji, w czym niezwykle pomocna okazała się wojna w Czeczenii, Moskwa zacieśniła związki z posowieckimi republikami azjatyckimi, następnie zaś ponownie zajęła się Kaukazem. Wojna o Osetię Południową w roku 2008 przyniosła tylko połowiczny sukces w postaci zastraszenia innych małych sąsiadów, ale wyniki zeszłorocznych wyborów w Gruzji i przystąpienie Armenii do unii celnej z Rosją wskazują, że sytuacja w tym regionie znajduje się już pod niemal całkowitą kontrolą Moskwy.
W obliczu depopulacji Syberii i chińskiej kolonizacji tego regionu całkiem realna stała się groźba jego utraty. Rosja nie ma możliwości powstrzymania tego procesu, musi więc ze zdwojoną siłą zwrócić się na Zachód i tutaj szukać dla siebie politycznego lebensraum. Przyszła więc kolej na Ukrainę, której wschodnia – w większości zresztą rosyjskojęzyczna – część nie widzi zupełnie powodów, dla których miałaby nie zacieśnić więzów z sąsiednim, pobratymczym mocarstwem. Zachód Ukrainy nie będzie jednak łatwym orzechem do zgryzienia – z czego zresztą Kreml doskonale zdaje sobie sprawę. Przewidując liczne komplikacje, zawczasu szuka więc w Europie i na świecie sojuszników dla swej polityki. Być może tak właśnie należałoby odczytywać „konserwatywny zwrot” Putina.
Bezpodstawny entuzjazm
Oczywiście, sam fakt, że społeczeństwo rosyjskie en masse pod względem poziomu moralnego nie przewyższa społeczeństw Zachodu (a w niektórych aspektach jest wręcz od nich gorsze) a także postsowiecki charakter rządzonego przez „czekistowską” elitę rosyjskiego państwa, podobnie jak stan moskiewskiej Cerkwii, nie oznaczają, że w Rosji nie może dokonać się prawdziwa przemiana. Na razie jednak nie widać przekonujących dowodów, że delikatne korekty prawa aborcyjnego i konserwatywna retoryka obozu rządzącego to symptomy zjawiska o większym znaczeniu cywilizacyjnym.
Piotr Doerre
piątek, 8 sierpnia 2014
czwartek, 7 sierpnia 2014
Cele strategiczne polityki polskiej

foto: GP
Suwerenne państwo stało się Polakom niepotrzebne nie dlatego, że wstąpiliśmy do Unii, tylko dlatego, że większość doszła do wniosku, iż samodzielna polityka pociąga za sobą tylko niepotrzebne koszty. Jeśli zrezygnujemy z obrony własnych interesów – nie będziemy się stawiali Rosji i Niemcom – nikomu się nie narazimy i wszyscy zostawią nas w spokoju. Jest to oczywiście kalka z nastrojów triumfujących w okresie saskim. Historia bowiem niczego nie uczy. Trzeba ją samemu przeżyć, a gdy już to nastąpi, jest za późno, by cokolwiek zrobić. Bycie służalcem stało się wzorcowym modelem postępowania. Dlatego większość poparła partię, która gwarantowała takie zachowanie.
Skuteczną politykę zagraniczną w naszym wypadku może prowadzić tylko państwo, ale jego instytucje trzeba dopiero zbudować, ponieważ sieciowe parapaństwo, którego oczka tworzą rozmaite grupy klientelistyczne, złodziejskie gangi i stowarzyszenia pasożytów do wynajęcia (vide PO), są do tego niezdolne i zainteresowane jedynie eksploatacją kraju. Budowa państwa to cel wewnętrzny warunkujący prowadzenie polityki zagranicznej.
Semiramida Północy bis
Fakt, że Angela Merkel zapatrzona jest w Zofię Augustę Anhalt-Zerbst, interpretuje się jako powrót do niemieckich dążeń imperialnych. Tymczasem Katarzyna II jest symbolem cywilizowania i europeizowania Rosji. Przez Eurazjatów oceniana jest bardzo negatywnie, bowiem po Piotrze Wielkim kontynuowała „psucie i degenerację” najlepszego dla Rosji ustroju Iwana Groźnego. Wydaje się więc, że kanclerz Merkel chce zostać nową Semiramidą Północy, europeizując Rosję według modelu aktualnego, czyli poprzez gospodarkę.
Merkel rozmiłowana w Rosji chce więc powtórzyć dzieło Katarzyny, budując potęgę gospodarczą Rosji, która w ten sposób przekształci się być może nawet w demokrację. Do tego dochodzą miraże lobby przemysłowego marzącego o kontraktach i działania socjaldemokratycznej agentury Rosji. Systemu rosyjskiego nie można jednak zmienić, można go tylko zniszczyć lub poddać się mu bądź odizolować.
Jeśli motywem Merkel, niezależnie od archiwów Łubianki, jest europeizacja Rosji, to sojusz niemiecko-rosyjski jest dla Polski jeszcze bardziej niebezpieczny, gdyż opiera się na emocjach, a nie na kalkulacji. Bez jego rozbicia nie będziemy mogli prowadzić skutecznej polityki, ponieważ jesteśmy gospodarczo związani z Niemcami. Dodatkowo zaś Niemcy i Rosja, współdziałając, będą w stanie zmieniać władze w Warszawie. Dlatego korzystne jest dla nas wszystko, każdy konflikt, który ten sojusz osłabia lub niszczy. Każdy, nawet krótkotrwały sojusznik.
Dylemat USA
Pierwotny plan Baracka Obamy polegał na pozostawieniu Europy Niemcom i Rosji. Berlin miał pilnować interesów amerykańskich, a Moskwa – odciążyć USA w rywalizacji z Chinami. Pomysłodawcy wykazali się wyjątkową niewiedzą i zbyt dosłownie wzięli „Zderzenie cywilizacji” Samuela Huntingtona. W książce tej autor proponował, by przed starciem z Chinami przekupić Rosję częścią Europy i w ten sposób co najmniej ją zneutralizować. Nie wziął jednak pod uwagę, że Rosja potrzebuje całej Europy, Chiny zaś są naturalnym odbiorcą jej surowców z Syberii Wschodniej i sojusznikiem w walce z USA. Niby dlaczego Rosja miałaby wyręczać Amerykę, narażając się Chinom? Żeby Obama miał dobry humor i mniej problemów?
Huntington nie wziął też pod uwagę konsekwencji sojuszu niemiecko-rosyjskiego.
USA stanęły wobec alternatywy: pokonana Rosja staje się surowcowym dodatkiem do Chin, a więc je wzmacnia, ale pozostawienie Moskwie wolnej ręki powoduje, że sieje chaos i wasalizuje Europę, a następnie tworzy z Chinami blok kontynentalny. Pozornym rozwiązaniem tej kwadratury koła może się ignorantom wydawać doprowadzenie do zmian na Kremlu, gdzie nowy oficer KGB będzie oczywiście miłośnikiem wolności i współpracy z Waszyngtonem. Taki wybór byłby dla Polski jeszcze bardziej katastrofalny niż poprzedni reset. Dlatego musimy się spieszyć, ponieważ polityka amerykańska może falować od kierunku korzystnego do fatalnego dla nas.
Każde rozwiązanie, które nie zakłada pokonania Rosji, czyni konflikt jedynie bardziej kosztownym. W każdym wypadku bowiem starcie z Rosją stanowi jedynie przygotowanie do przyszłej rozgrywki między USA a Chinami. Wszelkie wahania będą zwiększały przyszłe koszty.
Rywalizacja Niemcy–USA
Obecność USA w Europie nie jest już samodzielnym czynnikiem, ale funkcją polityki wobec Chin. Rezygnacja z Europy, a tym bardziej pozostawienie jej sojuszowi niemiecko-rosyjskiemu, spowodowałaby takie osłabienie pozycji USA, że tylko zwycięska wojna mogłaby ją przywrócić. Dlatego nieustanne gadanie, że Ameryka już nie interesuje się Europą kontynentalną, jest bezsensowne lub stanowi element rosyjskiej wojny informacyjnej, który ma do ewentualnego sojuszu z USA zniechęcić.
Czy Chiny będą się liczyły z USA, odizolowanym od Europy, pozbawionym wiarygodności, z papierowym tygrysem, który za Obamy wyspecjalizował się w przegrywaniu każdego starcia z każdym?
Sytuacja na Ukrainie powoduje systematyczne pogłębianie różnic między Niemcami a USA. W czasach resetu sojusz niemiecko-rosyjski był przez USA mile widziany, więc z charakterystyczną dla siebie krótkowzrocznością Waszyngton sam wyhodował sobie problem.
Stany Zjednoczone są pchane przez wydarzenia do coraz głębszego zaangażowania się po stronie ukraińskiej i rywalizacji z Niemcami w Kijowie. Nie mogą utracić tam wiarygodności i pozwolić na triumf rozwiązania niemiecko-rosyjskiego, które byłoby tylko wstępem do biznesowego i energetycznego związania Europy z Rosją, wzmacniającą sojusz z Chinami.
Na razie widzimy, że USA i Niemcy prowadzą wojnę na przecieki. Brytyjczycy ujawnili rokowania Merkel–Putin, na co Niemcy odpowiedzieli ośmieszeniem Obamy, pokazując, że Kerry był podsłuchiwany przez służby izraelskie. Konflikt będzie jednak się zaostrzał, a to zmusi USA do poszukiwania sojuszników. Będzie to trudne, gdyż w okresie resetu USA popierały siły prorosyjskie, a nawet ich człowiek w Bukareszcie, prezydent Traian Băsescu związany jest z Gazpromem poprzez córkę, która pracuje w filii rosyjskiego koncernu. O znawcy „robienia lodów” nawet nie wspomnę.
Pokonać Rosję
Reset zamknął przed Polską możliwości prowadzenia aktywnej polityki. Należało jednak nie wybierać służalstwa, tylko przejść do pozycji obronnych, czekając na zmianę koniunktury, co było oczywiste dla każdego, kto zna Rosję.
Obecnie sytuacja jest inna i gdyby Polacy mieli własne państwo, mogliby z koniunktury skorzystać, budując silną pozycję, by w przyszłości móc polegać na sobie. Nie chodzi przy tym o wysługiwanie się, jak dotychczas, tylko innym siłom, ale o realizację własnych interesów dzięki wykorzystaniu zmiany konstelacji międzynarodowej. Właśnie walki na Ukrainie stwarzają ku temu idealną sytuację. Dlatego też rosyjska agentura stara się za wszelką cenę zapobiec zbliżeniu z Kijowem, dla którego można by teraz wykorzystać amerykański parasol ochronny i zdystansować się jednocześnie wobec Niemiec. Trzeba zbroić Ukrainę i stawiać Niemcy przed faktami dokonanymi.
Teoria geoekonomii mówi, że państwa uprzemysłowione rywalizują na poziomie geoekonomii. Polska powinna więc walkę z Rosją prowadzić na tej płaszczyźnie. Warunkiem pokonania Rosji jest bezpieczeństwo energetyczne, czyli rezygnacja z jakichkolwiek strategicznych surowcowych zakupów w Rosji. Polacy tego nie rozumieją, stąd popierali premiera Leszka Millera, gdy zrywał umowę z Norwegami pod hasłem „Chcemy taniego rosyjskiego
Problem natomiast doskonale rozumie strona przeciwna. Dlatego od 2007 r. sabotowane są budowa gazoportu czy wydobycie gazu łupkowego, w zapomnienie poszły elektrownia atomowa i rurociąg Odessa–Brody. Most energetyczny z Litwą sabotowany jest już ponad 20 lat.
Kluczowe jest uruchomienie wydobycia gazu łupkowego w Polsce, zanim zrobią to Rosjanie, korzystając z decyzji obecnego służalczego rządu w Warszawie. Sprowadzenie firm amerykańskich, obecnych już na Ukrainie, stworzyłoby Polsce dobre perspektywy. Trzeba pamiętać, że po rozerwaniu sojuszu energetycznego Niemiec i Rosji to kraje naszego regionu mogłyby ją zastąpić jako eksporter gazu do Europy, co przypieczętowałoby klęskę Rosji.
niedziela, 3 sierpnia 2014
Tak o Powstaniu Warszawskim nikt by nie napisał! Mało znany tekst Józefa Mackiewicza
Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?
Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.
Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.
Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.
A jak położenie wyglądało naprawdę?
Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).
W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga. Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:
- Wie weit?!
Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:
- Zwanzig Kilometer!
31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?
Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.
Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.
Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.
Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.
Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.
Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.
W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.
В сети начался процесс синхронизации протестных акций в России. Кремль в панике.
http://nr2.com.ua/News/world_and_russia/V-seti-nachalsya-process-sinhronizacii-protestnyh-akciy-v-Rossii-Kreml-v-panike–77347.html
В сети начался процесс синхронизации протестных акций в России. Кремль в панике
ВЧЕРА, 20:00 47380 53
Новосибирск, Калининград, Екатеринбург… Кто следующий?
Новосибирск, Калининград, Екатеринбург… Кто следующий?
Вильнюс, 02 Августа (Новый Регион, Дарюс Садковски) — В сетях Интернет начался процесс синхронизации протестных акций в регионах России. Судя по всему, начнётся он 17 августа. Новосибирск, Калининград, Екатеринбург… Кто следующий
На этой неделе в социальных сетях и средствах массой информации появилась информация о том, что 17 агуста в Новосибирске пройдет «Марш за федерализацию Сибири»под лозунгом «Хватит кормить Москву!». Об этом на своей странице в «Фейсбуке» сообщил известный российский журналист Артур Соломонов.

Кремль от таких заявлений пришёл в панику. Иначе не объяснить массовое закрытие доступа к этой информации Роскомнадзором. Со вчерашнего дня интернет СМИ начали получать уведомления от своих провайдеров и хостинговых компаний о том, что на основании требования Генеральной прокуратуры Российской Федерации страница с новостью про сибирский марш и сибирскую республику ограничивается операторами связи на территории Российской Федерации. А ряд российских интернет СМИ, кроме того, получили требования от Генпрокуратуры РФ удалиить эту «вредную информацию».
По мнению российских прокуроров, информация содержит «призывы к массовым беспорядкам, осуществлению экстремистской деятельности или участию в массовых (публичных) мероприятиях, проводимых с нарушением установленного порядка».Предупреждения из-за Сибирского марша вынесены в общей сложности 14 СМИ, сообщил «Коммерсанту» пресс-секретарь Роскомнадзора Вадим Ампелонский. Список изданий, попавших под санкции, он не назвал. По данным NR Baltia, Роскомнадзор вынудил это сделать редакцию Slon. ru, Грании др.
Под ограничения попали не только российские СМИ. Так известный оппозиционый сайт Беларуси Хартия 97 сегодня написал, что американская хостинговая компания Amazon сообщила им о требовании российского Роскомнадзор ограничить доступ к «сибирской» статье. Редакция Хартии 97 заявила, что «требование удалить новость является грубейшим нарушением Конституции Республики Беларусь».
Об этом же сообщает и украинское СМИ ТСН.
Между тем сегодня в сетях появился новое подобное объявление только из Калининградской области. На фоне флаге Литвы «Калиннградская народная республика»объявляет сход на 15:00 под лозунгом «Хватит кормить Москву!»

Также NR Baltija сегодня стало известно о проведение 17 августа протестного марша по инициативе «Уральской республики». В закрытой анонимной сети ТОРвовсю идёт обсуждение о призыве к уральцам «вспомнить времена Росселя и послать Кремль к чёрту».
Частные лица используют ТОР для получения доступа к информации, заблокированной интернет-цензурой. Журналисты используют ТОР для безопасного общения с информаторами и диссидентами. Так Эдвард Сноуден с помощью ТОР передал информацию о PRISM газетам The Washington Post и The Guardian.
czwartek, 31 lipca 2014
Stanisław Janecki: Dlaczego tak wielu współczesnych Polaków wścieka mit Powstania Warszawskiego?
Stanisław Janecki: Dlaczego tak wielu współczesnych Polaków wścieka mit Powstania Warszawskiego?
opublikowano: 31 lipca 2014, 16:48 · aktualizacja: 31 lipca 2014, 16:48

Polska debata o Powstaniu Warszawskim wbrew pozorom nie dotyczy przeszłości. W ogromnym stopniu dotyczy teraźniejszości i współczesnych Polaków. Dlatego jest taka gorąca, zażarta, a momentami wręcz kipi emocjami, głównie negatywnymi. Nie chodzi w niej o rozliczenie z II Rzeczpospolitą, której Powstanie Warszawskie było ostatnim, najbardziej dramatycznym aktem. Chodzi o rozliczenie z III RP, a Powstanie Warszawskie jest tylko dobrym po temu środkiem, bo dotyczy fundamentalnych wartości i najważniejszych wyborów.
Debata o powstaniu przede wszystkim pokazuje lęki, kompleksy i problemy współczesnych Polaków. Wielu z tych, którzy wskazują na „polityczną głupotę” i „strategiczny bezsens” powstania reaguje na wiszące w powietrzu, ale niewypowiadane fundamentalne pytania. Jak bym się zachował/zachowała w tamtej sytuacji? Jak się zachowywałem/zachowywałam w czasach komuny i po 1989 r.? Jak zachowałabym/zachowałbym się w przyszłości, gdyby trzeba było dokonać podobnych wyborów jak te, które mieli powstańcy, ale także przeciętni ludzie, mieszkańcyWarszawy? To są pytania o odpowiedzialność, o patriotyzm, o odwagę, zaufanie, obowiązek, solidarność, o altruizm i egoizm, o wspólnotę i jednostkę, o zaangażowanie, o pojmowanie polskości wreszcie.
Nie było tak, że po pięciu latach wojny tamte powstańcze pokolenia nie miały nic do stracenia, bo już bardzo dużo straciły, więc było im wszystko jedno. Wręcz przeciwnie, one straciły tak wiele, że te ocalałe resztki miały ogromną wartość. To nie byli desperaci, którym było wszystko jedno. W sierpniu 1944 r. to byli ludzie mający świadomość, że wojna skończy się w perspektywie kilku miesięcy i trzeba będzie urządzać się w nowej rzeczywistości. Trzeba będzie odzyskać to, co się straciło, uporządkować relacje z bliskimi, przyjaciółmi, a często zacząć wszystko od nowa. W sierpniu 1944 r. tamte pokolenia miały bardzo dużo do stracenia. Tym bardziej że miały świadomość, co nadciąga do Polski ze wschodu. Miały świadomość spustoszeń moralnych, jakich wojna i okupacja dokonały w milionach ocalałych Polaków. Miały świadomość tego, jakie zasady i wartości wojna i okupacja zawiesiły, zrelatywizowały czy uprościły, żeby można było w ogóle prowadzić walkę z okupantem, zachowując jednocześnie człowieczeństwo.
Współczesne pokolenia debatujące o powstaniu są często tak bardzo emocjonalne, a czasem wręcz wściekłe z takiego powodu, że ta debata jest dla nich rodzajem rachunku sumienia, życiowego egzaminu, jest wywołaniem do tablicy. Dla współczesnych powstanie to pytania o teraźniejsze, zakorzenione w realiach III RP wartości i zasady, czyli o odpowiedzialność, o patriotyzm, o odwagę, zaufanie, obowiązek, solidarność, o altruizm i egoizm, o wspólnotę i jednostkę, o zaangażowanie, o pojmowanie polskości. Są to te same pytania, przed jakimi stawali powstańcy, warszawiacy i Polacy 1 sierpnia 1944 r.
Debatując teraz o powstaniu często trzeba sobie odpowiedzieć, czy byłoby mnie stać na poświęcenie, które w najmniejszym stopniu nie gwarantuje sukcesu? Czy byłoby mnie stać na odwagę, która może się skończyć katastrofą, łącznie ze śmiercią bliskich i własną? Czy miał(a)bym zaufanie do czynników państwowych, gdyby te wezwały mnie do walki czy konspiracyjnej pracy na rzecz tego państwa w sytuacji zagrożenia, choć ich motywy i wybory byłyby mi obce, niezrozumiałe bądź nie miał(a)bym na nie żadnego wpływu? Czy byłoby mnie stać na ryzyko utraty dorobku życia, mieszkania, samochodu? Czy byłoby mnie stać choćby na porzucenie wygodnego życia, jakie przynajmniej do czasu gwarantuje stanie na uboczu, nieangażowanie się? Czy byłoby mnie stać na jakiekolwiek działanie i ryzyko, zamiast bezpiecznego mówienia o działaniu i tylko oceniania oraz recenzowania praktycznej aktywności innych? Czy byłoby mnie stać na porzucenie przekonania, że liczę się tylko ja i moi bliscy? Czy byłoby mnie stać na jakikolwiek czyn, gdy się nie wie, czy ostatecznie będzie on miał założony sens?
Takie pytania można by mnożyć, a im ich więcej, tym większe u wielu zniecierpliwienie, poirytowanie, a często wręcz wściekłość. No bo dlaczego ktoś śmie takim ukierunkowaniem debaty (wcale nie wezwaniem do czynu, a tylko dyskusją) zakłócać czyjeś wygodne życie skupione na sobie, bliskich, karierze i przyjemnościach? Po co pytać o takie rzeczy, gdy jest spokojnie, bezproblemowo i wydaje się, że jest bezpiecznie. A te pytania mają fundamentalne znaczenie także, a może przede wszystkim w czasie pokoju, bo odpowiedzi na nie dają wiedzę o tym, jakim Polacy są narodem, ile są gotowi zrobić dla własnej wspólnoty narodowej, na co byłoby ich stać, gdyby byt narodu i państwa były zagrożone. To nie są czcze rozważania teoretyczne, lecz pytania o to, jak w obecnej Polsce wygląda poczucie odpowiedzialności, poświęcenia, patriotyzmu, woli działania. A jednocześnie są to pytania o siłę i trwałość oportunizmu, koniunkturalizmu, pragmatyzmu, tzw. realizmu. Takie ustawienie debaty wielu irytuje, a wręcz wścieka, bo wymaga od nich zastanowienia się nad tym, jakimi są obywatelami, jakimi są Polakami.
Skrajne emocje, a często wściekłość wywołuje porównanie współczesnych do powstańców warszawskich, dla tych współczesnych wypadające fatalnie. W większości wtedy wystąpili dwudziestolatkowie i trzydziestolatkowie, a powstańcami były też rzesze nastolatków. Ci ludzie mieli oczywiście masę wątpliwości, a poglądy polityczne dzieliły ich nawet bardziej niż dzielą współczesnych. I mieli za sobą doświadczenie klęski września 1939 r. oraz ogromną traumę okupacji, a wreszcie lęk przed tym, że przeżyli tyle koszmarnych lat i mogą zginąć tuż przed końcem wojny. Mieli zatem wiele powodów, by nie angażować się w powstanie. A jednak w ogromnej większości podjęli walkę i nie mieli wątpliwości, że tak trzeba było zrobić. Byli gotowi ponieść najwyższą ofiarę, choć nawet w czasie walk toczyli zaciekłe spory o polityczny i strategiczny cel i sens powstania.
Ci bardzo młodzi ludzie w sierpniu 1944 r. okazali się nad wyraz dojrzali, świadomi, niezwykle przywiązani do ideałów i wartości. Budzą oni podziw u współczesnych, a jednocześnie wielu współczesnych, szczególnie tzw. realistów i pragmatyków ich postawa wścieka. Z tego powodu wścieka, że ci współcześni w większości nie byliby gotowi na takie poświecenie, o ile w ogóle na jakiś czyn. A tym bardziej mając 20 lat, bo przecież dzisiejsi dwudziestolatkowie, a nawet trzydziestolatkowie to właściwie duże dzieci. Tamci młodzi są więc ogromnym wyrzutem sumienia, są zadrą dla tych, którzy sądzą, że wszystko da się wydyskutować, wynegocjować, zagadać i że nie trzeba podejmować żadnych ryzykownych działań. Że da się uniknąć walki i skrajnych wyborów. Współczesnych wścieka, że tamci dwudziestolatkowie kierowali się kantowskim kategorycznym imperatywem, że po okupacyjnym spustoszeniu stać ich było na „czyste” wybory moralne.
Wprawdzie mówi się, że przecież sami powstańcy to najczystszej wody bohaterowie, a „złymi” byli dowódcy i londyńscy politycy (nie wszyscy), ale to bohaterstwo jest jednak bardzo niewygodne i wyzywające. Bo tamci walczyli mimo wątpliwości i nierzadko sprzeciwu, zaś współcześni na wątpliwościach budują uzasadnienie do tego, żeby się nie angażować, nie ryzykować, nie poświęcać. Żeby nic nie robić poza tym, co prywatnieważne dla nich i ich bliskich.
Rzeczywiście musi budzić wściekłość, a co najmniej irytację to, że dwudziestolatkowie z 1944 r. mieli wszystko to, czego brakuje dzisiejszym trzydziestolatkom, a nierzadko także osobom po czterdziestce i pięćdziesiątce. I akurat to najwięcej mówi o tym, czym i jak bardzo różni się III RP od II RP. Jak fundamentalnie różni się także w porównaniu z ostatnim aktem II Rzeczpospolitej, jakim było Powstanie Warszawskie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
