poniedziałek, 20 lutego 2012

Józef Mackiewicz Prawda w oczy nie kole




Józef Mackiewicz

Prawda w oczy nie kole


Od wydawcy

"Książka nosiła tytuł "Prawda w oczy nie kole" i odbita była w dwóch egzemplarzach, z których jeden wręczyłem członkowi tajnej organizacji (Radziwonowi Romualdowi) dla kolportażu. Egzemplarz ten spalił Jerzy Święcicki w chwili dobijania się policji. Drugi maszynopis, przed swoim wyjazdem do Warszawy, pozostawiłem u członka AK, znanego dziennikarza Janusza Ostrowskiego". Otóż ten właśnie egzemplarz ocalał. Prawdopodobnie był w zbiorach wilnianina Juozasa Maceiki, zdeponowanych w Kownie. W roku 1950, wśród innych rękopisów, Uniwersytet Kowieński przekazał go Bibliotece Litewskiej Akademii Nauk w Wilnie. Prawidłowo opisany jako maszynopis Józefa Mackiewicza pod tytułem "Przy konfesjonale", opatrzony sygnaturą F12-2695, został tam niedawno zauważony przez Jurate Burokaite, o czym mnie uprzejmie poinformował dr Zenowiusz Ponarski. Biblioteka Litewskiej Akademii Nauk udostępniła mi tekst do publikacji, za co dyrektor Biblioteki, dr Juozas Marcinkevičius, zechce przyjąć słowa wdzięczności. Maszynopis ma 238 stron, pisanych na papierze przebitkowym, przez niebieską kalkę, dlatego trudnych do odczytania. Za przepisanie go najserdeczniej dziękuję Adzie Laskowskiej. Według skrupulatnego opisu katalogowego, brakuje stron 18 i 19. Rzeczywiście ich nie ma, ale sądzę, że albo Mackiewicz pomylił się w paginacji, bowiem rozdział "Krajowa dialektyka" kończy się na stronie 17, zaś rozdział "Wojna" zaczyna na 20, albo na stronie 18 był nagłówek "Część I". W maszynopisie są poprawione niektóre literówki i są skreślenia, a także dopiski, ołówkiem kopiowym i atramentem, poczynione prawdopodobnie przez kogoś, komu Józef Mackiewicz dał książkę do przeczytania. Ważniejsze zostały odnotowane u dołu strony, zaś przypisy autora (odsyłacze do nich są oznaczone gwiazdkami) umieszczono po rozdziale, do którego się odnoszą. Tytuł "Przy konfesjonale" napisany na osobnym arkuszu, w mojej opinii, nie ręką Mackiewicza, został prawdopodobnie nadany przez kogoś pod wrażeniem zdania "Piszę tu raczej spowiedź osobistą na tle wypadków, tak jak mi przychodzą na pamięć i na myśl, wypadków jeszcze się rozgrywających i nie zakończonych" (s. 129). Zdecydowałam opublikować ten tekst pod tytułem Prawda w oczy nie kole, bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest to właśnie książka, którą Józef Mackiewicz tak zatytułował.



Idea dwóch frontów

Wileńska tzw. "idea krajowa" nie jest sprecyzowana dość ściśle. Być może, ja ją ujmuję inaczej, niż inni zwolennicy. O genezie jej można by napisać tyle, iż by starczyło na cały pierwszy tom niniejszych wspomnień. Na razie chciałbym powiedzieć o niej tyle tylko, ile się zmieści w jednym rozdziale, we wstępie niejako, traktując przedmiot z grubsza, niby wyjaśnienie. Może niektórym się ono wydać obroną przed stekiem zarzutów, kłamstw, kalumnii, jakimi obrzucano mnie, usiłując jednocześnie poniżyć i obniżyć marzenia polityczne, których jestem wyrazicielem. "Krajowcem" stałem się dawno przed wojną, z głębokiego przekonania. Mniej z publicystyki, do której Słowo wileńskie, w którym pracowałem, mnie nie dopuszczało. Mój pogląd na politykę jest idealnym. Uważam, że o ile taktyka polityczna kroczyć może każdą drogą do celu, to w polityce winno się być uczciwym. Za uczciwego polityka uważam tylko takiego, który w swej publicznej działalności przyznaje się do popełnionych błędów, koryguje swoje tezy w miarę narastania wiadomości i doświadczenia zaczerpniętego z rzeczywistości. Który, innymi słowy, nie obawia się zmieniać przekonań, doszedłszy do wniosku, że wczorajsze były błędne albo szkodliwe dla zasadniczej idei. Każdy inny, który dopasowuje i naciąga okoliczności do raz wypowiedzianych tez, do sztucznej niezłomności swoich przekonań, albo oszukuje jednocześnie i siebie, i innych albo tylko innych. Taki polityk, który za nic na świecie nie zmieni swych przekonań, chociażby zdawał sobie sprawę z własnego błędu, wydaje mi się nie zasługiwać na miano uczciwego. Przeważnie jednak tzw. opinia publiczna osądza wręcz odwrotnie i, oczywista, popełnia błąd zasadniczy. Jeżeli chodzi o "ideę krajową" przeze mnie, a może dotychczas raczej tylko we mnie, reprezentowaną (nie miałem możności jej rozwinąć ze względów cenzuralno - politycznych), pozostaję jej wierny, gdyż przekonany jestem nadal o jej słuszności.(1) Nie przeszkadza mi to spostrzegać dziesiątki błędów politycznych, popełnionych przeze mnie na drodze, w zasadzie, jak się wyraziłem - słusznej. Co to jest "krajowość"? Przede wszystkim nazwa idiotyczna, służąca zazwyczaj do określania mieszkańców krain egzotycznych: "krajowcy"! Ci, którzy tę ideę reprezentowali oficjalnie w Wilnie, jak znany adwokat Wróblewski lub świetny publicysta Ludwik Abramowicz, chcieli odrodzenia Wielkiego Księstwa Litewskiego jako niezależnego państwa, uzasadniając swe dążenia wspólnotą geopolityczną i historyczną ziem położonych plus-minus pomiędzy Dnieprem i Bałtykiem. Nie przeczę, że zarówno w ich dążeniach, jak moich, znaczną rolę odegrywa sentyment, polityczny romantyzm, płynący po prostu z przywiązania do specyficznych cech terenu. Ale moje osobiste, głębokie przekonanie do tzw. (tylko tak zwanej) "idei krajowej" wypływa z najzimniejszego rozsądku politycznego. Gdyby mnie ktoś prosił, abym sformułował mój pogląd w "trzech słowach", ująłbym go tak: Jest to pomysł utworzenia pomiędzy dwoma wrogimi dla nas blokami, niemieckim i rosyjskim, takich organizacji państwowych, albo takiego organizmu państwowego, który by mógł prowadzić wojnę na dwa fronty. To znaczy: obronić narody zamieszkałe pomiędzy Rosją i Niemcami, nie tylko przed każdym z tych wrogów pojedynczo, ale nawet w wypadku zaatakowania nas ("nas" tzn. narody zamieszkałe jak wyżej) jednocześnie z zachodu i wschodu. - Oto cała mądrość. Uważam ją istotnie za mądrość. Historia uczy nas, że koalicja rosyjsko-niemiecka jest dla nas notorycznie zgubna. Nie będę przytaczał tu danych historycznych, które są znane zupełnie powszechnie. Sytuacja Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego nie zmieniła się w wieku XX i pozostała taką samą jak w wieku XIV, w głównych zarysach oczywiście. Dopóki narodami nie dysponowały ich nacjonalizmy, a ich książęta - mógł Witold z Jagiełłą zapoczątkować mocarstwo tak silne, że odpierające zakusy agresywne jednocześnie ze wschodu i zachodu. Z chwilą, gdy organizm Rzeczypospolitej rozdrobnił się z pojęcia "obojga narodów" na pojęcia Polaków, Białorusinów, Ukraińców i Litwinów, zamieszkałych pomiędzy Niemcami i Rosją, wspólny, nie zmieniony los tych narodów zmusza nas do utworzenia takiego porozumienia, takiego układu, do takiej decyzji, która by zastąpiła łatwą kiedyś decyzję książąt - trudną dziś decyzją narodów, obarczonych skomplikowaną machiną narodowościowo - wyznaniowo - gospodarczych aspiracji. W tym ujęciu idea "krajowa" (nie lubię tego słowa), mimo pozorów romantyzmu, jest wyrozumowaną i praktyczną. Można by poszukać dla niej analogii wśród historycznych sojuszów politycznych, starych czy nowych albo wprost analogii w strategiach państwowych. Przychodzi mi pomysł porównać ją do planu Schlieffena. Skąd się bierze sława tego oficera niemieckiego sztabu generalnego sprzed pierwszej wojny światowej, która nadała mu tytuł "genialnego stratega"? Stąd, że słabe, poszatkowane Niemcy dochodzą za Bismarcka do potęgi przez zjednoczenie swych sił. Niemcy, podobnie jak ongiś Rzeczpospolita, znalazły się pomiędzy dwoma blokami kontynentalnymi: Francją i Rosją. Z chwilą, gdy się wzmocniły na tyle, aby wyemancypować od sił wypadkowych, co było głównym ich zadaniem?(2) Oto możliwość obrony na dwa fronty jednocześnie. I dlatego wszystkie sztaby generalne niemieckie od okresu Bismarcka po okres Wielkiej Wojny, miały poruczony sobie tylko jeden jedyny(3) problem: opracowanie planu jednoczesnej wojny przeciwko Francji i Rosji. Alfred hr. Schlieffen, mianowany 7 lutego 1891 roku szefem niemieckiego sztabu generalnego, niezmordowanie, aż do swej śmierci w r. 1913, poświęca całą wiedzę, zdolności i energię opracowaniu planu wojny na dwa fronty. A ponieważ zagadnienie takiej wojny stanowiło o życiu i śmierci Niemiec, przeto najlepszy plan, za jaki uznano właśnie klasyczną receptę Schlieffena, zapewnił mu nieśmiertelność w poczcie wielkich Niemców. A o cóż nam chodzi? O to, żeby przestać być igraszką niemiecko-rosyjską, żeby wyjść z impasu wiecznego lawirowania pomiędzy tymi dwoma potęgami, żeby nie dochodzić do niepodległości tylko z łaski wojny pomiędzy nimi i nie ginąć na poczekaniu z chwilą ich zgody i wspólnego działania. O nic więcej. Jakże to zrobić? - Musimy stworzyć wielkie, ogromne państwo polskie - powiadali tzw. "mocarstwowcy".(4) Bardzo słusznie. Ale, jak się rzekło, pomiędzy dwoma zaciskającymi nas kleszczami, los wspólny jest zarówno dla Polaków, jak Białorusinów, Ukraińców i Litwinów. Otóż ci nasi wspólnicy nie godzą się na koncepcję, ażeby to było tylko wielkie państwo - "polskie". Skoro się nie godzą, a będąc naszymi dziejowymi wspólnikami, narodowościowo tak się wzmocnili, że nie liczyć się z ich głosem niepodobna - musimy iść z nimi na kompromis i układać wspólnie ten organizm państwowy, aby był mocny, trwały i od wewnątrz nie rozsadzany przez(5) malkontentów. Przy tym czynić to należy w sposób, aby wzgląd na nieuniknionych malkontentów mieć tylko w wypadku ich żądań słusznych, czyli czynić uczciwie nie inaczej, jak dla absolutnego, dowiedzionego, wspólnego dobra i interesu. Powiedziałbym, że w całej tej koncepcji, różnice pomiędzy moją krajowością i ideą mocarstwową z okresu Piłsudskiego nie są zbyt duże. Różnica główna polega na tym, że "mocarstwowcy" za źródło emocjonalne traktowali patriotyzm narodowy polski, ja zaś czerpię z patriotyzmu terenu, wyzbywając się egoizmu narodowościowego dla dobra wszystkich narodowości ten teren zamieszkujących. Nie wyklucza to przewodniczenia np. narodu polskiego, ale też i łamania wszystkich bez wyjątku, kto by egoistyczne aspiracje narodowościowe usiłował forsować ponad terenowe interesy państwa. Natomiast "mocarstwowcy" uważali za możliwe nie liczyć się ze "wspólnikami" w takim stopniu, w jakim ja uważam za konieczne ze względu na ich rzeczywistą potencję. Podejście "mocarstwowców" do zagadnienia białoruskiego czy ukraińskiego, mimo całej powagi udzielanej temu ostatniemu zwłaszcza, było co nieco jakby z werandy dworskiej do podwładnego chłopa, było więc bardziej nie odpowiadające prawdziwemu stanowi rzeczy i bardziej, powiedziałbym, romantyczne od mego, a przez to o wiele mniej realne. Najpoważniejsze studium wyszłe z tego obozu w Polsce przed samą wojną, a mianowicie Problem Polsko-Ukraiński w Ziemi Czerwieńskiej Aleksandra Bocheńskiego z r. 1938, traktuje wciąż Ukraińców jako mniejszość w granicach Polski i mimo najsumienniejszego przestudiowania, nie daje nam żadnej recepty końcowej. Inna różnica, dzieląca mnie z obozem "mocarstwowców", miała już charakter swoisty: oni uważali Piłsudskiego za swego wodza, wyrocznię i człowieka genialnego, ja zaś za politycznego kretyna. (6) Genezy koncepcji mojej skłonny jestem dopatrywać się w założeniach politycznych W. Ks. Witolda: obydwa państwa utworzyły wówczas związek, który upodobnić można do dwóch ludzi opartych wzajem plecami, a zwróconych twarzami w przeciwległe strony. Wielkie Księstwo Litewskie na wschód, Korona na zachód. W ten sposób każde z tych państw miało zabezpieczone tyły. (Nie mówię tu, oczywiście, o licznych odchyleniach, w zależności od konstelacji politycznej.) Nic oczywiście nie stało na przeszkodzie, aby działać miały, zależnie od okoliczności, w jednym kierunku wspólnie. Wzmacniało to tylko ich pozycję mocarstwową. Wówczas Litwa była państwem na wskroś ruskim i rywalizowała z Moskwą o Dominium Russiae. Dziś (7) powstał wyodrębniony terenowo, trzeci(8) czynnik, mianowicie prący do samodzielności naród ukraiński. Mój plan uregulowania Europy Wschodniej przez utworzenie organizmu państwowego równego siłą Niemcom i Rosji, wyglądałby w schemacie następująco: Wielkie Księstwo Litewskie (nazwijmy je jak chcemy) obejmuje wszystkie ziemie białoruskie i litewskie w ogólnym kierunku od Dniepru i Prypeci na północny zachód, ze stolicą w Wilnie. Polska - od etnograficznej granicy białorusko-ukraińskiej, na zachód i południe, łącznie z Pomorzem, Śląskiem itd. Na południowym wschodzie Ukraina. Mniej więcej w centrum tego trójpaństwa, gdzieś u początku Prypeci, schodziłyby się trzy granice. Trzy stolice stanowiłyby: Warszawa, Wilno, Kijów. Pomiędzy tymi państwami, czy też członami jednego państwa, o wspólnej polityce zagranicznej i wojskowej, uregulowana by została definitywnie sfera i kierunek ekspansji politycznych, interesów i aspiracji terenowych. Do sfery interesów członu państwa, które nazwałem tradycyjnie "Wielkim Księstwem Litewskim", włączona byłaby Łotwa i kierunek północno-wschodni na Psków - Nowogród - Smoleńsk - Briańsk. Prusy Wschodnie objęte wspólną sferą wpływów Wilna i Warszawy. Do sfery interesów Polski należałyby odrodzone Czechy, Słowacja i Węgry aż po Bałkany. Rumunia wchodziłaby we wspólną sferę wpływów polsko-ukraińskich. Do sfery interesów Ukrainy należałby Krym, Kozacy Dońscy, Kubań po Kaukaz. Tego rodzaju organizm państwowy musiałby dążyć do wytworzenia wokół korzystnej dla siebie konstelacji, zabezpieczającej go od oskrzydlenia z północy i południa. Na północy więc utworzenie wielkiego bloku skandynawskiego z hegemonią, powiedzmy, Szwecji nad Finlandią i Estonią w antywschodnim sojuszu z Wilnem oraz nad Norwegią i Danią w antyzachodnim sojuszu z Warszawą. Na południu blok państw bałkańskich w sojuszu z Warszawą. Na południowym wschodzie hegemonia Ukrainy nad Donem i, możliwe, Kaukazem w sojuszu z Turcją. To byłby schemat.


***


Wracając do ścisłego tematu tzw. idei krajowej, czyli mojej koncepcji, odrodzenia państwa na terenach b. W. Ks. Litewskiego, w oparciu na Polskę i Ukrainę, wydaje mi się ona nie tylko korzystną dla wszystkich trzech zainteresowanych narodowości: Białorusinów, Polaków i Litwinów, ale po prostu jedyną, która im gwarantować może byt niezależny na tych terenach. W sytuacji do r. 1939 Polska miała tylko skrawek tych ziem, napęczniały zgryźliwym niezadowoleniem mieszkańców, atakowany ze strony Litwy, wciąż wystawiony na agresję sowiecką. Ten korytarz wileński nie był do utrzymania przez czas dłuższy przy takiej Polsce. Co zaś dotyczy Litwy i Białorusi, to bez oparcia na Polskę, byłyby notorycznie wystawione na niebezpieczeństwo pomiędzy Niemcami i każdą Rosją. Gdyby nawet Białoruś uzyskać kiedyś miała niezależność z rąk Niemiec czy Rosji, bez oparcia na Polskę, to ta niezależność pozostałaby zawsze nominalna, bez dostępu do morza albo pod postacią protektoratu niemieckiego, albo folwarku rosyjskiego, że już pominę strukturę sowiecką. Nad sytuacją niezależnej Litwy nie warto się nawet rozwodzić po doświadczeniach jej izolacyjnej wobec Polski polityki i niesławnego finału lawirowania pomiędzy Moskwą i Berlinem. To idealizowane przeze mnie współczesne Wielkie Księstwo Litewskie miałoby charakter państwa trójjęzycznego, trójnarodowego: Białorusini, Litwini, Polacy. Abstrahując od korzyści zasadniczej, zewnętrznej, wypływającej z mocarstwowego zabezpieczenia się przed utratą niepodległości i wyemancypowania spod władzy Moskwy i Berlina -wszystkie te trzy narodowości zyskują, przez połączenie, nie tylko siłę, ale i wewnętrzne zadośćuczynienie własnym ideałom. Następnie poważne korzyści ekonomiczne. Litwini, otrzymując dostęp do Wilna-stolicy i całej historycznej Litwy, nie tracą nic ze swego narodowościowo-kulturalnego dorobku, pozostając równorzędnym elementem w państwie, siedzą na jego dostępach do morza. Białorusini stanowią element przeważający, nie potrzebują się zatem obawiać wynarodowienia, zwłaszcza groźnego im na rzecz Rosji, uzyskują dostęp do morza i warunki normalnego rozwoju. Polacy wileńscy, zachowując swój język ojczysty i kulturę, tudzież swą tradycyjną odrębność od Korony, dochodzą wreszcie do głosu we własnej, ścisłej ojczyźnie (Heimatland), nie tracą, a nabierają powagi, jako element stanowiący zbitą masę w samym centrum i stolicy. Poza tym stanowią nie kość niezgody, ale pomost łączący Wilno z Warszawą. Jest to tylko krótki szkic. Jeżeliby jednak miał się komuś wydać naiwnym ze względu na różnice aspiracji i animozje dzielące Litwinów, Polaków i Białorusinów - to odpowiem, że, moim zdaniem, nie tylko naiwnym, ale przestępczym wydaje mi się przekładanie drobnych ambicji językowych, hegemonistycznych aspiracji poszczególnych nacjonalizmów, ponad dobro niezależności państwowej, zrzucenie jarzma niewoli, wyemancypowanie spod wiekowej zależności politycznej Berlina bądź Moskwy. - Taką właśnie przestępczą politykę uprawiał nacjonalizm litewski, rzucający się raz w objęcia moskiewskiego komunizmu, drugi - niemieckiego hitleryzmu, a gnębiący bezlitośnie wspólników własnej niedoli. Gdyby natomiast ktoś chciał się dopatrywać idealizowanej przeze mnie koncepcji przestarzałych, albo "przebrzmiałych" form, kantonalnych wzorów szwajcarskich, projektów Hymansa itp., to bym im wskazał na wzór nowszy, a przez nas gruntownie poznany dopiero teraz - wzór, moim zdaniem, idealnie rozstrzygnięty przez Związek Sowiecki - jego politykę narodowościową. Mam wielką ochotę nazwać ten wzór nawet genialnym, jedynym godnym naśladowania spośród wszystkich ponurych eksperymentów komunizmu. Okazuje się bowiem, że wzajemna nienawiść narodowa nie siedzi tak głęboko w człowieku, ani odrębność językowa nie stanowi tak ważnej cząstki jego aspiracji, gdy się ją sprawiedliwie zaspokoi przez równouprawnienie, autorytet z góry, propagandę. Wszyscy mogą być zadowoleni i mam wrażenie, iż łącznie z bogatym, silnym i niezależnym państwem, byliby zadowoleni w istocie, gdyby językowe równouprawnienie przewidywało pierwszeństwo litewskiej mowy w Kownie, polskiej w Wilnie, białoruskiej w Mińsku. Strukturę gospodarczą państwa oparłbym na litewskich erach reformy rolnej, która dała świetne wyniki, podobnie zresztą jak w Estonii i Łotwie; jednym słowem: "hutornoje haziajstwo", projektowane ongiś w BSSR w okresie śp. "nacdemszczyny". Traktując swą koncepcję szczerze i uczciwie, jako maksymalnie korzystną z możliwych, zarówno dla narodu polskiego, jak litewskiego czy białoruskiego, nie mogę uznać zarzutu zdrady interesów polskich popełnianych jako Polak, tak samo jak bym nie uznał za zdradę interesów litewskich czy białoruskich, gdybym był w tej koncepcji Litwinem czy Białorusinem. Powtarzam raz jeszcze, że temat powyższy nie traktuję nawet w przybliżeniu jako całokształt, nie traktuję tego tematu ani monograficznie, ani dyskusyjnie, nie odpierając z góry przewidzianych, a dobrze mi znanych zarzutów, kontrargumentów poważnych i potocznych, z których najbardziej popularnym wydawał mi się zawsze ten, mówiący o utopii, o przeżytkach, o niepopularności przede wszystkim idei, o której słyszeć nie chcą ani Polacy, ani Litwini, ani Białorusini. Ten ostatni argument datuje się z dobrych liberalistycznych czasów, gdy w walce, powiedzmy, pomiędzy republiką, monarchią, konserwatyzmem i demokracją, wzywano vox populi na świadka. Liberalizm jest niewątpliwie formą najprzyjemniejszą, nie powinien nam jednak utrudniać nauki, którą czerpiemy dziś z form totalnych. Hitler pokazał nam, jak można chcieć uporządkowania nie tylko jednego państwa, ale całej Europy (Das Neue Europa), nie pytając o zgodę ani popularność nie trzech, a dwudziestu trzech narodów! Ale bardziej jeszcze Związek Sowiecki nauczył nas, w jak małym stopniu popularność jakiejś idei albo głos opinii publicznej, może wpływać na bieg wypadków historycznych. Jeżeli 68 milionów obywateli sowieckich mogło wytrwać i musiało wytrwać w ciągu dwudziestu kilku lat w warunkach urągających pojęciom zdrowego sensu, ba! potrafiło tak walczyć z Niemcami, jak walczyło w obronie sprawy złej - nie uważam za stosowne liczyć się z opinią kilku milionów, dla których chciałbym stworzyć sprawę - dobrą. Jest to też powód, dla którego nie omawiam kwestii ustrojowej idealizowanego przeze mnie organizmu państwowego, względnie państwowych. Totalizm konsekwentny przeraża mnie swą jednostajną nudą. Komunizm usuwam poza dyskusję. Poza tym byłoby dla sprawy obojętne, czy byśmy mieli do czynienia ze związkiem najbardziej radykalnych republik, czy z... jednym tylko monarchą. Taka jest moja koncepcja, mój pomysł polityczny. Przytaczam go na początku książki, która wcale nie ma za zadanie rozwinięcia tego tematu. Stanowi tylko credo moich ideałów, o urzeczywistnienie których, zdawało mi się, że mam prawo się borykać na tym skrawku Europy Wschodniej, któremu od wieków królowało Wilno.(9) Tło powszechnie jest znane: toczy się mianowicie druga wojna światowa. Niektóre osoby działające wymienię poniżej, przy tym pozwalam sobie ilustrować ich działanie i raz wypowiedziane słowa, nie autoryzując je do druku. Ryzykuję w ten sposób narazić się na wiele protestów, zaprzeczeń, oburzeń, a może w przyszłości procesów. Namyślałem się... Niech już tak zostanie. Albo się pisze prawdę, albo nie! Przypisy: 1 Dopisano: i możliwości jej powodzenia 2 "zadaniem" skreślono i wpisano: troską 3 "jedyny" przekreślono, wpisano: główny 4 skreślono: z moim bratem Stanisławem Mackiewiczem na czele 5 dopisano: nacjonalistycznych 6 "kretyna" skreślono, wpisano: szkodnika 7 dopisano: Litwa rozszczepiona została na zamieszkujące ją narodowości: białoruską, polską i litewską, a prócz tego 8 skreślono: "trzeci", wpisano: nowy 9 dopisano: Dopisek o pozyskaniu zwolenników. (Patrz uwagi Świdy [?]




"Krajowa"dialektyka.


Jak już zaznaczyłem na początku, moje poglądy krajowe nie znalazły przed wojną należnego ujścia w publicystyce skutkiem skrępowania w ramach pracy zawodowej. Starałem się natomiast uwidocznić je w rozmowach prywatnych, a w prasie raczej przemycać. W Polsce byłem zdecydowanym obrońcą mniejszości białoruskiej i litewskiej, nie tylko ze względu, iż uważałem, że dzieje się im krzywda ze strony władz administracyjnych i ogólnej polityki rządowej, ile głównie, że dostrzegałem w nich element bardziej podatny dla moich koncepcji, aniżeli rządzący nacjonalizm polski. Było rzeczą oczywistą, że koncepcje tzw. "krajowe", wiodące w rezultacie do równouprawnienia narodów białoruskiego i litewskiego z polskim, w ówczesnej sytuacji tych mniejszości w granicach Rzeczypospolitej, musiały im przypadać bardziej do gustu, niż jakiekolwiek inne, reprezentowane przez polityczne stronnictwa polskie. Białorusini i Litwini uważali mnie za swego przyjaciela. Przed laty, po drugiej konferencji polsko-litewskiej w Królewcu, otrzymałem zezwolenie od ówczesnego dyktatora Litwy Voldemarasa na wjazd do Kowna. Zdarzyło się, że jadłem tam śniadanie z redaktorem naczelnym Lietuvy Bogdanasem, w reprezentacyjnym klubie "Ramowe". Nad naszymi głowami wisiał na ścianie poczet wszystkich Jagiellonów. Porównałem kiedyś żartem ten klub z wojskowym klubem w Wilnie, gdzie się jadało w asyście tylko dwóch portretów Piłsudskiego i Mościckiego. - Sercem czułem się lepiej w Kownie - powiedziałem. - Szukałem wówczas w Republice Litewskiej znamion historyczno-litewskiej tradycji i zdawało się mi, że jakiś nieśmiały cień podobnych dążeń zarysowuje się w ambicjach rządzącej partii "tautininków" (narodowców) - voldemarasowców. Jakże strasznie się myliłem! Dziś wiem już, że największym wrogiem idei "krajowej", czyli połączenia w jedno i równouprawnienia ziem b. Księstwa Litewskiego - są właśnie Litwini, ich nacjonalizm, ich szowinizm, ich płaski patriotyzm, którego najoczywistszym wyrazem jest wyłącznie ślepa polonofobia. - Ale do tego powrócę jeszcze nieraz. W Wilnie, przed wojną, utrzymywałem tedy możliwie serdeczne stosunki z Litwinami, którzy przeze mnie mieli możność przemycania swoich bolączek i postulatów w tak wpływowym organie, jakim było Słowo, w opinii ogółu. W ten sposób na prośbę działacza litewskiego Rafała Mackonisa puściłem skrót memoriału litewskiego do prezydenta Polski, z okresu rządów wojewody Bociańskiego. Tenże Mackonis namówił mnie do podróży do Lidy na proces litewski. Przebiegiem procesu byłem oburzony, uważałem go za niesprawiedliwy i napisałem reportaż, który został częściowo skonfiskowany przez władze polskie, a odbił się głośnym echem w Kownie. - Zgłaszali się do mnie również Białorusini. Kilkakrotnie działacz ich, ks. Tołłoczko, próbował za moim pośrednictwem przemycić artykuł w obronie szkoły białoruskiej. Nawet znany poeta komunistyczny Jerzy Putrament nazwał mnie kiedyś: "...kronikarzem tych ziem..." Brałem jednocześnie możliwie najczynniejszy udział w obronie prawosławia w Polsce, uważając, zresztą po dziś dzień, politykę mniejszościowo - wyznaniową polską za zgubną i głupią. Brakowało mi jednak materiału porównawczego. Mimo częstych podróży do Kowna, nie zdawało mi się, aby sytuacja tamtejszych Polaków wymagała aż tak dalekich retorsji w stosunku do mniejszości litewskiej w Polsce. Wówczas tak było może w istocie. Nie domyślałem się jednak, że w głupocie polityki mniejszościowej można osiągnąć tego rodzaju szczyt, jaki osiągnął grubianizm polityczny litewskiej administracji po zajęciu Wilna aż do dni ostatnich. W jałowych dyskusjach kawiarniano - restauracyjnych, gdzieś między brzękaniem kieliszków, zaledwie tliła jeszcze i kończyła się w szatni - "idea krajowa wileńska". Największy jej bojownik, serdecznie podziwiany przeze mnie Ludwik Abramowicz, wydawał w Wilnie tygodniczek Przegląd Wileński, którego nikt, zda się, prócz cenzorów, nie czytywał. Wraz ze śmiercią Abramowicza, "krajowość" podcięta została, zdawało się, ostatecznie. Gdy wydałem książkę swą pt. Bunt rojstów, skierowaną przeciwko praktykom administracji na naszych ziemiach, wszystkie bez wyjątku pisma mniejszościowe w Polsce, litewskie, białoruskie, ukraińskie i rosyjskie, zamieściły o niej przychylne recenzje. Aleksander Bocheński, redaktor tygodnika mocarstwowców Polityka (później Bunt Młodych) zwrócił się do mnie o wywiad w sprawie stosunków na "kresach białoruskich". Wspomniałem w nim między innymi o przygotowywanych przeze mnie "rewelacjach". Jakoż miałem zamiar wystąpić z książką polityczną, w której wyłuszczyć chciałem swój pogląd na ideę krajową. W tym czasie bowiem "krajowość" wileńską plątano z regionalizmem ludowym, który zamierzano użyć jako odtrutkę na wszelkie tendencje separatystyczne. Z drugiej strony traktowano ją jako coś pośredniego pomiędzy trochę zwariowanym romantyzmem a przestępstwem karanym za akcję antypaństwową. Wspomniany Ludwik Abramowicz był publicystą doskonałym, ale nie politykiem życiowym. Był teoretykiem z gruntu, z przekonań, z własnej wygody. Mnie się zdaje, że byłby najbardziej zaskoczony, gdyby wypadło mu stanąć w obliczu jakiegoś realnego ruchu politycznego, odpowiadającego jego własnym koncepcjom. Idea "krajowa" zepchnięta została w ten sposób w dziedzinę dialektyki kawiarnianej... W międzyczasie wybuchła wojna. (...) Litwini nie przyszli Nadchodził wieczór dnia 18 września, najbardziej niesamowity, jaki mi dane było przeżyć. W niedzielę grałem w szachy z Karolem Zbyszewskim (literatem: Niemcewicz od przodu i tyłu) na werandzie mego domu w Czarnym Borze pod Wilnem. Zaszczekały psy. U furtki stanął goniec przybyły na rowerze z redakcji, z ustną relacją od mego brata, że bolszewicy przekroczyli granicę, że Litwini zajęli rzekomo Święciany i Orany. Wiadomość o Litwinach sprawiła ulgę. - Oczywiście - powiedziałem - pomiędzy Litwą i Sowietami istnieje układ z lipca r. 1920, mocą którego wschodnia granica Litwy przebiega przez jezioro Narocz i Smorgonie. Sytuacja Wilna staje się przez to szczęśliwsza od innych miast polskich. Litwini uchronią nas przed okupacją sowiecką. Tak to jeszcze niedawno operowaliśmy dziwnymi pojęciami z dziedziny polityki traktatowej!... W ciemny wieczór walącego się w gruzy państwa, przyszliśmy ze Zbyszewskim piechotą do Wilna. Nad hotelem "St. Georges" powiewał sztandar litewski, jako widomy znak urzędowania w nim konsula litewskiego, Trimakasa. Hotel oblegany był już przez tych, którzy chcieli uciec przed bolszewikami, albo i tych, którzy się chcieli tylko dowiedzieć, czy Litwini nie zajmą wcześniej Wilna. Nastrój ten należałoby podkreślić ze względu na późniejsze stosunki polsko-litewskie i na kwestię, która ze stron mianowicie stała się winowajcą szalonej nienawiści, jaka wybuchła pomiędzy tymi narodami na terenie Wilna. Nastrój był taki, że powszechnie oczekiwano wkroczenia Litwinów, a plotki o zajęciu przez nich Oran czy Święcian, były niczym innym jak typowymi plotkami o takich zdarzeniach, których się pragnęło. Jak liczna była, że się tak wyrażę "partia" ludności oczekująca ratunku ze strony Kowna, dowodzi reakcja na nią ze strony "partii" przeciwnej. Ludzie zaczęli się nagle kłócić o coś, co w ogóle nie miało zaistnieć, bo... Litwini wcale nie zamierzali maszerować na Wilno. W poniedziałek, dnia 18 września, o godzinie 6 p.p. (tegoż dnia wieczorem wkroczyli bolszewicy) zadzwonił do mnie do redakcji naczelnik wydziału bezpieczeństwa, Jasiński. - Czy to prawda - zapytałem - że bolszewicy zatrzymali się na linii przewidzianej traktatem litewsko-sowieckim z r. 1930 i nie idą już dalej? - Bujda! Niestety, bardzo powoli, ale posuwają się wciąż naprzód. Zajęli już Oszmianę. - Hm.... jakiż to artykuł na jutro napisać... - powiedziałem żartobliwie w telefon. - Niech pan napisze przeciwko tym głosom, które podszeptują oddanie Wilna Litwie. Niech pan napisze, że nie mamy nic do oddania ani rozdawania z państwa polskiego. -A czy jednak istotnie nie byłoby lepiej znaleźć jakowejś bezbolesnej formy przekazującej Wilno Litwie i chroniącej je tym samym od bolszewików? - Wykluczone - odpowiedział Jasiński. Przypuszczam, że naczelnik bezpieczeństwa, człowiek mały, nie zabierałby w tej sprawie głosu w formie tak apodyktycznej, gdyby nie otrzymał od kogoś wskazówek. Tym kimś był przypuszczalnie poseł polski w Kownie Charwat, który, jak się później dowiedziałem, przyjechał do Wilna samochodem z Kowna, w niedzielę. Opowiadał mi później o tej podróży, ale do rozmowy tej powrócę później. Chodzi mi tylko o podkreślenie, że do jesieni roku 1939 żadnej nagminnej nienawiści do Litwinów nie dało się zaobserwować w Wilnie.


***


W redakcji Słowa paliły się już lampy. Ktoś pozapalał je wszystkie i poszedł sobie. Na pustych stołach walały się normalne porcje papieru, rękopisów, gazet. Nikt nie pracował. Był moment, gdy pozostałem zupełnie sam. Sam jeden w wielu pustych pokojach, oświetlonych niewzruszonym blaskiem żarówek. Nagle zadzwonił telefon. Krzykliwie, głośno, wśród otaczającej pustki, jak człowiek wołający o pomoc. Był to ostatni, jaki przyjąłem w niepodległej Polsce... Mówił Aleksander Zwierzyński, b. wicemarszałek sejmu, jeden z najwybitniejszych leaderów Stronnictwa Narodowego. Zapytał o wiadomości i w końcu dodał: "Co tam z tymi Litwinami?" Ale Litwini nie przyszli. Zamiaru nie mieli przychodzić. Bo nigdy w tych zamiarach nie leżało realne odebranie Wilna. Tymczasem wielkie, 52-tonowe czołgi sowieckie gniotły ziemię. Ich gąsienice dzwoniły po ojczystych drogach jak straszne kajdany, zwiastujące niewolę, coraz bliżej, coraz bliżej... Na trzeci dzień po wkroczeniu bolszewików, żona moja, która pozostała w Wilnie (literatka znana pod nazwiskiem Toporska), rozmawiała z tymże Aleksandrem Zwierzyńskim. Wciąż jeszcze łudzono się wówczas jakąś ingerencją litewską. Zwierzyński nie negował, że dla Wilna byłoby lepiej, gdyby je zajęli Litwini, ale był zdania, iż każda inicjatywa w tym kierunku ze strony Polaków, równałaby się zdradzie. Jednakże wykazał wielkie zainteresowanie postanowieniem mojej żony pójścia do Trimakasa. Zastawszy go, zapytała wprost: czy Litwini przyjdą, czy nie? - Trimakas rozwodził rękami, wskazywał na skomplikowaną sytuację... wreszcie napomknął w sposób niewiążący, iż w tym kierunku mogłaby rzecz posunąć jakaś uchwała... na przykład Wileńskiej Rady Miejskiej. - Bez wątpienia byty to jednak prywatne tylko supozycje p. Trimakasa.





Jedenasta zmiana warty


Od czasu wojny roku 1920, kiedy walczyliśmy z bolszewikami o wolność (w tym ostatnim słowie zawiera się kompletna treść każdej walki z bolszewikami), nie widziałem ich. Minęły lata, dokładnie dziewiętnaście lat, które przeistoczyły mnie z kilkunastoletniego chłopca w mundurze ułańskim, w dojrzałego człowieka. - Jadąc ze wsi Majdany do Wilna, przez Troki i Landwarów, ujrzałem ich w Landwarowie po raz pierwszy. Stało dwóch na warcie. Stare rosyjskie szynele z carskiego okresu, stare rosyjskie karabiny z trójgraniastym bagnetem, na głowach hełmy ozdobione gwiazdą. Nogi obute w nieprawdopodobnie zniszczone trzewiki i takoż postrzępione owijacze. Gdyby nie hełmy, wyglądaliby raczej na członków jakiejś bandy, na partyzantów raczej, a nie żołnierzy.



Na dworcu powiewał sztandar litewski, straż trzymali żołnierze sowieccy, kolej obsługiwali kolejarze polscy. Wokół tłum niewyraźny, zbiedniały i sztucznie sproletaryzowany: każdy wkładał na siebie co miał najgorszego. Żydzi z czerwonymi kokardami w klapie. A wśród tego galimatiasu pełno mundurów i czapek żołnierzy polskich pułków, które już dawno przestały być pułkami. Mundury te donaszał każdy w pracy codziennej, oszczędzając ubrania cywilne. (...)


Po trakcie kowieńskim posuwały się pierwsze patrole litewskie. Kolejna, historyczna zmiana warty nad Wilią. Siedziałem na chłopskiej furmance, zwiesiwszy nogi, obute w cholewy, odziany w kożuszek, do niepoznania zlany z tłem, ludźmi, klimatem kraju rodzinnego. Patrzyłem na dziwny los tego kraju, rzuconego między wschodem i zachodem Europy. Fatalne położenie przy wielkiej drodze europejskiej. Jednak, cóż za śródlądowy, międzynarodowy "Szanghaj"! Miasto wyjątkowe w Europie, miasto tylekroć palone, deptane, kopane, wznoszone w egzaltacji na podium świętości i ciskane stamtąd w błoto politycznych szacherek, sołdackich samowoli, okopów, spowite drutem kolczastym z Pierwszej Wielkiej... wciąż na nowo, wciąż na nowo przechodzące z łap do łap. Miasto o wielu bardzo twarzach, z których każda ma jeszcze sporo wyrazów w rezerwie. Miasto, które kocham i dlatego mówić o nim mam prawo wszystko, co wiem.


Zamieszkałe jest przez Polaków, ale też i przez ogromny procent Żydów. Na wpół kościelne, na wpół synagogalne. Jednocześnie pchające się ku niebu kopułami cerkwi prawosławnych. Czwarty odsetek wyznaje tu prawosławie. Tylko 0,73 procent Litwinów, ale jednocześnie 0,28 procent Niemców; poza tym Tatarzy, Karaimi... Kto chce, może szukać w Wilnie swoich rodaków, sojuszników, współwyznawców.


Historia Wilna od 1914 da się ująć w następującą litanię:

1.1914 w granicach cesarstwa rosyjskiego

2.1915 jesienią przechodzi do rąk niemieckich

3.1918 jesienią do grupy wojskowej1 samoobrony przed bolszewikami

4.1919 w styczniu do rąk bolszewickich

5.1919 w kwietniu z powrotem do Polaków

6.1920 w lipcu do bolszewików

7.1920 tegoż miesiąca oddane Litwinom

8.1920 październik - opanowane przez Żeligowskiego, stolica Litwy Środkowej.

9.1922 w lutym wcielone do Polski

10.1939 we wrześniu wkraczają bolszewicy, wcielając do Białorusi sowieckiej

11.1939 w październiku oddają Wilno Litwie.


Zatrzymuję się na razie na tym punkcie 11, choć mógłbym już recytować dalej.


Otóż w ciągu tych licznych przemian, zawsze znajdował się w Wilnie pokaźny odłam mieszkańców, który wkraczające nowe wojska, a z nimi zapowiedź nowego ładu, witał z kwiatami i szczerą albo udaną radością.


Byłem głęboko przekonany, że wojska litewskie w r. 1939 witane będą z ulgą i radością przez absolutną większość mieszkańców, bez względu na narodowość i wyznanie chrześcijańskie, tudzież przez ogromny odłam Żydów, reprezentujący sfery ortodoksyjno - zamożne.


Chciałem widzieć w tym powitaniu wojsk litewskich przez całą ludność chrześcijańską nie jakieś akcenty polsko-litewskiego wyrównania stosunków, ale przede wszystkim zapowiedź solidarności narodów i wyznań wobec czerwonego imperializmu Bolszewii. Rękę wyciągniętą do zgody nie przez podkreślenie oddania Wilna Litwie, ile przez deklarację wspólnej sprawy. Tę wspólną sprawę traktowałem w tej chwili jako nadrzędną: odebranie Wilna od bolszewików, w zestawieniu z podrzędną: czy ono ma należeć po wojnie do Polski, czy do Litwy.


Omyliłem się kompletnie. Społeczeństwo polskie zachowało się wrogo wobec faktu wkroczenia wojsk litewskich. Społeczeństwo zaś litewskie uczyniło wszystko, aby wrogość tę spotęgować i rozłam pogłębić.


Symbolem ciemnoty politycznej, głupoty mas, symbolem krótkowzroczności, jakiegoś specyficznego chamstwa, ciasnoty nieprawdopodobnej, obłędu nieomal - niech służy fakt następujący, który z szeregu niezliczonych wyliczam na miejscu pierwszym:


Oto nad Wilnem, nad lotniskiem Porubanku, błyszczy czerwona gwiazda bazy sowieckiej. Wojska sowieckie rozrzuciły swe gniazda po całej Litwie. Rząd sowiecki trzyma losy kraju i mieszkańców Wilna w swoim ręku... Straszliwy cień czerwonego terroru pada na życie, mienie i sumienie chrześcijańskiej ludności...


...Tymczasem ludność ta nie ma nic lepszego do roboty, jak tłuc się wzajemnie po własnych świątyniach, tłuc do krwi podczas modłów, spierając się o to - czy w kościołach katolickich śpiewane być mają pieśni w języku polskim, czy litewskim!!!



I przyznać muszę, że winę za obłędną nienawiść i najgłupsze rozłamy w obliczu wspólnego wroga, w lwiej części przypisać należy stronie litewskiej.


Nie całą winę, ale jej część - lwią, jak się wyraziłem. Bo nie zaczęło się od razu. Zaczęło się niby z dobrą wolą i już miałem wrażenie, że kowieńskie zapewnienia istotnie zostaną spełnione. Stało się inaczej.


Stało się zupełnie inaczej.


Polityka na własną niekorzyść Litwini, wkraczając do Wilna, nie powinni byli podkreślać momentu polsko-litewskiego sporu o to miasto. Nie zajmowali go przecie w wyniku zwycięskiego zakończenia tego sporu, ale odbierali je z rąk bolszewickich, wspólnego wroga wszystkich mieszkańców. Dawało to niezaprzeczony atut w ich ręce i otwierało nieograniczone perspektywy dla zjednania sobie sympatii nawet, wśród absolutnej większości mieszkańców, tzn. Polaków. - Ale tego rodzaju wyzyskanie sytuacji wymagało z ich strony wielkiego taktu politycznego i powagi państwowej.


Oczywiście klęskę, jaką było dla nich otrzymanie Wilna, przy jednoczesnym narzuceniu warunków sowieckich i przejście z państwa suwerennego pod półprotektorat sowiecki, mogli maskować rzekomą radością "odzyskania" stolicy. Być może, tego wymagała sytuacja rządu, utrzymanie nastroju w kraju. Należało to jednak robić tylko na wewnątrz, w Kownie, a nie w Wilnie. Że studenci kowieńscy łazili z dziękczynną manifestacją przed poselstwo sowieckie w Kownie (obrzydliwość), tego ostatecznie w Wilnie można było nie wiedzieć.


Wojska litewskie, wkraczające do Wilna, jeżeli nawet oficjalnie nie mogły tego podkreślić, winny były przynajmniej zachować oblicze, "dać do zrozumienia", że przychodzą tu jako oswobodziciele miasta, ale nie od "polskiego jarzma", tylko od bolszewickiego. Wtedy sympatia mas byłaby po ich stronie, jeżeli nie od pierwszego dnia, skutkiem negatywnego stosunku Polaków, to od dni następnych.


Litwini nie okazali jednak ani taktu politycznego, ani rozumu politycznego. Mając dodatkowy atut w postaci zasobów gospodarczych, mogąc trafić nie tylko do duszy, ale i do żołądka wygłodniałych wilnian, wyzyskali te momenty wręcz na opak.


Wilno ujrzałem pod reżimem jeszcze sowieckim, z zamkniętymi okiennicami, szare, wystrachane, jedzące w cukierniach czarny chleb, pijące kawę z landrynkiem. Dużo tylko było straganów z jabłkami - produktem sezonu. Nie było chleba, masła, słoniny, mięsa, były tylko jabłka.


Litwini przywieźli swe świetnie prosperujące przedsiębiorstwa: mięsne "Maistas", zbożowe "Lietukis", mleczne "Pienocentras". Mogli, byli w stanie nakarmić głodnych, przywrócić własność, wolność osobistą, swobodę ruchu..


Jeżeli do jakiegokolwiek chama pasowały słowa Wyspiańskiego o "złotym rogu", to chyba najbardziej do chama litewskiego z roku 1939, który wkraczał do Wilna.


Mimo jednak całej niechęci, ba, nieskończonej nienawiści, jaką nabrało społeczeństwo polskie do Litwinów, po dwóch latach zetknięcia z nimi, nie wierzę, żeby nie istniały wśród nich osoby poważne, inteligentne, politycznie dojrzałe i dobrej woli, które by nie chciały tej woli wprowadzić w czyn.


Oczywiście, wszystkie zarządzenia ukazały się jednocześnie w języku polskim. Wprowadzono radio polskie o dużej ilości godzin. Nie widziało się w pierwszych dniach żadnego dążenia do obrazy polskich uczuć narodowych.




W pierwszych dniach...


Przeciwnie, oburzała mnie natomiast postawa Polaków, która wydawała mi się zbyt mało antybolszewicka, zbyt krótkowzroczna politycznie wśród rzeczywistości nas otaczającej.


Gdy przechodziły wojska litewskie, niosąc sztandary z "Pogonią", szpalery ludności litewskiej zdejmowały, jak każe zwyczaj, okrycia głowy. Większość Polaków nie zdejmowała. Ze szczerym oburzeniem zwróciłem się do jednego ze swoich przyjaciół:


- Nie chcesz zdjąć czapki przed znakiem "Pogoni", który od wieków był naszym godłem. A jak bolszewicy każą, będziesz się kłaniał czerwonym sztandarom! - W tym momencie przepychało się właśnie po trotuarze kilku krasnoarmiejców, dodałem więc zapalczywie: - Chcesz pokazać tani patriotyzm, to lepiej bij w mordę bolszewików! (...)


Szczytowym gestem, że się tak wyrażę, wyciągniętej dłoni litewskiej należałoby uważać Dzień Zaduszny. Wilią tego dnia, wieczorem, na zapełnionej tłumem głównej ulicy Mickiewicza, słyszałem radio, które obwieszczało: "W dniu jutrzejszym społeczeństwo litewskie złoży hołd na grobach poległych żołnierzy litewskich i grobie Bassanowicza. Społeczeństwo zaś polskie złoży hołd na grobach poległych żołnierzy polskich i grobie serca marszałka Piłsudskiego".


Przyznać musiałem, że był to gest rycerski i dalej posunąć się było niepodobna, chybaż w postawieniu na pierwszym miejscu "społeczeństwa polskiego", a na drugim "litewskiego", czego, zdaje się jednak, nikt wymagać nie mógł. Jeszcze krok, jeszcze krok i bylibyśmy w domu...


Nagle, jak nożem uciął.



Zaczęło się od policji. Wiele narodów narzeka na swą policję. Rzekomo "wersalski" naród francuski, który w istocie jest jednym z najgorzej wychowanych narodów, posiada istotnie policję brutalną. W Polsce policja była na ogół grzeczna. O policji litewskiej nie da się inaczej powiedzieć, niestety, jak - chamska. Chamska dosłownie, w znaczeniu nieokrzesanego, brutalnego z natury, nieinteligentnego człowieka, któremu raptem dano władzę do ręki. Mówi o tym przysłowie białoruskie:


"Nie daj Boh świnni roh, da mużyku państwa".


Tłukli bez pardonu gumowymi pałkami; tłukąc zaś2 Polak. Litwin w Wilnie stał się zjawiskiem3. Nauka języka litewskiego zaczęła się od tych metod policyjnych. "Nauczycielami" byli policjanci, ci najbardziej potrzebni i najbliżej stojący szerokich mas, symbolizujący widomy znak państwowości. Odpowiadali tylko po litewsku, niektórzy nie rozumieli, inni nie chcieli rozumieć po polsku. Dożywianie ludności wileńskiej, za pośrednictwem państwowych sklepów spożywczych, przeistoczyło się też niebawem z momentu propagandowego, jakim być musiało, w szkołę nienawiści do Litwinów. Jeść chciał każdy. Przed sklepami stały ogromne kolejki. Policja wyrównywała je pałkami, a poza kolejką puszczała każdego, kto mówił po litewsku. Przekleństwa, krzyk, wzajemne wymyślania, bijatyki i pierwszy zarodek nienawiści do Litwinów, do ich języka, ich sposobu bycia, wybuchł wśród najszerszych, dosłownie, mas ludności, bo, powtarzam, jeść musiał każdy.


A potem potoczyło się już po równi pochyłej.


Zmiana nazw ulic. Główna ulica w Wilnie, zupełnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nosiła nazwę Mickiewicza, czyli wspólnego Polakom i Litwinom poety. Trzeba więc było okazać się kompletnym matołem politycznym, albo kierować wyłącznie złą wolą, aby zamiast wyzyskać ten moment przez podkreślenie go - zmienić nazwę Mickiewicza na Gedymina, budząc w ten sposób sztuczne podrażnienie wobec imienia Gedymina, któremu w zasadzie nikt w Wilnie nie mógł być przeciwny. Następnie wszystkie prawie ulice uległy zmianie nazw, w sposób najbardziej dziwaczny, a szyldziki przybito oczywiście w jednym tylko języku litewskim. Potem poszły szyldy sklepowe, oczywiście też tylko w jednym języku litewskim, wraz z obowiązującym "zlitewszczeniem" nazwiska właściciela.


Odtąd, dwustutysięczne miasto, w którym język litewski znało nie więcej jak dwa procent, musiało się już tylko domyślać, co zawierają do sprzedaży sklepy, nie mogąc się połapać, gdzie jest szewc, a gdzie krawiec, że "kirpykla" to fryzjer, a "kepykla" to piekarnia, a "skalbykla" to pralnia. Potem nastąpiło litewszczenie miejscowości, nawet w polskich tekstach obwieszczeń urzędowych. W ten sposób zainteresowana osoba mogła zapoznać się z nowym rozporządzeniem, ale nie wiedziała często rzeczy najważniejszej, gdzie ono obowiązuje. Któż bowiem mógł się domyśleć, że na przykład miejscowość "Czarny Bór" nazywa się nagle "Juodsiliai", albo "Porubanek" - "Kirtimai" albo "Nowa Wilejka" - "Naujoji Vilnia"!... itp. Oczywiście, że głupota władz działała tu na własną niekorzyść, albowiem każdej władzy zależeć winno na dokładnym zrozumieniu rozporządzeń przez całą ludność.


W ten sposób zaczęła się akcja litewszczenia kraju, jak się okazało - jedyna państwowa myśl przewodnia, na jaką Litwini w odniesieniu do Wileńszczyzny zdobyć się mogli. (...)




Martyrologia


Mówiąc o martyrologii, zastrzegłem sobie prawo bezstronnego sądu o stronie krzywdzącej i krzywdzonej. Histeryczne oczernianie jednych i sztuczne idealizowanie drugich, nie jest drogą wiodącą do ujawnienia rzeczywistości. To, cośmy nazywali martyrologią Polaków za czasów carskich, przesiąkniętych liberalizmem, wydaje się dziecinną zabawką w zestawieniu z życiem w tzw. reżimach totalnych. Z drugiej strony, ci wyidealizowani Polacy "zakuci w carskie kajdany", potrafili we własnym państwie zastosować reżim o wiele surowszy (Bereza!). Czyśmy, na wiosnę r. 1939 jeszcze, mogli na przykład wyobrazić sobie wojewodów Bociańskiego albo Kostka w roli anielskiej ofiary zaborców? Nie. (...)


Litwini, po wkroczeniu do Wilna, na jesieni r. 1939 wydali: "Ściśle tajny memoriał Wojewody Wileńskiego Bociańskiego z dnia 11 lutego 1936 r. O posunięciach władz administracji ogólnej w stosunku do mniejszości litewskiej w Polsce, oraz o zamierzeniach w tym względzie na przyszłość. - Dwa załączniki z dn. 11 i 21 marca 1938 r." "Memoriał" ukazał się w formie małej broszury, która kosztowała jednego lita. W ten sposób, za tanie pieniądze każdy Litwin kupić mógł sobie autentyczny dokument martyrologii litewskiej, o której tyle krzyczano w Kownie, a w którą ja swojego czasu szczerze wierzyłem i byłem nią serdecznie oburzony.


Książeczka zawiera zbiór antylitewskich zarządzeń rządu polskiego. Gdybym ją czytał o rok wcześniej, byłbym niewątpliwie szczerze poruszony. Czytając ją w okresie panowania Litwinów w Wilnie - uśmiechałem się tylko. Prawdziwy niesmak budzi jedynie następujące zdanie:


(...) unormowanie kwestii racjonalnej współpracy władz administracji ogólnej z władzami sądowymi w dziedzinie spraw litewskich - wymaga nacisku Rządu na władze sądowe(...)


Dowodzi ono, iż w liberalnej Polsce nie było niezależnego sądownictwa, które stanowi niewątpliwie o praworządności każdego demokratycznego państwa. - Ale to wszystko, co zdołałem wyłowić. Poza tym w "tajnym memoriale" nie znalazłem nic takiego, co by się równać mogło z "posunięciami władz administracji litewskiej"... w stosunku do Polaków.


Każdy Litwin, powtarzam, mógł sobie kupić za jednego lita i przekazać potomstwu dokument cierpień narodowych, ale - tego nie czynił... Ach! Tam nie było nic takiego. To były śmiesznie łagodne zarządzenia w zestawieniu z tymi, które nastąpiły w Wilnie zimą 39/40 r. Książeczka nie miała powodzenia, znikła niebawem, więcej się nie ukazała i nikt o niej nie mówił, bo mówić właściwie nie było o czym. Chyba iżby Polacy chcieli się na nią powołać i domagać zastosowania do nich tej samej miary.



Z innej zupełnie strony należy się zdobyć na bezstronność, ściślej: na bezstronną fantazję. Stykając się bowiem z Polakami o typie, powiedzmy, jakichś średnich urzędniczków, jakichś pół- i trzy-ćwierci inteligentów, zarażonych nienawiścią (zresztą zrozumiałą), myślałem sobie częstokroć: mój Boże! dać takim władzę w ręce... to by dopiero pokazali co umieją! A przecież trzeba wziąć pod uwagę, że władza na Litwie spoczywała właśnie w rękach ludzi takiego pokroju, że tam minister odpowiadać mógł poziomowi naszego półinteligenta, a już dyrektor departamentu na pewno i nieraz. Cóż dopiero mówić o niższych urzędnikach albo policjantach.


Jako przyrodnik z wykształcenia, nie wierzę w zło i dobro, nie wierzę więc w ludzi złych i dobrych, a tym bardziej w podobny podział narodów. Polityka litewska w Wilnie nie była też przede wszystkim zła, była nade wszystko głupia, nieraz bezdennie głupia. Oddawała jednak zarazem czymś dziwnie wstrętnym, czymś niesłychanie obniżającym poziom stron walczących, obniżającym aż do upodlenia.


Gdy w rezultacie "reorganizacji" szkół polskich, wyrzucono większość nauczycieli na bruk i mianowano dyrektorów Litwinów do polskich gimnazjów - wybuchł w nich, w grudniu r. 1939, strajk młodzieży szkolnej. Władze zastosowały różne represje, co samo przez się nie stanowiło niespodzianki. Ale te same władze dopuściły się opublikowania w prasie... "Uchwały uczniów Litwinów". Było coś niezwykle obrzydliwego w tym fakcie, że młodzież, że kilkunastoletnie dzieci, koledzy... w publicznej enuncjacji (denuncjacji) domagali się represji w stosunku do własnych kolegów innej tylko narodowości, domagali się zamknięcia szkół polskich. Dzieci domagały się niedopuszczenia do nauki innych dzieci. - Wstrętne.


Podobnie obrzydliwą była enuncjacja (denuncjacja) studentów Litwinów, skierowana przeciwko uczelni Wileńskiego Uniwersytetu, opromienionego nb. tradycjami Mickiewiczowsko - romantyczno-"litewskiego" rozkwitu.


W rezultacie Uniwersytet Stefana Batorego został zamknięty, profesorowie powyrzucani. Pozdzierane wszelkie nadpisy, wszelkie tablice pamiątkowe w języku polskim, wyrzuceni nawet starzy woźni Polacy. Wprowadzona została nauka w języku litewskim.


Na rok szkolny 1939/40 na uniwersytet, mimo wszelkich trudności i ograniczeń, zapisało się według danych urzędowych: Polaków 2.010, Żydów 436, Rosjan 121, Białorusinów 53, Litwinów 51, innych 24. Wykłady rozpoczęto zatem w języku, którego nie rozumiało przeszło 2 tysiące studentów, a rozumiało nie więcej ponad setka.


Trzeba się uczyć litewskiego! - wołali w jakiejś spazmatycznej, chorobliwej ekstazie Litwini, dla których kwestia języka zamykała, zdawało się, całokształt zagadnienia państwowego bez reszty. Język litewski w kościołach, w których co niedziela prawie (zwłaszcza w katedrze) urządzano krwawe bójki. Język litewski w sądach, którego nie rozumiały ani strony cywilne, ani oskarżony, ani adwokaci wileńscy, za wyjątkiem jednego. Język litewski w uniwersytecie, którego nie rozumieli studenci. Język litewski na szyldach, których odczytać nie mogli przechodnie. (...)


***


(...) Mówiono mi, że w okresie litewskim, tzw. "smetonowskim", istniało w Wilnie 49 tajnych organizacji polskich. Już sama ich liczba wskazuje, że nie kierowała nimi jednolita myśl polityczna. Pożal się Boże! Co to były za organizacje. Zbierało się po kilku uczniaków i uczennic i padało wielkie słowo: organizacja.


Opowiadał mi pewien Litwin, człowiek uczciwy, wilnianin, sam wzdrygając się z oburzenia:


"Idzie ulicą dwóch uczniaków i rozmawia głośno po polsku. Podchodzi do nich mała dziewczynka. Bóg ją wie... pewnie była to Litwinka... wtyka jednemu z uczniaków papierek do ręki. Ten ze zdziwieniem zaczyna rozwijać... Łap! go z drugiej strony za ramię policjant. Tajna odezwa. Dziewczynka, prowokatorka, Litwinka, dziecko jeszcze prawie... śmieje się. Chłopca (to syn mego znajomego - mówi opowiadający) odprowadzają do komisariatu policji, tam oczywiście biją po twarzy i odsyłają do więzienia na Łukiszki..."


Czy w takich okolicznościach 49 tajnych organizacji młodzieżowych wydaje się komuś liczbą przesadną?


Za szkolne guziki polskie policjant bije w twarz. Za czapkę polskiego kroju pałką przez łeb.


Restauracje były pełne i więzienia były pełne. Areszty, areszty, areszty wciąż nowe. Rewizje. Rewizje. W więzieniach siedziały dzieci po lat czternaście, piętnaście. Oczywiście, pisać nie wolno było o tych sprawach.


Zimą nastały mrozy. Mrozy były tego roku straszne. Wymarzły sady, wymarzły kartofle w dołach. Istnieje taki przepis od mrozów: spisać na kartce nazwiska dwunastu łysych panów i wyrzucić kartkę przez lufcik - mrozy ustaną. Ktoś w towarzystwie zabawiał się tą receptą. Spisali dziewięć osób, kartki nie wyrzucili, spis został. Nazajutrz była w tym domu rewizja. Policja litewska znalazła spis dziewięciu: "listę nowej polskiej organizacji".


Przyszedł wreszcie dzień pogromu Polaków. Bito wszystkich, kto mówił po polsku na ulicy. Zdemolowano lokal operetki polskiej, szyby w polskich redakcjach, rwano na ulicach gazety polskie.


Po kościołach zaczęto więc śpiewać "Boże coś Polskę". Nowe bicie, nowe areszty.


A Sowietom kłaniano się coraz niżej, coraz uprzejmiej salutowano na ulicach.


Wreszcie wykoncypowano "Ustawę o obywatelstwie" jako szczytowy punkt głupoty politycznej, najbardziej sprzeczną z interesami kraju, najbardziej antykrajową, jaką kiedykolwiek skomponowano na ziemiach wielko - litewskich, podcinającą wszelkie możliwe zainteresowanie ludności we wspólnym działaniu z Republiką Litewską na tym terenie.


Teraz tendencje polityczne Litwy stały się kartą otwartą. Poprzednio rozmawiałem z p. Czeczetą, naczelnikiem wydziału politycznego przy urzędzie pełnomocnika na "Kraj Wileński", na temat plotek, jakie powstały wokół rzekomo projektowanego wysiedlenia wszystkich Białorusinów do Sowietów i osiedlenia na ich miejsce Litwinów sprowadzonych z Ameryki. Czeczeta przyznał, że podobny projekt nie jest skonkretyzowany, ale mógłby "okazać się celowym".


Niewątpliwie impulsem dla projektodawców posłużyły masowe, niewidziane dotychczas, a możliwe tylko w państwach totalnych, wędrówki ludów, jak w Sowietach i Niemczech.


Pokrewnym też duchem owiana była litewska "Ustawa o obywatelstwie", zastosowana do Wileńszczyzny. Wytwarzała ona stan kompletnie paradoksalny. Gdyby została przeprowadzona w całej rozciągłości, wytworzyłaby się sytuacja, w której na terenie 665 tysięcy hektarów, świeżo pozyskanych przez Litwę, liczba "obcokrajowców" przekraczałaby dziesięciokrotnie liczbę obywateli. W samym Wilnie, czyli w stolicy państwa litewskiego, liczącym 200 tysięcy mieszkańców stałych, około 150 tysięcy okazałoby się "obcokrajowcami". Istotnie, stolica państwa w trzech-czwartych zamieszkała przez ,,obcokrajowców" to zjawisko jeszcze nie notowane w podręcznikach geografii!


Prócz tego nadmienić wypada, że do liczby "obcokrajowców" nie zaliczano jeszcze "uchodźców", tzn. kilkunastu tysięcy Polaków, którzy znaleźli się w Wilnie na skutek działań wojennych. Ci podlegali specjalnym prawom, które polegały właściwie na ograniczeniu ich we wszelkich prawach.


Nie będę się tu wdawał w szczegółową analizę ustawy o obywatelstwie, ani przytaczał jej całkowitego brzmienia, albowiem ulegała ona w przeciągu kilku miesięcy różnym zmianom, odchyleniom i poprawkom, a wkroczenie wojsk czerwonych w czerwcu 1940 roku przeszkodziło jej wykonaniu w pełnej rozciągłości.


Chodziło w niej głównie, aby wszystkim nie-Litwinom utrudnić uzyskanie praw obywatelskich, zwłaszcza zaś Polakom. Poza tym wyraźnie kładła kres wszelkim dążeniom i aspiracjom Litwy do terenów b. W. Księstwa Litewskiego i to w sposób tak drastyczny, że większość mieszkańców, nawet z najbliższych okolic, położonych w obrębie odwiecznego promieniowania Wilna, traciła prawo do obywatelstwa.


Granica sowiecko - litewska, rzucona dowolnie o kilkanaście kilometrów na wschód, południe i północ od Wilna, podcinała historyczne korzenie jego rozkwitu nieomal u nasady. W myśl zaś ustawy, odwieczni mieszkańcy kraju, których ruch populacyjny odbywał się normalnie w rejonie 50 do 200 kilometrów wokół centrum - Wilna, uznani być mogli za "obcokrajowców", o ile urodzili się zaraz za obecną granicą, powiedzmy w Smorgoniach, Bieniakoniach, Brasławiu...


Trudno sobie wyobrazić politykę "krajową" w Wilnie, która by się godziła z uznaniem za obcokrajowca mieszkańca na przykład... Smorgoń. Tego jednak chciała polityka litewska.


To były założenia teoretyczne, które, zadając cios śmiertelny tradycjom Litwy historycznej, w praktyce wyglądały zgoła ponuro: "obcokrajowcy" (powtarzam, nie należy ich mieszać z uchodźcami. "Obcokrajowcy" w subtelnościach litewskiej ustawy, to nieraz odwieczni mieszkańcy, posiadający tu nieruchomości) pozbawieni być mieli nie tylko praw obywatelskich, ale również pracy, swobody poruszania. Wydane już zostało nawet zarządzenie, że nie mają prawa korzystać z pociągów inaczej jak za specjalną przepustką. Rygorystyczne wykonanie tego zarządzenia okazało się niemożliwe. Tak na przykład większość bab mleczarek, przywożących codziennie mleko podmiejskimi pociągami do Wilna, okazało się... "obcokrajowcami".


Prócz tego, istniał jeszcze punkt ustawy specjalnie złośliwy: można było od urodzenia nie ruszać się z Wilna i pochodzić z dziada-pradziada wilnianina, tym niemniej traciło się prawo do obywatelstwa, o ile nie było się zameldowanym tu dnia 6 sierpnia 1920 roku. Ten paragraf skierowany być miał przeciwko tym, którzy służyli w armii polskiej i którzy mogli w ten sposób brać udział w wojnie przeciwko Litwie. Że ci ludzie wyciągnęli przede wszystkim w pole, aby bronić Wilna przed bolszewikami, nie obchodziło projektodawców ustawy.


Ustawa o obywatelstwie była produktem złośliwej głupoty, jej forma objawem tępego kabotynizmu.


Oczywiście, w praktyce uderzała przede wszystkim w aspiracje "krajowe", których ideologiczną dążnością było połączenie Litwy historycznej z równouprawnieniem wszystkich narodowości. Na drugim dopiero miejscu uderzała w Polaków w ogóle.


Ale szerokie warstwy społeczeństwa polskiego, złośliwie podszczuwane przez pewne grupy polityczne, usiłujące identyfikować "krajowość" z zaprzaństwem i renegactwem na rzecz litewskości, nie rozumiały tego wówczas, jak często nie rozumieją po dziś dzień. Słyszało się przecie nieraz, już po zajęciu Wilna przez Niemców, takie zdanie wśród Polaków:


"Oho, Litwini się teraz cieszą i chcą rozciągnąć Litwę po Dniepr". - Tymczasem Litwini tego właśnie najbardziej ze wszystkich możliwości na świecie - nie chcą.


Bolszewik w roli anioła sprawiedliwości


W Sowietach można by żyć, tylko tam życia nie ma. A w Litwie życie jest, tylko żyć nie można...


(Dorożkarz wileński, luty 1940)


Cóż się działo na umęczonej Wileńszczyźnie, w tę najsroższą zimę, w którą Bałtyk zamarzł od Łotwy po Szwecję? Kraj nasz rodzinny! (...)


***


W małym drewnianym kościółku śpiewają "Boże coś Polskę". Nie wszyscy wiedzą, że to pieśń patriotyczna, ale brzmi ładnie, po katolicku. Lud na kolanach. Ksiądz oczy ma przymknięte.


Czego nie dokonało dwadzieścia lat rządów polonizacyjnych, to dopełniło, przyśpieszyło, spopularyzowało kilka miesięcy rządów litewskich. Patriotyzm polski buchnął jasnym płomieniem, ogarnął indyferentnych chłopów, w większości swej Białorusinów. Ludzie zwani w urzędowych polskich raportach: bez skrystalizowanej przynależności narodowej, sami siebie nazywający "tutejszymi", przeistoczyli się w świadomych "Polaków".

Kilka tygodni poprzednich rządów bolszewickich, choć w chaosie dały im jaki taki przybytek (od niego głowa nie boli), ale otwarły jednocześnie oczy na bolszewicką rzeczywistość.


Nędza sowieckiego państwa jest tak przeogromna, iż nie dała się ukryć nawet w tak krótkim okresie, mimo wielkich wysiłków propagandowych. Nic nie mają, niczego nie widzieli, na wyroby wszelakie, zegarki, materiały, buty, ba! na żarcie rzucali się z apetytem wygłodniałej szarańczy.


- To nie ludzie - powiada do mnie chłop - toż to czyste karajedy! (korniki)


Na zmianę im miała przyjść zasobna i świetnie zagospodarowana Litwa. Na terenie wileńskim mogłaby żdziałać cuda, tak wdzięcznym wydawał się ten teren, po wielkiej klęsce Polski, po widmie bolszewickiej gospodarki.


Język, przymus językowy litewski wytworzył błyskawicznie przepaść, dalsze szykany polityczne rozproszyły ostatnie złudzenia pojednawczych możliwości.


Najbardziej niesłuszny jest pogląd na naszego chłopa, jako na stwór jakiś odrębny, rządzony odmienną psychologią od reszty ludzi. Teorię tę wymyślili nieinteligentni ziemianie. Nie ze złej woli, tylko z braku doświadczenia życiowego, ograniczonego wyłącznie stosunkami materialnymi. (...)


Tymczasem niejeden chłop wydawał mi się mniej zmaterializowany od niejednego ziemianina-szlachcica, jeśli się rzuci na szalę stopień wykształcenia i uświadomienia politycznego. Za czasów bolszewickich chłopi i robotnicy, w masie swojej, zachowali bezwzględnie więcej godności, niż masa polskiej inteligencji. Zresztą, dopatrując się specjalnie brzydkiej karty w historii naszej inteligencji okresu bolszewickiego, nie czyniłbym i w tym wypadku granicy różniącej te dwie zbiorowości. W rezultacie chłop jest zupełnie tym samym człowiekiem. Nie ma nic błędniejszego pod słońcem, niż przypuszczenie, że zatka mu się gębę dobrobytem materialnym, przy jednoczesnym deptaniu jego godności, zwyczajów, języka, takim czy innym szykanowaniu. Każdy dobrobyt materialny wlecze za sobą aspiracje moralne.


Można by się zatem dziwić, że kierownicy Litwy, sami z chłopów powstali, mogli dopuścić się takiego błędu w opracowaniu politycznego pozyskania kraju. Ale to nie był żaden błąd w opracowaniu. To była po prostu głupota, która nie dopuściła ich do żadnego zastanowienia nad jakimś pozyskaniem. Upór, brak programu, a raczej zacieśnienie tego programu do ślepej polonofobii, w której jako jedyny twórczy paragraf traktowali: język. "Wszyscy niech mówią po litewsku".


Później już, po dwukrotnym utraceniu niepodległości przez Litwinów, raz na rzecz Sowietów, drugi na rzecz Niemców, wiedzieliśmy, że praktycznie hasło to stawiali ponad ideę samej niepodległości.


Polityka językowa litewska rozdrażniła całą ludność, od nacjonalistycznej, uświadomionej inteligencji polskiej począwszy, po proletariat miejski i najbardziej indyferentną i zmaterializowaną biednotę wiejską. Zaś grubiańska metoda w praktycznym stosowaniu tej polityki, zrodziła nienawiść.


Mam pewnego sąsiada chłopa, o którym za czasów polskich mówiono, że jest Litwinem. Puszczał to mimo uszu i robił swoje. Ostatecznie nie wiedziano, czy jest Litwinem, czy Polakiem. Dopiero za czasów litewskich wyszło na jaw, gdy zaprotestował głośno, iż Litwinem nie jest. Zaprotestował właśnie w okresie, gdy mógł ze swej litewskości czerpać korzyść materialną...


Inny mój sąsiad, Białorusin rodem z Inflant, do dziś władający kiepską tylko gwarą polską, przyszedł się ze mną pożegnać w styczniu 40 roku.


- Dokąd? - pytam.


- A! Nie moga już strzymać. Ida do Polszczy, niechaj daje karabin Litwinów przepędzać!


Kwestia języka zaprzepaściła sprawę litewską. Odrębność geo-psychiczna Wileńszczyzny od reszty Polski, mimo wiekowego współżycia, jest tak duża, tak często była podkreślana przez niefortunne za czasów polskich centralistyczne posunięcia, czy to drogą osadnictwa obcych tutejszej psychice i wymowie poznaniaków, warszawiaków, Ślązaków, czy to przez nasyłanie obcego tym terenom elementu urzędniczego i nauczycielskiego, że gdyby Litwini przyszli tu z - językiem polskim, właśnie lokalnie polskim, to mimo pozornej paradoksalności zawartej w tej tezie, podejmuję się twierdzić, iż zaistniałaby możliwość pozyskania najszerszych mas ludności dla państwowej idei litewskiej.


Ale Litwinom nie chodziło o żadną ideę państwową litewską, tym mniej o historyczno-litewską, im chodziło o język litewski. Poza tym, w chorobliwej manii znęcania się nad polskością, nie mogli pominąć tej "szalonej okazji", gdy mieli polskość przed sobą bezbronną, słabą po rozgromie. Tej "okazji" nie chcieliby pominąć na pewno nawet za cenę utrzymania, czy utracenia, własnej suwerenności. Dlatego rozumiem pewnego Polaka, który wzruszając ramionami powiedział:


"Litwin to nie narodowość, to choroba".


W biedzie teraźniejszości zapomina się najłatwiej najgorszą nawet przeszłość. Bolszewicy przestali się nagle wydawać tak straszni. A ich metody działania były tak zupełnie odmienne! Oficjalna propaganda antysowiecka, zwłaszcza zaś niemiecka, operuje fałszywymi argumentami, zgęszczając barwy terroru fizycznego i ponure obrazy "azjatyckiej przemocy". Niczego podobnego się nie widzi. Na zewnątrz widzi się ludzi cichych i grzecznych. Zdeptanie jednostki przez reżim sowiecki, zniszczenie indywidualizmu bez reszty, dało możność bolszewikom tworzenia szablonu mas, a w tym szablonie wyrobienia standardowej grzeczności. Żelazna dyscyplina, panująca wszechwładnie nad jednostką, nakazała zdwoić tę grzeczność ze względów propagandowych i oczywiście do wymogów dyscypliny się zastosowano.


Bolszewicy, jadący drogą autem, podwożą ludzi. Zatrzymują się, gdy koń się spłoszy. Pomagają, gdy się komuś coś popsuje. Zabroniono im wymyślać, więc nie wymyślają. A przede wszystkim nie czynią żadnych różnic językowych.


I oto w zetknięciu z brutalną pięścią litewskiej administracji, ludność zaczęła tęsknić do grzeczności bolszewickiej. Tęsknić raczej podświadomie, raczej z zemsty na Litwinów, niż z korzyści dla siebie, bo do samego reżimu bolszewickiego nie tęsknił świadomie nikt.


Gdy szykany litewskie doszły do punktu kulminacyjnego, gdy ustawa o obywatelstwie i nieznajomość języka groziła nieraz ruiną materialną, gdy nawet dorożkarzom konnym w mieście dano miesięczny termin na nauczenie się języka litewskiego, pod groźbą odebrania prawa jazdy, usłyszałem od jednego z dorożkarzy tę świetną sentencję, obrazującą porównanie dwóch okupacji po upadku Polski.


W Sowietach żyć można, ale życia nie ma


W Litwie życie jest, ale żyć nie można.


***


(...) Otóż nękani przez Litwinów maluczcy spośród ludności polskiej, wbrew nawet własnym sympatiom, mimo swej woli, widzieli w bolszewikach stacjonujących na Litwie, tę władzę silniejszą, która jedynie może się skutecznie przeciwstawić rozpasaniu.


Czy był taki wypadek? Nie wiem. Ale nie chodzi o fakt. Chodzi raczej o tragiczną popularność podobnego wypadku, przekazywanego z ust do ust jak jasną legendę:


"Słyszał pan, co się zdarzyło na ulicy Kalwaryjskiej? Policjant litewski uderzył babę, a przechodził tamtędy bolszewik i w mordę policjanta, w mordę! w mordę!" - powtarza ze smakiem.


"Słyszałem, ale to nie było na Kalwaryjskiej, tylko na Popławach"


"To może drugi wypadek".


W "Bristolu" rzekomo pijany oficer litewski zaczepił Polkę, oficer bolszewicki ją obronił...


Dorożkarz wiózł bolszewików późno wieczorem na bazę w Porubanku. Wracał już po godzinie policyjnej. Złapali go policjanci i zbili do krwi. Dorożkarz powrócił do Porubanku i poskarżył się bolszewikom. Ci wsiedli do sanek, przyjechali do komisariatu i nabili porządnie Litwinów.


I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze... takich powiastek i temu podobnych można się było nasłuchać i przytoczyć setki. W ich autentyczność osobiście nie wierzę i dlatego tym bardziej popularność ich wydawała mi się zgubną i smutną. Tym bardziej przerażała mnie głupota polityki administracyjnej litewskiej, która z bolszewików robiła jakichś generałów Dragomirowów, jakichś srebrnych rycerzy sprawiedliwości, jakichś obrońców uciśnionych, miast piętnować ich tym, czym byli w istocie - zarazą i nieszczęściem świata, wspólnym wrogiem Polski i Litwy.


Ale masy wileńskie nie znały innej apelacji. Nie miały się komu poskarżyć. System policyjny litewski wykluczał nieomal dochodzenie przeciwko policjantowi w praktyce, tym bardziej Polak nie mógł o takim dochodzeniu marzyć. Pozostawało więc... skarżyć się bolszewikom.


Oto w jak ponurą rzeczywistość przeistoczyły się moje marzenia o wspólnej, zgodnej, trzeźwej akcji wobec wspólnego wroga.


Akcja litewska szła na rękę temu wrogowi, a nie przeciw niemu.




W mrożącym milczeniu Europy Zachodniej


Sposób,(1) w jaki Niemcy zajęli Danię i Norwegię, można by nazwać oszałamiającym, w jaki rozbili Holandię, Belgię, Anglików i Francję - bezprzykładnym. Upadek Paryża, zdobycie największych i najnowocześniejszych fortec świata - to były wypadki, mogące w tym krótkim terminie przyprawić człowieka o zawrót głowy. Ale bardziej od wypadków, powtarzam raz jeszcze, zdumiewali mnie ludzie, biorący w nich udział, ludzie, którzy tworzyli te wypadki.


Zresztą my, Polacy, pierwsi mieliśmy okazję do oszołomienia, bo pierwsi padliśmy ofiarą. Sposób, w jaki dostaliśmy, krótko mówiąc, po łbie, tak dalece odbiegał od naszych pojęć i tradycji, wyssanych dosłownie z mlekiem matki, że trudno się było utrzymać na nogach.


Nasze cierpiętnictwo i stuletnia martyrologia w zestawieniu na przykład z martyrologią Żydów pod reżimem hitlerowskim, zdawała się lekkim bluffem. Czyżby i nasze tradycje rycerskie także? Nie zdaje mi się.


W jednej z najpopularniejszych książek Francji środka ubiegłego stulecia, wydanej w r. 1864 pt. L'Histoire d'un Conscrit de 1813, która doczekała ponoć niebywałego na owe czasy nakładu, Erckmann-Chatrian zamieszczają opis "Bitwy Narodów" pod Lipskiem w 1813 roku. Znajdujemy w nim następujące zdanie:


...to byli Polacy! Najbitniejsi i najodważniejsi wojownicy, jakich w życiu widziałem!


A przecież żołnierz francuski, którego słowami przemawiają, widział na wojnie Francuzów, Anglików, Austriaków, Rosjan, Niemców, Włochów, Hiszpanów i Szwedów. Nie potrzebuję zresztą sięgać ani do kronik historycznych, ani do faktów powszechnie znanych, ani do literatury pięknej. Tak, tradycję wojenną posiadaliśmy niewątpliwie.

Tymczasem Norwegowie roku 1940, którzy do tradycji wojennej wcale się nie kwapili, walczyli ponoć jak lwy.


Podobnie walczyli Finowie. Francuzi, otoczeni ciepłą jeszcze aureolą Marny, Sommy i Verdun, zachowali się jak stado baranów.


Belgia! Zacny literat polski starej daty, Czesław Jankowski, pisał dnia 12 listopada 1914 roku:


Wskażcie mi rozdział romansu historycznego mogący iść w zawody z legendową epopeją Belgii współczesnej! Co za aureola heroizmu, co za blask patriotyzmu, co za porywająca waleczność, co za hart ducha... Belgia współczesna zadała kłam twierdzeniom, że nie ma dziś na świecie ludzi na miarę bohaterów starożytnych. Znaleźli się... itd. w tym tonie, w którym pisała zresztą cała Europa. Belgia rok 1940. Atak niemiecki na fortecę Leodium, uważaną za najsilniejszą na świecie. 11 maja, godzina 10 rano, rozpoczęty szturm na fort Eben Emael. Godzina 12 minut 15, Belgowie wywiesili białą flagę. Tylko stu zabitych. Tysiąc poddaje się do niewoli. W wydanej przez Niemców książce Der Sieg über Frankrgich w ten sposób jeden z uczestników opisuje wkroczenie do Antwerpii:


Koło jednego z domów na peryferium miasta znajdujemy stosy porzuconej broni i mundurów. Żołnierze bełgijscy przebierali się czym prędzej, aby tym łatwiej uciekać.


Jak wiadomo, po kilku dniach oporu, król Belgów poddaje się razem z całą armią i całym państwem.


Kiedyś przy piwie rozmawiałem z lotnikiem niemieckim, który był wszędzie. Na pierwszym miejscu stawia Greków.


Jest to, oczywiście, najmniej spodziewana gradacja: Na wschodzie Europy Greka uważano potocznie za coś mniej więcej lepszego od Żyda, coś pośredniego między żydowskim i ormiańskim handlarzem. W Polsce mówiło się "Nie rób z siebie Greka", to znaczyło: nie wyczyniaj z siebie durnia, wariata. Tymczasem Grecy okazali się bohaterami. Tylko Włosi nie zgotowali żadnej niespodzianki.


Trudno określić, jak dalece sięgać powinna znajomość ludzi, ażeby w życiu chroniła nas przed zawodem. I czy w ogóle można w tym względzie mówić o jakiejś świadomej "znajomości", czy tylko polegać na podświadomej intuicji? Śmiesznie jak dużo miejsca poświęca się "psychologii kobiecej". Gdyby tyleż energii wyładować w prawdziwie naukowym kierunku psychologii zwierząt, może by nareszcie logika ta wyszła z pieluszek opisowo-dyletanckich i przyczyniła się do poznania "naszych młodszych braci", jak ponoć nazywał zwierzęta św. Franciszek z Asyżu. Tymczasem istnieje niewyczerpana wprost litania wszechświatowej literatury poświęconej "znawstwu" kobiet. Kobietę, którą opisuje się na wszystkie możliwe sposoby, a są to właściwie sposoby arcyludzkie, traktuje się jako coś obiektywnie odrębnego, coś pozagatunkowego. Wszystkie nieobliczalności, jakie normalnie popełniane bywają w stosunkach pomiędzy bliźnimi, w odniesieniu do kobiety przeradzają się w naszej, podnieconej tylko erotyką, fantazji, w swoistą, kobiecie tylko przyrodzoną, nieomal cechę gatunkową. Według mnie, świadczy to nie tyle o znajomości kobiety, co raczej o braku znajomości ludzi w ogóle, albo przypomina laika, który sądzi, że kruk jest samcem wrony i bardzo się dziwi, że istnieją zarówno samice kruka, jak samce wrony, których życie duchowe i fizyczne upływa w przyrodzonych ramach, właściwych dla całego gatunku.


Jeżeli chodzi, na przykład, o moje osobiste doznania życiowe, o wiele bardziej zaskakiwany bywałem i oszukiwany przez mężczyzn, niż przez kobiety, które rzekomo mają stanowić źródło niewyczerpanych niespodzianek. Gdy miałem lat szesnaście, pierwszy prawdziwy tzw. zawód życiowy sprawił mi niejaki Grigorij Kowalenko, "wachmistrz 14-go Jej Cesarskiej Mości Elżbiety Pietrowny dragońskiego pułku". Leżeliśmy razem na jednej sali w szpitalu i byliśmy przyjaciółmi. Następnie Kowalenko wywiódł mnie, jak to się mówi, w pole, okradł z premedytacją i porzucił chorego jeszcze, w beznadziejnych okolicznościach, w Puszczy Białowieskiej. Zdarzyło mi się później coś podobnego doznawać raz po razie ze strony różnego rodzaju kolegów czy pseudo-przyjaciół. Coś takiego, po czym człowiek zwykł mówić w przygnębieniu: "No, no, tego się po nim nie spodziewałem", albo: "Kto by się tego mógł po nim spodziewać!"


Otóż przysłowie twierdzi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Jest to mądre przysłowie, ale powiedziałbym, że nie tylko przyjaciół, ile ludzi w ogóle. Najczęściej właśnie wojny i katastrofy żywiołowe wydobywają z ludzi ich przyrodzone właściwości charakterów. Dlatego też ostatnia wojna rozwarła taki upust nieoczekiwanie zróżniczkowanych charakterów, o których nie śniło się nawet naszej dobrej, przedwojennej, pokojowej literaturze, nawet w jej najszczerszym wysiłku wydobycia "sfinksów", "czarnych charakterów" i "kobiet zagadki".


***


Może to nikogo nie obchodzić, o czym opowiem poniżej. To moje sprawy osobiste pośród przeciętnych ludzi, którzy mnie otaczali. Ale właśnie dlatego, że byli przeciętni, ich postępowanie wydaje mi się godne zanotowania. Ich postępki przekraczały, oczywiście, moje oczekiwania osobiste i to właśnie może nikogo nie obchodzić. Ale w równym stopniu przekraczały oczekiwania całego Narodu, którego członkami były te pojedyncze, przeciętne osoby i to powinno obchodzić cały naród.


Jak już zaznaczyłem, w połowie zimy władze litewskie odebrały mi koncesję na redagowanie pisma, pozostawiając jedynie prawa współwydawcy. Szukając odpowiednich ludzi na stanowisko redaktora, natknąłem się kilkakrotnie na nazwisko Węckowicza. Mówiono o nim, że "człowiek uczciwy".


W naszej sytuacji chodziło nam właśnie o takiego przede wszystkim. W tym czasie najzaufańszym członkiem mojej redakcji był Teodor Bujnicki, literat wileński. On, siostrzeniec tego Węckowicza, również popierał jego kandydaturę. Doszło do układu z Węckowiczem, mocą którego redagować gazetę mieliśmy wspólnie, ja nieoficjalnie, on oficjalnie i żadne poważne stanowisko polityczne nie mogło być powzięte bez obopólnej zgody. Węckowicz dobrze był widziany w sferach litewskich.


I otóż tenże Romuald Węckowicz, liberał i demokrata, raczej socjał niż nacjonalista, "krajowiec" i Polak, okazał się w praktyce absolutnym ugodowcem w stosunku do eksterminacyjnej, antykrajowej, nacjonalistyczno-polakożerczej polityki litewskiej. Pchał Gazetę w kierunku gadzinowym. Już nie pro-litewskim, ale wprost pro-rządowo-litewskim kierunku. Korzystając zaś z ustawowych praw redaktora, poczynał sobie coraz bardziej samowolnie.


Pod wiosnę zaszły w Wilnie smutne wypadki pogromowe. Poczęto bić Polaków coraz jawniej. Ucisk policji rósł z każdym dniem. Nagle zamordowano policjanta.





Nazajutrz drugiego.


Kto był właściwym sprawcą i jakie podłoże miało to morderstwo, nie zostało bliżej wyjaśnione. Ale zarówno strona litewska zapisała je na rachunek "Polaków" w ogóle, jak też strona polska przyjęła w cichości ten zarzut na siebie, że to niby odwet, choć anonimowy, za brutalność policji.


Odbył się pogrzeb policjantów. W kondukcie z wielką paradą wzięły udział tłumy Litwinów, tzn. importowanych do Wilna urzędników itp. elementy, głównie zaś młodzież akademicka litewska. Jak to zazwyczaj bywa, wielkie skupiska chrześcijan wokół chrześcijańskiego obrządku, rzadko mają(2) wspólnego z prawdziwą nauką chrześcijańską, a często wyradzają(3) się w najbardziej antychrystusowe wyczyny. Religia stosowana nie jest tym, czym jest sztuka stosowana, jest najpodlejszym i najbardziej zakłamanym przejawem ludzkiej hipokryzji. Specjalnie zaś młodzież, często religijnie indyferentna, zaprawiana jest w tym duchu kościelno-pogromowym. Podobnie rzecz miała się w Polsce, gdy wszelkie powroty z cmentarza po złożeniu do grobu "ofiar" politycznych, przeistaczały się w dzikie pogromy żydowskie, ukraińskie itd. Identycznie postąpiła "młodzież" litewska. Tłumy jej zalały ulice z pałkami w rękach, bijąc każdego Polaka, zrywając polskiej młodzieży czapki z głowy, drąc każdy nadpis polski, gazety, rozbijając szyby w redakcjach polskich; cuchnący bezkarnością tłum wdarł się do lokalu operetki polskiej, zerwał przedstawienie, potłukł szyby. W końcu zawezwano policję pieszą i konną, której zachowanie było kompletnie bierne. Krew i podarte strzępy ubrania, pośród stłuczonego szkła, znaczyły chodniki polskiego Wilna.


Naturalnie zakazano nam o tym pisać.


Natomiast nazajutrz zawezwano redaktorów pism polskich i domagano się od nich ostrych notatek potępiających... fakt zabójstwa policjantów.


Moje stanowisko było takie: o ile pozwolą nam potępić ekscesy antypolskie, zgadzamy się potępić również skrytobójstwo, dokonane na policjantach. O ile nie - nie piszemy w ogóle nic.


Tymczasem Węckowicz zjawił się z gotowym, podławym artykulikiem, ustalonym w cenzurze litewskiej i oświadczył, że on, jako redaktor, zobowiązał się do zamieszczenia tego artykułu wobec władz litewskich. Zwróciłem mu uwagę na naszą umowę. Oświadczył wtedy, że on, a nie kto inny, jest tu redaktorem.


Powiedziałem mu wprost, że jest: "politycznym szantażystą".


- Ja z panem inaczej załatwię - odpowiedział ten "krajowy demokrata" polski, popierający nacjonalizm litewski, i poszedł do władz litewskich ze skargą na mnie.


Nazajutrz pismem oficjalnym odebrana mi została koncesja ostatecznie, nawet jako wydawcy.


Tak postąpił ów "uczciwy" człowiek. - Leon Bortkiewicz, podówczas jeszcze wierny "mój przyjaciel", dał Węckowiczowi po pysku w cukierni. Ale Węckowicz pozostał przy swojej gadzinowej robocie, a raczej zamierzał ją rozwinąć właśnie na całego... Nawet zakupił był portret prezydenta Litwy Antoniego Smetony, żeby go powiesić w swoim gabinecie redakcyjnym i w tym celu odesłał przez woźnego do sklepu dla dorobienia odpowiednich ram, gdy...


Ramy do portretu nie zostały nigdy wykupione. Natomiast zakupiono dwa inne portrety: przewodniczącego Litewskiej Republiki "Ludowej" Paleckisa i Józefa Wissarionowicza Stalina.


***


Rząd sowiecki, działający notorycznie z "woli mas pracujących", który w dniu 16 grudnia 1918 roku uznał za istniejącą tylko Sowiecką Republikę Litewską, w dniu 12 lipca 1920 roku zmienił zdanie "mas pracujących" i uznał burżuazyjną Republikę Litewską, odstępując jej zdobyte na Polakach Wilno. We wrześniu r. 1939, z woli mas pracujących, przyłączył Wilno do Białorusi Sowieckiej, ale już po miesiącu "wola mas pracujących" tak kardynalnie przeobraziła swe przekonania, że decyzją rządu sowieckiego, już nie białoruskie Wilna, tylko litewski Vilnius oddany zostaje w ręce litewskiego rządu Smetony.


Państwa Europy zachodniej zachowały wobec tego faktu zupełną obojętność.


Wilno było częścią suwerennego państwa polskiego. Wcielone, bez zgody tego państwa, do Republiki Litewskiej. Z Francją łączyły Polskę układ polityczny z 19 lutego 1921 i Traktat Gwarancyjny z 16 października 1925. Dnia 13 kwietnia 1939 premier Francji Daladier oświadczył w Izbie Deputowanych:


Francja i Polska nawzajem udzielają sobie gwarancji niezwłocznej i bezpośredniej [pomocy] przeciw wszelkiej groźbie bezpośredniej lub pośredniej, która mogłaby narazić na szwank ich żywotne interesy.[†]


Przytaczaliśmy już powyżej oświadczenie premiera Chamberlaina z dnia 31 marca i 6 kwietnia 1939:


...zagwarantowanie Polsce... wzajemnej pomocy na wypadek wszelkiego zagrożenia bezpośredniego lub pośredniego...


W dniu 31 marca dodał jeszcze:


Rząd francuski upoważnił mnie do wyraźnego stwierdzenia, iż zajmuje takie samo stanowisko w tej kwestii, jak rząd Wielkiej Brytanii.[‡]


Ale ani rząd francuski, ani rząd królewski angielski, tak samo jak palcem nie ruszył w obronie Polski wobec agresji sowieckiej, nie ruszył też palcem wobec wkroczenia na terytorium Polski wojsk litewskich.


Tymczasem rząd sowiecki, który jeszcze 28 września 1920 roku zawarł z Litwą pakt o nieagresji, a w r. 1934 przedłużył go na lat 10, a dnia 9 października [ 1939] narzucił Litwie "traktat o wzajemnej pomocy" i wprowadził swe bazy wojskowe, ogłosił w początkach czerwca 1940 rzecz niespodzianą:


Rząd litewski uprawia antysowiecką propagandę, tworzy organizację mającą na celu porywanie i mordowanie żołnierzy czerwonych stacjonujących w Litwie.


O tych "niesłychanych prowokacjach" ze strony Litwy rozgłosiło radio sowieckie we wszystkich językach. I oczywiście znowu niezliczone wiece niezliczonych "mas pracujących" poparły "mądre stanowisko rządu radzieckiego" i dały upust, w niezliczonych uchwałach, swemu oburzeniu na rząd litewski.


Naturalnie nikt na świecie nie troszczył się o to, że artykuł 7 zawartego traktatu sowiecko-litewskiego brzmiał dosłownie:


Zawarty traktat w niczym nie narusza suwerenności obydwóch układających się stron. Zachowana zostaje zasada nie mieszania się wzajemnego w wewnętrzne stosunki układających się stron. Miejscowości, w których rozlokowane zostają powietrzne i lądowe siły sowieckie w Litwie, pod każdym względem należą do Republiki Litewskiej.


Oczywiście, o żadnej prowokacji ze stromy rządu litewskiego mowy być nie mogło. Rząd litewski, a z nim społeczeństwo litewskie, posuwały swoją uległość do granic najdalszych, czyniono wszystko co możliwe i płaszczono się przed Sowietami w sposób odrażający. O rzekomej "propagandzie antysowieckiej" możemy powiedzieć najlepiej my, mający do czynienia z cenzurą, która wykreślała nam wszystko, co mogłoby nasuwać choćby cień podejrzenia, że jest dla Sowietów nieprzychylne. Komuniści w ogóle uznani byli nagle jako przyjaciele Litwy, a ci spośród nich, którzy ze względu na utrzymanie ładu wewnętrznego, musieli być jednak przyskrzynieni, rejestrowani byli oficjalnie jako - "trockistowcy".


W gruncie rzeczy nastał obecnie niby moment, o którym marzyłem na jesieni 1939. Mianowicie konflikt sowiecko-litewski. Ale nie miałem już złudzeń: ani Litwa nie będzie się bronić, ani tym mniej nie będzie popierana w tej walce przez Polaków, czy Białorusinów. Jeżeli chodzi o Polaków, o ich masy, to te zupełnie świadomie, natomiast inteligencja polska raczej podświadomie, odczuwały coś w rodzaju Schadenfreude.


Było to oczywiście najgłupsze, najbardziej ślepe, najbezsensowniejsze uczucie polityczne, na jakie właśnie zdobyć się może tylko masa, niewyrobiona i nie kierowana politycznie opinia, a tak dalece pozbawiona instynktu samozachowawczego, iż cieszyć się może z własnej zguby. Ale uczucie to było zaraźliwe. Zdawało mi się chwilami, że ulegam mu również. Do tego stopnia znienawidzone były w kraju rządy litewskie. Na poczekaniu wyprodukowano nawet piosenkę:


Raz po zwycięskiej bitwie,

Musu Wilnius przypadł Litwie,

A że kobyłka zbyt skakała,

Musu Wilnius postradała.

O jej-jej, ponas Bobras nie gieroj! itd.



Ta wesoła piosenka zapowiadała jednak w gruncie naszą wspólną(4) zgubę.

Dnia 14 czerwca 1940 roku, o godzinie 23 (moskiewskiej 24) Mołotow wręczył ministrowi spraw zagranicznych Litwy, Urbszysowi, ultimatum, w którym domagał się wypełnienia do godziny 9 rano dnia 15 czerwca następujących punktów:


1) Oddanie pod sąd ministra spraw wewnętrznych Skuczasa i dyrektora departamentu bezpieczeństwa Povilaitisa, jako bezpośrednio winnych w porywaniu, męczeniu i mordowaniu żołnierzy sowieckich stacjonujących w Litwie.


2) Utworzenie nowego rządu, który by zajął zdecydowane stanowisko do uczciwego wypełnienia postanowień traktatu sowiecko-litewskiego i ukrócenia działalności wrogów Związku Sowieckiego na Litwie.


3) Gwarantowanie wojskom sowieckim swobodnego przemarszu przez terytorium Litwy i dyslokacji ich w ważniejszych centrach kraju w takiej ilości, jaka potrzebna się okaże dla zabezpieczenia wykonania traktatu.


Rząd litewski warunki przyjął.


W obronie Litwy, a następnie Łotwy i Estonii, żadne z mocarstw Europy zachodniej nie ruszyło palcem, tak samo jak poprzednio w obronie pogwałconego art. 15 Konwencji Kłajpedzkiej, tak samo jak w obronie Polski.


Jednocześnie w samej Litwie nie było nawet mowy o jakimkolwiek proteście.(5) Ta sama młodzież litewska, która po kościołach i na ulicach biła bezbronnych Polaków, nie zdobyła się na najmniejszą bodaj manifestację patriotyczną w chwili, gdy ginęło państwo ich, ojczyzna.


W Kownie próbowano powołać rząd generała Rasztikisa, ale Mołotow oświadczył przebywającemu wciąż w Moskwie ministrowi spraw zagranicznych Litwy Urbszysowi, że kandydatura Rasztikisa nie zadowala rządu sowieckiego.


Tego dramatycznego dnia 15 czerwca, o godzinie 2 po południu, minister Urbszys nadał następującą depeszę z Moskwy:


Przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych i Komisarz Ludowy do Spraw Zagranicznych, Mołotow, wręczył mi następujące żądania:


1) Wojska sowieckie przekroczą granicę litewską dziś o godz. 3 pop. w następujących punktach: Ejszyszki, Druskieniki, Gudogaje, Ekszty, Podbrodzie.


2) Poszczególne oddziały wojsk sowieckich po przekroczeniu granic wmaszerują do Wilna, Kowna, Rosień, Poniewieża i Szawel.


3) Inne oddziały zostaną rozlokowane w poszczególnych miejscowościach Litwy, które ustalone zostaną w porozumieniu, ze strony sowieckiej, generała Pawłowa, z generałem Vitkauskasem, ze strony litewskiej.


4) Generał Pawłow i generał Vitkauskas spotkają się dnia 15 czerwca o godzinie 8 wieczorem na dworcu kolejowym w Gudogajach. Ażeby uniknąć wszelkich nieporozumień, rząd litewski wyda odnośne rozporządzenia do wojska i ludności, aby ruch wojsk sowieckich odbywać się mógł bez przeszkód.


Istotnie, generał Vitkauskas udał się natychmiast do Gudogaj, przedtem jednak zdążył wydać zarządzenia, wzywające ludność i wojsko, aby przyjaźnie i z "godnością" spotkało wkraczającą armię sowiecką.


Niepodległość litewska przestała istnieć. Dnia 17 czerwca powołano uległy Sowietom rząd litewski.


Ucieczka prezydenta Smetony i kilku jeszcze osób spośród świata politycznego i plutokracji litewskiej, była jedynym widomym znakiem narodowej kontrakcji. Ale uciekło tylko kilku. Nawet minister Skuczas, rzekomy główny sprawca prowokacji antysowieckich, pozostał, jak królik zahipnotyzowany wzrokiem węża. Aresztowanego, odesłano do Moskwy, gdzie nb. spotkał się w więzieniu z b. premierem polskim, płk Kozłowskim.


Pozostała na swych miejscach, ciepłych dochodach, (1) gospodarstwach, posadach, urzędach, sztabach i ministerstwach - cała Litwa. Dyrektorzy departamentów i generałowie, oficerowie i urzędnicy, poczta, koleje, teatry, kina, gazety, orkiestry wojskowe, sztandary, godła państwowe. I wszystko to razem przeszło bez słowa, jeżeli nie liczyć słów podłego przypochlebstwa i sztucznego entuzjazmu na rzecz Sowietów - pod obce panowanie. Wyrzekło się własnej państwowości, ojczyzny, wolności. Oficerowie zdjęli po prostu epolety i naczepili sierpy z młotem. W ciągu dwudziestu czterech godzin zastąpiono godło Pogoni - gwiazdą czerwoną, jakby chodziło tu o jakieś wewnętrzne, drobne zarządzenie administracyjne.


Z całym przekonaniem oświadczam, że świat nie znał jeszcze takiego upadku i bezmiaru upodlenia. Bywało tak, iż jakieś państwo widziało się zmuszone do poddania. Bywało, że w obronie swej zostało zdradzone. Bywało zaskoczenie, które nie dało czasu na wydobycie miecza z pochwy. Bywały chwile słabości narodu, iż tylko nieznaczna jego mniejszość porywa się w męskiej obronie i rozpaczliwym proteście. Bywały samobójstwa ludzi opuszczonych, generałów bez wojska, wodzów bez narodu. Ale żeby wszyscy jak jeden mąż, z orkiestrą i rozwiniętymi sztandarami ojczyzny, z całym aparatem państwowym nie tyle poddawali się, co przechodzili na stronę i w niewolę obcego, starzy i młodzi! Pod najpotworniejsze jarzmo bolszewickie! Takiego wypadku w historii narodów jeszcze nie było.


Działo się więc coś takiego, od czego ni to mrówki chodziły po skórze, ni to wrażenie jakiegoś zanurzania w kadzi obrzydliwości. Oficer litewski, który nie zdążył jeszcze połapać się w rangach wojskowych sowieckich, salutował na chybił trafił każdemu z nich. A żołnierze czynili to już z jakąś masochistyczną rozkoszą... Z dworca wileńskiego wychodzi jakiś bolszewik, idzie mimo autobusowej stacji, gdzie na barierce skweru siedzi z dziesiątek konduktorów i szoferów. Porywają się zaraz z jakąś obleśną, niewolniczą, rabską wiernopoddańczością i salutują. Mają durny, psi wyraz i czynią tak właśnie, tak jak to zwykł czynić pies, gdy ma okazję polizać rękę albo zamerdać ogonem. Bolszewik spogląda na nich raczej zdziwiony i odsalutowuje szybko. Nie ma pojęcia, co to są za mundury.


Gdy się weźmie pod uwagę, że 98 procent ludności uważało inwazję bolszewicką za katastrofę... ale nie przekraczało szlabanu, za którym zaczęło się już normalne życie sowieckie. Jeszcze się ono nie rozpoczęło w pierwszych dniach. Słychać tylko zbliżające się kroki straszliwego buta, słychać jak idzie, miażdżąc po drodze charaktery, indywidualności, własną miłość, własną radość. Jak po żwirze, tak skwierczą te podeszwy sowieckiego reżimu po godności ludzkiej.(6)


Jeszcze nie przyszedł, a już na jego spotkanie wymiata się na czysto izbę i z niej tę godność ludzką(7) przede wszystkim.


Nie mogłem się nadziwić. Spotykam na ulicy Kelotisa, redaktora największego w Litwie czasopisma literacko-artystycznego, Naujoi Romuva.

- No, co będziecie teraz robić? - pytam.


- A co? - patrzy ze zdziwieniem. - Pisać będziemy w dalszym ciągu. Przecież w Sowietach literatura kwitnie... No, trochę trzeba będzie na czerwono... he, he, he!


Tfu! Tenże Rafał Mackonis, tenże nacjonalista polakożerczy, wierny sługa poprzedniego reżimu, pozostaje w tej samej gazecie, której był redaktorem, a która teraz do nazwiska Smetony dodaje tylko przydomek: "krwawy".


- Jakże to tak?


- A cóż w tym złego? Ja... zostałem tylko teraz technicznym redaktorem, do polityki się nie mieszam...


Tfu! Zaiste Węckowicz nie zdążył jeszcze wykupić ramek do portretu Smetony. Podpisuje i redaguje dalej Gazetę Codzienną, przeze mnie założoną gazetę, już w duchu bolszewickim. Ten typ wysługujący się smetonowskiemu reżimowi, ten "krajowiec" i "demokrata", wraca z konferencji prasowej i w ciągu dwudziestu czterech godzin przestawia gazetę na przyjęcie stalinowskiej konstytucji.


Tfu i tfu!


Ale co tu mówić o "węckowiczach"! Recenzentem muzycznym jeszcze w Słowie a później w mojej Gazecie, był Michał Józefowicz. Cichy muzyk, nad grobem stojący staruszek, uczciwy Polak, uczciwy człowiek, któremu nikt nie kazał, a przecież podpisuje ogłoszoną przez współpracowników deklarację lojalnej i twórczej współpracy z bolszewizmem.


Profesor Mieczysław Limanowski również. Egzaltowany uczony, mesjanistyczny patriota dyletant, który gdy mówił, to gestykulował, a jak gestykulował, był jak trzepoczący na wietrze sztandar polskości. On później pracował w wileńskim teatrze sowieckim.


Profesor Otrębski podpisał również, i stary wyga dziennikarski Franciszek Hryniewicz... Teodor Bujnicki, literat i poeta, onże później pisarz bolszewicki i sekretarz Prawdy Wileńskiej, piewca Stalina... Fryderyk Łęski, b. urzędnik kolejowy i referent prasowy Dyrekcji Wileńskiej, pobożny katolik, sowiecką limuzyną rozjeżdżający następnie z czerwoną gwiazdą w klapie, w charakterze bolszewickiego reportera Prawdy.


Nie podpisali na razie: wspomniany już Bortkiewicz, następnie komunista z przekonań. Konstanty Szychowski, wychowanek jezuitów, polityczny płód mocarstwowców, hrabiów Bocheńskich i Pruszyńskich, współpracownik Buntu Młodych i monarchistycznego Słowa, korporant, pałkarz-antysemita, oficer rezerwy - wychwalający(8) gwiazdę Stalina, przeklinający "zgniłą" Polskę.


Tacy oni byli wszyscy. Z całego zespołu redakcyjnego Gazety Codziennej wyszliśmy uczciwie zaledwie czwórką: Kazimierz Luboński, żona moja Barbara Toporska, Władysław Łepkowski, redaktor techniczny.


***


Halo, halo! - okrzyknie mnie może ktoś - jakże to tak, powiadaj pan dalej coś zaczął o społeczeństwie polskim. Więc jakże to było?


Oj, było źle. Ale to co było, było już pod panowaniem bolszewickim w latach 1940/41. To specjalny rozdział, po który jeszcze sięgnę. To już należy do tamtej strony szlabanu, gdy zapadł nad tą częścią Europy Wschodniej, zdradziecko i strasznie, wśród mrożącej, przyzwalającej ciszy Europy Zachodniej.


Ale początek był równie straszny, gdy jeszcze ten szlaban wisiał i drgał nad naszymi głowami jak gilotyna. Przykro się to zaczęło, gdy taki Ludwik Chomiński, jeszcze nie proszony i nie straszony, nie popędzany, a już pisywał skwapliwie o "słońcu Stalina", a później go widzę, gdy wkoło cukierni chodzi pod rękę z hr. Michałem Tyszkiewiczem i rozmawiają, na oko zdaje się jak dwaj Polacy, tam i z powrotem się przechadzają, tam i z powrotem, a ja stoję tylko i oczy przecieram, i uwierzyć nie mogę.


Na zmianę złych i dobrych dni, złej i dobrej polityki, głupoty i mądrości, ludzkich tęsknot i ludzkiej niesprawiedliwości, napaści i obrony, walki i nadziei - przyszła beznadziejność. Na zmianę tego wszystkiego, co ludzkie, wydaje się nawet, że na zmianę pór roku i tego, co zwykliśmy czekać z każdym dniem jutrzejszym - przyszło powolne gnicie godności ludzkiej, przyszła jednolita, bez zmian, bez nadziei, wykoślawiona szaruga bolszewickiej rzeczywistości.


Nikogo na razie nie bito, nie kopano, nie strzelano. To wszystko o terrorze - przesada. Po prostu tylko odebrano nagle radość życia i cel życia. A to było gorsze od terroru.


Wszystkie plany, kalkulacje polityczne, przyszłość zginęła wobec ogromu tego nieszczęścia. Pozostała pustka. Wypełnić ją może tylko jeden warunek: Bolszewia rozbita być powinna, zgnieciona, wypalona, unicestwiona raz na zawsze i po wieki wieków. Amen.





Józef Mackiewicz Prawda w oczy nie kole. Kontra. Londyn,2002


[*] I nawet w tej ostatniej wojnie, tak sromotnie przegranej kampanii r. 1939, nie brakło przykładów, przed którymi nawet wróg zdejmował swój ociężały hełm. Czytamy w książce Blitzmarsch nach Warschau:
"Trzeci bunkier bronił się tak długo i tak zacięcie, że tylko przypadkowe trafienie w szczelinę strzelniczą i rozbicie szybkostrzelnej armaty Polaków, umożliwiło jego zdobycie. Wybuch granatu zapalił wszystko we środku i wysadził żelazne drzwi z zawiasów. Gdyśmy weszli, bohaterski obrońca leżał w poprzek tych drzwi, zwęglony, nie do poznania..."

A o naszym biednym lotnictwie:
"Ale przez brak organizacji i dowództwa, nie powinniśmy zapominać, że lotnicy polscy walczyli zacięcie. W pierwszym, drugim, trzecim i jeszcze czwartym dniu rzucali się wściekle (wiitend) na nasze maszyny".

Berliński Signal z 2 listopada 1943 r. (nr 28) pisał w artykule pt. "Die zehnte Kompanie nach sechzehnhundert Tagen...":
"Dzisiaj, po czterech latach, zapytani o najcięższe przeżycia wojenne, odpowiadają członkowie dziesiątej kompanii: Polska. Trzeba się zastanowić, czego ci ludzie dotychczas dokonali, walki w Holandii i Belgii, przekroczenie Mozy, przekroczenie kanału Alberta, przełamanie głównych linii francuskich, trzy dni trwająca bitwa nad Skaldą i później kampania wschodnia od pierwszego dnia jej trwania. Oni byli przy przełamaniu linii Stalina, szturmowali Starą Russę, siedzieli okrągły rok w kotle Demiańska i w pięciu wielkich bitwach odparli ataki bolszewików na Starą Russę. Jednakże powiada każdy z nich: Wówczas, w Polsce, wówczas było najciężej." (Była to 10 kompania 6 pułku grenadierów, włączona do armii Blaskowitza, która miała zadanie nie dopuścić polskiej armii spod Kutna, do połączenia się z Warszawą.
[†] Charakterystyczne i... historyczne jest w danym wypadku zachowanie mocarstw zachodnich zarówno wobec agresji sowieckiej na Polskę, jak i jej późniejszej na państwa bałtyckie. Do wszystkich bowiem układów powersalskich dochodzi jeszcze ten, podpisany w Londynie 3 lipca 1933 r. pomiędzy Sowietami, Polską, Rumunią, Turcją, Łotwą, Estonią, Persją i Afganistanem, do którego przyłączyły się następnie Litwa i Finlandia, a który raz wreszcie ustala definicję napastnika. Układ ten nie tylko w art. 2 uznaje za napastnika państwo, które przez wypowiedzenie wojny albo bez wypowiedzenia, wkracza na terytorium drugiego, ale zawiera prócz tego załącznik, który powiada jasno: żaden akt napaści nie może być usprawiedliwiony przez jakąkolwiek z następujących okoliczności: położenie wewnętrzne państwa, jego budowa polityczna, gospodarcza lub społeczna, rzekome braki jego administracji, zamieszki wywołane przez strajki, rewolucje, kontrrewolucje, wojny domowe, pogwałcenie praw lub interesów materialnych, albo moralnych, zerwanie stosunków dyplomatycznych, zatargi, zajścia graniczne itd. itd.
[‡] W r. 1940 rząd polski zwrócił się do rządu angielskiego z propozycją, aby ten, łącznie z rządem francuskim, wystąpił przeciwko agresji sowieckiej i znęcaniu się nad obywatelami polskimi na terytorium okupowanym przez Sowiety. Rząd angielski odmówił żądaniu polskiemu, zawiadamiając jednocześnie o swojej odmowie rząd francuski.

Józef Mackiewicz NUDIS VERBIS


Józef Mackiewicz

NUDIS VERBIS

I

Zachodzi zasadnicza różnica w podejściu do sprawy służenia ojczyźnie w czasie wojny pomiędzy różnymi krajami, na przykład pomiędzy Anglią a Polską. W Anglii wojskowy, który był w cywilu listonoszem, urzędnikiem, szewcem czy dyrektorem opery, po ukończeniu wojny powraca do swego zawodu i usiłuje w dalszym ciągu być dobrym szewcem czy dobrym dyrektorem opery. Wręcz przeciwna tradycja zakorzeniła się w Polsce. Niejeden kto u nas na wojnie strzelał dobrze z ckm, odniósł rany czy narażał życie, z tego właśnie tytułu domaga się beneficjów wykraczających poza ramy przewidziane statutami armii w postaci orderów i rang, a - żąda wpływu na politykę, na prasę, czasem materialnych synekur, narzuca hegemonię w użyciu formy pluralis maiestaticus: "my!" Nie bardzo jest to tradycja fortunna. Albowiem oficer, który potrafił kierować bitwą, nie zawsze potrafi kierować koncernem przemysłowym, albo redakcją wpływowego w kraju czasopisma. Ta zasadnicza różnica pomiędzy tradycją polską a wybraną tu przykładową angielską, wydaje mi się wynikać z odmiennej interpretacji służby wojskowej jako "zasługi" wobec ojczyzny, w odróżnieniu od "obowiązku" wobec ojczyzny. Ta druga interpretacja jest niewątpliwie słuszniejsza, zgadza się też za równo z duchem, jak literą ustaw "o obowiązkowej służbie wojskowej". A że przy wypełnianiu tego obowiązku naraża się własne życie, albo umiera, tego żadne ludzkie prawo ani przepisy zmienić dotychczas nie potrafiły i wątpić należy, czy kiedykolwiek zmienić będą w stanie.

Interpretowanie walki za ojczyznę jako "zasługi" osobistej bardzo wyraźnie podkreślały w Polsce tzw. koła legionowe. Legioniści śpiewali "My, pierwsza brygada...", a później ciągle, z dużą dozą dokuczliwego uporu, narzucali to swoje "my" cywilnemu życiu całego społeczeństwa. Podobne tradycje usiłują dziś, w nieusprawiedliwiony sposób, odnowić niektóre sfery kierownicze naszego AK i politycznych "autorytetów" walki podziemnej. Nieusprawiedliwiony dlatego, gdyż zapominają o nieodzownych warunkach wymaganych przy narzucaniu owego "My": a mianowicie efektywnego rezultatu w odzyskaniu czy obronieniu niepodległości. Tymczasem pomiędzy tzw. sferami legionowymi, które wyszły z tamtej wojny, a sferami naszego Resistance, które wyszły z tej wojny, zachodzi bardzo zasadnicza różnica. "Legionistom" ludzie najbardziej nawet niechętnie do nich usposobieni, do których i ja należałem, mogli dużo zarzucić, ale nie mogli im odmówić jednego, że mianowicie walnie się przyczynili do zwycięstwa i odrodzenia Polski. Bez względu natomiast, co by się powiedziało o kierownikach naszego Oporu podziemnego, niepodobna zaprzeczyć jednemu, że mianowicie walnie się przyczynili do naszej klęski. A upieram się przy tym, że klęska, która spotkała Polskę, należy do największych na przestrzeni Jej dziejów.

Stwierdzenie tego faktu w niczym nie pomniejsza bohaterstwa walczących żołnierzy polskich, czy to w podziemiu, czy na ziemi swojej i obcej, ani hołdu oddawanego tym, co zginęli na frontach, w więzieniu, w obozach, pod pałkami okupantów. Ale z powyższego nie wynika, że ma to umniejszyć odpowiedzialność ich kierowników za klęskę. Gdy generał Samsonow w r. 1914 wpakował wiele korpusów w bagno klęski, nie przyszło mu na myśl usprawiedliwiać się - liczbą zabitych żołnierzy... Ani tym, że kazał im strzelać, czy że sam strzelał, a - strzelił sobie w łeb.

Jakkolwiek odległa może się wydać ta analogia, nie jest rzeczą słuszną, że niektórzy panowie u nas, zamiast przyznać się do błędów i usprawiedliwiać w jaki bądź sposób po kompletnym bankructwie ich koncepcji politycznych, ośmielają się, tak jest: ośmielają się, nie tylko narzucać swoje "My" całości narodu i uzurpować sobie prawo do rozdawnictwa patentów na patriotyzm, wytyczania linii "czystości życia" politycznego, ale - zgłaszać pretensje do kontynuowania swego kierownictwa politycznego. Zdawałoby się, iż podobne zgłoszenie nie może być nigdy potraktowane poważnie przez naród dotknięty klęską, a więc zmuszony do analizy i rewizji swego postępowania w przeszłości, do szukania nowych dróg, a więc i nowych ludzi w przyszłości. Tymczasem w ostatnich czasach mamy do zanotowania szereg wystąpień publicznych tzw. "autorytetów" naszej b. konspiracji, które potraktowane zostały w sposób budzący zaniepokojenie, jakoby ta resztka Polski, która pozostała niezależna od najeźdźcy, nadal zamierzała tym "autorytetom" być posłuszna i podlegać ich dyrektywom.

Chwilami wydaje się doprawdy, iż fatum, które nas prześladuje, przybiera postać jakiegoś koszmaru, jest jakimś złym snem, który się nie kończy, z którego niepodobna się obudzić, ani otrząsnąć.

Ktoś wreszcie musi powiedzieć prawdę

Sprawa nie może dłużej leżeć odłogiem. Nie można ciągle koło niej chodzić z palcem na ustach, zachowując tę ciszę, jaka przynależna jest stąpaniu wśród majestatu grobów poległych. Jeżeli kwiaty zasadzone na tych grobach nie zdążyły jeszcze pożółknąć ani powiędnąć, nie zmienia to faktu, że ci, którzy je skrapiają łzami i pielęgnują w pamięci, chcą i muszą żyć. Dlatego wydaje mi się, iż dobrze się stało, że rzecz została sprowokowana, gdyż doniosłość ówczesnych wydarzeń ma pierwszorzędne znaczenie dla oceny, dla diagnozy politycznej naszej klęski, a bez ścisłej diagnozy nie może być środków zaradczych. Zdawało mi się, iż winien ją poruszyć bardziej może kompetentny spośród tych, którzy rzeczywistość w kraju za okupacji niemieckiej widzieli i przeżyli; że zechce wreszcie powiedzieć, dlaczego tak się stało, jak to się stało, jak to się stać mogło, że kraj przyjął obecne moralne ze, które niejednego przyprawia o dreszcz, a prawie wszystkich wprawia w zdumienie. Ktoś wreszcie to powiedzieć musi.

W jednej wielkiej tragedii Polski zwarły się trzy klęski: klęska militarna, klęska polityczna i klęska moralna. Przyczyny pierwszych dwóch omówione były dokładnie i są nadal dyskutowane z niewątpliwym pożytkiem dla naszej przyszłości. - Klęska moralna kraju wydaje mi się wszakże najbardziej zasadnicza. Widmo "radzieckiej" Polski, nie tylko w jej sowieckiej formie i zewnętrznych granicach, ale wewnętrznej treści, straszne widmo sparaliżowanego bolszewizmem narodu, stoi u progu. Kto za ten wewnętrzny paraliż postępujący ponosi największą odpowiedzialność?

W odróżnieniu od stanowiska Lwowa i Wilna oraz większości prasy emigracyjnej, za największą winę kierowników naszego podziemia poczytuję nie straty w ludziach i dobrach materialnych w okresie oporu antyniemieckiego, nie powstanie Warszawy, o którym posiadam własny, odmienny sąd, a - kompletne, idealne niemal rozbrojenie moralne wobec najeźdźcy sowieckiego.

Imponujące, jak głaz z monolitu, solidarne stanowisko wobec okupanta niemieckiego, nie jest zasługą kierowników naszej konspiracji, a samych Niemców i ich tępacko-brutalnej polityki w pierwszej kolejności, na drugim miejscu zaś zdrowego instynktu całego narodu. To są fakty. I otóż w ciągu długich pięciu lat ten zdrowy instynkt samoobrony narodowej, w stosunku do drugiego najeźdźcy, najeźdźcy sowieckiego, podkopywany i podważany był systematycznie przez "autorytety" podziemia, w ślepym posłuszeństwie instrukcjom londyńskim.

Niesłusznie jednak, moim zdaniem, wyłączność winy przypisuje się agendom rządu na emigracji. Wina ta, acz można się spierać o jej stopień, spada również na odpowiedzialnych kierowników kraju. Ich obowiązkiem było raczej rzadziej zanurzać się w rozgrywki partyjno-osobiste, a częściej za to i rzetelniej informować Londyn o nastrojach kraju. O istotnym stanie tych nastrojów nie udało mi się czy¬tać czy słyszeć dotychczas ani jednej relacji całkowicie prawdziwej. Czy ktokolwiek powiedział chociaż raz w Londynie, że nie wolno podszczuwać kraju w pośredniej popularyzacji sowieckiego "sojusznika", gdyż kraj ten, zaszczuty przez Niemców, zalany optymizmem i ślepą wiarą w Anglików, czekał bolszewików w 80 procentach jak zbawienia?! Podobnie jak oczekiwano Niemców na ziemiach wschodnich w r. 1941. Czy uprzedził kto, że wszelako metody sowieckie są tak dalece różne w swej perfidii i oddziaływaniu na psychosferę ludności od tępej brutalności metod niemieckich, że rezultat reakcji i formy rozczarowania będą zupełnie inne? Nikt tego nie powiedział, choć doświadczenie leżało na dłoni. Trudniono się natomiast wysyłką takiego materiału, który by potwierdzał i naginał do linii generalnej, z góry narzuconej przez Londyn, jakkolwiek była ona w najoczywistszej sprzeczności z tym doświadczeniem.

Niemcy wkroczyli do Wilna dopiero w roku 1941, ale już po kilku miesiącach zorientować się było można, że, bez pomocy żadnej akcji podziemnej, metody ich wzbudzają totalną nienawiść ludności. Z tej strony zatem byliśmy asekurowani i o jakimś załamaniu na rzecz Niemiec mowy absolutnie być nie mogło. Natomiast zrodziło się niebezpieczeństwo inne, trudne do przewidzenia zawczasu. Stał się nim mianowicie fakt, że te same metody niemieckie niejako rykoszetem przetaczają się w źródło popularyzujące bolszewików jako wroga Niemców. Było to zjawisko najbardziej naturalnej reakcji, wynikające z prostej ludzkiej psychiki. Jeżeli niebezpieczeństwo to zagrażało krajowi, który tych bolszewików znał i ich panowanie przecierpiał, w jakże zwielokrotnionym stopniu zaciążyć musiało tam, gdzie ich znano aktualnie tylko ze słuchowisk radia londyńskiego...

Niebezpieczeństwo to potężniało i unaoczniało się z dniem każdym coraz bardziej. Przybrało zaś formy groźne pod wpływem nie tyle jawnej agitacji komunistycznej, do której ludzie odnosili się ciągle jeszcze i z reguły powściągliwie, ile nieinteligentnie prowadzonej własnej akcji podziemnej, która niebawem przeszła pośrednio lub nawet bezpośrednio do obozu probolszewickiego.

***

Dla uniknięcia wszelkich ewentualnych niedomówień, w obliczu faktu, że przez pewne sfery "autorytetów" naszej konspiracji, jak też agenturę sowiecką, zwalczany byłem w kraju i atakowany na emigracji w sposób często nie przebierający w środkach - chciałbym zaznaczyć tu własne stanowisko. Oto nie tylko nie wypieram się stawianego mi zarzutu, iż wyłamywałem się spod dyscypliny narzuconej przez władze podziemne, ale - dumny jestem i szczycę się tym, że dyscyplinie politycznej tych autorytetów nie uległem. Przeciwnie, przeciwstawiałem się jej wszędzie tam, gdzie tylko uważałem to za możliwe, celowe i słuszne.

W odpowiedzi znaleźli się oszczercy, którzy zarzucali mi współpracę w propagandzie niemieckiej, o czym obszerniej będę mówił poniżej. W tym miejscu chciałbym oświadczyć tylko co następuje:

Wszystko, cokolwiek pisano w prasie niemieckiej i jej propagandzie na ziemiach okupowanych, czytane było na opak. A zatem to, co pisali o bolszewikach złego, nie oczerniało ich w oczach czytelnika polskiego, a - wybielało. Czyli osiągało skutek odwrotny od zamierzonego. Pierwszy na to zwróciłem uwagę, pisałem o tym już z tuzin chyba razy na emigracji, wypowiadałem i głosiłem to tysiąc razy w kraju, za¬równo ustnie, jak w wydawanych przez siebie drukach taj¬nych. Na tle tego oczywistego faktu, współpraca w pismach okupacyjnych była absurdem, nonsensem odwracającym cel. Są jednak dwa rodzaje najbardziej rozpowszechnionego terroru. Terror siły i terror jazgotu. W polityce mówi się wtedy o demagogii. Ale to, co uprawiały pewne osobistości w kraju w stosunku do swych przeciwników politycznych, bliższe jest miana jazgotu. Podobnie przekupka potrafi obalić najoczywistsze argumenty i najbardziej jasną logikę terkotem powtarzanych słów i pociągnąć za sobą cały rynek, jakkolwiek bezsensowne i nieartykułowane będą wykrzykiwane przez nią dźwięki.

Powszechne jest u nas narzekanie nawarcholstwo i niezdyscyplinowanie społeczeństwa jako na wadę narodową. W tym okresie każde warcholstwo mogło prowadzić do katastrofy, ale posłuszeństwo niektórym "autorytetom" - prowadziło do katastrofy.

Prekursorzy "reżimowej" prasy

Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i tryumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczą szpalery "autorytetów" konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić, czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.

Ja nie chcę tu wspominać o szmatławcach w rodzaju Głosu Demokracji, Trybuny Ludu, Trybuny Wolności, Głosu Warszawy, Barykady Wolności i jakże wielu jeszcze organach KRN, tworzących już wówczas potężne podziemne państwo sowieckie w Polsce. Ale weźmy Biuletyn Informacyjny AK, który dziś tu, w Londynie, okupację sowiecką w kraju nazywa "przemianami społeczno-politycznymi".

Dnia 11 stycznia 1944 r. rząd sowiecki, nie po raz pierw¬szy zresztą, ogłasza, że anektuje pół Polski, że definitywną granicą zachodnią Sowietów będzie linia Curzona.

Dnia 22 lutego 1944 r. w Izbie Gmin występuje Churchill z oświadczeniem, że rząd brytyjski uznaje linię Curzona za wschodnią granicę Polski, która odpowiada zasadom słuszności i sprawiedliwości. Mówi o tym, że Wilno i Lwów należeć winny do Sowietów.

Biuletyn Informacyjny pisał wtedy:

Ogólnie biorąc, na podstawie ostatniej mowy Churchilla, oraz licznego szeregu innych oznak, można stwierdzić, iż ostatnimi czasy stan zatargu rosyjsko-polskiego przechyla się na naszą korzyść...

Polska Walczy zamieszcza po tej mowie Churchilla artykuł pt. "Churchill - przyjaciel Polski".

Wieś pisze w tym samym czasie o NSZ:

Wzywanie do niewspółdziałania z wojskiem sowieckim nie jest zgodne z rozkazami Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju. Jest to wyraźne szkodnictwo!

Organ Mikołajczyka, wierny Komendzie Głównej AK, Żywią i Bronią pisze (maj 1944) o "faszystach polskich":

Zbrodnie bratobójcze na oddziałach PPR-owskiej Armii Ludowej, będą najhaniebniejszą plamą w historii walki Narodu Polskiego o wolność. Nigdy na broń naszego żołnierza nie spadła kropla niewinnej krwi braterskiej. Nigdy broń ta nie zwróciła się przeciw żołnierzom komunistycznych oddziałów bojowych!

W takim to czasie podziemna Rada Narodowa, Krajowa Reprezentacja Polityczna i Pełnomocnik Rządu na Kraj pochłonięci są redagowaniem komunikatów pochwalających akcję przeciwko gen. Sosnkowskiemu... Oto co pisał Tydzień, jedno z tych, jakże nielicznych, niezależnych pism Polski podziemnej:

Jest rzeczą znamienną, że pod wpływem działania wybitnie partyjno-politycznego, ciała te wychodzą całkowicie poza zakres swoich kompetencji... Pożałowania godny jest fakt, że omawiana uchwała Rady Narodowej zapada w okresie najsilniejszych ataków na osobę gen. Sosnkowskiego ze strony Moskwy...

Takim "ocenom politycznej sytuacji", takim wymogom i jawnemu współdziałaniu z najeźdźcą sowieckim, należało się podporządkować i przyklaskiwać, ażeby uzyskać patent prawomyślności od tych panów! Jeżeli dzisiaj w spokojnym Londynie chce się zgrzytać przy odczytywaniu tych nonsensów, to nie należy zapominać, za jaką cenę były one rozpowszechniane w Kraju - wówczas. Jaką wagę gatunkową miała ta czcionka składana rękami podziemnych bojowników, którym się zdawało, że walczą o Polskę, a w istocie oszukanych, zdradzonych. Wagę krwi ludzkiej, cenę cierpień, kopań, wybijanych zębów, deptania godności, obozów, śmierci męczeńskiej. Za cenę kości, wdeptywanych przez Niemców w ziemię, niwelowano place polane krwią, aby wznieść na nich gmach Bezpieki, sowieckiego jarzma i ostatecznej klęski.

A dziś ten sam Biuletyn rozpiera się na jednej ladzie w londyńskich kioskach, łącznie z portretem Lenina w Odrodzeniu, czy artykułem Jędrychowskiego wielbiącym Stalina w Kuźnicy. Jakże mały i mizerny pozostał w zestawieniu z tymi pismami, które wyprzedził, a które wyrosły na olbrzymy na gruncie, w którego przygotowaniu, śmiem twierdzić, współdziałał.

Przelewanie krwi za zwycięstwo... Sowietów

W Warszawie zacząłem wydawać podziemne pismo pt. Alarm. Pisałem w nim:

Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie. - W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. Wobec Zjednoczonych Narodów jesteśmy nie petentem, a kon¬trahentem. Odrzucamy kategorycznie koncepcje sowieckie nazywane linią Curzona, stoimy zdecydowanie na gruncie nienaruszalności granic ustalonych Traktatem Ryskim. - Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą, itd.

Dlaczego jednak mój Alarm, głoszący tezy powyżej przytoczone, pod którymi w zasadzie każdy uczciwy Polak mógłby się podpisać, tak bardzo drażnił "autorytety" konspiracyjne w kraju?

Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale - jednocześnie, równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. wlewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyspieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie - za zbrodnię. Jeżeli ktokolwiek przypomina sobie chociażby ostatnio drukowany w londyńskim Dzienniku Polskim spór o to, kto dokonał unieruchomienia węzła warszawskiego, przy czym autor notatki chlubił się, że to nie PPR, właśnie AK, która w ten sposób sparaliżowała transporty niemieckie na front wschodni, ten i uprzytomni, i przypomni sobie, że stanowisko "autorytetów" konspiracji było wręcz przeciwne. Zresztą, zgodne ze stanowiskiem Rządu na emigracji, linią polityczną od dawna znaną, planem "Burzy" itd. W Alarmie drukowałem hasła:

Strzelanie do agentów Gestapo, to akt samoobrony, koniecznej. Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej.

Podobne hasło uznane zostało przez niektóre "autorytety" konspiracyjne za - niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną. Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!

II

Czy racja "polska"? Czy racja "antyniemiecka"?

Każdy rozumie, że usiłując w ograniczonych ramach poddać syntetycznej krytyce akcję polityczną podziemia w przekroju pięciu lat okupacji, zmuszony jestem do podkreślania tych kształtów ówczesnej rzeczywistości, skompresowania takich szczegółów i przykładów, które dają obraz istoty rzeczy, a nie poszczególnych odcinków, fragmentów i bardzo zresztą licznych odchyleń od zasady. Jestem, powtarzam to ciągle, daleki od rzucania chociażby cienia na setki tysięcy ofiar, na żołnierzy żywych i poległych. W swej tajnej broszurze, wyda¬nej w Krakowie pt. Optymizm nie zastąpi nam Polski, pisałem na str. 11 co następuje:

Na złość Niemcom ukrywano najbardziej autentyczne wieści płynące z Moskwy i również "na złość" Niemcom fabrykowano "dobre", a z gruntu fałszywe pogłoski. Jest to ciężki grzech popełniony w stosunku do własnego narodu. Ale obciąża on tylko nasze sfery reprezentacyjne, o pretensjach wyrobienia politycznego. Trudno bowiem wymagać, powiedzmy, od jakiegoś dwudziestoletniego młodzieńca, który widzi, jak konduktor niemiecki kopie w brzuch jego matkę przy wchodzeniu do niewłaściwego przedziału pociągu w jakichś Skierniewicach, Radomiu czy Małkini, trudno wymagać odeń, żeby krew, która mu uderza do twarzy w takiej chwili, żeby zaciśnięte pięści i paznokcie wbite w dłonie, rozpaczliwej przysiędze na zemstę, mogły mu pomóc w ogarnięciu całokształtu polskich interesów politycznych, do wyrobienia polskiej myśli politycznej, sięgającej het daleko poza peron kolejowy w Skierniewicach. Radomiu czy Małkini. Taki chłopiec nie chce słyszeć o bolszewikach. On wstąpi do AK i będzie strzelał do Niemców. I w gruncie dobrze zrobi, bo co wart jest naród, którego jednostki pozbawione są godności osobistej! (podkreślenia w broszurze)

Jeżeli zbyt często wysuwam tu swoją osobę, to nie dlatego, ażebym się chciał ośmieszyć, albo pozwolił zbyć kpiną, iż uważam zapewne, że poza mną nie było ludzi trzeźwo patrzących na rzeczywistość, tylko dlatego, po pierwsze, że do przedstawienia siebie zostałem sprowokowany od lat już trwającą nagonką, a po drugie, że operowanie własnym przeżyciem i doświadczeniem ułatwia mi cytowanie charakterystycznych przykładów.

Gdy dziś czytam powoływania się na źródła krajowe, rozgrywki partyjne, uchwały, decyzje, pięknie brzmiące deklaracje władz podziemnych, z których wiele cechuje słuszność zasady, przebija patriotyzm i troska o dobro Polski, gdy się je cytuje jako odbicie "nastrojów kraju", ma się ochotę powiedzieć tylko: słowa, słowa, słowa. A rzeczywistość?

Rzeczywistość, jak to już raz pisałem, śmiertelnie zaszczuta terrorem niemieckim, podszczuwana radiem londyńskim, zerwała tymczasem z jakąkolwiek racją polską. Tematem przestała być Polska, tematem stały się Niemcy. Racja polska zastąpiona została przez rację antyniemiecką. Cel wojny: odzyskanie niepodległości, zastąpiony został zupełnie wyraźnie, bez reszty, pobiciem Niemców, nie jako środkiem do celu, a jako celem w sobie. Jasne, że na tej bazie nie można było budować konstruktywnej myśli obejmującej całokształt interesów polskich.

Tymczasem Niemcy leciały w przepaść. Z nami stało się coś podobnego, co się zdarza w tragediach leśnych wśród zwierząt, gdy napadnięty, we własnej obronie tak się weżre w napastnika, iż porwany przez niego nie może się już oderwać i runąć muszą obydwaj we wspólną otchłań na zagładę. NSZ pisał na ścianach kamienic warszawskich: "PPR - P-odłe P-achołki R-osji". Niemcy napisów nie kazali ścierać. Traciły przez to wszelkie znaczenie. Prasa komunistyczna biła brawo. Komu? Niemcom, oczywiście.

Niemcy znakomicie ułatwiali bolszewikom rolę, skomasowawszy w swych rękach monopol antysowieckiej propagandy, a tym samym wytrąciwszy ją z rąk narodów przez się okupowanych, a z kolei zagrożonych przez najazd sowiecki. W takiej chwili spotykało się ludzi, którzy w poszukiwaniu wyjścia z obłędnego koła, poczynali się zastanawiać nad możliwością jakiegoś prowizorycznego chociażby modus vivendi z Niemcami. Uważałem osobiście podobne próby za najgorsze wyjście ze wszystkich możliwych, za fatalne z fatalnych. Albowiem w ten sposób podkreślałoby się raz jeszcze nierozerwalne pobratymstwo pomiędzy antysowietyzmem i niemieckością, co stanowiło właśnie istotę nieszczęścia. Moim zdaniem racja polityczna kraju wymagała rzeczy najpilniejszej: przekonać naród, że nie każda akcja antysowiecka pochodzi od Niemców, jak w Ewangelii każda władza od Boga.

I oto w takim momencie spada cios: Polskie Radio Londyn nadaje dnia 17 marca 1944 r. dwanaście razy komunikat, że:

Wszelkie tajne wydawnictwa wychodzące w języku polskim, a w treści swej atakujące ZSRR, są dziełem propagandy niemieckiej.

W związku z tym następuje przypomnienie oświadczenia Pełnomocnika na Kraj z dnia 7 marca 44, w którym "przestrzega przed wymuszaniem przez okupanta deklaracji antybolszewickich".

Komunikat ten, gdybym nie był przekonany o jego autentyczności, poczytałbym za prowokację sowiecką. Nigdzie bowiem Niemcy podobnych deklaracji nie wymuszali i wymuszać nie mogli, bo niby od kogo? Ani organizacje, ani przedstawicielstwa polskie jawne nie istniały. Więc co, od przechodnia na ulicy, od chłopa na wsi? Była to więc bzdura, podobnie jak fama o rzekomych propagandowych kursach antysowieckich dla Polaków w Berlinie...





Na równi pochyłej

Ażeby akcję antysowiecką odseparować od wspomnianych wyżej prób jakiejś ugody z Niemcami, czy to w imię lansowanego przez niektórych hasła "ratowania substancji narodu", czy innych celów, pisałem w 1. numerze Alarmu:

Pertraktować może równy z równym, ale pertraktować może i pobity ze zwycięzcą, nawet niewolnik z panem, nawet więzień z dozorcą. Lecz nie może pertraktować ktoś, kogo się stawia w warunki poniżające jego godność. Niemcy depczą naszą godność narodową i osobistą. Nie pozwalają nam się kształcić, pielęgnować własnej kultury, drukować książek; są miasta w Polsce, w których Polakowi nie wolno się nawet uczyć gry na skrzypcach... albo trzeba się było kłaniać Niemcom na ulicy... a nasi robotnicy w Rzeszy noszą literę "P" jak Żydzi gwiazdę. Każą nam jeździć w osobnych wagonach jak Murzynom w Afryce. Ale porównanie do Murzynów nie jest ścisłe. Bo Murzyn afrykański, zetknąwszy się z człowiekiem cywilizowanym, nie był mu równy. Nie został tedy zepchnięty ani podeptany. A my zostaliśmy.

Można zasiadać albo nie zasiadać do wspólnego stołu konferencyjnego z Niemcami, zależnie od zapatrywań politycznych, ale nie można przy tym stole - stać, gdy strona przeciwna zasiada!

I otóż jeden z "autorytetów" podziemia, spotkany przeze mnie na emigracji, jeszcze teraz mi powiada: "Owszem. owszem, naturalnie to bardzo rozsądnie, ale... pana by Niemcy nie rozstrzelali, gdyby złapali, bo całe pismo było antysowieckie". - Oto jest klasyczny argument wyższego rzędu tamtejszych czasów: nie to jest ważne, co się pisze i czy słusznie lub pożytecznie. Mogła być napisana chociażby bzdura, ale tak napisana, iżby istniała pewność, że za nią Niemcy rozstrzelają.

A w gruncie rzeczy nie ja miałem wtedy rację, a on, mój obecny rozmówca. Bo było już za późno. Kraj doszedł do tego punktu zwrotnego, od którego zaczyna się toczyć po równi pochyłej z szybkością bezpowrotną. Jeszcze tam mogło się zdarzyć, że jakiś dowcipny akowiec dołączył do nakładu Biuletynu wierszyk o "Volksanglikach", trzymała się jeszcze prasa piłsudczykowska, trzymał się NSZ, ale optymizmu, ślepej ,ary w Anglików, w bezpieczeństwo ze strony Sowietów, we wszechpotęgę i dobrą wolę Churchilla z Rooseveltem, nic zachwiać w masach nie było w stanie. Żadne rozumowanie, żaden najoczywistszy argument.

Tezy sprawdzone u Goebbelsa

Nie piszę tu żadnej monografii o dziejach podziemia. Dlatego z góry muszę się zastrzec przeciwko ewentualnym zarzutom, że w uświęconej krwią walce dostrzegam tylko strony ciemne, które przesłonięte zostały blaskiem bohaterstwa i poświęcenia. Otóż właśnie to bohaterstwo i poświęcenie są jedną z przyczyn, dla których chciałbym wskazać, jak fatalnie fały zmarnowane, ba, obrócone na naszą zgubę.

Oczywiście, sprawcą nie tylko ówczesnych nieszczęść, ale Matecznej klęski są przede wszystkim Niemcy. Ta prawda nie może ulegać żadnej dyskusji. Natomiast podlega dyskusji rezultat zadanej nam klęski. O ile bowiem większość skłania ku twierdzeniu, że największą krzywdą, jaką nam wyrządzili Niemcy, było zatopienie Polski w potokach krwi i zniszczenie materialne, o tyle ja twierdzę, że zniszczenie moralne przez jej zbolszewizowanie.

Ich brutalna, niesłychana w dziejach metoda potraktowania całego narodu, metoda, która temu narodowi z początku zaparła dech w piersi, a później zaślepiła w reakcji tak gwałtownej, że przesłoniła wszelki rozsądek polityczny, ograniczając wielki naród do ślepych odruchów, właśnie w chwili, gdy zwykle skomplikowana sytuacja wymagała odeń zimnej krwi i ruchów skoordynowanych, wynikających z głęboko przemyślanych kryteriów politycznych.

Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że z Niemcami można było współpracować i nie należało do nich strzelać. Nie można było współpracować przede wszystkim dlatego, że sami tego nie chcieli. Niemców, moim zdaniem, trzeba było bić tam wszędzie i tak samo, jak oni nas bili. Ale nie znaczy to, że należało wygrywać Polskę dla - bolszewików.

Ani Niemcy w swych założeniach politycznych nie chcieli zbolszewizowania Polski, ani my nie chcieliśmy zbolszewizowania Polski. A w rezultacie Niemcy Polskę bolszewizowali, a myśmy im w tym ze wszystkich naszych sił pomagali.

Jednym z najskuteczniejszych instrumentów akcji podziemnej była jej prasa. Przytoczyłem poprzednio kilka z niej wyjątków i nie będę nawracał do fragmentów, jakim to nakładem ofiar i poświęcenia służyła ku... zaślepieniu społeczeństwa, zaślepieniu w trzech kardynalnych błędach: 1) bezkrytycznym optymizmie (nazywało się "podnoszeniem na duchu"), 2) omnipotencji Anglii i jej bezwarunkowo dobrej woli, 3) usypianiu niebezpieczeństwa sowieckiego. W sukurs tej prasie przyszedł niejaki dr Józef Goebbels, Reichsminister Hitlera, który pisał, że: 1) Polskę czeka marny los na wypadek zwycięstwa aliantów, 2) Anglia okaże się w rezultacie słaba i Polskę sprzeda, 3) bolszewicy Polskę zabiorą i zrobią z niej 17. republikę.

Nie będę się powtarzał, przypominając, że o ile obowiązywało czytanie na opak wszelkich enuncjacji niemieckich, tym bardziej, oczywiście, szefa propagandy niemieckiej. A więc wszystko się zgadzało. Zgadzało na naszą zgubę. Wsparte na tych dwóch autorytetach, tzn. pozytywnym - prasy podziemnej i negatywnym - dr Goebbelsa, wymienione wyżej tezy przeistoczyły się niebawem w uświęcone kanony, nie podlegające żadnej krytyce, pod groźbą zarzutu "współpracy z wrogiem".

W praktyce prasy podziemnej przyjął się taki schemat: ażeby napisać jedno słowo nieprzychylne o Stalinie, trzeba je było zaopatrzyć poprzednio w sto wyzwisk pod adresem Hitlera. Przy tym "autorytatywni" cenzorzy opinii publicznej sprawdzali z dokładnością fachowca, czy nie jest ich aby tylko 99 i czy są dosyć mocne, by gwarantować natychmiastowe rozstrzelanie w Gestapo w wypadku wpadnięcia. Oczywiście, przykład ten wydać się może niejednemu groteskowy w jego lapidarnym schemacie, jednak jest najzupełniej prawdziwy. Utrudniało to niezwykle wszelką publicystykę i polemikę, rozwadniało tekst, no i oczywiście osłabiało efekt. Podobnie nigdy jeszcze nie skomasowano takiego rejestru zbrodni niemieckich, jak w okresie Katynia r. 1943, aby mu je przeciwstawić i odwrócić odeń uwagę. Efekt był z góry do przewidzenia: mord katyński wydał się blady...

Wobec prasy podziemnej, jak to już wspomniałem powyżej, nie było sprostowań, wyjaśnień, żadnej apelacji. Bo za czytanie, kontakt, a tym bardziej pisanie do prasy podziemnej groziła ze strony Niemców kara śmierci. W ten sposób oszczerstwem można było zabić człowieka na miejscu. Jeżeli się zważy, że w wielu wypadkach pisali ludzie stojący nie zawsze na poziomie i, jak to w życiu bywa, nie zawsze dobrej woli, można sobie wyobrazić totalny charakter tej prasy, która nie znała sprzeciwu. Kto, kiedy i w jaki sposób mógł dojść w tych warunkach prawdy?

Dziś się to łatwo wymawia: "zdarzały się omyłki"... - Nie byłem wtedy w Warszawie, gdy zastrzelono z wyroku podziemnego, komendanta policji granatowej Reszczyńskiego, ponoć Bogu ducha winnego, najlepszego Polaka. Później twierdzono, iż on to właśnie najskuteczniej oparł się Niemcom, by nie używać policji mundurowej do rozstrzeliwania Żydów. A może nie był przyzwoitym człowiekiem? Bo kto właściwie wie? Leży w grobie. Opowiadano mi też później, że po tygodniu wyrok zrewidowano i przysłano żonie kartkę z... przeproszeniem za "omyłkę". A może i to była fama tylko?

J. M.

Lwów i Wilno 1947 nr 53 i 1948 nr 56

środa, 8 lutego 2012


Józef Mackiewicz zaszechterowany


  
Józef Mackiewicz zaszechterowany


 Największy polski pisarz XX wieku pozostaje w Polsce prawie nieznany. Jego dzieł nie ma w księgarniach, czytelniach i bibliotekach szkolnych. Erudyta, który wielokrotnie bardziej zasłużył na literacką Nagrodę Nobla niż Czesław Miłosz czy Wisława Szymborska, żadnych nagród nie otrzymał. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że Józef Mackiewicz (bo o nim tu mowa) był zdecydowanym antykomunistą, który ten nieludzki system znał nie tylko z literatury czy z opowieści, ale sam zaznał jego dobrodziejstw na własnej skórze, będąc przymusowym poddanym Józefa Stalina w latach 1939-1941. Dziś niezawisłe (!) sądy Rzeczypospolitej Polskiej stoją na straży, aby nawet fragmenty jego dzieł nie mogły być drukowane w kraju bez zgody jedynej spadkobierczyni jego praw. Jest nią Nina Karsow-Szechter, wdowa po Szymonie Szechterze, stryju Adama Michnika. Nie tylko ciekawostką jest więc fakt, że Adam Michnik jest jednym z organizatorów literackiej Nagrody Nike w neo-PRL (bo do takiego kręgu twórców odnosi się głównie środowisko, w którym to wszystko się obraca), natomiast Józef Mackiewicz jest patronem nagrody literackiej, która promuje zupełnie inne wartości. Ale cóż, „Gazeta Wyborcza” jest bogata i opiniotwórcza, zaś patron nagrody swego imienia skazany został na to, co najgorsze – na niebyt.

Szymon Szechter (urodzony w 1920 roku we Lwowie), do 1957 roku przebywał w Związku Sowieckim. Był komsomolcem i członkiem komunistycznej partii sowieckiej, co w tej rodzinie nie było przecież czymś wyjątkowym. Pracował m.in. jako lektor w Komitecie Miejskim Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Po przyjeździe do PRL otrzymał etat w Zakładzie Historii Partii przy KC PZPR. Na zdjęciu: legitymacja komsomolska Szymona Judowicza Szechtera.
  
Oto 17 lipca 2006 roku warszawski Sąd Rejonowy, po toczącym się już 13 lat (!) procesie o ustalenie praw autorskich po Józefie Mackiewiczu uznał, że należą się one wyłącznie Ninie Karsow-Szechter (Karsov-Schechter). Jest ona właścicielką londyńskiego wydawnictwa Kontra. Żadnych praw do spuścizny nie ma natomiast córka pisarza Halina Mackiewicz. I choć procesy się nie kończą, dzieł Mackiewicza wydawać nie można. Ogromnym skandalem zaś jest fakt, że wydana w 1997 nakładem Wydawnictwa Antyk i Fundacji Katyńskiej roku książka „Katyńska zbrodnia bez sądu i kary”, która jest zbiorem artykułów pisarza na temat zbrodni katyńskiej – została wyrokiem sądu skazana na zamknięcie w magazynach i zakaz rozpowszechniania. Gdzie więc żyjemy? W III RP, która powoli przeistacza się (podobno) już w IV RP, czy jednak cały czas jest to neo-PRL?

Warszawski sąd uzasadnił to następująco: „wydanie książki Józefa Mackiewicza w Polsce było sprzeczne z wolą Autora. Taką dyspozycję przekazał on swej żonie i powódce”(sic!). Powódką jest wspomniana Nina Karsow-Szechter, natomiast żona Józefa Mackiewicza, Antonina, zmarła w 1973 roku w Polsce. I oczywiście nic wspólnego z Niną Karsow-Szechter nie miała, jak również sam Mackiewicz ...

Nina Karsow-Szechter i Szymon, też Szechter

Skąd się wzięło całe zamieszanie z prawami spadkowymi i jak, w jaki sposób Szymon Szechter i Nina Karsow-Szechter wkupili się w łaski człowieka o tak zdecydowanie antykomunistycznych poglądach?

Szechterowie przybyli do Wielkiej Brytanii w wyniku wydarzeń marcowych 1968 roku, w glorii „wrogów ustroju”, bo wówczas każdy, kto był prześladowany przez władze PRL mógł się podawać nawet za... antykomunistę. Antykomunistami to oni jednak nie byli – wprost przeciwnie. Szymon Szechter (urodzony w 1920 roku we Lwowie), do 1957 roku przebywał w Związku Sowieckim. Był komsomolcem i członkiem komunistycznej partii sowieckiej, co w tej rodzinie nie było przecież czymś wyjątkowym. Pracował m.in. jako lektor w Komitecie Miejskim Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Po przyjeździe do PRL otrzymał etat w Zakładzie Historii Partii przy KC PZPR. Później został dyrektorem w Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL i za jakieś nadużycia gospodarcze został skazany (w 1964 roku) na karę więzienia w zawieszeniu. Odtąd rozpoczął starania o otrzymanie zgody na wyjazd stały do Izraela. Jego towarzyszką życia a później żoną była Nina Karsow (młodsza od niego o dwadzieścia lat). W 1966 roku władze bezpieczeństwa dokonały u nich rewizji, zatrzymując notatki, rękopisy itp. rzeczy, uznane za „materiały szkalujące PRL”. Nina Karsow-Szechter wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy skazana została za to na trzy lata więzienia. Już po dwóch latach została jednak zwolniona, w związku „z wyjazdem do Izraela na pobyt stały”. Szymon Szechter wyjechał razem z nią.

Komuniści oplątują antykomunistę

Mało, bardzo mało wiemy, jak to się stało, że komunistyczni dysydenci, rodem ze Związku Sowieckiego, znaleźli się tak blisko Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej. Włodzimierz Odojewski, który przyjaźnił się z Mackiewiczem, tak to wspomina: „Co z tamtego okresu utrwaliła na temat Niny Karsow-Szechter moja pamięć? To mianowicie, że z pisarską parą nawiązała kontakt jakaś młoda kobieta, która wyemigrowała z mężem z Polski do Anglii, mieszka w Londynie i pracuje w jakimś wydawnictwie brytyjskim. Że ma zamiar „chałupniczymi” metodami przygotowywać do druku różne polskie teksty. I że pyta, czy Józef Mackiewicz zaryzykowałby skład któregoś ze swoich tekstów przez nią zrobiony. Skład i potem wydanie.

Już wówczas zainteresowało mnie to, co znaczyć miało sformułowanie o owym składzie – „chałupniczymi" metodami? Otóż, zapamiętałem wzruszającą historyjkę opowiedzianą mi przez Barbarę Toporską. Że ta młoda emigrantka w Londynie, wieczorową porą (jak ich poinformowała), już po pracy, zostaje w siedzibie wydawnictwa i z mozołem przygotowuje skład do druku polskich tekstów. Zaliczały się wówczas do nich chyba tylko utwory literackie jej męża, Szymona Szechtera. Może były tam jeszcze pomiędzy obydwiema paniami dodatkowe wyjaśniające listy, może telefony; tego nie pamiętam. W każdym razie Mackiewicz na propozycję z Londynu przystał. Tak to powstało wkrótce wydawnictwo Niny Karsow-Szechter, które (był to głęboki ukłon w stronę pisarza) nazwała, od tytułu jednej z jego książek, wydawnictwem Kontra, i w tym to wydawnictwie zaczęła później druk i rozpowszechnianie kolejnych literackich i publicystycznych pozycji Józefa Mackiewicza”. („Rzeczpospolita 4-5 czerwca 2005 r.).

Emigranci z PRL nie mieli jakoś problemów ze zdobyciem środków materialnych na rozkręcenie niewielkiego choćby interesiku, jakim było wydawnictwo. Józef Mackiewicz, który przebywał na emigracji wówczas już ponad dwadzieścia lat, takich możliwości nie miał, zapewne więc skusiło go to, że jego książki będą wydawane i rozpowszechniane.

Jak Nina Karsow-Szechter została „kuzynką” Mackiewicza

Dopóki żył pisarz (zmarł w 1985 roku), dopóki trwał PRL, sytuacja była jasna – nie było zgody pisarza na wydawanie jego dzieł w okupowanym kraju. Dziś, jak pisze Krzysztof Masłoń w „RZ” (z 26 września 2006 roku), dzieł pisarza nie można wydać nigdzie – tak, nigdzie!: „Nie ma mowy o masowym wydaniu choćby jednego tytułu‚ wykluczone jest opracowanie na podstawie utworu Józefa Mackiewicza słuchowiska czy spektaklu telewizyjnego‚ o nakręceniu serialu czy filmu nie mówiąc. Osoba dziedzicząca prawa autorskie do tej twórczości odmówiła zgody na tłumaczenie książek autora „Drogi donikąd” w Niemczech‚ Francji i Szwajcarii. Podobnie nie wyraziła zgody na rosyjską edycję „Kontry”, choć w Moskwie pokrywa się kurzem gotowy przekład. A szczytem wszystkiego jest nieobecność dzieł Józefa Mackiewicza na Litwie. W marcu tego roku nie zezwolono na opublikowanie „Drogi donikąd” i „Zwycięstwa prowokacji” polskojęzycznemu wydawcy z Wilna Ryszardowi Maciejkiańcowi. Bez efektu starała się też o wydanie dzieł Józefa Mackiewicza po litewsku oficyna „Versus Aureus”.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest stanowczy sprzeciw Niny Karsow-Szechter, która „załatwiła” sobie wyłączność na własność praw autorskich po wielkim pisarzu. I konsekwentnie z tego prawa korzysta – mijają lata, a dzieł Józefa Mackiewicza na polskim (i światowym rynku) jak nie było, tak nie ma...

Nina Karsow-Szechter po prostu „udowodniła” przed niemieckim sądem, że jest córką Barbary Toporskiej (towarzyszki emigracyjnego życia pisarza), ma więc prawa do spuścizny po nim. Toporska została zaś uznana (na jakiej podstawie?) za żonę pisarza. To prawda, że Toporska w niektórych listach do niej pisała „moja córeczko”, ale był to zwrot tylko grzecznościowy. Być może niemiecki sąd, jak przypuszcza Włodzimierz Odojewski, po prostu „stanął na baczność” przed przedstawicielką narodowości żydowskiej, która takie żądania zgłosiła. W każdym razie – stało się.

„Sprawa Józefa Mackiewicza”

Czy jest to dalszy ciąg „sprawy Józefa Mackiewicza”? Tak należy przypuszczać. Przypomnijmy – jest on stale, od lat, zarówno przez środowiska emigracyjne i krajowe oskarżany o kolaborację z Niemcami. Podstawą tych oskarżeń jest fakt, że w 1941 roku w wileńskim „Gońcu Codziennym” opublikował dwa fragmenty swej fundamentalnej powieści „Droga donikąd” (traktującej o okupacji sowieckiej 1939-1941) oraz dwa artykuły. Ponadto w 1943 roku Mackiewicz był w składzie oficjalnej delegacji niemieckiej w Katyniu i po powrocie udzielił obszernego wywiadu temuż „Gońcowi Codziennemu”. Na początku 1943 roku Sąd Specjalny AK skazał Józefa Mackiewicza (a więc jeszcze przed ujawnieniem sprawy Katynia) na karę śmierci, za wcześniejsze publikacje w tejże gazecie. Wyrok został jednak natychmiast odwołany, na skutek zdecydowanych sprzeciwów różnych środowisk. Między innymi członek Rady Politycznej przy Komendzie Okręgu AK, mec. Witold Świerzewski (który był tam przedstawicielem podziemnego Stronnictwa Narodowego i działaczem Delegatury Rządu na Kraj) zagroził złożeniem dymisji i ujawnieniem skandalu. To poskutkowało. Sprawa pobytu pisarza w Katyniu nie miała z tym nic wspólnego (bo miało to miejsce później). Znalazł się tam za wiedzą i zgodą Komendy Okręgu Wileńskiego AK, sprawozdanie z pobytu złożył polskim władzom konspiracyjnym i za ich wiedzą i zgodą – na skutek wagi sprawy – udzielił wspomnianego wyżej wywiadu. Dla środowisk komunistycznych i filokomunistycznych (tych niestety, nigdy nie brakowało) przez kilkadziesiąt lat jest to koronnym argumentem o jego „kolaboracji z Niemcami”. O własnej, niezwykle groźnej w skutkach i długotrwałej kolaboracji z komunistami jego adwersarze nie chcą jednak słyszeć, bagatelizując zarzuty. W oskarżeniach posuwają się do innych kłamstw, chociażby twierdzą, że pisarz pracował na etacie w „Gońcu Codziennym”, choć był to niejaki Bohdan Mackiewicz, nawet nie jego krewny. Ale z kłamstw, uporczywie rozpowszechnianych przez dziesięciolecia, dużo do niego przylgnęło.

Qui bono?

Włodzimierz Odojewski słusznie pyta: „Zastanawiam się, co za tą działalnością Niny Karsow-Szechter się kryje, kto to wszystko finansuje (bo już tylko adwokaci to sumy ogromne!), kto jeszcze na tej dziwnej szachownicy przesuwa figury? Jakie korzyści ktoś z tego czerpie? Ona? [...] W głowie się nie mieści, że może być prowadzona przez jedną osobę, bez wspólnictwa, bez finansowej pomocy. Jest to działalność okrutnie tę literaturę okaleczająca, przy niewybaczalnej opieszałości i ślepocie sądów III Rzeczypospolitej, przy obojętności naszej prasy, przy powszechnej niewiedzy Polaków i przy lekceważeniu tej sprawy przez opinię publiczną. A drugie: jeszcze bardziej zastanawiające jest to, że cała ta afera ma miejsce wtedy właśnie, kiedy sprawa Katynia – miast, w związku z oddalaniem się w czasie – zabliźnić się, ulegać powolnemu wyciszeniu, przeciwnie, zaognia się z roku na rok, rany nie chcą się zagoić. [...] I może z myślą o tym sporze należy przyjrzeć się uważniej i czujniej aferze z próbą niszczenia twórczości jednego z głównych świadków tamtych zbrodni”.

Są to pytania, na które powinniśmy uzyskać odpowiedź jak najszybciej. A przede wszystkim, powinniśmy natychmiast uzyskać dostęp do wszystkich dzieł pisarza. Nie może być tak, że uzurpatorskie poczynania komunistycznej dysydentki mogą przez kilkanaście lat blokować dostęp do dzieł najwybitniejszego, po Henryku Sienkiewiczu, polskiego pisarza. Jego książki nie mieszczą się w kanonach szkolnych lektur, nie są wznawiane, co więcej – nie ma możliwości badania dorobku Józefa Mackiewicza, albowiem Nina Karsow-Szechter ściga i grozi sankcjami prawnymi nawet tych, którzy „zbyt obszernie” cytują pisarza. Pozostają im tylko... omówienia, ale to przecież jest jakaś paranoja, że po to tyle się zmieniło, aby w tej sprawie – nie zmieniło się nic.

** ** **

Może więc polskie władze coś wreszcie zrobią, aby to, co tak naprawdę jest własnością całego narodu, nie pozostawało w wyłącznym władaniu przedstawicieli innego narodu. Tak, innego, bo Nina Karsow-Szechter, zwalczając zabiegi Włodzimierza Odojewskiego o upowszechnienie książek Mackiewicza, posługuje się i takim, „rasowym” argumentem. Oddajmy w tej sprawie głos Odojewskiemu: „Nina Karsow-Szechter nigdy nie zaprotestowała, nie zaskarżyła mnie o zniesławienie, nasyłając na mnie jedynie polemistów, jak chociażby bydgoskiego osiołka dziennikarskiego, który nie potrafiwszy uderzyć wprost, oskarżył mnie przeogromnym artykułem w tamtejszej prasie o antysemityzm, a to dlatego, że Ninę Karsow-Szechter nazywałem Niną Karsow-Szechter, a Szechterzy są w Polsce podobno – jego zdaniem – synonimem Żyda”. Może głos w tej sprawie powinien zabrać sam Adam Michnik? Wszak łączy go z nią wiele rzeczy – zamiłowanie do literatury, znajomość dzieł Józefa Mackiewicza (choć co prawda, w ogóle tego nie okazuje) i przede wszystkim, mógłby się autorytatywnie wypowiedzieć, czy Szechterzy to faktycznie w Polsce są „synonimem Żyda”. Sam kiedyś powiedział o sobie (w USA) – „jestem Polakiem jak cholera”.Niech więc to teraz potwierdzi na łamach swej gazety.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Józef Mackiewicz "Droga donikąd" - fragment


Dawno już krótkie słońce zimowe przesunęło się znad lasów południowych nad lasy zachodnie i zaczęło dotykać co wyższych wierzchołków sosen; koń chrupał owies, prosiaki dwa razy wyżarły swoją dzienną porcję; wrony, leniwie i wysoko, zwiastując mróz, ciągnęły stadami, obsiadając szczyty drzew; dymy z chałup poszły prościutko w górę; w dalekich więzieniach zapalono nieosłonięte żarówki; zając kicał z gęstwiny do skraju lasu, szykując się do żeru na runi polnej; błysnęła pierwsza gwiazda na niebie, pierwsze reflektory samochodów na ziemi; skrzypnęły studzienne żurawie po wsiach. Najkrótszy dzień żegnał krainę narodów Związku Radzieckiego i oddalał się na kapitalistyczny zachód.
- ...trzeba zdać sobie przede wszystkim bardzo dokładnie sprawę z sytuacji - mówił Tadeusz, chodząc wielkimi krokami po pokoju Pawła tam i na powrót. - To, co widzimy wokół, jest rodzajem psychicznego paraliżu. Powiadasz: "Skutek terroru psychicznego, jakiego świat dotychczas nie widział". Słusznie, ale jakie są źródła, na czym bazuje się ten terror, skąd czerpie swą siłę magiczną? Znajomość psychiki ludzkiej? Owszem, zgadzam się, ale to jeszcze nie wyprowadza nas ze sfery ogólników. Trzeba wiedzieć z chirurgiczną dokładnością, który tu mianowicie klawisz ludzkich zwojów mózgowych jest naciskany. Moim zdaniem, bolszewicy dokonali naprawdę epokowego wynalazku i jak wszystkie tego rodzaju, jest on względnie prosty. Natura ludzka wskutek swej niedoskonałości, nie jest w stanie posiąść prawdy absolutnej. W tych warunkach kłamstwo w dziedzinie psychicznej jest zjawiskiem równie naturalnym, jak, powiedzmy, w dziedzinie fizycznej jest nim żywioł powietrza, wody i tak dalej, bez których nie możemy się obejść. Niezależnie od tego, czy będzie to kłamstwo złe, złośliwe, czy też niewinne, towarzyskie, czy, jak bywa, miłosierne. Jeżeli teraz nawrócimy do mego poprzedniego porównania z wodą, zobaczymy, że ongiś znalazł się wielki wynalazca, który pod żywioł wody podstawił koło i wyzyskał w ten sposób naturalny potencjał dla swych celów. Identycznie zrobili bolszewicy: pod naturalny potencjał ludzkiego kłamstwa podstawili młyńskie koło, nie po to, by mleć mąkę albo piłować deski na tartaku, ale żeby przepytlować ludzką psychikę. Ja nie będę tu mówił o doktrynie bolszewickiej. Jest to temat bez dna. Ja mówię o technice bolszewickiej, bo tylko znajomość techniki może nam dać klucz do zahamowania ich maszyny. Otóż bolszewicy doszli na podstawie studiów bardziej praktycznych niż teoretycznych, że skoncentrowane kłamstwo ludzkie posiada siłę, której granic na razie nie znamy, że można dokonać przewrotu gruntownego w takich dziedzinach, jak mowa ludzka, znaczenie słów itd. - Tadeusz zatrzymał się pośrodku pokoju, uniósł głowę i wskazał palcem sufit:
- Jeżeli ty albo ja, albo ktoś z normalnych ludzi w normalnych warunkach zechce na przykład zełgać, że sufit jest nie biały, a czarny, to rzecz wyda się nam zrazu bardzo trudną. Zaczniemy od kołowania, chrząkania, wskazywania na cienie po jego rogach, będziemy tłumaczyć, że w istocie swej nie jest on już tak zupełnie czysto biały... Jednym słowem, będziemy się posługiwać skomplikowaną metodą, która zresztą nie doprowadzi w końcu do celu, bo nikogo nie przekonamy, że sufit jest czarny. Co robią natomiast bolszewicy? Wskazują sufit i mówią od razu: "Widzicie ten sufit... On jest czarny jak smoła". Punkt, dowiedli od razu. Ty myślisz, że to jest ważne dla ludzi, że prawda jest odwrotna? Zapewne tak myślisz. A oni się przekonali na podstawie praktyki, że to wcale nie ważne. Że wszystko można twierdzić i że twierdzenie zależy nic od jego treści, a od sposobu jego wyrażenia. I oto widzimy jak dochodzą do następnego etapu, powiadając do ludzi tak: "A teraz wyobraźcie sobie, że istnieją podli kłamcy, wrogowie wszelkiej prawdy naukowej, postępu i wiedzy, którzy tak nisko upadli w swym nikczemnym zakłamaniu za pieniądze kapitalistów, że ośmielają się łgać w żywe oczy, że sufit jest biały!" I zebrany tłum wyrazi swe oburzenie, wzgardę, a nawet śmiać się będzie i wykpiwać tak oczywiste kłamstwa tych wrogów prawdy... My sądzimy dotychczas, że oni mogą wyczyniać takie seanse zbiorowej hipnozy tylko u siebie po uprzednim zmaltretowaniu swoich obywateli. Nic podobnego. Oto przychodzą do nas i wydają na przykład broszurkę o tym, co u nas się działo. Dla nas o nas samych. Ja tobie zaraz pokażę. - Wyjął z podręcznej teczki małą, szarą książeczkę.
- Co to jest? - spytał Paweł, który wpółleżąc na kanapie i słuchając Tadeusza zabawiał się gładzeniem kota, a teraz wyciągnął rękę po broszurę.
Dziełko wydane zaraz po wkroczeniu armii czerwonej w granice wschodniej Polski w r. 1939, nosiło tytuł "Zapadnaja Biełaruś". Na odwrocie okładki: "Państwowe wydawnictwo literatury politycznej. 18 drukarnia moskiewskiego trestu politgrafiki. Nakład 100 tysięcy". - Widziałem to - rzekł Paweł zwracając.
- Czytałeś?
- Nie.
- To posłuchaj: "W Polsce istniało takie prawo, że gdy zaskrzypi koło u wozu chłopskiego, niepokojąc sen obszarnika, chłop musiał płacić 7 złotych sztrafu. Obszarnik miał prawo bić chłopa aż do utraty przytomności, zabrać odeń ziemię i cały inwentarz za długi - zupełnie bezkarnie i bez żadnego sądu... Robotnik pracował więcej niż 20 godzin na dobę... W armii panował system kar cielesnych, bito pałka mi... żydzi mogli chodzić tylko po niektórych ulicach, po innych nie mieli prawa..."
Paweł roześmiał się szczerze.
- Ty się śmiejesz? Śmieje się może jeszcze kilku, do słownie. Ci, którzy jeszcze rozumują starymi kategoriami, kiedy to twierdziliśmy, że podobna lektura byłaby lekturą humorystyczną. W tym tkwił właśnie nasz błąd. To nie jest literatura humorystyczna. Oni to kolportują u nas masowo i... ludzie się nie śmieją. Nie do pomyślenia? - mówisz. - Owszem, to jakby na przykład wydać w Londynie książkę, że przechodnie nie mieli prawa mijać pałacu królewskiego inaczej, jak na przykład na klęczkach albo coś w tym rodzaju. Zaręczam tobie, że też nie będą się śmiali, gdy zostaną zagarnięci przez bolszewików. Zaręczam. "Nie do pomyślenia" może być coś jedynie póty, póki istnieje możliwość wytknięcia tego kłamstwa palcem. Z chwilą Jednak gdy palec zostanie sparaliżowany, wszystko staje się do pomyślenia. Oni o tym właśnie wiedzą.
- No, ale poza granicami...
- Co poza granicami? Zaprzeczenie każde stwarza jedynie sporność sprawy. I wiele milionów powie sobie: "Ostatecznie, nie ma dymu bez ognia"... Otóż bolszewicy stworzyli: dym bez ognia. To są rzeczy genialne, mój drogi! Sto tysięcy nakładu dla rozpowszechnienia w naszym kraju, który jeszcze pół roku temu wiedział, jak było naprawdę!
-Schował broszurę i wyjął inną książeczkę, w czerwonej, płóciennej okładce.
- Co ty za bibliotekę wozisz ze sobą? - zażartował Paweł.
- A to, dla pewnych celów... misyjnych - odpowiedział Tadeusz tym samym tonem. - Ty może myślisz, że oni tak piszą tylko na najniższym szczeblu propagandy? - Ciągnął dalej. - Więc posłuchaj wielkiego pisarza Maksyma Gorkiego, jak on pisze o świecie niesowieckim: "...I cóżbyście robili, gdybyście nie umieli łgać?!... Ogromną zasługą władzy sowieckiej jest stworzenie takiej prasy, która szeroko zaznajamia ludność z życiem całego świata i demaskuje kłamstwa tego życia... Fakt znamienny tego świata, to wrogi stosunek do myśli..."
- Oj, dosyć - Paweł zrobił ruch ręką.
- Ty możesz sobie na to pozwolić, żeby przerwać, ale miliony i miliony muszą słuchać podobnych rzeczy, muszą. W głowie zaczyna się kręcić. Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
Paweł usiadł i oderwał rękę od kota:
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.
Nastało milczenie. Tadeusz wciąż chodził tam i z powrotem po pokoju. Kot, który mruczał dotychczas, urwał i obejrzał się na Pawła.
- Wybacz mi - odezwał się Paweł - ale czy to rozwiązanie nie jest już trochę za proste? Powiedziałbym: za naiwne?
- Czy ty znasz - odparł Tadeusz, zatrzymując się po środku pokoju - bajkę Andersena o szacie królewskiej? Wiesz, tę, że była taka szata, którą tylko ludzie sprawiedliwi mogli widzieć, i gdy król szedł, rzekomo w nią przybrany, a w istocie goły, wszyscy krzyczeli: "Cóż za przepiękna sza ta", bo nikt nie ośmielił się przyznać, że jej nie widzi. I dopiero naiwne dziecko zawołało pierwsze: "Ależ on jest goły!" Ten okrzyk naiwny przywrócił wreszcie poczucie rzeczywistości wszystkim. Tak samo pierwszy naiwny jak go nazywasz, strzał...
- Nie wszystko da się uprościć za pomocą przenośni i cytaty. Gdyby życie wypełnione było tylko gotowymi wzorami do naśladowania... Ale przede wszystkim strzały po ciągną za sobą ofiary wśród strzelających. Więcej nawet, mogą być właśnie na rękę bolszewikom, demaskując ich wrogów, służyć za prowokację...
- Jakby oni i bez tego nie wiedzieli, kto jest ich wrogiem!
- ...Po zabójstwie Kirowa - ciągnął nie przerywając sobie Paweł - nie tylko opozycja partyjna, ale setki tysięcy ludzi, zwłaszcza resztki rosyjskich sfer antysowieckich, przy płaciło głową.
- Teraz ja ci zarzucę naiwność rozumowania. Rozumujesz ciągle jeszcze kategoriami "mieszczańskimi". Takie rzeczy, jak preteksty czy prowokacje, w ich starym, materialnym znaczeniu, również uległy przeobrażeniu. Za czasów gdy strzelano do Kirowa, bolszewicy nie doszli jeszcze do tej perfekcji w ich wynalazku, co dziś. Kirow - to był właśnie ostatni objaw przeżytego okresu. To, co osiągnęli dziś za pomocą swego koła, podstawionego pod strumień skondensowanego kłamstwa, przekonało ich, że stare metody policyjnych prowokacji są zbyteczne. Hitler, gdy napadał na Polskę, przebierał ponoć jakichś tam zbirów w polskie mundury na granicy, którym kazał następnie atakować niemieckie posterunki. Stare, mieszczańskie kawały! Bolszewicy wiedzą, że nie trzeba nic: robić. Wystarczy tylko: powiedzieć... Czy ty myślisz, że jak napadali na Finlandię potrzebowali podstawiać jakiegoś przebranego faceta, który by strzelił do nich pierwszy z linii Mannerheima? Po co! Oni po prostu: po wiedzieli. Tylko powiedzieli, że Finowie pierwsi zaczęli strzelać. To wystarczy. Gdyby im dziś potrzebne było wywarcie represji podobnej, jak to było po zabójstwie Kirowa, to sądzisz, że będą czekać na pretekst strzałów albo sami oddadzą strzał prowokacyjny? Nic podobnego! Oni tylko: oświadczą, że taki strzał padł. A jeżeli im to nie będzie w tej chwili potrzebne, to żebyś strzelił sto razy, schowają to w kieszeń. Nie wszyscy jeszcze mogą to pojąć, że oni mogą powiedzieć cokolwiek bądź, co tylko chcą. - Tadeusz podjął swój spacer po pokoju, milcząc przez czas dłuższy. Kot zeskoczył z kanapy i skierował się do drzwi.
- Bolszewicy - zaczął znowu Tadeusz, otwierając drzwi i wypuszczając kota - bolszewicy niczego tak bardzo nie boją się na świecie, jak strzałów, strzałów wśród... ciszy. Oni doskonale rozumieją, jakiego rodzaju moralnym echem od bić się może podobny strzał. Po co utrzymują ten przeogromny aparat policyjny? Największy na świecie. Myślisz, że dla zabawy? Tak sobie przez wrodzony sadyzm, jak to przedstawia naiwna propaganda antysowiecka? Śmieszne? Przez miłość do setek tysięcy enkawudzistów, żeby im dać nieprodukcyjne posady i pensje. Tyle pieniędzy, tyle energii ludzkiej wyrzucić na marne? Nieee, mój drogi, oni się w takie rzeczy nie bawią! Konkretny strach przed strzałami zmusza ich do tego; zapobieżenie strzałom, niedopuszczenie do nich za cenę tego zawrotnego budżetu policji politycznej!
- Przypuśćmy, że masz rację. Ale strzały są objawem materialnej przemocy. Wynika więc, że ich logicznym prze znaczeniem jest kierowanie i trafianie również w jakąś moc materialną. Innymi słowy, propagując strzały, wysuwasz potęgę materialną sowiecką ponad jej psychiczne oddziaływa nie czyli przeczysz sam sobie.
- Nie, nie przeczę. Po pierwsze: psychiczne działanie bolszewizmu, jak każde tego rodzaju, wymaga ciszy i skupienia. Nie da się chloroformować pacjenta, gdy ten się rzuca; nie da się hipnotyzować w atmosferze krzyku, hałasu, a tym bardziej huku strzałów. Jeżeli to, co przeżywamy w tej chwili, podobne jest do złego snu, to czyż ze snu nie najłatwiej jest wyrwać kogoś hukiem? Materialne znaczenie strzału sprowadza się jedynie do kawałka ołowiu, który trafia w ciało. Ale huk wystrzału, to jego moralne znaczenie o wiele większe od poprzedniego i niezależne, czyś trafił, czy chybił. Ba, a przecież tu chodzi o masy. Ty się możesz zbudzić ostatecznie od trzasku wywróconego krzesła, a masy czym zbudzisz? Tylko strzałem. - Zapalił papierosa i niewidzącym ruchem podał ognia Pawłowi. - Ach, przepraszam. Nie palisz?
- Nie tak dużo.
- Mój ojciec był sztabs-kapitanem w rosyjskiej armii carskiej w tamtej wojnie. Zima roku 1915 pułk jego rzucony został do Suwałk, pod sam front. Wyładowali się z pociągu i zajęli przygotowane koszary w oczekiwaniu dalszych dyspozycji. Tymczasem Niemcy, którzy są mistrzami wojny, za skoczyli raptownie. Rano, gdy pułk ustawiał się najspokojniej na dziedzińcu koszar, do Suwałk wpadł pluton kirasjerów niemieckich. Dowódca tego plutonu w asyście tylko dwóch konnych wjechał przez bramę na podwórzec i mając przed sobą tysiąc uzbrojonych ludzi, kazał im po prostu składać broń. I wiesz, co nastąpiło? Wszyscy zaczęli karabiny rzucać na kupę, a podoficerowie przynaglali ludzi. Oficerowie w tym czasie jeszcze się golili. Kilku z nich wyskoczyło w szelkach i też potraciło głowę. Mój ojciec mydlił sobie twarz przed oknem. Gdy zobaczył, co się dzieje, odłożył spokojnie pędzel, wziął karabin, pchnął okno, zmierzył i wy strzelił. Nie trafił, ale to nie było konieczne. Niemcy rzucili się do ucieczki, tak jak przedtem wpadli, a wszyscy żołnierze z powrotem do karabinów. Tak oto jednym strzałem ratuje się tysiące przed psychiczną przewagą jednostek. To prze życie ojca, który je często opowiadał, zapadło mi głęboko w pamięci. Nie będę ci prawił truizmów. Podobne rzeczy są znane i powtarzają je wszystkie kroniki wojenne setkami. Niemcy dlatego, moim zdaniem, są mistrzami wojny, bo rozumieją lepiej od innych właśnie jej psychiczną grę. Czytałeś zapewne w gazetach o wyczynach niejakiego generała Rommla na francuskim froncie sprzed kilku miesięcy. To są jeszcze dziecinne igraszki w zestawieniu z tym, co wyczyniał w tamtej wojnie z Włochami, na froncie pod Isonzą. Brał w niewolę siły stokroć silniejsze, działając metodą psychicznego sparaliżowania tłumu. Stare rzeczy, jeżeli chodzi o wojnę. Natomiast w polityce dopiero bolszewicy doprowadzili je do perfekcji, jaką widzimy.
- Dlaczego w takim razie postępują tak ostrożnie, do każdej rzeczy podchodzą etapami?
- Właśnie dla uniknięcia ryzyka takiego strzału z okna. Na wojnie ryzyko jest niezbędne. Ale oni nie chcą wojować, oni wolą brać gołymi rękami i mają rację. Oni nie znoszą ryzyka i, w ich sytuacji, mają rację.
- Widzę - powiedział Paweł wstając - że uważasz Sowiety za tzw. kolosa na glinianych nogach, którego można jednym strzałem...
- Tak. Na glinianych. Niestety, nie wszyscy tylko sobie zdają sprawę z rodzaju gliny. Sowiety są najmniej materialistycznym państwem na świecie. Cała ich siła oparta jest wyłącznie na operowaniu psychiką ludzką.

Było bardzo późno w noc, gdy poszli spać. Tadeusz do stał posłanie na tej samej kanapie, na której ongiś sypiał Karol.
Paweł wszedł na palcach do sypialni, żeby nie budzić Marty, ale ona leżała na wznak z otwartymi oczami.
- O czym tak długo gadaliście? - spytała.
- O polityce.
- Boże, czy nie szkoda czasu? - I po chwili dodała:
Sama ciebie namawiałam, ale teraz... Doprawdy nie jestem zupełnie pewna... Po co właściwie masz jechać do Ejszyszek, ty?
- No, zobaczymy - odparł Paweł ściągając buty.