niedziela, 24 lutego 2013


Obozy koncentracyjne powinny być polskie

Dodano: 23.02.2013 [14:59]
Obozy koncentracyjne powinny być polskie - niezalezna.pl
foto: GP
Im bardziej Polska sprzeciwia się np. obecnej niemieckiej dominacji w Europie, im bardziej broni polskich tradycji, im częściej przypomina postacie takie jak „Inka” Danuta Siedzikówna, tym bardziej jest podejrzana i niebezpieczna.

Myślę, że wielu tych, którzy usiłują przypomnieć los polskich Żydów – a także nikczemne zachowanie niektórych Polaków – mają, nie tylko we własnym mniemaniu, szlachetne intencje. Chcą upomnieć się o pamięć o niewinnie pomordowanych i przez długie lata w Polsce zapomnianych. Na pewno też zbyt mało pisano i mówiono o tych Polakach, którzy przykładali rękę do tej zbrodni. A że i wśród nas, jak w każdym narodzie, nie brakuje ludzi podłych, wiemy także i z czasu komunizmu, i z czasów obecnych. Ostatecznie nawet bardzo uprzedzeni nie podają w wątpliwość polskości i słowiańskości generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka czy Siwickiego – czy też, z drugiej strony, Tomasza Arabskiego lub gen. Janickiego. Dlatego nawet tak często krytykowane książki Jana Tomasza Grossa, zwłaszcza „Sąsiedzi”, jakkolwiek jednostronne i zawierające błędy faktograficzne, odegrały istotną rolę.

Instrumentalizacja historii

Ale przecież nie tylko o takie intencje chodzi i nie o przeszłość, lecz teraźniejszość. W końcu ofiary przestają być ważne, zamieniają się w abstrakcję – jak słusznie zauważył Dawid Wildstein świetnym tekście „O potrzebie wspólnej polityki historycznej Żydów i Polaków”. Ostatecznie nie chodzi już o tamtych tak bezlitośnie pomordowanych, ale o obecne „ofiary nietolerancji”, które same często bezlitośnie tropią i niszczą „nietolerancyjnych”.

O tym, że obecnie pamięć o Shoah używana jest w celach niemających wiele wspólnego z prawdą historyczną, świadczy uporczywie powracająca fraza „polskie obozy koncentracyjne”. Dlaczego popełnia się tę pomyłkę regularnie i systematycznie, nawet w Niemczech, gdzie często wystarczy sięgnąć tylko po stare albumy z rodzinnymi zdjęciami lub zachowaną korespondencję dziadków, by przeszłość stała się bardzo żywa i konkretna? Ten błąd zdarza się zbyt często, aby był tylko przypadkowym potknięciem czy jednostkowym wyrazem ignorancji. Skąd więc się bierze? Nie, nie chodzi tylko o geografię, o to, że obozy te znajdowały się na terenie Polski (której zresztą wtedy nie było), bo przecież nikt nie mówi o japońskiej bombie atomowej tylko dlatego, że została zrzucona na Hiroszimę i Nagaski. Zbrodnie japońskie w Chinach także zazwyczaj nie są określane chińskimi, nie pisze się też o czeskiej pacyfikacji Lidowic itd.

Niemiecka dominacja ideologiczna

Wspomniane „pomyłki” biorą się stąd, że zgodnie z dominującym obecnie w Europie „dyspozytywem”, by użyć pojęcia Michela Foucaulta, te obozy „powinny być” polskie, a tylko jakiś dziwny zbieg okoliczności, jakaś absurdalna empiria sprawiała, że były nie tylko „nazistowskie”, ale i niemieckie. Przy tym świadomość, że były też niemieckie coraz bardziej słabnie. „Naziści” jedynie działali „w imię Niemców” – co coraz bardziej postrzegane jest jako mało zrozumiała uzurpacja. W dodatku ci „naziści” często zamieniają się też w jeszcze bardziej abstrakcyjnych „faszystów”, a określenie to można już stosować zupełnie dowolnie – i jak wiadomo szczególnie wielu „faszystów” można spotkać w Polsce.

Ten „dyspozytyw” to, zgodnie z definicją, coś więcej niż po prostu jedna z narracji historycznych – to zespół instytucji, technik dyscyplinujących, działań, dyskurs obwarowany organizacyjnie i prawnie, wpisany w społeczną materię, wytwarzający władzę i przez władzę wytwarzany. Z jednej strony pozwala on Niemcom utwierdzać się w roli lidera Europy i obok władzy gospodarczej dać im również odpowiedni zasób władzy ideologicznej, a jednocześnie umożliwia poddawanie stałej presji narody Europy Środkowo-Wschodniej, by nie domagały się zbytniej narodowej samodzielności i by w ogóle im się w głowie nie przewróciło. Zgodnie z owym „dyspozytywem” Europa dzieli się na dobrą i złą część, w obu występował co prawda pożałowania godny nacjonalizm, ale we wschodniej części był szczególnie złośliwy, uporczywy i zbrodniczy. Dlatego Hitler, choć znajdował pomocników w całej Europie, szczególnie wielu sojuszników miał na Wschodzie. W zachodniej części Europy nacjonalizm został przezwyciężony po 1945 r., a na wschodzie niestety przetrwał w prawie niezmienionej postaci. Tak więc potrzebne są szczególne zabiegi dyscyplinująco-pedagogiczne, by ów „Wschód” zmienić, i nie jest przypadkiem, że mają ich dokonywać Niemcy, bo to Niemcy dokonali całkowitej konwersji, „przepracowali swoje winy” i są jednym narodem niemal w pełni oczyszczonym – dialektycznie zmienili się w przeciwieństwo tego, czym byli w latach 1933–1945 – a Europa Środkowo-Wschodnia znajduje się pod ich szczególną pieczą.

Podejrzana „Inka”

Włączenie Polski w taką interpretację rzeczywistości wymagało sporej pracy. Polska jest jedynym krajem Europy Wschodniej – pomijając „bohaterski Związek Radziecki” – który walczył z Hitlerem, krajem, w którym nie było rządu kolaboracyjnego, w którym był najsilniejszy w Europie ruch oporu, i to nie głównie komunistyczny, jak np. we Francji czy Jugosławii. Wydawało się, że trudno zrobić z Polski wzorcowy kraj kolaboracji. Ale nie ma rzeczy niemożliwych. Usilna praca ideowa sprawiła, że dziś Polska tak właśnie jest postrzegana. I to o nią głównie chodziło, bo jest przecież krajem największym w Europie Środkowo-Wschodniej, w dodatku uparcie katolickim, bo była krajem dumnym i wykazującym zbytnią skłonność do samodzielności. Bez niej ów „dyspozytyw” pozostałby niepełny. Stosując go, można umieścić współczesne spory polityczne w kontekście Zagłady. Tak jakby były one kontynuacją konfliktów, które prowadziły do Shoah. Przeciętny Niemiec czy Szwed nie wie, że „polska prawica”, przynajmniej jej część (ta, która jest mi bliska) odwołuje się do tych, którzy z Niemcami hitlerowskimi walczyli na śmierć i życie, do AK, do polskiego państwa podziemnego, do rządu londyńskiego, a także do tradycji I RP, w której naród polski nie był „etniczny”, lecz polityczny. W tym „dyspozytywie” wschodnioeuropejska, a szczególnie polska, prawica – w przeciwieństwie do brytyjskich konserwatystów, niemieckich chrześcijańskich demokratów itd. – zawsze z natury rzeczy bliska jest „faszyzmowi” i należy ją poskramiać, nie dopuszczać do władzy, a wspierać siły „postępu” i „liberalizmu”.

niedziela, 3 lutego 2013



gessler“Czerwone dynastie” III RP (część 1)
Wielkie wzburzenie liberalno-lewicowego “salonu” i związanych z nim mediów wywołało ujawnienie informacji o rodzicach sędziego Igora Tulei, którego od kilku tygodni kreuje się na bohatera walki o praworządność. Kiedy wyszło na jaw, że matka sędziego, Lucyna Tuleya, przez wiele lat pracowała w MO i SB, a później była tajną współpracowniczką bezpieki, zaś ojciec, Witold Tuleya, również był funkcjonariuszem MSW, “salon” uznał podawanie takich informacji za niedopuszczalną “lustrację rodzinną”.
Nie pierwszy to przypadek, gdy te same środowiska reagują histerią na ujawnianie rodzinnych korzeni osób publicznych. Z podobną reakcją mieliśmy do czynienia w 2006 r., gdy prezydent Lech Kaczyński przypomniał, iż sędziaMałgorzata Mojkowska (która wydała bardzo dwuznaczny wyrok w sprawie lustracyjnej Zyty Gilowskiej) “nie jest osobą, której nazwiska nie znam. Wiem, z jakich środowisk się wywodzi. To nie powinno mieć żadnego znaczenia, ale wczoraj straciłem tę pewność, że to takiego znaczenia nie ma”. Ojcem sędzi Mojkowskiej był bowiem Stanisław Mojkowski, redaktor naczelny “Trybuny Ludu” w latach 1967-1972.
Ta histeria “salonu” nie powinna dziwić, gdyż ujawnianie takich powiązań rodzinnych odsłania prawdę o elitach dzisiejszej Polski, które w dużej mierze wywodzą się z kasty rządzącej Polakami w czasach PRL. Warto więc – na przekór “salonowi” – przypominać ową genealogię elit III RP, stawiając przy tym pytanie o ich moralne prawo do zajmowania takiej pozycji. Mamy bowiem do czynienia z rażącą niesprawiedliwością: rodziny ofiar komunizmu, które w okresie PRL najczęściej również były prześladowane, po 1989 r. nie otrzymały należnego zadośćuczynienia, natomiast ich prześladowcy nie tylko nie zostali ukarani, ale wręcz utrzymali swoje przywileje, a ich dzieci i wnuki stanowią „arystokrację” nowego ustroju.
Poniżej przedstawiamy listę (w kolejności alfabetycznej) osób wywodzących się z komunistycznych rodzin, które odgrywają istotną rolę w życiu publicznym dzisiejszej Polski.
Anatol Arciuch (ur. 1938), dziennikarz, były redaktor naczelny tygodnika “Spotkania” i miesięcznika “Nowe Państwo”. Jego matka, Krystyna Arciuch, przedwojenna komunistka, działaczka PPR i GL, po wojnie pracowała w Komendzie Głównej MO, a w latach 1948-1956 była sekretarką Romana Zambrowskiego, członka Biura Politycznego KC PZPR.
Andrzej Barcikowski (ur. 1955), polityk SLD, szef ABW w latach 2002-2005, obecnie dyrektor Departamentu Ochrony NBP. Jest wnukiem Wacława Barcikowskiego, przedwojennego adwokata broniącego komunistów, który w latach 1945-1956 był I prezesem Sądu Najwyższego i równocześnie kierował satelickim Stronnictwem Demokratycznym.
Czesław Bielecki (ur. 1948), architekt, publicysta, były lider Ruchu Stu, poseł AWS i kandydat na prezydenta Warszawy. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów, którzy po 1968 r. wyjechali do Izraela. Jego ojciec, Franciszek Bielecki, od zakończenia wojny do końca lat 50. był dyrektorem generalnym w Ministerstwie Oświaty, następnie dyrektorem departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, zaś matka pracowała w Głównym Urzędzie Statystycznym.
Anna Bikont (ur. 1954) i jej siostra Maria Kruczkowska, dziennikarki “Gazety Wyborczej”. Ich matka, Wilhelmina Skulska (pierwotnie Lea Horowitz), przedwojenna komunistka, w latach 1948-1956 należała do głównych piór “Trybuny Ludu”, zaś ojciec, Andrzej Kruczkowski, w latach 30. redagował komunizujące pismo literackie “Sygnały”, a w PRL pracował w dyplomacji.
Anita Błochowiak (ur. 1973), posłanka SLD w latach 2001-2011. Jest córką Jerzego Błochowiaka, który zasiadał w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Sieradzu, a w III RP został prezesem banku Pa-Co-Bank w Pabianicach i członkiem władz Związku Banków Polskich.
Jerzy Wojciech Borejsza (ur. 1935), historyk, profesor Instytutu Historii PAN i uniwersytetu w Toruniu, publikuje w “Gazecie Wyborczej”. Jego ojcem był Jerzy Borejsza (pierwotnie Beniamin Goldberg), działacz komunistyczny, główny organizator PPR-owskiej prasy i propagandy w latach 1944-1948, a stryjem – płk Józef Różański, dyrektor Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.
Włodzimierz Borodziej (ur. 1956), historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, znawca problematyki niemieckiej. Jest synem płk. Wiktora Borodzieja, w latach 1954-1990 funkcjonariusza I Departamentu MSW (wywiadu), gdzie m.in. kierował odcinkiem niemieckim.
Marek Borowski (ur. 1946), były minister finansów, szef URM i marszałek Sejmu z ramienia SLD, lider SdPl, obecnie senator z rekomendacji PO. Jego ojcem był Wiktor Borowski (pierwotnie Aron Berman), przedwojenny komunista, od 1944 r. redaktor naczelny “Życia Warszawy”, a w latach 1951-1967 zastępca redaktora naczelnego “Trybuny Ludu”, zaś stryjem – Bronisław Berman, członek władz KPP, zamordowany w ZSRR w czasie “wielkiej czystki”.
Michał Broniatowski (ur. 1954), dziennikarz, wieloletni członek władz koncernu ITI oraz telewizji TVN. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów. Jego ojciec, płk Mieczysław Broniatowski, walczył w wojnie domowej w Hiszpanii, a później kierował szkołami resorowymi bezpieki i Departamentem Społeczno-Administracyjnym MSW, zaś matka, Henryka Broniatowska, po wojnie pracowała w aparacie propagandy PPR, była wiceszefową Instytutu Wydawniczego “Nasza Księgarnia” oraz Wydawnictwa “Iskry”.
Tadeusz Cegielski (ur. 1948), historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, czołowy mason III RP. Jest synem Longina Cegielskiego, działacza ZSL, w latach 1976-1980 wicepremiera w rządzie Piotra Jaroszewicza.
Włodzimierz Cimoszewicz (ur. 1950), były premier, minister spraw zagranicznych i marszałek Sejmu z ramienia SLD, obecnie senator z rekomendacji PO. Jest synem płk. Mariana Cimoszewicza, który w latach 50. był szefem Informacji Wojskowej w Wojskowej Akademii Technicznej i doprowadził tam do aresztowania kilkunastu byłych AK-owców.
Lech Czapla (ur. 1953), obecny szef Kancelarii Sejmu z nominacji marszałka Bronisława Komorowskiego. Jest synem gen. Jana Czapli, partyzanta GL i AL, bliskiego współpracownika gen. Moczara, szefa Głównego Zarządu Politycznego LWP, który w latach 70. był wiceministrem spraw zagranicznych, a w stanie wojennym wiceministrem oświaty.
Jerzy Diatłowicki, socjolog, dziennikarz telewizyjny. Jego ojciec, ppłk Tadeusz Diatłowicki, komunista pochodzenia żydowskiego, był naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, zaś matka naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Komunikacji.
Ludwik Dorn (ur. 1954), były wicepremier i marszałek Sejmu z ramienia PiS, obecnie poseł Solidarnej Polski. Jego ojciec, Henryk Dornbaum, działał w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, a po wojnie był wykładowcą marksizmu-leninizmu na Politechnice Warszawskiej.
Michał Figurski (ur. 1973), prezenter i dziennikarz, radiowy partner Kuby Wojewódzkiego. Urodził się w Moskwie jako syn PRL-owskiego dyplomaty, który w latach 80. przebywał w Libanie, a potem był zastępcą dyrektora FOZZ Grzegorza Żemka.
Maciej Gdula (ur. 1977), socjolog, publicysta, członek zespołu “Krytyki Politycznej”. Jest synem Andrzeja Gduli, który od 1981 r. był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Bielsku-Białej, w latach 1984-1986 wiceministrem spraw wewnętrznych, później kierował Wydziałem Społeczno-Prawnym KC PZPR, a w latach 1996-2005 był dyrektorem zespołu doradców prezydenta Kwaśniewskiego.
Konstanty Gebert (ur. 1953), dziennikarz “Gazety Wyborczej” (pseudonim “Dawid Warszawski”), działacz organizacji żydowskich. Jego ojciec, Bolesław Gebert, był współzałożycielem Komunistycznej Partii USA, agentem wywiadu sowieckiego, po wojnie sekretarzem Centralnej Rady Związków Zawodowych i ambasadorem PRL w Turcji, zaś matka, Krystyna Poznańska-Gebert, była funkcjonariuszką Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie.
Magdalena Gessler (ur. 1953), właścicielka restauracji i gwiazda mediów, oraz jej brat Piotr Ikonowicz (ur. 1956), były poseł PPS, obecnie doradca Ruchu Palikota. Są dziećmi Mirosława Ikonowicza, wieloletniego korespondenta zagranicznego PAP i współpracownika PRL-owskiego wywiadu o pseudonimie “Metrampaż”.
Krzysztof Gottesman, dziennikarz, przez wiele lat szef działu politycznego “Rzeczpospolitej”, w latach 2007-2008 zastępca dyrektora Programu I Polskiego Radia. Jest synem Gustawa Gottesmana, wieloletniego członka PZPR, który w latach 1955-1963 kierował redakcją “Przeglądu Kulturalnego”, a w latach 70. miesięcznikiem “Literatura”.
Jan Granat (ur. 1947), dyplomata, w latach 90. dyrektor generalny MSZ, następnie konsul generalny RP w Lipsku, Hamburgu, a od 2010 r. w Charkowie. Jest synem płk. Edwarda Granata, wieloletniego oficera Wojsk Ochrony Pogranicza, który karierę rozpoczynał zaraz po wojnie od walk z “bandami zbrojnego podziemia”.
Jan Grosfeld (ur. 1946), ekonomista, politolog, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, publicysta prasy katolickiej. Jest synem płk. Leona Grosfelda, przedwojennego komunisty, w latach 50. wicedyrektora Instytutu Historii PAN, czołowego stalinizatora polskiej nauki, oraz wnukiem Ludwika Grosfelda, działacza PPS, który zaraz po wojnie był wiceministrem żeglugi i handlu zagranicznego.
Irena Grudzińska-Gross (ur. 1947), historyk literatury mieszkająca w USA, żona Jana Tomasza Grossa i współautorka jego książek. Jest córką Jana Grudzińskiego, w latach 1951-1954 kierownika Wydziału Przemysłu Lekkiego KC PZPR, później wieloletniego wiceministra leśnictwa.
Adam Halber (ur. 1948), dziennikarz muzyczny, były poseł SLD i członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Jest synem mjr. Zygmunta Halbera, oficera lotnictwa, członka PZPR, wyrzuconego z wojska na fali antyżydowskiej czystki w 1967 r.
Jerzy Halbersztadt (ur. 1951), historyk, w latach 1996-2011 dyrektor budowanego Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. Jego ojciec, płk Władysław Halbersztadt, był wysokim funkcjonariuszem Informacji Wojskowej: szefem Biura Studiów, Oddziału Ewidencji Operacyjnej, komendantem Wyższej Szkoły Informacji.
Agnieszka Holland (ur. 1948) i Magdalena Łazarkiewicz (ur. 1954), reżyserki filmowe. Ich ojciec, Henryk Holland, dziennikarz, socjolog, był przedwojennym komunistą, członkiem władz Związku Walki Młodych i Związku Młodzieży Polskiej, który popełnił samobójstwo podczas aresztowania przez SB w 1961 r., zaś matka, Irena Rybczyńska, również była komunistyczną dziennikarką, redaktorem “Nowej Wsi”. Jej drugim mężem – po rozwodzie z Hollandem – był Stanisław Brodzki, wieloletni redaktor “Trybuny Ludu” i tygodnika “Świat”, w latach 1956-1958 prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Danuta Hübner (ur. 1948), pierwsza polska komisarz w Brukseli, obecnie eurodeputowana PO. Jej ojciec, Ryszard Młynarski, w latach 1945-1948 był oficerem śledczym i szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nisku, a także kierował PUBP w Jarosławiu. Również jej dziadek, Józef Młynarski, był oficerem śledczym UB w Nisku.
Karol Jakubowicz (ur. 1941), medioznawca, w latach 90. szef rady nadzorczej TVP, obecnie doradca przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Jest synem znanego w PRL ekonomisty Szymona Jakubowicza, przedwojennego komunisty, pracownika Wydziału Ekonomicznego KC PPR, w latach 50. szefa działu ekonomicznego “Trybuny Ludu”, potem zastępcy redaktora naczelnego “Życia Warszawy”.
Aleksandra Jasińska-Kania (ur. 1932), socjolog, profesor na Uniwersytecie Warszawskim. Jest córką Bolesława Bieruta i Małgorzaty Fornalskiej, znanej działaczki KPP i PPR, zamordowanej w 1944 r. przez Niemców.
Tomasz Jastrun (ur. 1950), poeta, pisarz, obecnie felietonista tygodnika “Wprost”. Jest synem Mieczysława Jastruna (pierwotnie Mojsze Agatsztajn), poety, członka PPR i PZPR, zastępcy redaktora naczelnego komunistycznego tygodnika “Kuźnica”.
Tomasz Knothe (ur. 1943), dyplomata, wysoki urzędnik MSZ, w latach 2004-2009 ambasador w Armenii. Jego ojciec, Jerzy Knothe, w latach 50. był PZPR-owskim wiceministrem leśnictwa, a w latach 60. ambasadorem PRL w Pekinie. Ojczymem Jerzego Knothe był Józef Winiewicz, wiceminister spraw zagranicznych w latach 1956-1972.
Jan Kofman (ur. 1941), historyk, politolog, profesor na Uniwersytecie w Białymstoku i w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w latach 90. redaktor naczelny Wydawnictwa Naukowego PWN. Urodził się w Pińsku, gdzie pod władzą sowiecką znaleźli się jego rodzice, przedwojenni komuniści. Jego ojciec, Józef Kofman, w latach 50. był sekretarzem Centralnej Rady Związków Zawodowych, a w latach 60. wiceprzewodniczącym Komitetu Pracy i Płac.
Lena Kolarska-Bobińska (ur. 1947), profesor socjologii, w latach 90. dyrektor CBOS, później szefowa Instytutu Spraw Publicznych, obecnie eurodeputowana PO. Jej ojciec, Leon Kolarski, był przedwojennym komunistą, uczestnikiem wojny domowej w Hiszpanii.
Michał Komar (ur. 1946), pisarz, publicysta, wydawca, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Jego ojciec, gen. Wacław Komar (pierwotnie Mendel Kossoj), przedwojenny komunista, w latach 1945-1950 kierował wywiadem wojskowym, od 1956 r. dowodził Wojskami Wewnętrznymi i Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a w latach 60. był dyrektorem generalnym w MSW.
Anna Komorowska (ur. 1953), żona prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jest córką Jana Dziadzi i Józefy z domu Deptuła (pierwotnie Hana Rojer), którzy w 1954 r. zmienili nazwisko na Dembowscy. Oboje byli pracownikami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem MSW, skąd zostali zwolnieni w 1968 r.
Piotr Kownacki (ur. 1954), wieloletni wiceprezes NIK, następnie prezes PKN Orlen i szef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jest synem PRL-owskiego dyplomaty, dzięki czemu dużą część dzieciństwa spędził za granicą – najpierw na placówce w ZSRR, potem w Brazylii.
Stanisław Krajewski (ur. 1950), filozof, matematyk, publicysta, działacz organizacji żydowskich. Jego pradziadkiem był przywódca KPP Adolf Warski, dziadkiem – inny czołowy działacz tej partii Władysław Stein-Krajewski, a ojcem – znany w PRL marksistowski filozof Władysław Krajewski.
Piotr Kraśko (ur. 1971), dziennikarz i prezenter telewizyjny, obecnie szef “Wiadomości” TVP. Jest wnukiem Wincentego Kraśki, w latach 60. kierownika Wydziału Kultury KC PZPR, później sekretarza KC, wicepremiera i członka Rady Państwa PRL, oraz synem Tadeusza Kraśki, dziennikarza, jednego z szefów PRL-owskiej telewizji w latach 70.
Andrzej Kryże (ur. 1948), wieloletni sędzia, wiceminister sprawiedliwości w latach 2005-2007, później prokurator Prokuratury Krajowej. Jego ojciec, Roman Kryże, był stalinowskim sędzią wojskowym, w latach 50. pracował w Najwyższym Sądzie Wojskowym, gdzie brał udział w orzekaniu wyroków przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego, później przez wiele lat zasiadał w Sądzie Najwyższym.
Edward Krzemień (ur. 1946), dziennikarz “Gazety Wyborczej”, od 2009 r. redaktor naczelny serwisu internetowego Wyborcza.pl. Jest synem płk. Ignacego Krzemienia (pierwotnie Feuerberg), przedwojennego komunisty, uczestnika wojny domowej w Hiszpanii, wysokiego funkcjonariusza Informacji Wojskowej, potem pracownika MSZ.
Robert Kwiatkowski (ur. 1961), były prezes TVP z nadania SLD, członek władz Stowarzyszenia “Ordynacka”, obecnie doradca Ruchu Palikota. Jest synem płk. Stanisława Kwiatkowskiego, PZPR-owskiego socjologa, doradcy gen. Jaruzelskiego, twórcy i pierwszego dyrektora CBOS.
Małgorzata Lavergne, w latach 90. szefowa Departamentu Polityki Kulturalnej, a później Departamentu Promocji i Informacji w MSZ, obecnie tłumaczka. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów. Jej ojcem był gen. Wiktor Grosz (pierwotnie Izaak Medres), pod koniec wojny szef Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego, w latach 50. ambasador PRL w Czechosłowacji, zaś matką – Irena Grosz (z domu Sznajberg), w latach 1949-1971 redaktor naczelna gazety “Gromada–Rolnik Polski”.
Aleksander Lesz (ur. 1949), biznesmen, założyciel spółki informatycznej Softbank, obecnie prezes funduszu inwestycyjnego GNA. Jest synem Mieczysława Lesza, przedwojennego komunisty, w latach 50. wiceministra górnictwa i wiceprzewodniczącego Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego, w latach 1957-1965 ministra handlu wewnętrznego.
Hanna Lis (ur. 1970), dziennikarka i prezenterka telewizyjna, obecna żona Tomasza Lisa. Jej rodzice byli PRL-owskimi dziennikarzami. Ojciec, Waldemar Kedaj, był wieloletnim korespondentem zagranicznym “Trybuny Ludu” i PAP, a jednocześnie współpracownikiem wywiadu o pseudonimie “Mento”, natomiast matka, Aleksandra Kedaj, była korespondentką “Życia Warszawy”.
Michał Listkiewicz (ur. 1953), sędzia piłkarski, były prezes PZPN. Jego pradziadek Bronisław Koszutski był działaczem SDKPiL i przyjacielem Dzierżyńskiego, a zaraz po wojnie prezydentem Kalisza z ramienia PPR i delegatem na zjazd założycielski PZPR. Jeden z synów Bronisława, Józef Koszutski, przedwojenny komunista, w latach 50. kierował Wojewódzką Radą Narodową w Katowicach, potem był ambasadorem w Szwecji i Szwajcarii. Babcia Listkiewicza, Halina Koszutska, przez wiele lat była redaktorem naczelnym tygodnika “Przyjaciółka” oraz żoną Pawła Hoffmana, w latach 50. kierownika Wydziału Kultury KC PZPR.
Jan Lityński (ur. 1946), wieloletni poseł UD i UW, obecnie doradca prezydenta Komorowskiego. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów. Jego ojciec, Ryszard Lityński (pierwotnie Perl), zaraz po wojnie był instruktorem Komitetu Wojewódzkiego PPR w Poznaniu, a potem kierował Wydziałem Szkoleniowym w Zarządzie Głównym Związku Walki Młodych, zaś matka, Regina Lityńska (z domu Lorenc), również była aktywistką ZWM, a później sekretarzem redakcji dziecięcej Polskiego Radia.
Marcel Łoziński (ur. 1940), reżyser filmowy. Pochodził z rodziny przedwojennych komunistów. Jego ojciec, Roman Kornecki (właściwie Salo Stramer), w latach 50. był wiceszefem Wydziału Kultury KC PZPR, redaktorem miesięcznika “Nowe Drogi” i korespondentem “Trybuny Ludu” we Francji, zaś matka, Eugenia Łozińska, również pracowała w “Trybunie Ludu”.
Helena Łuczywo (ur. 1946), wieloletnia zastępczyni redaktora naczelnego “Gazety Wyborczej” oraz szefowa spółki Agora. Jej ojciec, Ferdynand Chaber, w latach 1947-1967 był zastępcą kierownika Wydziału Propagandy i Prasy KC PPR i PZPR, zaś matka, Dorota Chaber (pierwotnie Debora Guter), towarzyszyła mężowi od czasów KPP.
Opracował Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Nasza Polska" Nr 5 (900) z 29 stycznia 2013 r

poniedziałek, 7 stycznia 2013


Ryszard Mozgol

Suma błędów. Protestantyzm w ocenie bp. Józefa Sebastiana Pelczara

Jedność chrześcijaństwa istnieje wyłącznie w Kościele katolickim, a protestanci mogą ją osiągnąć wyłącznie poprzez wyparcie się zgubnych błędów i powrót do odrzuconego niegdyś katolicyzmu.
Stosunek katolików do protestantyzmu jest papierkiem lakmusowym ich wierności Chrystusowi i Tradycji Kościoła. Trudno znaleźć dwie bardziej przeciwstawne koncepcje religijne, które pozornie wyrastają ze wspólnego pnia. Ci spośród katolików, którzy wierzą w bajkę o wspólnym pniu chrześcijańskiego drzewa, z którego wyrastają gałęzie kolejnych konfesji – katolickiej, luterańskiej, zwinglańskiej, kalwińskiej, anglikańskiej itd. – zapominają, że różne odłamy protestantyzmu powstały w wyniku rebelii wymierzonej w jedność Kościoła założonego przez Jezusa Chrystusa. Są to więc gałęzie uschłe... Zazwyczaj ci sami ludzie starają się sprowadzić zasadnicze różnice w pojmowaniu rzeczywistości nadprzyrodzonej do poziomu sporu religijnego powstałego na gruncie politycznym, charakterystycznego dla specyficznego okresu historycznego. Dziś, ich zdaniem, spór ten jest nieistotny, należy szukać tego, co łączy, a nie tego, co dzieli... Ale co może łączyć katolika z protestantem? Gdzie istnieje płaszczyzna realnego porozumienia dogmatycznego? Jaką wybrać przestrzeń dialogu, aby działania ekumeniczne były rzeczywiste, a nie stały się czczym propagandowym działaniem, mającym na celu osiągnięcie doraźnych celów politycznych? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie w oparciu o analizę protestantyzmu, dokonaną przez jednego z najbardziej znamienitych hierarchów polskiego Kościoła, wybitnego teologa, historyka, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, bp. Józefa Sebastiana Pelczara. Będzie to jeszcze bardziej interesujące w kontekście trwających przygotowań – również w obrębie Kościoła katolickiego – do ekumenicznych obchodów 490. rocznicy wystąpienia Marcina Lutra przeciw papieżowi.

Autorytet bp. Józefa Sebastiana Pelczara

Bogaty dorobek pisarski Józefa Pelczara i jego znajomość tematu, przedstawiana zwłaszcza na kartach prac apologetycznych, predestynuje jego osobę do autorytatywnego spojrzenia na protestantyzm. O ile wśród dzisiejszych hierarchów polskiego Kościoła dominuje ekumeniczne spojrzenie na relacje katolicko-protestanckie, niejednokrotnie zacierające istotne różnice dogmatyczne czy wręcz przyznające rację stronie protestanckiej w sporach dogmatycznych, to tradycyjny punkt widzenia bp. Józefa Pelczara za punkt odniesienia względem protestantyzmu przyjmował wyłącznie troskę o zbawienie dusz.
Na czoło dzisiejszych przyjaciół Lutra wysuwa się osoba ordynariusza opolskiego Alfonsa Nossola, znanego miłośnika wittemberskiego kacerza i propagatora pisarstwa dolnośląskiego apostaty, eksksiędza Józefa Wittiga. Biskup opolski twierdzi, że nie istnieją już zasadnicze przeszkody na drodze do pełnej jedności katolików i protestantów. Przeszkody pomniejsze, takie jak ordynacja kobiet, zostaną niebawem przezwyciężone. „Dzisiaj uznajemy, że te luterańskie «sola-pryncypia» nie są już przeszkodą. Usprawiedliwienie następuje rzeczywiście mocą Bożej łaski, mocą wiary” – stwierdza bp Nossol1.
Swoje rozważania dotyczące protestantyzmu Józef Pelczar rozpoczynał od rozpatrzenia myśli i intencji samych założycieli protestantyzmu. Jest to działanie konieczne, a jego istotą jest nie tyle wyciągnięcie na wierzch – jak by się mogło wydawać – wszystkich błędów, grzechów i nieczystości ich założycieli, co zestawienie twórców wyznań reformowanych z założycielem Kościoła katolickiego: Jezusem Chrystusem. Ten argument, szczególnie znienawidzony przez protestantów, starano się zbijać na różne sposoby: legitymistyczny – poszukując korzeni reformacji wśród antycznych chrześcijan, szczególnie heretyków „prześladowanych” przez Kościół, lub sceptyczny – zmieniając samą koncepcję Kościoła, jako instytucji wyłącznie ludzkiej, która nie musi posiadać fundamentu w postaci słów Zbawiciela. W tym drugim przypadku utrzymywano, że Chrystus nie powołał do życia żadnego z widzialnych „Kościołów”, to jest różnych konfesji chrześcijańskich.
Kościół katolicki jest instytucją łączącą sferę nadprzyrodzoną z przyrodzoną, jest instytucją doskonałą, pomimo grzechów i niedoskonałości wynikających ze skaleczonej natury ludzkiej swoich poszczególnych członków. Dla protestantów taki punkt widzenia jest zupełnie obcy. Nie jest zgodny z ich koncepcją całkowicie zniszczonej przez grzech natury ludzkiej. Ludzie – ich zdaniem – nie mogą uczestniczyć i współtworzyć instytucji doskonałej, jaką jest Kościół.

„Ojcowie założyciele” protestantyzmu

Biskup Pelczar nie miał dobrego zdania o ojcach założycielach poszczególnych protestanckich konfesji. Motorem działania „reformatorów” była zapiekła nienawiść do Kościoła, która wypaczała charakter podejmowanych przez nich działań i sprowadzała wszystkie przedsięwzięcia na drogę destrukcji i grzechu. Inicjator reformacji, Marcin Luter, powodowany swą niepohamowaną pychą i niezwykle gwałtownym charakterem, szybko przemienił zaistniały między zakonem augustiańskim a dominikańskim spór o prawo do zbierania opłat za odpusty w najstraszliwszy konflikt w dziejach Kościoła. Sprzeczka mnichów, powstała na gruncie urażonej dumy augustianów, do których należał Luter, o przekazanie prawa do zbierania opłat odpustowych zarządzonych przez papieża Leona X, została wykorzystana do zaprezentowania swoich koncepcji na temat odpustów i wolnej woli człowieka. Kiedy tezy zostały potępione jako sprzeczne z nauczaniem Kościoła, Lutrowi pozostało albo ich pokorne odwołanie, albo dalsze podważanie dogmatów i rozpoczęcie otwartej wojny z Kościołem, na czele zbuntowanych przeciw cesarzowi książąt.
Według bp. Józefa Pelczara koncepcje Lutra powstawały jako usprawiedliwienie dla jego niestabilnego umysłu oraz cholerycznego charakteru, żądnego rozkoszy i poklasku. „Chcąc zagłuszyć w sobie wyrzuty sumienia, bo sam został zakonnikiem i kapłanem bez powołania – pisze bp Pelczar – przyjął on wygodną teorię o całkowitym skażeniu natury ludzkiej, tak że człowiek, ulegając pożądliwości, może chcieć i czynić tylko źle”2. Luter w istocie miał świadomość pogrążania się w grzechu i stopniowego odchodzenia od Chrystusa, zdając sobie sprawę, że pycha osłabia działanie jego woli. W jednym z listów pisał o zerwaniu z celibatem: „Stałem się przez to małżeństwo tak nędznym i nikczemnym, iż myślę, że anieli w niebie ze mnie się śmieją, a diabli w piekle wyją z radości” (list z 16 VI 1525 r.).
Inni, szukający okazji do rozprawy z Kościołem, szybko wzięli przykład z Lutra. W Szwajcarii stały bywalec lupanarów Ulryk Zwingli i rzezimieszek, skazany w końcu na śmierć Ludwik Heter podjęli myśl i czyny Lutra. Demokratyczne przekonania Zwinglego i jego pycha spowodowały wojnę kantonów protestanckich przeciw katolickim i krwawe prześladowania „papistów”. Motorem działania szwajcarskiego „reformatora” były nabyte we Włoszech przekonania humanistyczne, przejęte od ateisty Giovanniego Pico della Mirandoli, z którym Zwingli utrzymywał przez pewien czas serdeczne kontakty. Stąd, jak pisze Józef Pelczar, charakter szwajcarskiej reformacji był bardziej racjonalistyczny niż luterański.
Przyczyną zerwania Anglii z Rzymem był tyleż gwałtowny charakter króla Henryka VIII, co skomplikowana sytuacja polityczna. Rządy króla szybko przekształciły się w tyranię, a miłość ludu zastąpił strach. Brak męskiego potomka – następcy tronu – spowodował fałszywą i nieuczciwą chęć uznania małżeństwa z Katarzyną Aragońską za niebyłe. Papież nie zezwolił na rozerwanie węzła małżeńskiego i małżeństwo z brzemienną dwórką Anną Boleyn, co spowodowało zerwanie z Rzymem i wkroczenie na powolną, ale konsekwentną drogę protestantyzacji Anglii. Gniew Henryka VIII był potężny, dotknął duchownych wiernych Kościołowi, bliskich przyjaciół króla, starą katolicką arystokrację i przywiązany do katolicyzmu lud. Henryk VIII umierał w 1547 roku sześciokrotnie żonaty, bez jasnych widoków na przekazanie tronu swojemu chorowitemu, małoletniemu synowi Edwardowi VI, zależnemu od woli nowej szlachty, wzbogaconej na reformacyjnej grabieży katolickiego mienia.
Również pobudki Jana Kalwina nie należały do czystych. Pycha, okrucieństwo i chciwość tego człowieka została wprzęgnięta w służbę zemsty za – zdaniem Kalwina – niesłuszne oskarżenie go o głoszenie na Sorbonie heretyckich poglądów na temat wolnej woli. W 1533 r. Kalwin wraz z grupą stronników opuścił Francję i osiadł w Genewie, w której po likwidacji wewnętrznej opozycji przejął całkowitą władzę, likwidując we władzach miasta wszelkie rozróżnienie pomiędzy sferą świecką a religijną. Stworzona komuna teokratyczna poddała kontroli wszystkie przejawy życia mieszkańców Genewy, a wyroki śmierci za przewinienia w rodzaju wdowiej modlitwy za duszę zmarłego męża stały na porządku dziennym. Józef Pelczar pisał o Kalwinie:
Słusznie powiedział historyk Kolb, że „Kalwin chciał zamienić całą ziemię w ponury i zimny zakład pokutniczy”. Wyznawcy Kalwina tchnęli zawsze religijnym fanatyzmem, czego objawem były mordy dokonane na katolikach we Francji i Holandii3.
Antykrólewska polityka hugenotów (francuskich wyznawców kalwinizmu) doprowadziła do długotrwałej okrutnej wojny domowej, w której – zanim doszło do nocy św. Bartłomieja w 1572 r. – hugenoci szczycili się zburzeniem 20 tys. kościołów, 2009 klasztorów i 9 szpitali, zamordowaniem ok. 4 tys. zakonników i zgwałceniem prawie 2 tys. zakonnic. Rzeź w trakcie ślubu księżniczki Małgorzaty z Henrykiem z Nawarry była aktem politycznej zemsty, za który – jak słusznie pisze Józef Pelczar – „Kościół nie odpowiada”.
Konsekwencją nienawiści „reformatorów” do Kościoła było religijne rozdarcie Europy. Efektem stał się podział Europy na kilka wzajemnie zwalczających się stron, ponieważ protestanci nie stworzyli (na szczęście!) jednolitego obozu religijno-politycznego, a przystąpili do niszczenia siebie nawzajem z nie mniejszym zapałem niż do wieszania, topienia i ćwiartowania katolików. Luteranie utopili w morzu krwi powstanie anabaptystów w Rzeszy, Kalwin ścigał z całą surowością zwolenników Zwinglego i Lutra, a spalony na stosie w Genewie antytrynitarz Michał Servet jest tylko z racji swojej sławy często przywoływanym przykładem protestanckiej nietolerancji. Nie inaczej było w Anglii, gdzie na wspólnych szubienicach i stosach ginęli katolicy wraz z angielskimi i szkockimi zwolennikami kalwinizmu i nawet ultraprotestant Jan Knox przyznawał, że pokój religijny zapanował w Anglii dopiero za katolickiej królowej Marii Tudor. Zjednoczeni w swojej herezji „reformatorzy” nigdy wspólnie nie patrzyli na Europę – jeśli nie liczyć wieży luterańskiej katedry w Magdeburgu ani Ściany Reformatorów w Genewie... Mit „jednego protestantyzmu” jest wyłącznie utopijnym życzeniem protestanckich przywódców czasów Bismarcka, które nigdy faktycznie nie zostało zrealizowane. Nienawiść, śmierć i zniszczenie – oto wkład protestantyzmu w historię Europy. Niejednokrotnie władcy protestanccy byli bardziej nieufni wobec swoich „braci w wierze” z innych konfesji niż względem „zabobonnych papistów”. Tak było przykładowo w Prusach (zwłaszcza po zawarciu tzw. unii staropruskiej w 1817 r.), w których kalwińska dynastia Hohenzollernów (od 1613 r.) darzyła większym zaufaniem (np. za króla Fryderyka Wilhelma IV i cesarza Wilhelma II) katolików niż poddanych luteran.

Przyczyny protestanckiego sukcesu

Jak mogło dojść do sukcesu protestantyzmu, skoro kierował się tak niskimi pobudkami? Nie sposób pominąć w tym miejscu teologicznego, „niepostępowego” spojrzenia na historię ludzkości. Jest ona ze względu na skaleczenie natury ludzkiej tragicznym osuwaniem się w grzech, z którego może zostać podźwignięta wyłącznie poprzez łaskę Boga. Przyczyny zwycięstwa protestantyzmu tkwią zatem w ułomności ludzkiej natury.
Nietzche uważał, że Luter zalał całą swoja żółcią Kościół i chrześcijaństwo w momencie, kiedy było ono najnormalniejsze w swojej historii. Pogląd ten wynika z agnostycznego, ale i pobieżnego punktu widzenia niemieckiego filozofa. Zeświecczenie Kościoła, będące efektem blisko stuletniej zależności od królów Francji (niewola awiniońska), jak również wyniszczająca obie siły wojna pomiędzy władzą świecką a duchowną i osłabiająca papiestwo walka wewnętrzna pomiędzy koncyliarystycznymi paleomodernistami a zwolennikami prymatu papieży, uczyniła z Kościoła łakomy kąsek dla umacniających się monarchii narodowych. Tendencja ta spowodowała przedkładanie zależności państwowych nad religijne, a narodowych nad cywilizacyjne. W tym wymiarze postrzegać możemy protestantyzm jako antyuniwersalistyczną rebelię.
Pomijając takie przyczyny jak ówczesny upadek obyczajów, który nie był ani pierwszym w historii Europy i Kościoła, ani też niestety nie ostatnim, za tendencjami sekularyzacyjnymi szła nienawiść do wszystkiego, co przychodziło z Rzymu – czy to pod względem religijnym, czy politycznym. Stąd częsty postulat uniezależnienia od Rzymu poprzez utworzenie „Kościoła narodowego”, któremu w wielu częściach Europy (także w Polsce) przyklaskiwała duża cześć duchowieństwa. Stąd przyjęcie takiej optyki narodowej przez zwolenników reformacji, wzywających do zrzucenia zwierzchności politycznej Rzymu i Cesarstwa, zaniechania płacenia świętopietrza, odrzucenia języka łacińskiego, utworzenia parlamentarnych reprezentacji narodowych (stanowych), stojących ponad królem lub kontrolujących monarchę, czy wynikający z tej tendencji postulat uproszczenia rytuałów i sakramentów, mających być zrozumiałymi dla ogółu. Aby lepiej przeforsować swoje pomysły, reformatorzy zastosowali skuteczną taktykę stopniowania żądań, propagandowego oddziaływania na lud przez szkalowanie przeciwnika. Św. Józef Sebastian Pelczar opisywał to w następujący sposób:
Taktyka nowatorów była taka, że w przesadnym, a często nieprawdziwym świetle przedstawiali zboczenia, jakie do pewnej części świeckiego i zakonnego duchowieństwa rzeczywiście się zakradły pod wpływem ustroju feudalnego, humanizmu, braku seminariów i synodów, zachodniego odszczepieństwa w XIV w., dążności rewolucyjnych w XV w., nagromadzenia bogactw i innych złych czynników, a stąd wysnuwali fałszywy wniosek, że duchowieństwo żądne mienia i panowania zepsuło dzieło Jezusa Chrystusa i błędnymi dodatkami przeinaczyło Jego naukę. Wskutek tego – tak dalej dowodzili – Kościół katolicki przestał być Kościołem Chrystusowym. Należy zatem wrócić do pierwotnego Kościoła, jaki był w I w. po Chrystusie, a takim zreformowanym Kościołem jest właśnie protestantyzm.
Jest to argument, którym z lubością posługiwali się wszyscy heretycy, a który i dziś pada z ust radykalnych modernistów wszelkich odmian. Nie wynika z niego chęć autentycznego reformowania Kościoła poprzez odnowienie religijności czy obudowanie życia sakramentalnego, uświęcenie wiernych, czyli poprzez „przylgnięcie do starożytności” (św. Wincenty z Lerynu), ale ukryty duch rebelii skrywanej pod płaszczem troski. Za każdym razem chodzi o zmianę, o stworzenie nowego „Kościoła pierwszych wieków chrześcijaństwa”, na miarę wyobrażeń każdoczesnych reformatorów.

Błędy protestantyzmu

Protestantyzm, pomimo posługiwania się pojęciami drogimi dla każdego katolika, jest całkowitym zerwaniem z dogmatami Kościoła, stanowi również opozycję wobec katolickiego postrzegania świata i praw rządzących nim w sferze społecznej. Konsekwencje tego są widoczne w mentalności dzisiejszego świata, ufundowanego na „osiągnięciach” reformacji.

1. Usprawiedliwienie

Św. Józef Sebastian Pelczar zaliczał do najgroźniejszych tworów protestantyzmu luterańską koncepcję usprawiedliwienia. Zdaniem Lutra zbawienie następuje wyłącznie przez wiarę, z pominięciem dobrych uczynków. Tak jednoznaczne postawienie tej kwestii eliminowało podstawę chrześcijańskiej etyki, jaką – prócz wiary w Boga – jest miłość bliźniego, objawiająca się poprzez uczynki. Dla luteran dobre uczynki nie posiadały praktycznie żadnego znaczenia religijnego, traktowane były co najwyżej jako przejaw spoistości więzi pomiędzy ludźmi wierzącymi w tego samego Boga. Nie obowiązywały wobec nie przynależących do tej samej wspólnoty wierzących. Tak było do XIX wieku, kiedy to, naśladując katolików, protestanci rozpoczęli działalność charytatywną tzw. zakładów dobroczynnych, z taką bezwzględnością i realizmem opisywanych przez Dickensa. Protestancka dobroczynność, tak jak i stworzona w tym samym wieku instytucja diakonisek, miały za zadanie wyłącznie realizację utylitarnych celów: pozyskiwanie zwolenników i łagodzenie napięć społecznych. Z obserwacji społeczeństwa radykalnych protestantów doby angielskiej wojny domowej narodziła się skrajnie pesymistyczna wizja Tomasza Hobbesa, w której więzi społeczne są wyłącznie efektem zbiorowego egoizmu przezwyciężającego egoizm jednostek. Kiedyś protestanci mówili: nie ma ludzi świętych, dzisiaj mówią: nie ma ludzi rzeczywiście dobrych.

2. Sekularyzacja etyki

Z protestanckiej koncepcji usprawiedliwienia wyrasta wprost kantowska idea etyki autonomicznej, stanowiąca podwalinę liberalnej etyki sytuacyjnej. Jak stwierdził biskup przemyski, protestanckie usprawiedliwienie doprowadziło w konsekwencji do uwolnienia etyki od dogmatów religijnych. Zdaniem Kanta etyka i obyczajność wynikają z powszechnego uznania ludzi, a nie Bożego prawa danego ludziom. Prawo moralne w koncepcji nudziarza z Królewca powstaje z czystego rozumu, a dobre jest to, co jest jednostkowo zgodne z powszechnym prawem moralnym, akceptowanym przez wszystkie istoty rozumne. Konsekwentnie przyjmując sposób myślenia protestanckiego filozofa, dobre jest to, co jest ponadkonfesyjną zasadą etyczną wynikającą z przymusu, a nie z poszukiwania rozkoszy czy zadowolenia – nie zabijaj, nie kradnij itd. Kant ujął ją w postaci nowoczesnego przykazania: „Czyń tak, aby zawsze maksyma twej woli mogła być zarazem zasadą powszechnego prawodawstwa”4. I w tym miejscu myśli etycznej Kanta nastąpiło zerwanie z dotychczasowym chrześcijańskim systemem etycznym. Już nie bojaźń Boża, strach przed potępieniem i pragnienie zbawienia, ale poczucie obowiązku względem innych ludzi i szacunek dla prawa stanowią podstawę moralności. Dla Kanta czyn staje się moralnym dopiero wtedy, gdy wynika z powinności (imperatyw kategoryczny). Prawo powinniśmy pełnić dla samego prawa. – Należy podkreślić, że Kant nie negował wprost w swoim agnostycznym systemie zasad religijnych i istnienia Boga, traktując je jako niezbędne elementy utrzymywania ludzi w karbach, jednak nie wolno nie zauważyć, że stworzony przez niego system etyczny, wyrastający z luterańskiego źródła, poszedł o krok dalej, traktując zasady moralne jako twory czysto ludzkie. Skoro zaś zasady moralne są tworami ludzkiego rozumu, to istnienie Boga należy przyjąć wyłącznie ze względów moralnych. Ludzie nie będą słuchać siebie nawzajem, potrzebują zatem Boga. Skoro rozum praktyczny potrzebuje wyłącznie Boga jako składnika powodzenia utylitarnego prawa moralnego, jaki zatem jest cel moralności i czym jest dobro najwyższe? Dla Kanta nie było nim ani zbawienie, ani Bóg. Dobrem najwyższym jest wyłącznie cnota i szczęśliwość. Ta degradacja moralności, poprzez odarcie jej z elementów nadprzyrodzonych, musiała także zmienić jej cel. Celem zasad moralnych jest człowiek, któremu moralność nadaje odpowiednio wysoką godność. Brzmi to bardzo nowocześnie, a echa kantowskiej etyki znajdziemy dziś w niejednym dokumencie pseudokatolickich modernistów.

3. Sola scriptura: podwaliny indywidualizmu

Św. Józef Sebastian Pelczar określił wiarę w Biblię jako jedyne źródło wiary, „drugą główną zasadą protestantyzmu”. Luter, a za nim inni reformatorzy, odrzucając Świętą Tradycję jako drugi obok Biblii fundament wiary, de facto zanegowali szacunek, jakim otaczano Pismo święte w Kościele katolickim. Całość interpretacji tekstów Biblii opierała się w Kościele na zasadzie autorytetu Ojców Kościoła, zajmujących się od zarania Kościoła tłumaczeniem zawiłości zawartych w wersetach biblijnych. Luter odrzucił ten autorytet, dokonując nie tyle pierwszego przekładu Biblii na język narodowy, co odpowiedniej – dostosowanej do swoich poglądów – cenzury fragmentów Pisma św.
Biskup przemyski w następujący sposób charakteryzuje ten błąd protestantyzmu i jego opłakane skutki:
Jedynym źródłem wiary jest Biblia, którą każdy, według wyroków „Kościoła”, może tłumaczyć, doprowadziła nie tylko do zupełnego rozbicia się w jedności w wierze i do powstania nowych sekt, tak że w samej Ameryce Północnej naliczono ich przeszło 70, ale również do fałszywego mistycyzmu, znajdującego ostateczny wyraz w spirytyzmie, to znowu do skrajnego racjonalizmu, rugującego z religii wszelki pierwiastek nadprzyrodzony, za którym poszedł monizm w różnej postaci, a więc niszczący wszelką religię ateizm.
Błąd reformacji nie polegał na przekazaniu ludziom Biblii do czytania, ale na pozostawieniu ich z Pismem św. „sam na sam” i wmówieniu im, że każda interpretacja wersów biblijnych jest prawdziwa, o ile jest w zgodzie z ogólnymi zasadami protestantyzmu. Za interpretację inną można było zostać wykluczonym ze wspólnoty. Jednak uzbrojenie ludzi w Biblię z prawem samodzielnego komentowania nie tyle uwolniło od tyranii Kościoła – jak przedstawiali to protestanci – ale wydało chrześcijan na łup małych biblijnych satrapów, założycieli kolejnych sekt, nowych „mojżeszów” wiodących zagubione plemię Izraela do Nowego Jeruzalem. Odrzucenie autorytetu zawsze kończy się tyranią opinii. Jak się modlisz, tak wierzysz. Jak wierzysz, tak żyjesz.
Zasada samodzielnego interpretowania Pisma św., przeniesiona ze sfery religii na grunt społeczny, dała początek indywidualizmowi i subiektywizmowi, w którym nie ma obiektywnej prawdy, ponieważ wymagałaby ona istnienia obiektywnego autorytetu, a ten został odrzucony przez reformację. Istnieją wyłącznie subiektywne prawdy indywidualne, które kiedyś w przyszłości, w toku rozwoju, dadzą początek „prawdzie”. W tej koncepcji „prawda” jest efektem ewolucji błędów i prawd. Nie na tym jednak koniec, ponieważ ta koncepcja istnieje w obrębie protestantyzmu w wersji religijnej.

4. Fałszywa idea KościoŁa

Dla Lutra i innych reformatorów Kościół jest wyłącznie instytucją ziemską i materialną. Jest to konsekwencja przyjęcia idei o skrajnie złej naturze ludzkiej, przeniesionej na grunt eklezjologii. Instytucja tworzona przez ludzi nie może być – jak przyjmował Luter – ani nieomylna, ani idealna. Obserwacja pogrążonych w grzechach ludzi skłoniła go do odrzucenia prawdy o Kościele jako Mistycznym Ciele Jezusa Chrystusa. Skoro więc Kościół jest jedynie instytucją materialną, nie różni się niczym od takich instytucji jak państwo, a jego funkcjonowanie jest ściśle utylitarne. Józef Sebastian Pelczar, powołując się w tym miejscu na wrogiego protestanckiemu chrześcijaństwu Fryderyka Nietzschego, stwierdzał wprost, że „protestantyzm zniszczył ideę Kościoła”. Na potwierdzenie tych słów biskup przemyski odwoływał się do szokujących wspomnień apostaty, eksjezuity, hrabiego Hoensbroecka, który odchodząc stopniowo od religii, ostatecznie został luteraninem. W swojej autobiografii Vierzehn Jahre Jesuit tak pisał o protestantyzmie:
To dzieło ludzkie bardzo niedoskonałe, osłabione w swoim charakterze religijnym i chrześcijańskim przez urzędowy biurokratyzm i dworactwo. Summus episcopus i presbyteri tego kościoła nie mają stanowczo nic wspólnego z Pismem świętym i z chrześcijaństwem. Zależny jest od państwa, a jego dostojnicy uganiają się przede wszystkim za zadowoleniem swej próżności i pychy. Kościół protestancki nie może natchnąć żadną miłością, nawet żadnym poszanowaniem. Jego obrachunek religijny zamyka się deficytem5.

5. Ekumenizm

Konsekwencją przyjęcia fałszywej koncepcji Kościoła i odrzucenia obiektywnego autorytetu religijnego musiało być poszukiwanie stałości religijnej w koncepcji ewolucji prawdy. Na gruncie religijnym zaowocowało to ideą tzw. wolnej religii, stworzonej przez racjonalistycznie nastawionych pastorów niemieckich jeszcze pod koniec XIX w. Nowa „wolna religia” miała być pierwszą nowoczesną religią niedogmatyczną, łączącą z jednej strony wszystkie najlepsze elementy wszystkich systemów religijnych świata, z drugiej – religią humanistyczną, wyrastającą z indywidualistycznych podstaw światopoglądowych6. Pomysł protestantów dał początek międzyreligijnym spotkaniom ekumenicznym, które zwłaszcza spodobały się protestantom amerykańskim i masonerii. Józef Sebastian Pelczar przy okazji charakteryzowania tych koncepcji wspominał organizowane „kongresy postępu religii” przez łączącego w sobie wszystkie możliwe pierwiastki ideowe (żydowski, masoński, niemiecki i amerykański) Teodora Reinacha, na których pracowano nad połączeniem elementów kilku religii w jeden „postępowy” system. Najbardziej zastanawiającym faktem, na który zwrócił uwagę biskup przemyski, jest okoliczność zaproszenia na kongres buddystów, protestantów różnych konfesji, przedstawicieli lóż masońskich, monistów oraz wyznawców judaizmu – przy jednoczesnym pominięciu katolików, okraszonym stwierdzeniem, że takie zaproszenie zostanie wystosowane tylko w sytuacji rezygnacji Kościoła z dogmatów. Ekumenizm drogą do chrześcijaństwa bezdogmatycznego?

6. Sceptycyzm

Przykład idei ekumenicznej jest klinicznym objawem sceptycyzmu, do jakiego prowadzi protestantyzm. W sferze społeczno-politycznej protestantyzm jest tworem bezbronnym, wydanym na pastwę systemu państwowego. Nie inaczej jest w wymiarze religijnym, w którym uległość względem świata współczesnego, jego szaleństw i pomysłów spowodowała przyjęcie najbardziej kuriozalnych koncepcji i idei.
Do głośniejszych (...) należy pastor Jatho, który na zebraniu publicznym w Berlinie tak sformował swoje credo: „Jezus Chrystus nie jest Synem Bożym ani naszym Mistrzem, ani Zbawicielem”, pastor Heydorn, który chciał pogodzić protestantyzm z monizmem, predykant berneński Albert Kalthof, który trzy teorie o utrzymaniu siły, o prawie ewolucji i o nieskończoności świata nazwał nowszą nauką o Trójcy Świętej, pastor Steudel, który proponował „nowszą etykę” nie uznającą dekalogu, superintendent Lahusen, który radził nie trzymać się przy „ordynacji” dosłownego tekstu Składu Apostolskiego, teolog protestancki Artur Drews, który w 1910 roku miewał w Berlinie wykłady na temat, że Chrystus jest postacią mityczną7.
Nadworny pruski kaznodzieja pastor Stocker jeszcze w 1909 roku ubolewał, że protestantyzm trapią najcięższe choroby duchowe, których niepodobna przezwyciężyć żadnymi materialnymi środkami, a także stwierdził wprost, że protestantyzm wystąpił przeciwko Bóstwu Jezusa Chrystusa. Pastor Wolt dodawał, że protestanccy wierni są forpocztą pogaństwa i rewolucji w cesarstwie niemieckim.
Józef Sebastian Pelczar, opisując występujące wśród protestanckich teologów przypadki negowania dogmatu Trójcy Świętej, Bóstwa Jezusa Chrystusa, odrzucenia Składu Apostolskiego i innych przykładów stwierdził, że całość historii i budowy religii protestanckiej predestynuje ją do niedowiarstwa. Skoro przyjmiemy tę myśl świętego biskupa za prawdziwą, musimy uznać dzisiejszy modernizm za pokłosie protestanckiego sceptycyzmu w Kościele katolickim.
Pod koniec swego burzliwego życia zgorzkniały Luter podsumował swoje wytężone wysiłki wprowadzenia „religii czystej Ewangelii” słowami: „Teraz ludzie opętani są przez siedem diabłów, podczas gdy najpierw byli opętani przez jednego”. Efekty rebelii protestanckiej dla Europy były opłakane: potępienie dusz, rozbicie religijne i polityczne, wojny i rewolucje. Jeden z najznamienitszych protestanckich historyków epoki zjednoczenia Niemiec, Jan Gustaw Droysen, charakteryzował skutki reformacji następująco:
Nie było rewolucji, która by głębiej wstrząsnęła społeczeństwem, która by straszliwiej burzyła i niemiłosierniej wyrokowała. Od razu wszystko się rozpadło i zostało zakwestionowane, najpierw w umysłach ludzi, potem z niesłychaną szybkością w stosunkach społecznych, we wszelkiej karności i wszelakim porządku.
Uwaga Droysena pozostaje aktualna również dziś. Co prawda sam protestantyzm w swoich tradycyjnych formach pozostaje od dłuższego czasu religijnym trupem, poddawanym kolejnym reformacjom, jednak błędy protestantyzmu, tak celnie zdiagnozowane przez bp. Józefa Sebastiana Pelczara, funkcjonują w obiegu społecznym. Przedostały się również do wnętrza Kościoła katolickiego, wywołując najgroźniejszy kryzys wiary, jakiego doświadczył katolicyzm na przestrzeni wieków. Nie przez przypadek biskup przemyski upatrywał korzeni niebezpiecznego modernizmu w wyrastającej z protestantyzmu etycznej koncepcji Emanuela Kanta.
Antidotum na morderczy kryzys może być wyłącznie odrzucenie modernistycznych błędów, przeniesionych do Kościoła z protestantyzmu, i odrodzenie misyjnej postawy katolików. Od fatalnego roku 1517 była ona najlepszą bronią przeciwko kłamstwom Lutra, głupocie Karlstadta i fanatyzmowi Kalwina, a świadczą o tym rzesze wybitnych konwertytów, wracających z protestanckiego wygnania na łono Kościoła katolickiego. Ponieważ, jak wielokrotnie powtarzał za papieżem św. Piusem X i Leonem XIII święty biskup Józef Sebastian Pelczar, jedność chrześcijaństwa istnieje wyłącznie w Kościele katolickim, a protestanci mogą ją osiągnąć wyłącznie poprzez wyparcie się swoich zgubnych błędów i powrót do odrzuconego niegdyś katolicyzmu. Płaszczyzna dialogu i porozumienia zawiera się w niezmiennym depozycie wiary Kościoła katolickiego, o czym protestanci zawsze winni pamiętać. Ω

Przypisy:

  1. Kościół XX wieku. Rozmowy Ewy K. Czaczkowskiej, Katowice 1999, s. 93.
  2. J. S. Pelczar, Obrona religii katolickiej, tom I: Jak wielkim skarbem jest religia katolicka i dlaczego ta religia ma dzisiaj tylu przeciwników, Przemyśl 1920, s. 99.
  3. Ibid., s. 101.
  4. A. Stöckl, J. Weingärtner, Historia filozofii, Kraków 1927, s. 343–346.
  5. J. S. Pelczar, op. cit., s. 105.
  6. Zob. J. S. Pelczar, Masoneria, jej istota, zasady, dążności, początki, rozwój, organizacja, ceremoniał i działanie. Poznań 1997, s. 322.
  7. J. S. Pelczar, op. cit., s. 107.

czwartek, 3 stycznia 2013


Roberto de Mattei - Dyktatura relatywizmu

Poniższy tekst jest fragmentem książki włoskiego profesora Roberta de Mattei pt. Dyktatura relatywizmu, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prohibita.
Wartości nie podlegające dyskusji
Europa ma nie tylko granice geograficzne, ale również moralne. Chodzi tu o te zasady i wartości, które Benedykt XVI niejeden raz określił jako "nie podlegające dyskusji".
W swoim przemówieniu do przedstawicieli Europejskiej Partii Ludowej z 30 marca 2006 roku, papież przypomniał o istnieniu zasad, co do których żadne negocjacje nie są możliwe, opisując je tymi słowami: troska o życie we wszystkich jego stadiach, od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci; uznanie i promocja naturalnego modelu rodziny jako związku między mężczyzną i kobietą, opartego na małżeństwie, jak również jego obrona przed tendencjami do zrównywania w prawach z innymi związkami, które przyczyniają się do jej destabilizacji; wreszcie ochrona prawa rodziców do wychowania własnych dzieci. A zatem prawo do życia, prawo do prawdziwej rodziny, wreszcie do zapewnienia potomkom odpowiedniego wychowania.
W adhortacji apostolskiej Sacramentum Caritatis papież wymienia te same wartości – życie, rodzina, edukacja – wyjaśniając przy tym, że prawa te nie należą do sfery ściśle prywatnej, ale mają przełożenie na sferę publiczną i społeczną oraz odnoszą się bezpośrednio do kultu bożego: Kult oddawany Bogu, w istocie nie jest nigdy aktem czysto prywatnym, bez wpływu na nasze społeczne więzi: wymaga ona publicznego świadectwa naszej wiary. Dotyczy to oczywiście wszystkich ochrzczonych, ale szczególnie dotyczy tych, którzy z racji pozycji społecznej czy politycznej, jaką zajmują, muszą podejmować decyzje dotyczące wartości fundamentalnych, takich jak szacunek i obrona ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, jak rodzina oparta na małżeństwie mężczyzny i kobiety, wychowywanie dzieci oraz promocja dobra wspólnego we wszystkich jego formach. Te wartości nie podlegają negocjacjom. Dlatego katoliccy politycy oraz ustawodawcy, świadomi swej poważnej odpowiedzialności społecznej, winni się czuć szczególnie przynaglani przez swe sumienie uformowane w prawy sposób, by przedstawiać oraz wspierać prawa inspirowane przez wartości zakorzenione w ludzkiej naturze (SC § 83).
Mamy tu raz jeszcze przypomnienie: obrona życia i naturalnej rodziny oraz prawo do wychowywania własnych dzieci – te prawa i wartości są nierozerwalnie ze sobą złączone.
Ludzkie życie zaczyna się i rozwija w rodzinie. Akt zbliżenia dwojga ludzi nie jest czynnością czysto biologiczną, ponieważ przekazuje życie istocie, którą Bóg obdarza duszą. Przekazywanie życia znajduje swoją kontynuację w procesie wychowania owocu miłości bożej i ludzkiej, czyli dziecka – człowieka posiadającego ciało i nieśmiertelną duszę. Rodzina jest właściwym miejscem, w którym następuje rozwój życia, osobowości i zdolności jednostki. W tym sensie rodzina jest prawdziwą społecznością, ze swej natury pierwotną w stosunku do państwa, które wraz z innymi strukturami międzynarodowymi musi ją za taką uznawać; słusznie zatem definiuje się ją jako podstawową komórkę społeczną.
Każdy człowiek rodzi się we wnętrzu rodziny, tam też wzrasta, rozwija się, zyskuje świadomość o swoim przeznaczeniu i powołaniu, jak również o roli, którą powinien odegrać w społeczeństwie. Rodzina jest zatem źródłem praw, które nie podlegają dyskusji – począwszy od prawa do życia, które do nich w najpierwszym rzędzie zaliczamy.
Podstawy prawa naturalnego
Kiedy mówimy o wartościach, co do których nie ma i nie może być dyskusji, mamy na myśli wartości o charakterze absolutnym i uniwersalnym. To, że są uniwersalne, oznacza, że obowiązują zawsze i wszędzie, niezależnie od czasu i miejsca: jeśli zgodzimy się, że mogą podlegać modyfikacji w zależności od powyższych warunków, oznaczać to będzie, że zgadzamy się na poddanie ich relatywizacji. Na jakich podstawach opiera się zatem niepodważalność i powszechność wspomnianych zasad? Mają one swe źródło w ludzkiej naturze, która nie podlega przemianom i pozostaje taka sama niezależnie od okoliczności. Jednym słowem, wartości, o których mowa, wywodzą się z prawa naturalnego.
Czym właściwie jest prawo moralne? Jest ono prawem obiektywnym wpisanym w samą naturę człowieka, nie jakiegoś konkretnego lub wyjątkowego, ale w naturę każdego, w sposób stały i niezmienny. Tym, który je wpisał, jest Bóg, stwórca ludzkości. Święty Tomasz z Akwinu definiuje je następująco: prawo wieczne wpisane w istotę rozumną (Nihil est aliud quam participatio legis aeternae in rationali creatura). W prawie ludzkim – podkreśla święty – nic nie może być sprawiedliwe i usankcjonowane, jeśli odbiega od prawa wiecznego.
Prawa te, które są zebrane w Dekalogu, czyli tablicach Dziesięciu Przykazań, przekazanych przez Boga Mojżeszowi na Górze Synaj, nie zostały zniesione, ale wypełnione przez prawa Ewangelii. Jezus nie przyszedł, by znieść prawo naturalne, ale aby je "wypełnić" (Mt 5,17). Nadrzędne prawo Ewangelii jest w swojej najgłębszej istocie po prostu prawem miłości, jak to podkreślił sam Zbawiciel: Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie (J 14,21).
Dzięki możliwościom swojego rozumu, człowiek może te prawa "odczytać", a także rozpoznać, czym są, i stosować się do nich. Każdy zatem, kto pisze i uchwala prawo, nie tyle je "stwarza", ale raczej odkrywa wolę boską w porządku naturalnym i do niej dostosowuje działalność prawodawczą.
Jeden z wielkich autorów średniowiecza, Henri de Bracton (ok. 1216–1268), w swoim dziele De legibus et consuetudinibus Angliae podkreśla, że tak jak wszyscy ludzie są poddani królowi, tak król podlega nie ludziom, ale Bogu oraz prawom, ponieważ to prawo ustanawia go królem: Ipse autem rex non debet esse sub homine, sed sub Deo et sub lege, quia lex facit regem.

Kolejne etapy postępującej rewolucji: przejście od prawa naturalnego do praw nowoczesnych
Przez długie wieki, aż do rewolucji francuskiej, prawo naturalne stanowiło fundament społeczeństwa. Jak zatem doszło do stanu, w którym jest ono negowane, a często po prostu się o nim zapomina?
Pierwszym etapem odrzucenia tego porządku była próba oparcia praw człowieka na rozumie ludzkim. Wyjątkowo radykalną manifestację tej koncepcji stanowiła Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela z roku 1789. Był to przykład procesu intelektualnego, który czerpał z dorobku filozofii oświeceniowej, a w jeszcze głębszych podstawach z doktryny Hugona Grocjusza (1583–1645) oraz Wilhelma z Ockham (ok. 1290–1349). Deklaracja ta, całkowicie w swym duchu różna od współczesnej sobie Deklaracji amerykańskiej, jest prawdziwym źródłem totalitarnych demokracji XX wieku.
W minionym stuleciu ostatnią próbą znalezienia dla praw człowieka uzasadnienia we właściwościach rozumu była koncepcja Hansa Kelsena (1881–1973). Według tego austriackiego prawnika, waga systemu prawnego opiera się na samym fakcie "obowiązywania" jakichś norm, to jest ich zdolności do tworzenia i uzasadniania faktów. Źródłem prawa może być zatem według niego wyłącznie norma prawa pozytywnego (Grundnorm), pozbawiona jakiejkolwiek podstawy metafizycznej czy moralnej, ponieważ tylko taki system normatywny ma charakter nadrzędny, jako najwyższy autorytet. W ten sposób procedury prawne zastępują moralność i prawo naturalne.
Wystarczy raz odrzucić naturalne i metafizyczne podstawy prawa, to jest raz zwątpić w istnienie praw obiektywnych, by zobaczyć i wykazać, jak kruche i niestabilne są normy, które opierają się wyłącznie na podstawach racjonalnych. Jeśli fundamentem praw człowieka nie jest prawo natury, ale prawo pozytywne, czyli ustanowione przez człowieka, można w konsekwencji sfabrykować każde inne "nowe" prawo, nawet najbardziej głupie lub okrutne.
Paradygmat postmodernistyczny: prawa reprodukcyjne
Powszechna Deklaracja Praw Człowieka z roku 1948, która po II wojnie światowej była źródłem legitymizacji działań ONZ, w naszych czasach staje się katalogiem "praw" całkowicie nowego rodzaju: aborcji, antykoncepcji, eutanazji, obowiązkowej edukacji seksualnej, orientacji seksualnej, "zdrowej reprodukcji" i tak zwanych "praw reprodukcyjnych". Pojęcia te na trwałe zagościły w słowniku pojęć demograficznych podstawowych organizacji międzynarodowych na czele z ONZ i Unią Europejską.
"Zdrowa reprodukcja" jest terminem oznaczającym chęć sprawowania kontroli nad procesem przekazywania życia w ten sposób, by zagwarantować jednostce bezpieczne i satysfakcjonujące życie seksualne, a także kontrolować poziom płodności i ją "planować".
Termin "prawa reprodukcyjne" został po raz pierwszy użyty w roku 1994 podczas Międzynarodowej Konferencji w Kairze pod hasłem "Ludność i rozwój', zastępując pojęcie "planowania rodziny". W rzeczywistości jednak prawa do rzekomej "reprodukcji" oznaczają coś zupełnie przeciwnego: prawo do nierozmnażania się, a także zgodę polityków na edukację seksualną, aborcję, antykoncepcję i sterylizację.
Z wyżej wymienionymi terminami ściśle złączona jest nowa filozofia tak zwanych "gender", wypracowana podczas zgromadzeń odbywanych pod auspicjami ONZ, zwłaszcza w Kairze (1994) i Pekinie (1995). Za pomocą kategorii "płciowości", postmodernistyczna myśl neomarksistowska neguje istnienie natury ludzkiej trwałej i niezmiennej. "Płciowość" jest dla nich kategorią z dziedziny socjologii, nie zaś biologii. Jako że człowiek jest postrzegany jako "struktura" materialna, będąca jednym z ogniw w łańcuchu ewolucji, rozróżnienie pomiędzy męskością a kobiecością nie bierze się z samej natury, ale jest wypadkową dominującej na danym obszarze kultury, która stwarza i przypisuje "role" mężczyźnie i kobiecie. W tym kontekście wzywa się do przebudowy społeczeństwa i odwrócenia ról, jakie poprzednie stulecia przeznaczyły obu płciom, a także do likwidacji małżeństwa, macierzyństwa i rodziny.
Konsekwencjami tej prawdziwej, swoistej "rewolucji kulturowej" jest zanik wszelkiej trwałej "tożsamości" człowieka, przebudowa rodziny na taką modłę, by nie stanowiła "miejsca opresji" dla kobiet i "nieletnich", redukcja życia ludzkiego do poziomu czysto materialnego i biologicznego, czyli statusu rzeczy, które można wykorzystać w laboratorium; jednym słowem, stworzenie nowej utopii podobnej do tych, które w minionym stuleciu spowodowały nieobliczalne straty cielesne i duchowe.
Negacja tradycyjnego modelu rodziny jest obowiązkowo wpisana w plany wszystkich rewolucyjnych utopii, ponieważ taka właśnie rodzina zapewnia organiczną i harmonijną strukturę społeczeństwa i relacji międzyludzkich, w przeciwieństwie do modelu "antyrodziny" opisanego powyżej. Środowisko rodzinne w godny podziwu sposób odbija jedność, różnorodność i hierarchiczność wszechświata oraz umacnia zasady moralne, które powinny dominować w społeczeństwie.
W swoim dziele zatytułowanym Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa (1884), towarzysz Karola Marksa, Fryderyk Engels (1820–1895), próbuje udowodnić, że pochodzenie, istota i charakter rodziny nie są naturalne, ale czysto historyczne, a zatem względne. Z perspektywy marksistowskiej nie istnieje duch, który przenika materię: wszystko, co istnieje, jest ożywione wyłącznie za pośrednictwem ciągłego ruchu, stąd nic nie jest trwałe, ale wszystko się zmienia w nie kończącym się procesie. Engels podkreśla, że rodzina jest strukturą przestarzałą, powołaną do istnienia i narzuconą przez społeczeństwo burżuazyjne; w społeczeństwie bezklasowym, to znaczy z gruntu anarchicznym, przewiduje on definitywne zniknięcie rodziny, własności prywatnej, a na końcu państwa.
Upadek Muru Berlińskiego wcale nie oznaczał końca tej koncepcji, która w formie jeszcze bardziej zaawansowanej jest obecna w postmodernistycznym marks-strukturalizmie. Pogląd ten neguje istnienie niezmiennej natury ludzkiej oraz istnienie praw powszechnych i wspólnych, z drugiej natomiast strony podkreśla możliwość dialektycznej koegzystencji praw, które pozostają ze sobą w ciągłym konflikcie. Patrząc z tej perspektywy, człowiek nie posiada cech doskonałości dzięki ich potwierdzeniu w prawie naturalnym, ale wyłącznie dzięki wyzwoleniu z jakichkolwiek instynktów, uczuć i pragnień.
Z prawami człowieka ściśle łączą się wymienione wyżej prawa kobiet, dzieci, pederastów, lesbijek i niepełnosprawnych, ale także prawa chorych psychicznie, ludzi z marginesu, skazanych. Każda kategoria, każda grupa i każdy kolektyw nabywa jakieś nowe prawo. Posiadacze tych praw tworzą zatem obowiązkowe w sensie przynależenia zbiorowości, o charakterze odhumanizowanym i bezosobowym, na podobieństwo roślin, zwierząt, środowiska, ziemi, biosfery czy nieokreślonych przyszłych pokoleń.
Powyższy artykuł jest fragmentem książki włoskiego profesora Roberta de Mattei pt. "Dyktatura relatywizmu", która ukazała się nakładem Wydawnictwa PROHIBITA (www.prohibita.pl).
Książkę Dyktatura relatywizmu można nabyć w promocyjnej cenie 20,00 zł bezpośrednio u Wydawcy – 022 425 66 68, 0-691 078 163, lub przez patronacką księgarnię internetową www.multibook.pl
http://www.multibook.pl/1180,...

tekst opublikowany w: