sobota, 15 marca 2014

Cienka czerwona linia

Cienka czerwona linia. Sposoby na opornych

Dodano: 15.03.2014 [08:05]
Cienka czerwona linia. Sposoby na opornych - niezalezna.pl
foto: Valentin Ramirez/PD
Historia „od białego caratu do czerwonego” nie skończyła się wraz z upadkiem komunizmu, gdyż był to upadek pozorowany. Kłamstwo rosyjskie, następnie bolszewickie i sowieckie, a teraz znów rosyjskie, jest cały czas wykwitem tego samego kłamstwa „założycielskiego”. Punktem zaś zwrotnym w historii współczesnej nie była Gruzja - pisze Tomasz Łysiak w „Gazecie Polskiej”.

Na początku marca jedna z rosyjskich gazet, nawiązując do wypowiedzi sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego, określiła działanie Stanów Zjednoczonychprzekroczeniem „czerwonej linii”. Mały erudycyjny żarcik moskiewskich dziennikarzy przemknął niezauważony, choć był powtarzany przez wiele innych mediów. Samo nawiązanie do terminu „cienka czerwona linia” może się oczywiście jankesom kojarzyć z książką Jonesa czy filmem Malicka, ale przecież – dla Brytyjczyków – to bezpośrednie nawiązanie do wydarzenia z czasów wojny krymskiej, które miało miejsce praktycznie równo 160 lat temu na Taurydzie. W 1854 r. w trakcie bitwy pod Bałakławą oddziały szkockie, odziane w kilty oraz tradycyjne czerwone kurtki mundurowe, rozciągnęły się szeroko, wzdłuż wzgórz. Utworzyły „czerwoną linię”. Rosjanie atakowali ją kilkakrotnie, lecz bezskutecznie. „Cienka czerwona linia” stała się więc frazeologicznym symbolem zmagań bojowych o Krym, walki, która oczywiście z punktu widzenia politycznego miała o wiele większy wymiar niż tylko dotyczący miejscowych zwycięstw i porażek. Wojna krymska miała na nowo wytyczyć pewien układ sił, stanowiła konflikt europejski, w którym Rosja nie tylko testowała zwartość różnych koalicji zachodnich, wytrzymałość Turcji czy wreszcie lojalność Austrii, ale także chciała wyznaczyć sobie pewien obszar oddziaływania poprzez pokaz siły. To jej się nie udało.

Sceny sprzed lat

„Cienka czerwona linia” przywołana przez rosyjską gazetę wskazuje być może na poczucie humoru przyjaciół Moskali, a nawet samego „nastajaszcziego” przyjaciela Polski, czyli Władimira Putina. Tak niby mimochodem można nawiązać do wojny sprzed półtora wieku, aby przypomnieć przez przywołanie tamtego konfliktu, że Krym jest i był rosyjski.

Gdy jednak mamy się zanurzyć w historycznych wspominkach, wydarzenia, które obecnie obserwujemy na ekranach telewizorów, budzą skojarzenia ze smutną przeszłością Polski. Nasze państwo zostało przecież rozebrane w sposób podobny do tego, jaki się teraz odbywa na Ukrainie. Ten rozbiór Ukrainy jest naszym historycznym doświadczeniem. Niektóre obrazy budzą grozę szczególną, wywołują wydawałoby się dawno umarłe duchy z zasypanych mrokiem niepamięci kurhanów. Co rusz na współczesnych ulicach krymskich miast widać kozaków w futrzanych czapkach, wziętych jakby wprost z XIX-wiecznych rycin. Widzieliśmy te czapy w Warszawie w roku 1861, gdy kozackie oddziały rozpędzały bezbronnych manifestantów na Krakowskim Przedmieściu. Nie na darmo zresztą czapy używane są do dzisiaj przez rosyjskich żołnierzy. To akt świadomy i symboliczny – nawiązanie do zwycięskiej, imperialnej przeszłości. Duch Moskala – kozaka – bijącego batem znowu jest obok nas. Bardzo blisko naszych granic.

Rozbiorowa samoobsługa

Pierwszy akt naszych rozbiorów to Rejtan leżący na ziemi i rozdzierający szaty. Na obrazie Matejki widać w drzwiach rosyjskich sołdatów, którzy mają karabiny założone na ramiona. Nie muszą z nich nawet do nas mierzyć, wystarczy, że je mają i że nimi grożą. Reszta dokonuje się pod przymusem oraz w wyniku wieloletniej działalności takich żmij rosyjskich jak Mikołaj Repnin, który cały swój wysiłek i masę pieniędzy poświęcił na to, by Polska zgniła. Najgorsze, najbardziej upokarzające jest jednak to, że rozbioru dokonaliśmy, w świetle prawa – sami…

Drugi akt, ten z 1793 r., był z dramatycznego punktu widzenia niezwykły – na sejmie w Grodnie ambasador rosyjski Sievers zachowywał się, jak na namiestnika despotycznego imperium przystało – z jednej strony,opłacał i uzależniał finansowo posłów oraz samego króla, z drugiej – postawił działa wycelowane prosto w sejm. Miał – według instrukcji Katarzyny – doprowadzić do tego, by sejm polski sam zrzekł się swojego terytorium i oddał je Prusom i Rosji.

Działa rosyjskich okrętów w Sewastopolu, rosyjscy żołnierze w mundurach „kupionych w sklepie z militariami” czy wreszcie sterowane z Moskwy demonstracje filorosyjskie – wszystko to dobrze znamy z naszej historii. Sprawy toczą się w zadziwiająco podobny sposób.
W nocy z 22 na 23 września 1793 r. Moskale aresztowali czterech posłów polskich. Sievers tłumaczył to notą: „Częste upominania, które podpisany zmuszony był najjaśniejszym na sejm skonfederowany zgromadzonym stanom, czynić z okazji mów bezczelnych…”. I dalej pisał w podobnym tonie, wspominając o „obłąkaniu” patriotów, tudzież o tym, że „odważyli się odmalować w najczarniejszych barwach Konfederację Targowicką”.

Po ich aresztowaniu, w kolejnych pismach dyplomatycznych rosyjski ambasador ubolewał nad tym, że Polacy nie respektują… „prawa”!

Milczenie na zgodę

Retoryka putinowska, choćby ta ze sławetnej konferencji prasowej, na której Putin zachowywał się jak współczesny car, zdaje się być żywcem wzięta z pamiętników tamtej epoki.

Sejm w Grodnie, zanim zgodził się na rozbiór Polski, usiłował stawić opór. M.in. przez uparte milczenie, które trwało do późnych godzin nocnych. Generał Rautenfeld groził, słał pisma, biegał tam i z powrotem, w końcu kazał w salę sejmową wycelować armaty. Gdy i to nie przyniosło efektu, postanowił wziąć posłów głodem. Oświadczył, że nie wyjdą i nie dostaną posiłków, zanim nie podpiszą. Zegar wybił trzecią w nocy. Rautenfeld chciał już wojsko wprowadzić na salę, gdy poseł krakowski Ankwicz rozwiązał problem, stwierdzając, że… „milczenie oznacza zgodę”.

W ten właśnie prawie absurdalny, komiczno-tragiczny sposób sejm wydał zgodę na rozbiór. „Milczenie oznacza zgodę”.

Ostatni rozbiór był już faktycznym „finis Poloniae” i chociaż wbrew legendzie Kościuszko nie wydał takiego okrzyku, spadając z konia, ale koniec Polski stał się rzeczywistością.

Strach poniewczasie

Od wielu już lat „Gazeta Polska” ostrzega przed zaborczym, silnym, wziętym jeszcze z poprzednich epok imperializmem rosyjskim. Historia „od białego caratu do czerwonego” nie skończyła się wraz z upadkiem komunizmu, gdyż był to upadek pozorowany. Kłamstwo rosyjskie, następnie bolszewickie i sowieckie, a teraz znów rosyjskie, jest cały czas wykwitem tego samego kłamstwa „założycielskiego”. Punktem zaś zwrotnym w historii współczesnej nie była Gruzja. Chociaż tam Rosjanie zobaczyli jedynego współczesnego męża stanu, który ma odwagę wprost, zdecydowanie i odważnie przeciwstawić się neoimperialnym zakusom Putina. Tym punktem zwrotnym, wojną wypowiedzianą cywilizowanemu światu, stała się katastrofa smoleńska.

Jeśli kraj europejski, który na terenie rosyjskim straci swojego prezydenta, całą elitę, ministrów, generałów, nie jest w stanie zabrać wraku, dokonać rzetelnego śledztwa, znaleźć przyczyny katastrofy, a co więcej – kuli uszy po sobie i przyjmuje wersję rosyjską jako swoją, to znaczy dla Rosjan bardzo wiele. Był to swojego rodzaju test Europy. Po nim właśnie Putin zorientował się, że może sobie pozwolić dosłownie na wszystko. A teraz, na Ukrainie, realizuje z żelaznym spokojem, krok po kroku, to, co założył sobie, wymyślił i przygotował wiele lat wcześniej.
Dopiero teraz, gdy już „Putin ante portas”, rząd polski zaczyna panicznie reagować, zwołuje na gwałt spotkania z sojusznikami, błaga o pomoc, doprasza się samolotów.

Należy jednak postawić zasadnicze pytanie: dlaczego nie podjęto energicznych działań w sytuacji, gdy coraz więcej poszlak, a następnie dowodów zaczęło wskazywać, że – poprzez wydarzenia w Smoleńsku – dokonano agresji na nasze państwo? Czy sama ewentualność, sama możliwość takiego biegu wypadków nie powinna budzić największych zastrzeżeń, prowokować do drobiazgowego śledztwa? Tymczasem w sprawie smoleńskiej po prostu, ot tak sobie, niejako „spod palca” uwierzono Rosjanom. Jakby się zmienili. Jakby twarz Putina nie była ciągle tą samą twarzą rosyjskiego kozaka w futrzanej czapie, który unosi nad sobą bat, by uderzyć sługę.

„Cienka czerwona linia” została przekroczona już kilka lat temu, w kwietniu 2010 r., na lotnisku Siewiernyj. Tylko trzeba było tę linię zauważyć.

czwartek, 13 marca 2014

wiceszef samoobrony Majdanu Andrzej Garbow i szef Czarnej Sotni Aleksander Tretiakow

Nie chcemy na Ukrainie drugiej Magdalenki

Dodano: 13.03.2014 [07:17]
Nie chcemy na Ukrainie drugiej Magdalenki - niezalezna.pl
foto: Tomasz Hamrat/Gazeta Polska
Majdan bardzo źle przyjął słowa Radosława Sikorskiego. Bohaterowie, którzy zginęli za Ukrainę, gdyby jeszcze raz mieli podjąć decyzję, czy iść na barykady, poszliby. Żaden by się nie cofnął. Dlatego powiedzenie nam „Podajcie rękę Janukowyczowi, bo was powybija”, oznaczało „Przyznaj się, że przegrałeś” - mówią „Gazecie Polskiej” wiceszef samoobrony Majdanu Andrzej Garbow i szef Czarnej Sotni Aleksander Tretiakow.

Załóżmy, że świat w końcu stanowczo tupnie nogą i wyrwie Putinowi Ukrainę. Jednak rosyjskie wpływy są zakorzenione mocno w waszej administracji, służbach, armii. Polska po tylu latach nadal sobie z tym nie poradziła. Ludzie szkoleni w Moskwie są doradcami prezydenta, sędziowie stanu wojennego nadal wydają wyroki, brutalni zomowcy siedzą na ciepłych posadach w spółkach skarbu państwa.
AT: Wiemy, że przed nami bardzo ciężki proces. Zmiana rządu to dopiero początek. Ważny krok, ale mały. Jeżeli ktoś brał łapówkę albo wydawał niesprawiedliwy wyrok, nie zmieni się tylko od tego, że zasiądzie w innym gabinecie.
AG: Dlatego samoobrona Majdanu zadecydowała, że już teraz w każdym komisariacie będą nasi ludzie. Stworzymy policję nadzorczą. Policjant będzie odpowiedzialny zarówno przed komendantem, jak i przed przedstawicielem samoobrony. Przez rok zamierzamy ich pilnować i zgłaszać wszelkie nieprawidłowości.

A po roku?
AT: Zobaczymy. Najpierw władza musi się nauczyć, że odpowiada przed narodem za swoje decyzje i działania. Będziemy uważnie patrzeć jej na ręce, żeby nie zginęły pod stołem z kolejną kopertą.

Macie na to zgodę ministerstwa spraw wewnętrznych?
AG: Tak, bezpośrednią. Jesteśmy w trakcie zmiany niezbędnych ustaw. Ale już teraz w zasadzie żaden funkcjonariusz nie wychodzi na patrol po mieście bez przedstawicieli samoobrony.

Pojawiały się obawy, że ludzie Majdanu, którzy weszli do rządu, będą odgrywać rolę paprotek pozbawionych realnej władzy.
AG: Nie pozwolimy sobie na polską Magdalenkę. I chociaż jesteśmy zwyczajnie fizycznie wykończeni wielomiesięcznym Majdanem, sporo osób, które stały na barykadach, często młodych chłopaków, musi się pozbierać psychicznie po tym, co przeszły. Nie odpuszczamy. I pilnujemy Ukrainy.

Nie ufacie Julii Tymoszenko?
AG: Odpowiem tak: Ona nie może decydować dziś o Ukrainie, bo jej z nami nie było na Majdanie.

Nie mogła być.
AG: No właśnie.

Gdyby nie była w więzieniu, pewnie stałaby z Wami.
AG: Może by stała.

Komu ufacie?
AG: Adrzejowi Parubijowi [szef Samoobrony Majdanu, obecnie sekretarz Rady BezpieczeństwaNarodowego i Obrony Ukrainy – przyp. red.].
AT: Zanim podszedł do mnie Parubij, przychodziło pięciu czy sześciu polityków, którzy proponowali mi różne stanowiska czy funkcje. Ale współpracuję z Parubijem, bo to reprezentant narodu. A to naród walczył, a nie politycy. Znam Parubija i ufam mu. Niewiele osób o tym wie, a on sam tego nie powie, ale to chyba pierwszy deputowany na Ukrainie, który nie przyjął od rządu przydziału mieszkania. To w naszym kraju nie do pomyślenia.

Jak Majdan zareagował na słowa polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego: „Podpiszcie albo zginiecie”?
AT: Bardzo źle. Nie twierdzimy, że wasz minister jest zły, ale to, co powiedział, było złe.
AG: Polska, jako jedyny kraj, od pierwszego dnia rewolucji wspiera nas bardzo mocno. Żaden kraj nam tak nie pomógł. Są tu wasi dziennikarze, wolontariusze, politycy. Otrzymujemy pomoc np. medyczną, leczycie naszych rannych. Bardzo wam za to dziękuję w imieniu wszystkich Ukraińców. Ale to, co powiedział wasz minister po wyjściu z rozmów z naszą opozycją było złe. Byliśmy tak zdeterminowani, że nie baliśmy się śmierci, tylko domagaliśmy się twardych negocjacji i sprawiedliwości. Bohaterowie, którzy zginęli za Ukrainę na Majdanie, gdyby jeszcze raz mieli podjąć decyzję, czy iść na Hruszewskiego czy Instytucką, poszliby. Żaden z nich by się nie cofnął. Zresztą idąc tam, stojąc na pierwszych barykadach, w każdej sekundzie liczyli się z tym, że za chwilę padną strzały i to oni będą na pierwszej linii. I zginą.
AT: Dlatego powiedzenie nam „Podajcie rękę Janukowyczowi, bo was powybija”, oznacza: „Przyznaj, że przegrałeś”. A Ukraina już nigdy nie będzie na kolanach przed Rosją.

Radosław Sikorski tłumaczył później, że nie groził, tylko ostrzegał. Następnego dnia ujawniono rządowe plany brutalnej pacyfikacji Majdanu. Może gdyby nie to porozumienie, ofiary liczono by nie w setkach, lecz dziesiątkach tysięcy?
AT: Ostrzegał po trzech miesiącach. To jakieś nieporozumienie. Kto był na barykadach i Majdanie, dobrze wiedział, w jakim celu stoi i co może go spotkać. Staliśmy tam z konkretnymi postulatami. I każdy był gotowy stać tak długo, aż zostaną zrealizowane. Albo aż zginie.
AG: Nikt nas nie musiał ostrzegać. Nawet w razie pacyfikacji nie oddalibyśmy Majdanu. Bo to serce narodu ukraińskiego. Oddając Majdan, oddalibyśmy swoją wolność. Z całym szacunkiem, ale wiemy lepiej od pana Sikorskiego, jakim człowiekiem jest Janukowycz, nie trzeba nas ostrzegać. Powtarzam, nie chcemy na Ukrainie Magdalenki.

wtorek, 11 marca 2014

"Putina może powstrzymać tylko armia". Wstrząsające słowa jego byłego doradcy

Dodano: 10.03.2014 [20:45]
"Putina może powstrzymać tylko armia". Wstrząsające słowa jego byłego doradcy - niezalezna.pl
foto: kremlin.ru/ creativecommons.org/licenses/by/3.0 /deed.en
Obecny kryzys na Ukrainie może doprowadzić do III wojny światowej - ostrzega były doradca prezydenta Rosji Andriej Iłłarionow. Jego zdaniem na sankcje finansowe jest za późno, a Władimira Putina powstrzymać może tylko reakcja wojskowa Zachodu.

Iłłarionow, obecnie związany z waszyngtońskim konserwatywnym ośrodkiem Cato Institute, był jednym z głównym doradców ekonomicznych prezydenta Rosji Władimira Putina i negocjował przyjęcie Rosji do grupy najbardziej uprzemysłowionych krajów świata (G8). Rozstał się z rosyjskim rządem w 2005 r.

W rozmowie z Iłłarionow przekonywał, że Rosja z "półdemokracji", jaką była kilkanaście lat temu, przekształciła się "w państwo w pełni autorytarne". "Rosja bardzo zmieniła się w ciągu ostatniej dekady. To obecnie kraj więźniów politycznych, zastraszania mniejszości, opozycji politycznej czy gejów. Prowadzi bardzo agresywną politykę zagraniczną, której celem jest nakreślenie na nowo granic w Europie. To nie jest żart. To jest oficjalna polityka rządu" - powiedział Iłłarionow.

Jego zdaniem obecny kryzys na Ukrainie może doprowadzić nawet do "wojny na pełną skalę". - To nie jest kryzys krymski czy nawet ukraiński. To kryzys, który potencjalnie może doprowadzić do trzeciej wojny światowej. To nie jest przesada, ostrzegam już od trzech miesięcy - podkreślił.

- Po pierwsze, aneksja Krymu jest już faktem dokonanym. To zostanie zalegalizowane 21 marca decyzją Dumy Państwowej i Rady Federacji (obu izb rosyjskiego parlamentu) Federacji Rosyjskiej. Po drugie, południowa i wschodnia Ukraina. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow już publicznie ogłosił, że Rosja ma tam duże interesy i zastrzega sobie prawo do interwencji. Trzecim i najważniejszym kierunkiem ataku jest Kijów. Celem jest cała Ukraina. Putin chce stworzyć korytarz lądowy z Krymu do Naddniestrza, kontrolowany już przez jakiś czas przez funkcjonariuszy FSB (była KGB). (...) A ponieważ prezydent Barack Obama i narody europejskie nie są chętne do użycia żadnych realnych środków wobec Rosji, to osiągnięcie tego celu jest tylko kwestią czasu - ostrzegł Iłłarionow.

Jego zdaniem w 2008 r. Putina od dalszej inwazji na Gruzję powstrzymała decyzja ówczesnego prezydenta USA George’a Busha o wysłaniu do Turcji i Rumunii jednostek sił powietrznych oraz marynarki wojennej na Morze Czarne. - Gdy tylko rosyjski wywiad wykrył masowy ruch amerykańskich wojsk w kierunku Gruzji, Miedwiediew i Putin wydali rozkaz, aby zatrzymać się 35 mil od Tbilisi. To było 12 sierpnia 2008 r." - powiedział Iłłarionow. Przyznał, że obecnie nikt nie jest na taki ruch gotowy. "Ale nie widzę innych instrumentów, by zapobiec agresji i okupacji oraz przekształceniu się tego kryzysu w kryzys europejski z udziałem krajów sąsiadujących, NATO i USA" - powiedział.

W ocenie byłego doradcy Putina większość społeczeństwa rosyjskiego przeszła "pranie mózgu" w ciągu ostatnich 15 lat. - Wielu osobom bardzo podoba się ten imperializm i dążenia do odzyskania historycznych ziem. Odzyskanie Krymu ogromnie zwiększy popularność Putina. Będzie uważany niemal za Boga. A każdy, kto wyrazi sprzeciw, zostanie zgnieciony - powiedział.

Na sankcje finansowe Zachodu przeciwko członkom rządu Rosji jest zdaniem Iłłarionowa za późno. - Nikt ich jeszcze nie wprowadził. Ale nawet jak to się stanie, to będą zbyt słabe. Putin i jego przyjaciele od zeszłego roku zaczęli wycofywać swoje aktywa z USA i Europy do Rosji. Przygotowywali ten atak na Ukrainę - powiedział. Teraz jest czas tylko na zademonstrowanie gotowości do użycia siły militarnej.

Zdaniem analityka na Putina nie wpłynie też usunięcie Rosji z grupy G8. - Już w roku 2006 mówiłem, że Rosję należy wyrzucić z G8. Wtedy to mogło mieć jakieś ograniczone znaczenie, dziś już nie - powiedział. Przypomniał, że dokumenty założycielskie G8 wyraźnie głoszą, że tylko kraje demokratyczne, gdzie obowiązują rządy prawa, mogą być członkami grupy. - Od 2004 r., kiedy Rosja przestała być półdemokracją, jaką była dotychczas, i stała się w pełni autorytarna, straciła prawo bycia członkiem grupy G8. A od nielegalnej inwazji na Gruzję Rosja straciła to prawo także z międzynarodowego punktu widzenia - uważa Iłłarionów.

Dlaczego więc inne kraje G8 nie wyrzuciły wówczas Rosji z tej grupy? - Było oświadczenie G7, ale nie miało ono żadnych następstw prawnych lub faktycznych. A trzy miesiące później prezydent Francji Nicolas Sarkozy zaprosił Putina do Nicei i Cannes i dobrze się z nim bawił. Dlaczego? Można zadawać pytanie, czemu Daladier i Chamberlain nie podjęli odpowiednich działań przeciw Hitlerowi i Mussoliniemu i zawarli układ monachijski 30 września 1938. To jest dokładnie to samo podejście. Wtedy nazwano to polityką "ustępstw". Dziś to się nazywa "resetem"  - powiedział Iłłarionow.

Kupujcie elektroniczną prenumeratę "Codziennej", "Nowego Państwa" i "Gazety Polskiej"! Pozwoli to nam uniknąć restrykcji ze strony jednego z kolporterów.

niedziela, 9 marca 2014

znaleziony ładny wierszyk

OdpowiedzZgłoś nadużycie
Świniom dobrze dziś się żyje, bo w korycie mają ryje. 
Gdy o drogę do koryta jakiś szarak się zapyta, 
To dostanie takie baty, co nie dostał ich u taty! 
U nas świnie specyficzne, można by rzec – endemiczne! 
Nie zwyczajne i typowe, lecz czerwone i różowe... 
Te zajęte żarciem świnie myślą także o rodzinie. 
Więc koryto powiększają i rodzinę tam ściągają. 
Żrą i ryją w tym korycie, zarabiając tak na życie.
Że lud na nich wciąż haruje, to najbardziej ich rajcuje! 
Wciąż się więcej domagają, bo za mało – mówią – mają. 
A niektóre w tym korycie przepędziły całe życie! 
Tak się już przyzwyczaiły, że oderwać nie masz siły! 
Jeden taki nawoływał, Korwin-Mikke się nazywał, 
Zlikwidować chciał koryto, lecz go szybko się pozbyto. 
Innym też nie darowali, samobójcę im posłali. 
Sprawy państwa, wielkiej wagi, nie zwracają ich uwagi. 
Kraj już nic ich nie obchodzi, ani starzy ani młodzi. 
Statystyki poprawiają, za granicę wyganiają! 
Tam masz mieszkać no i tyrać, lecz kasiorę tu przysyłać! 
By koryto powiększali; swoim braciom poryć dali. 
Wszystko wkoło już się wali, dług powiększa w dużej skali. 
A te świnie, jak widzicie, ciągle pasą się w korycie. 
A gdy dno już prześwituje, zachowują się jak zbóje. 
Grabią, doją, napadają i podatki podwyższają! 
Naród skomle, płacze, kwiczy, ale z nim się nikt nie liczy. 
Już policję dozbroili, w razie czego będą bili. 
A i strzelać jej poradzą, a koryta nie oddadzą. 
Trzeba doić, strzyc to bydło, a gdy padnie zrobić mydło. 
To recepta prosta taka, stosowana przez Szmaciaka. 
Świnie wiedzą, kto to taki, bo pochodzą z jednej paki... 
Nowe plemię szmaciakowe będzie robić nam odnowę! 
Gejów i lesbijki chwalić, a historię z szkół wywalić! 
Dzieci też nam demolują, seksualnie edukują. 
Nowych stworzyć chcą ludzików, bardzo sprawnych niewolników. 
Niszczą wiarę, autorytety, ludzie ślepi są niestety. 
Każą nam zaciskać pasa, niemal chodzić na golasa, 
Mirabelki jeść i szczaw, Boże od tych świń nas zbaw! 
Gdy wybory się zbliżają, świnie maski zakładają. 
Na szkło znów od rana parcie, obiecują i nam żarcie! 
Po redakcjach wciąż biegają, zatroskanych odgrywają. 
Znów ogarnia je obłuda, obiecują nowe cuda. 
Inwestycje już szykują! Wszystkim ulgi obiecują! 
Będzie miliard, sto i dwieście, wy się głupi ludzie cieszcie! 
Będą domy i mieszkania, praca, płaca, dobre dania. 
Będą szkoły i szpitale, kolejek nie będzie wcale. 
Durny naród znów się zbierze i przy urnach ich wybierze. 
Gdy im głosów trochę zbraknie, wtedy się wyniki nagnie. 
Na serwerach, u Kacapa, spoczywa niedźwiedzia łapa. 
Znów zasiądą przy korycie, będą wiedli słodkie życie. 
Historia zatoczy koło. Nam będzie smutno, a im wesoło...

kobieta

Dramat współczesnej kobiety

Aktualizacja: 2014-03-7 9:32 pm 
Jeśli pragniecie ocenić współczesne społeczeństwo pod względem zwykłej ludzkiej szczęśliwości – przyjrzyjcie się twarzom kobiet. Kobieta jest znacznie wrażliwsza od mężczyzny na sprawy ducha; i wszystko co odczuwa lub kim jest, wypisane jest po dwudziestym piątym, trzydziestym roku życia na jej twarzy.
Czego pragną kobiety? 
Jesteśmy jednak obecnie do tego stopnia zaabsorbowani modą, iż rzadko dostrzega­my, w jaki sposób stan duszy współczesnej kobiety znajduje wyraz w jej oczach i obliczu. Przeoczamy przez to fakt, że większość ame­rykańskich kobiet, zarówno tych wyemancy­powanych, jak i piękności ze sprzedawanych w milionowych nakładach powieści, płacze co noc przed zaśnięciem albo też nieustannie daje wyraz swemu rozgoryczeniu i frustracji.
Natura kobiety jest przedmiotem rozwa­żań filozoficznych i duchowych. By jednak dowiedzieć się, w jakim celu została ona stworzona, nie potrzeba sondaży przepro­wadzonych przez Instytut Gallupa. W isto­cie nie byłyby nam one nawet w tym zbyt pomocne. Kobiety, podobnie jak wszystkie istoty ludzkie, stworzone zostały dla Boga, zarówno w tym życiu, jak i w wieczności. Szczególne ich powołanie polega jednak na tym, by kochać i służyć, by kochać Boga i służyć Mu zazwyczaj w innym człowieku. Można powiedzieć, że kluczem do zrozumie­nia natury każdej kobiety – oraz jej szczę­ścia czy tragedii – jest odkrycie, kogo ona kocha. Tymczasem mężczyzna, pomimo iż posiada to samo ostateczne przeznaczenie, często potrafi zakochać się w jachcie, samo­chodzie czy korporacji.
Rozważając kwestię uczuć kobiety, powie­dzieć trzeba, że może być szczęśliwą jedy­nie wówczas, gdy te uczucia będą właściwie ukierunkowane i odwzajemnione. Właściwe ukierunkowanie oznacza, że głównym podmiotem jej miłości powinien być Bóg. Zaś wszystkie inne osoby, które obdarzy ona swą miłością, winy być przez nią kochane w Chrystusie. Jeśli przyjrzymy się sytuacji współczesnej kobiety w tym właśnie świetle, zrozumiemy, iż społeczeństwo nasze zdra­dziło ją na każdej płaszczyźnie.
Tragedia zmarnowanej ofiary
Dramat dojrzałej, współczesnej kobiety, posiadającej dorosłe już dzieci, jest drama­tem zmarnowanej ofiary. W planie Bożym małżeństwo jest dla większości kobiet dro­gą do uświęcenia, ołtarzem dla składania każdego dnia ofiar miłości i poświęcenia.
Do tego stopnia pomaga ono w wykorzenia­niu egoizmu, że nawet obecnie rzadkością jest widok kobiety samolubnej, chyba że sto­sując antykoncepcję odmówiła ona zgody na przyjęcie potomstwa, będącego naturalnym owocem małżeństwa. Macierzyństwo auto­matycznie przydaje kobiecie godności i dostojeństwa, które wzrastają wraz ze zwięk­szaniem się liczebności rodziny oraz ilości podejmowanych ofiar.
Normalna kobieta, chrześcijanka czy poganka, troszczy się przede wszystkim o swe dzieci, dając im pierwszeństwo przed sobą. Zapewnia im porządne ubrania, sama zadowalając się byle czym, umożliwia im edukację, wyrzekając się nowych mebli czy perfum. Normalna kobieta nie zauważa na­wet swych poświęceń, ponieważ kocha swe dzieci i ma świadomość jak bardzo one jej potrzebują. Wszystko to należy do Bożego planu i stanowi preludium do wiecznego szczęścia. Jest niejako dla życia ducho­wego etapem czyśćcowym, stanowiącym przygotowanie do radości ze zjednoczenia z Bogiem. Chrześcijańska kobieta, kochając swe­go męża oraz dzieci, powinna nieustan­nie rozwijać w sobie tęsknotę za tym, co współczesna psychologia określa okresem “pustego gniazda”, kiedy dzieci ostatecznie opuszczają dom, udając się na studia lub zakładając własne rodziny. Powinna za nim tęsknić, ponieważ mogąc poświęcić więcej czasu na osobistą modlitwę, będzie wów­czas skuteczniej mogła wyzbyć się miłości własnej i poczynić postęp w życiu ducho­wym. Powinna być już dostatecznie doj­rzała duchowo, by postrzegać minione wy­rzeczenia jako drobnostki i mieć nadzieję, że będzie mogła wkrótce prowadzić życie bardziej skromne, proste i kontemplacyjne, niż to było możliwe w otoczeniu dorasta­jących dzieci. Podobnie jak święte królowe, powinna planować zawczasu posługi, jakie będzie mogła świadczyć chorym lub po­trzebującym, gdy ręce jej będą już mogły okazać miłość najmniejszym z umiłowa­nych przez Chrystusa.
Okrutne kłamstwa na temat kobiet