czwartek, 8 maja 2014

Koniec grożenia palcem


Koniec grożenia palcem - niezalezna.pl
foto: arch. GP
Dotychczasowe sankcje USA wobec Rosji były próbą straszenia. Obecnie wszystko wskazuje na to, że wchodzimy w fazę prawdziwych sankcji.

By były one skuteczne, muszą realnie uderzyć we Władimira Putina, który ma zdeponowane na Zachodzie co najmniej 40 mld dol., ale ich najważniejszym celem powinny być instytucje finansowe Rosji. Wówczas rozmaitym cwaniakom przestanie się opłacać robić interesy z Moskwą, bo ta będzie niewypłacalna. Taki obrót sprawy oznaczać będzie nabrzmiewanie konfliktu między USA a Niemcami, co dla Polski jestkorzystne, sprowadza się bowiem do wywierania nacisku na Berlin, by przestał angażować się po stronie Putina. Warto wspomnieć, że jeśli w tej rozgrywce przeciwko Putinowi Obama zdecyduje się wykorzystać sprawę katastrofy smoleńskiej, będzie to oznaczało natychmiastową śmierć polityczną Donalda Tuska.

poniedziałek, 5 maja 2014

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 4 maja 2014

Nim ochłoną ze zdumienia


Pełniący obowiązki prezydenta Ukrainy pan Turczynow i premier Arszenik Jaceniuk przyznali, że Kijów nie kontroluje sytuacji co najmniej w dwóch obwodach na wschodzie Ukrainy. A nie kontroluje, bo nie może liczyć ani na swoich urzędników, ani na tamtejszą milicję, ani na Gwardię Narodową, ani nawet na Służbę Bezpieki Ukrainy, które albo biernie oczekują rozwoju wypadków, to znaczy - kto ostatecznie weźmie górę i komu trzeba będzie się zameldować, albo wręcz przechodzą na stronę „separatystów”, którzy w związku z tym przejmują inicjatywę nie tylko w tych „co najmniej dwóch” obwodach, ale również w innych wschodnich prowincjach. Ta deklaracja wyjaśnia przyczyny, dla których władze w Kijowie próbowały wciągnąć na Ukrainę oddziały wojskowe z państw NATO, a w ostateczności - „błękitne hełmy” z ONZ. Ale amerykański sekretarz stanu John Kerry oświadczył, że NATO nie odda „ani guzika” - ale tylko z terytorium Paktu, do którego Ukraina nie należy między innymi dlatego, że stanowczo nie życzą sobie tego Niemcy.
Widać wyraźnie, że strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie jak dotąd wytrzymuje wszystkie próby niszczące, które zaaplikowały mu Stany Zjednoczone w ramach aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, do której właśnie powróciły po raz kolejny po sławnym „resecie”, czyli deklaracji prezydenta Obamy z 17 września 2009 roku. Najwyraźniej we wschodnich obwodach Ukrainy powtarza się scenariusz krymski z tą może różnicą, że tutaj Rosja raczej powstrzyma się, przynajmniej na początku, przed inkorporacją wschodnich obwodów do terytorium Federacji, zadowalając się umacnianiem miejscowych „republik”, za pomocą których przebije sobie korytarz do Krymu bez konieczności oficjalnego wprowadzania tam własnych wojsk - o czym wielokrotnie zapewniał Amerykanów rosyjski minister obrony Sergiusz Szojgu. Te „republiki” nie będą oczywiście uznawane przez większość państw, podobnie jak Południowa Osetia, czy Abchazja, ale to nie jest konieczne dla istnienia korytarza do Krymu, a przede wszystkim - dla przejęcia przez Rosję de facto kontroli nad uprzemysłowionymi obwodami Ukrainy, a więc do faktycznego rozbioru tego państwa.
Taka perspektywa skłania do zastanowienia, czy przypadkiem kijowski Majdan, którym tak się podniecali nasi Umiłowani Przywódcy, nie narodził się z inicjatywy ruskich szachistów, którzy przecież nie od dziś potrafią grać na wielu fortepianach jednocześnie, w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców, co to z uporem maniaka uderzają w jeden klawisz - albo w ten, albo w tamten. Starożytni Rzymianie powiadali: „is fecit cui prodest”, co się wykłada, że zrobił ten, kto skorzystał. Jak dotąd najwięcej na ukraińskim przewrocie skorzystała Rosja, która nie tylko przejęła Krym i nie musi teraz martwić się o dzierżawę bazy morskiej w Sewastopolu, ale wobec postępującej utraty kontroli nad wschodnimi prowincjami przez Kijów, wypełnia próżnię polityczną również i tam. Zarówno pełniący obowiązki prezydenta pan Turczynow, jak i premier Arszenik Jaceniuk wyszli na tym przewrocie jak Zabłocki na mydle, bo wprawdzie mianowali się dygnitarzami, ale właśnie kompromitują przed społecznością międzynarodową nie tylko siebie, ale - co jest niewątpliwie znacznie gorsze i potencjalnie brzemienne w skutki - całe ukraińskie państwo, które nie tylko coraz bardziej demaskuje się jako pseudonim sitwy skorumpowanych królewiąt zwanych „oligarchami”, ale również - jako rodzaj „państwa sezonowego”.
Myślę, że warto zatrzymać się na moment nad owymi „oligarchami”, a zwłaszcza podjąć próbę odpowiedzi na pytanie o ich związki z sowieckimi tajnymi służbami. Czy na przykład taki pan Piotr Poroszenko, który okazał się „głównym sponsorem Majdanu”, a obecnie wystawił swoja kandydaturę w zaplanowanych na 25 maja wyborach prezydenckich nie miał aby jakichś bliskich spotkań III stopnia z KGB? Przebieg jego dotychczasowej politycznej, a również i biznesowej kariery może na to wskazywać. Zatem nie można również wykluczyć, że pan Piotr Poroszenko zasponsorował kijowski Majdan w sekretnym porozumieniu z ruskimi szachistami, którym taki właśnie pretekst był potrzebny do dokonania rozbioru Ukrainy, w następstwie którego pan Poroszenko może liczyć na udzielne księstwo w postaci porozbiorowej resztówki. Dokładnie tak właśnie kombinował sobie w okresie „potopu” szwedzkiego książę Janusz Radziwiłł, który dla swoich kombinacji wymyślił pozory patetycznych patriotycznych uzasadnień, którymi uwiódł pana Kmicica. Czyżby zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi w ten sam sposób udało się wyprowadzić w pole nie tylko „aktywistów Majdanu”, ale i naszych Umiłowanych Przywódców, że ci - oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - wystąpili w roli pożytecznych idiotów?
Tego też wykluczyć się nie da. „Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka. To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse” - śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence „Rejtan, czyli raport ambasadora” - oczywiście Ottona Magnusa von Stackelberga, który w raporcie przesłanym Katarzynie tak charakteryzuje Polaków: „La liberte polonaise n’ayant jamais porte que sur l’imagination... a accoutume la nation au seul culte de l’appareil exterieur” - co się wykłada, że wolność polska zawsze skierowana w stronę wyobraźni, przyzwyczaiła naród do kultu działań zewnętrznych, a ściśle biorąc - do kultu pozorów. Ale wychowanie dzieci obejmuje również ich karcenie i jeśli z tego właśnie punktu widzenia spojrzymy na rewelacje ogłoszone niedawno przez byłego dygnitarza Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Platformy Obywatelskiej Pawła Piskorskiego, to można nabrać podejrzeń, że oto Stronnictwo Ruskie przystąpiło do karcenia Umiłowanych Przywódców naszego nieszczęśliwego kraju.
Mianowicie pan Piskorski przypomniał sobie, jak to w początkach lat 90-tych, kiedy to światło nie było jeszcze oddzielone od ciemności, niemiecka CDU futrowała finansowo Kongres Liberalno-Demokratyczny markami, które „aferałowie” wymieniali następnie po kantorach, w ten sposób wstępnie forsę przepierając. Tym razem niezależne media głównego nurtu zamiast zamilczeć roztropnie, podniosły hałasy, co oznacza, że pan Piskorski chyba nie działa samotnie. W tej sytuacji premier Tusk wszystkiemu zaprzeczył, a w szczególności - że KL-D otrzymał od CDU jakąś „pożyczkę”. Na to pan Piskorski przytomnie replikował, że on nie mówił o żadnej „pożyczce”, tylko o darowiznach.
W ten oto sposób dyskurs polityczny niebezpiecznie zbliżył się do „danych wrażliwych”, na co podczas przesłuchania u resortowej „Stokrotki” w TVN zwrócił uwagę Aleksander Kwaśniewski. Po pierwsze - zeznał, to wszystko wydarzyło się dawno, a poza tym, a właściwie nie tyle „poza tym”, co przede wszystkim - „tak nie można”. Ano, jużci prawda; pan Aleksander Kwaśniewski, kiedy tylko na skutek karygodnej lekkomyślności naszego mniej wartościowego narodu tubylczego został prezydentem Rzeczypospolitej, natknął się na publikację w tym samym tygodniku „Wprost”, który teraz wdał się w rozmowę z panem Piskorskim, a która wtedy dotyczyła krociowych sum, jakie PZPR kradła z Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego „Pewex” i lokowała na kontach w szwajcarskich bankach. Ile tego mogło być, na to wskazywała informacja, że w latach 1988-89, kiedy dyrektorem Pewexu był Marian Zacharski, PZPR wykorzystała 800 zezwoleń dewizowych, realizując zatem więcej niż jedno dziennie, zaś przykładowy transfer z jednego dnia obejmował 22 mln franków szwajcarskich i 750 tys. dolarów. I tak dzień w dzień przez co najmniej 18 lat - bo tyle lat istniał Pewex. Kto do tych pieniędzy ma dostęp, jaki robi z nich użytek i tak dalej - o tym sza. Aleksander Kwaśniewski bowiem zareagował na tamtą publikację pogróżką, że jeśli jeszcze chociaż jedno słowo ktoś na ten temat piśnie, to on zarządzi „lustrację totalną”.
Na takie dictum Jacek Kuroń i prof. Karol Modzelewski napisali do prezydenta Kwaśniewskiego list z propozycją, by już się nie kłócić, byle tylko premier Józef Oleksy, właśnie oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji, podał się do dymisji. I tak się stało - co pokazuje, że tajemnice III Rzeczypospolitej są przez naszych Umiłowanych Przywódców strzeżone w porozumieniu ponad politycznymi podziałami, podobnie jak wznoszą się oni ponad polityczne podziały, kiedy idzie o sprawy naprawdę dla naszego nieszczęśliwego kraju istotne. Mam tu na myśli zarówno Anschluss do Unii Europejskiej, jaki nastąpił 1 maja 2004 roku, jak i ratyfikację traktatu lizbońskiego. Czy jednak III Rzeczpospolita ma jakieś tajemnice wobec zimnego rosyjskiego czekisty Putina? Myślę, że przed nim żadnych tajemnic ona nie ma i dlatego rada, jaką Jacek Kaczmarski wkłada w usta ambasadora Stackelberga: „Dlatego radzę; nim ochłoną ze zdumienia, tą drogą dalej iść; nie grozi niczym to! Wygrać, co się da wygrać! Rzecz nie bez znaczenia, zanim nastąpi europejskie qui pro quo” - jest niestety, a właściwie właśnie nabiera coraz większej aktualności.
Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

niedziela, 4 maja 2014

Skwieciński dla wPolityce.pl: Gdyby wygrali Niemcy, to Polaków po prostu by nie było. Nie odmrażajmy sobie uszu na złość „Wyborczej”

fot. wikimedia commons
fot. wikimedia commons
Z wielkim oburzeniem przyjęli niektórzy artykuł Piotra Zarembyw którym autor krytykuje skłonność części prawicy, by „na złość mamie odmrozić sobie uszy” i by, skoro niektórzy nasi przeciwnicy relatywizują zbrodnie komunizmu, w odwecie zrelatywizować ludobójstwo hitlerowskie. A już najgorszym kamieniem obrazy było proste stwierdzenie Zaremby, że
w latach 1944-1945 to Armia Czerwona uratowała nas przed zagładą.
A przecież to jest stwierdzenie oczywistego faktu, z którego bynajmniej nie wynika konieczność sympatii do ZSRR, odczuwania wobec niego jakiejkolwiek wdzięczności itd.
Zasięg i skala zbrodni popełnionych na narodach, które miały nieszczęście czy to na skutek geopolitycznej przemocy, czy to na skutek własnego wyboru trafić do radzieckiej strefy wpływu (czy szerzej: do obozu międzynarodowego komunizmu) są wstrząsające i horrendalne. Do tego stopnia wstrząsające i horrendalne, że uzasadniają postawienie tezy, iż to właśnie bolszewizm, a nie faszyzm był największym złem, które w XX wieku dotknęło ludzkość. Albo przynajmniej równym złem. Nie wypowiadam się tu ani za, ani przeciw tej tezie. Ale to jest to teza poważna.
Tylko że oprócz refleksji w skali makro, czyli całej ludzkości jest jednak coś takiego, jak refleksja w skali mikro, czyli lokalnej. Bo przecież żadne zjawisko, dobre czy złe, nie rozkłada się „po równo”. Coś, co większości przyniosło dobro, jakiejś mniejszości mogło przynieść zło, i oczywiście odwrotnie. A jeśli mówić raczej nie o źle i dobrze w stanie czystym, tylko o ich mieszankach (czyli jeśli mówić o świecie realnym, a nie tym z prelekcji politruków najróżniejszych jedynie słusznych kierunków ideowych) to ta prawidłowość jest jeszcze bardziej oczywista. Coś, co w skali planetarnej niosło zagładę, w skali lokalnej mogło kogoś (nie tylko poszczególne osoby, również i zbiorowość, nawet cały naród) uratować.
I tak właśnie jest z Polakami i Armią Czerwoną. Jak napisał Paweł Hertz
oni nas nie wyzwolili, ale oni uratowali nam życie.
To lapidarne zdanie oddaje istotę rzeczy. Armia radziecka przyniosła nam oczywiście nowy terror i nową niewolę. Przyniosła rzeczywistość złą, a w niektórych aspektach straszną. Ale zarazem taką, którą naród mógł przetrzymać i przetrzymał. Tymczasem „za Niemca” byliśmy „następni po Żydach w kolejce do piachu”. Taka dosłownie wtedy mówiono; taka była wówczas powszechna świadomość naszych dziadków i pradziadków. A wszystko, co dziś wiemy o niemieckich zamierzeniach na okres po wygraniu przez III Rzeszę wojny, o Generalplan Ost i o ludobójczym szale, w jakim znaleźli się wtedy i zwykli Niemcy, i nazistowskie elity dowodzi, że była to intuicja prawidłowa.
Tymczasem Stalin, będąc oczywistym zbrodniarzem, mającym na rękach również masę polskiej krwi (i z czasów „operacji polskiej” NKWD w 1937 roku, i z lat 39-41, i z okresu późniejszego) nie planował jednak eksterminacji naszego narodu i jego likwidacji. I z naszego punktu widzenia to była zasadnicza różnica między nim a Hitlerem.
Oczywiście – można na to odpowiedzieć żachnięciem i przytoczeniem iluś tam przykładów radzieckich zbrodni. Przykładów prawdziwych, tylko że nic nie zmieniających. Bo celem Kremla nie była likwidacja Polaków, tylko ich sterroryzowanie i zniewolenie. Temu służyły te zbrodnie. Zaś zbrodnie niemieckie (oprócz tego, że kosztowały życie znacznie większej liczby naszych rodaków, niż radzieckie) były elementem łańcucha, zmierzającego do fizycznej likwidacji narodu.
Można też odpowiedzieć tak Józef Beck, który przed 1939 rokiem stwierdził, że
jeśli napadną na nas Niemcy, przegramy wolność; jeśli napadną Rosjanie, stracimy duszę.
Ładnie to brzmi, i nawet jest w tym coś z prawdy (jak prawie we wszystkim…). Ale jak uczy historia ze stanu „utraty duszy” potrafiliśmy się wydobyć, i w końcu zrzucić jarzmo. A ze stanu utraty życia (bo gdyby wygrał Hitler, to by nas po prostu fizycznie nie było, przynajmniej w Europie środkowej) raczej się nie wraca.
Coś, co z punktu widzenia Estończyka, Łotysza, Węgra czy antykomunistycznie nastrojonego obywatela któregoś z państw zachodnich było większym złem (czyli zwycięstwo Stalina nad Hitlerem) dla nas było złem mniejszym. Mniejszym, bo choć było straszne, niosło śmierć wielu najlepszym przedstawicielom narodu i wiele, wiele innego paskudztwa, to przynajmniej zapewniało Polakom przetrwanie.
I przecież to wszystko są „oczywiste oczywistości”, nad którymi nawet dyskutować trudno.
Ale wielu nie potrafi dostrzec tej oczywistości.
Jeśli jest to kwestia ograniczenia intelektualnego, to mniejsza. Ale są też tacy, którzy nie tyle nie potrafią, ile nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Bo boją się, że jak raz w swoim rozumieniu przyznają w czymś rację stronie przeciwnej, to cały ich świat ideowy się posypie. I widzą, że strona przeciwna bez przerwy proponuje im jakieś rodzaje relatywizmu. Sądzą więc, że jedyną reakcją, dającą im pewność nie zachwiania się w tej walce z przeważającym przeciwnikiem jest eskalacja własnego radykalizmu.
Tym osobom zasugerowałbym, żeby zastanowiły się, czy naprawdę pewne są własnych wyborów, jeśli tak bardzo obawiają się, że dostrzeżenie prostego i oczywistego faktu może je podważyć.
Piotr Skwieciński

sobota, 3 maja 2014

Relacje naocznych świadków wczorajszych wydarzeń w Odessie




Relacje naocznych świadków wczorajszych wydarzeń w Odessie : ... ruskie tituszki(ok. 700) miały pecha - zachciało im się napaść na proukraińska manifestację wtedy gdy w pobliżu przechodzili/wracali z meczu(Czarnomorec Odessa vs. Metalist Charków) kibice obu drużyn. Dodatkowo charkowianie mieli świeżo w pamięci jak tituszki pobiły ich kolegów w Charkowie, wiec natychmiast ruszyli na pomoc bitym pałkami, prętami i brukowcami manifestantom. Większość tituszek jak zauważyli co się dzieje zaczęli uciekać do swego obozowiska namiotowego na ul. Kulikowe Pole, a cześć do domu związków zawodowych, gdzie chcieli się zabarykadować i bronić. Uciekając strzelali do kibiców i manifestantów zabijając 4 osoby i raniąc kilkanaście innych. To rozwścieczyło do białości kibiców, którzy spalili namioty separatystów i rzucili sie w pościg za tą częścią tituszek, która uciekała w stronę bud. związków zawodowych. Kiedy tituszki tam dobiegli, widząc ścigających ich kibiców i odesczan zabarykadowali wejście i je podpalili butelkami z benzyną, aby odgrodzić sie od atakujących. Pożar szybko się rozprzestrzenił obejmując prawie cały parter i zmuszając bandytów do uciekanie na kolejne, wyższe pietra. Akcję straży pożarnej początkowo uniemożliwiali sami tituszki rzucając z górnych pieter butelki z benzyną, kamienie, meble, a także oddając strzały z posiadanej broni palnej. Dopiero kiedy zorientowali się, ze płonie już cały parter i zaczyna się palić I piętro, a gęsty trujący dym uniemożliwia oddychanie przestali walczyć i zaczęli wołać o pomoc i wyłazić na parapety górnych pieter. Rozwścieczeni kibice nie chcieli ich wypuścić ale odesczanom udało się ich trochę uspokoić i zaczęto ściągać tych z parapetów i wywozić po cichu resztą milicynymi wozami od tyłu budynku. Ogółem zatrzymano ponad 130 osób, a 36 tituszków się zaczadziło. Rzecz charakterystyczna ŻADEN z nch NIE był mieszkańcem Odessy a duza część była obywatelami FR i Naddniestrza. Reszta to Ukraińcy z różnych regionów opłaceni przez "nieznanych" ludzi ;-). Tak właśnie wyglądało naprawdę "bestialskie"(wg. mediów rosyjskich) znęcanie się nad bezbronnymi kobietami i dziećmi, które przybyły "pokojowo" zamanifestować miłość do Putina i FR.

Co dalej z wojną

Co dalej z wojną na Ukrainie? Paweł Kowal: „Putin rozumie, że Zachód nie jest gotowy do działania i postępuje dalej…” NASZ WYWIAD

thenews.com
thenews.com
wPolityce.pl: Rośnie napięcie na Ukrainie. Tamtejszy premier przekonywał, że decydujące będzie najbliższych dziesięć dni. Okazuje się, że jego słowa były prorocze - na południu dochodzi do kolejnych zamieszek, rośnie liczba rannych i ofiar. Wybory na Ukrainie są jednak nie za dziesięć, ale za ponad 20 dni. To będą decydujące cztery tygodnie?
Paweł Kowal, europoseł i polityk Polski Razem: Władimir Putin już dwa tygodnie temu wyraźnie powiedział, że jego celem jest tzw. Noworosja, czyli południowe tereny Ukrainy, więc Jaceniuk wiedział, co mówi, a zachodni politycy powinni się zastanowić nad swoją pamięcią. To normalna próba desantu na południu Ukrainy, choć w tych terenach mamy do czynienia z nieco inną sytuacją niż na wschodzie - Rosjanie znajdą tam mniejszą liczbę miejscowych chętnych do rozróby, więc zostały zastosowane inne metody, ale plan jest jednoznaczny. Ponieważ Zachód nie zareagował w sposób adekwatny, nie rozpoczął realnego procesu odstraszania Rosji, to mamy do czynienia z następnymi krokami. Nie ma w tym nic dziwnego.
Jednym ze strategicznych celów jest stworzenie Unii Europejskiej-bis, czyli nowego imperium rosyjskiego jako partnera dla UE, ale taktycznie pierwszym celem Rosji jest to, by nie dopuścić do wyborów na Ukrainie 25 maja i utrzymać stan destabilizacji jako coś permanentnego. Taki scenariusz po 2-3 latach byłby uzasadnieniem w ustach dyplomatów rosyjskich, by w rozmowach z Unią Europejską czy Stanami Zjednoczonymi domagać się dla Ukrainy takiego statusu, jaki podyktuje Rosja.
W wyobrażeniu Rosji 25 maja na zachodzie Ukrainy odbywają się w miarę normalne wybory, a na wschodzie szaleją rozróby i trwają zamieszki. Czy przy realizacji takiego scenariusza, wybory zostałyby uznane za wiarygodne?
Każdy rozumie, że te wybory, by miały pełną legitymizację, muszą odbyć się na całym terytorium Ukrainy. Wiadomo, że jest wyłączony Krym, wiadomo, że w części obwodu donieckiego czy ługańskiego te wybory nie będą się mogły odbyć, ale mimo wszystko to część południa. Próba destabilizacji południowej części Ukrainy ma za zadanie wywołać wrażenie, że Ukraina nie jest gotowa do przeprowadzenia wyborów. A i w Kijowie są politycy, którzy chcieliby, by wybory zostały przełożone.
Kogo ma pan na myśli?
Na przykład Julię Tymoszenko.
Jak duże jest prawdopodobieństwo, że dojdzie do rosyjskiego scenariusza destabilizacji Ukrainy podczas wyborów?
Decydujące są najbliższe dni - i w tym sensie Jaceniuk ma rację – to w najbliższych dniach rozstrzygnie się, czy Rosji udało się oderwać kawałek Ukrainy na południu. Jeżeli Putinowi uda się to zrobić, to moim zdaniem jest to koniec Ukrainy - nie tylko w tym kształcie terytorialnym, ale również politycznym. Oznacza to tak poważne klęski rządu w Kijowie, że kwestią czasu stanie się destabilizacja Kijowa – już nie na tle separatystycznym, bo Kijów jest nastawiony patriotycznie – ale w postaci pretensji innych sił politycznych do obecnego rządu na Ukrainie, że nie utrzymał całości terytorium.
Mówił pan o niewystarczającej reakcji ze strony Zachodu na to, co się dzieje na Ukrainie. Czego należy oczekiwać po działaniach UE czy NATO?
Odpowiedzi są udzielone dawno: chodzi przede wszystkim o prawny status Rosji. Zgodnie z wszystkimi normami międzynarodowymi kraj, który zajmuje terytorium swojego sąsiada, okupuje go, jest agresorem. Natomiast Zachód prowadzi z Rosją rozmowy, jak gdyby ta była partnerem w pokojowym rozwiązaniu tej sytuacji. Rosja zgłasza terytorialne pretensje do sąsiada, czego w Europie nie było od kilkudziesięciu lat, a Zachód udaje, że tego nie widzi. Nie mówimy o reakcji militarnej, ale formalnej, która nie nastąpiła. Po drugie – jeśli chodzi o kwestie obrony – mieliśmy dużowięcej słów niż realnych działań tak po stronie NATO, jak i po stronie UE. Putin odebrał to antyrosyjskie gadanie bez konkretnej reakcji jako wyraz słabości. I dlatego posunął się dalej. Europa nie stworzyła mechanizmu odstraszania.
Mało, że nie stworzyła mechanizmu odstraszania: nie zrezygnowała też z dozbrajania Rosji, co najlepiej widać na przykładzie Francji.
Dokładnie tak. Projekty zbrojeniowe niemiecko-rosyjskie i francusko-rosyjskie są w zasadzie kontynuowane, a Mistrale gotowe do wysłania. Wreszcie w najbardziej wrażliwej dziedzinie energetyki nic się nie zmieniło. U nas się mówi o idei unii energetycznej, która może kiedyś powstać, a może nie, a Gazprom wykorzystuje każdą minutę. Istnieje szereg kontraktów, które są w tej chwili podpisywane i realizowane. Chodzi o kontrakty na South Stream, umowę Austrii z Gazpromem na końcówkę gazociągu… Mógłbym wyliczać całą litanię podobnych sytuacji. Mamy taką sytuację, że my się cieszymy jakimiś pomysłami na przyszłość, a tracimy cenny czas – mówię to także o polskim rządzie – a nie następują działania, które mogą odstraszyć Rosję. Putin rozumie, że Zachód nie jest gotowy do działania i postępuje dalej.
Brzmi to pesymistycznie.
Realistycznie. Dzisiaj część polityków nie chce mówić słowa „wojna”, bo ludzie nie chcą tego słyszeć, część opinii publicznej w ogóle nie chce mówić o Ukrainie, bo ta kwestia przestała się klikać na portalach i czytać w gazetach, a uważam, że w Polsce powinno być kilku polityków, którzy mówią, jak jest. Nie powiedziałem niczego, czego nie mógłby dostrzec trzeźwo myślący człowiek, jeśli się dobrze rozejrzy.
Wspomniał pan o syndromie wyparcia i tym, że ludzie nie chcą już słuchać o Ukrainie. W jakimś stopniu wszyscy przyzwyczailiśmy się do permanentnej obecności Rosji na Ukrainie.
60 lat nie było w tej części świata regularnej wojny. Proszę zwrócić na wymiar propagandowy tej wojny: ludzie pytają, kiedy Rosjanie wkroczą na Ukrainę. A przecież oni już dawno wkroczyli! Ostatnio mieliśmy dość zabawną, choć smutną sytuację - rebelianci i Rosjanie zestrzeliwują śmigłowiec, a media podają, że ci łaskawie uratowali pilota… którego wcześniej zestrzelili! Szaleństwo.
To także propaganda językowa. Mówi się o „separatystach”, jak gdyby przyjechali znikąd. Czy to właściwa terminologia?
Problem separatyzmu istnieje, bo jest związany z terroryzmem. W sprawie o której mówimy, mamy jednak do czynienia ze stroną – to nie są separatyści, którzy powstali samorzutnie. Ta wojna będzie opisywana w podręcznikach jako bardzo specyficzna, natomiast nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z agresorem, którym są Rosjanie. Ma pan jednak rację, że należy się zastanowić nad terminologią – trzeba pomyśleć, czy powinniśmy używać terminu „wojna domowa” - ponieważ mamy tu do czynienia z agresorem zewnętrznym.
Powstaje też kwestia społeczeństw państw UE. Jeśli dziś Ukraina jest na Zachodzie Europy traktowana jako strefa, którą należy odpuścić Rosji, to jak zareagują na Estonię, Łotwę czy wschodnią Polskę?
Skala szaleństwa w tej sprawie jest olbrzymia – proszę zwrócić uwagę, że nawet w Polsce, po prawej stronie sceny politycznej, pojawiły się sugestie, by nie interesować się tym, co się dzieje na Ukrainie. By Polska uznała swoją neutralność.
Mówi Pan o Januszu Korwin-Mikkem.
Tak. Wzywanie Polski, by udawała, że nie widzi i nie słyszy, to wzywanie osoby, która jest zagrożona gwałtem, by gwałtowi się poddała. To szalony plan polityczny, w którym Polska ma demonstrować powolność wobec agresora – konsekwencja tego może być tylko jedna: naciski na Polskę. To stwarzanie przestrzeni do nacisków na Polskę.
Patrząc z perspektywy czasu, nie żałuje pan chyba jednak, że nie udało się nawiązać współpracy między Polską Razem a Kongresem Nowej Prawicy?
Czytając oświadczenie KNP zrozumiałem, że między nami – niezależnie od podobieństw – jest rów i przepaść, jeśli chodzi o rozumienie stosunków międzynarodowych. Nigdy nie byłem zwolennikiem tej współpracy, szanuję wielu ludzi, którzy popierają KNP, ale to dzisiaj nie ma znaczenia. Sytuacja, w której partia, która ma się za wolnorynkową, sugeruje spiski kapitalistyczne, poddaje krytyce NATO i snuje teorie spiskowe na temat planów wojennych, Paktu Północnoatlantyckiego, wzywa do neutralności i de facto wystąpienia z NATO i UE, jest szalona. Myślę, że wszyscy, którzy rozważają poparcieKNP, powinni się w ciszy zastanowić, co z tym zrobić.