poniedziałek, 9 listopada 2015

Na synodzie przegrała katolicka moralność – Roberto de Mattei


Dokument końcowy synodu prezentowany jest jako sukces: papieża, konserwatywnych ojców synodalnych i zachodnich progresistów. Ale, jak zauważa prof. Roberto de Mattei, to nieprawda. Prace biskupów zakończyły się klęską. „W ostatecznym rozrachunku stajemy wobec niejasnego i wewnętrznie sprzecznego dokumentu, który każdemu pozwala na odtrąbienie zwycięstwa – nawet jeśli nikt niczego nie wygrał. Wszyscy przegrali, a w pierwszej kolejności katolicka moralność, głęboko upokorzona przez synod o rodzinie” – podkreśla włoski historyk Kościoła. 

„By lepiej zrozumieć przebieg wypadków, musimy cofnąć się do wieczora 22 października, kiedy ojcom synodalnym zaprezentowano sprawozdanie końcowe, wypracowane przez komisję powołaną ad hoc na podstawie zmian do Instrumentum laboris proponowanych przez grupy robocze (circuli minors) wyszczególnione na podstawie języka” – przypomina Roberto de Mattei. Ojcom synodalnym przekazany został wyłącznie tekst w języku włoskim, zakazano im także konsultowania go z audytorami i innymi uczestnikami zgromadzenia.

„Tekst nie brał pod uwagę 1355 poprawek zaproponowanych w ciągu trzech poprzednich tygodni, a w istocie była to kolejna propozycja wprowadzenia Instrumentum laboris, wraz z akapitami, które wywołały w sali obrad największą krytykę: o homoseksualizmie i rozwodnikach w kolejnych związkach” – czytamy na łamach „Corrispondenza Romana”. Zaproponowano ojcom, by w krótkim czasie pracowali nad dokumentem w języku, który nie wszystkim był dobrze znany. „Ale rankiem 23 października papież Franciszek, który zawsze z uwagą śledził prowadzone prace, stanął wobec niespodziewanego odrzucenia dokumentu przygotowanego przez komisję” – dodaje de Mattei. W trakcie dyskusji przeciwko ponownemu narzuceniu Instrumentum laboris wystąpiło 51 ojców synodalnych, w tym m.in. kardynałowie Marc Ouellet, Angelo Bagnasco, Carlo Caffarra, arcybiskupi Joseph Kurtz (przewodniczący amerykańskiego episkopatu), Zbigniew Gądecki, Zbigniew Stankiewicz (Łotwa), Tadeusz Kondrusiewicz (Białoruś) i biskup Hlib Łonczyna (kierujący eparchią Świętej Rodziny w Londynie).

Dokument nie mógł zostać ponownie zaprezentowany, dlatego z rozwiązaniem sytuacji kryzysowej pośpieszyli duchowni pracujący w grupie niemieckojęzycznej. „Między piątkowym popołudniem i sobotnim porankiem komisja zmieniła tekst, który następnie został 24 października odczytany w sali obrad synodalnych, a po południu odbyto nad nim głosowanie, w którym każdy z 94 akapitów otrzymał kwalifikowaną większość dwóch trzecich głosów” – relacjonuje Roberto de Mattei. Kardynał Schönborn w trakcie sobotniej konferencji prasowej już antycypował wyniki głosowania dotyczącego najbardziej kontrowersyjnego tematu obrad: Komunii dla rozwodników. Austriacki kardynał podkreślał, że kluczowym pojęciem będzie „rozeznanie”, o którym nauczał Jan Paweł II w „Familiaris consortio”. Kwestii „rozeznania” i „integracji” przyjęty dokument poświęca aż trzy paragrafy: 84, 85 i 86. Paragraf 85, wywołujący największą krytykę, został przyjęty… jednym głosem.

„Na zakończenie synodu biskupów wizerunek papieża Franciszka nie jawił się jako wzmocniony, tylko nadszarpnięty i osłabiony. Popierany przez niego dokument został rankiem 23 października – był to jego czarny dzień – otwarcie odrzucony przez większość ojców synodalnych. Mowa końcowa papieża Bergoglio w ogóle nie wyrażała entuzjazmu wobec końcowego Relatio, potwierdzała niezadowolenie papieża z powodu ojców synodalnych broniących tradycyjnych stanowisk” – przypomina Roberto de Mattei.

Papież mówił wówczas, że zamknięcie synodu wiąże się z obnażeniem „zamkniętych serc, które często ukrywają się nawet za nauczaniem kościoła, albo za dobrymi intencjami, aby zasiąść na katedrze Mojżesza i sądzić, czasami z poczuciem wyższości i z powierzchownością, trudne przypadki i zranione rodziny”. Jak stwierdził wówczas Ojciec święty, celem synodu było „otwarcie szerszych horyzontów”, wzniesienie się ponad „hermeneutykę konspiracji” i „zawężanie perspektyw” w celu obrony i propagowania „wolności dzieci Bożych”. „Ostre słowa, wyrażające rozgoryczenie i niezadowolenie. Z pewnością nie są to słowa zwycięzcy” – komentuje włoski historyk.

Progresiści nie odnieśli na synodzie zwycięstwa. Z proponowanego tekstu usunięto przygotowane przez nich wzmianki o homoseksualizmie, a paragrafy mówiące o rozwodnikach żyjących w kolejnych związkach nie są tak jednoznaczne, jak na to liczyli. „Konserwatyści także nie mogą odtrąbić zwycięstwa. Skoro 80 ojców synodalnych, jedna trzecia synodu, głosowało przeciwko 86 paragrafowi, to oznacza to, że nie był on satysfakcjonujący. Fakt, że paragraf ten został przyjęty dzięki jednemu głosowi nie unieważnia zawartej w nim trucizny” – ocenia profesor de Mattei.

„Relatio finalis” stwierdza, że rozwodnicy powinni móc poczuć się jak „żywe członki Kościoła”, którym oferowana jest „ścieżka towarzyszenia i rozeznania”, oraz pełniejsze uczestnictwo w życiu Kościoła. „A czym jest żywy członek Kościoła, pełniej uczestniczący w jego życiu, jeśli nie człowiekiem znajdującym się w stanie łaski i mogącym przyjmować Komunię?” – pyta historyk Kościoła. Tego przegłosowany tekst na pewno nie wyklucza. Drzwi zostały więc uchylone.

„Relatio nie stwierdza, że rozwodnicy żyjący w kolejnym związku posiadają prawo przystępowania do Komunii (a przez to prawo do cudzołóstwa), ale de facto zaprzecza, że Kościół posiada publiczne prawo do określania stanu takich osób jako cudzołóstwa. Pozostawiając odpowiedzialność związaną z taką oceną sumieniu duszpasterza oraz rozwodnikom żyjącym w kolejnym związku. Podejmując po raz kolejny język Dignitatis Humanae, nie chodzi o pozytywne prawo do cudzołóstwa, ale o prawo negatywne polegające na tym, by nie przeszkadzano im z korzystania z niego. Innymi słowy, chodzi o prawo do wolności od jakiegokolwiek przymusu w kwestiach moralnych” – tłumaczy de Mattei. Zgodnie z optyką zaprezentowaną w Relatio, wspólnota wiernych nie może wymagać od Kościoła, by ten przeciwdziałał godzącemu w nią publicznemu grzechowi.

„W rzeczywistości Komunia nie jest jedynie aktem indywidualnym, jest także aktem publicznym dokonywanym we wspólnocie wiernych. Kościół, nie wchodząc w forum wewnętrzne, zawsze zabraniał udzielania Komunii rozwodnikom żyjącym w kolejnych związkach ponieważ jest to grzechem publicznym, dokonywanym na forum publicznym. Prawo moralne jest wchłanianie przez sumienie stające się czymś nowym nie tylko teologicznie i moralnie, ale i kanonicznie” – czytamy.

Koresponduje to z perspektywą obecną w dokumentach papieża Franciszka, dotyczących nowych procedur stwierdzania nieważności małżeństwa.

Jak można było przeczytać na łamach „Corriere della Sera”, „Przywracając biskupom prawo osądu w kwestiach stwierdzania nieważności małżeństwa papież nie zmienił statusu rozwodników, ale dokonał olbrzymiej, cichej reformy papiestwa”. Moralność „poszczególnych przypadków” została odwzorowana w skali Kościoła powszechnego. 17 października papież Franciszek przemawiając do ojców synodalnych stwierdził, że zachowania prezentowane przez biskupów na jednym kontynencie jako normalne, na innym postrzegane są jako „niemal skandaliczne”, co w jednym społeczeństwie jest postrzegane jako wolność sumienia, w innym jest rozumiane jedynie jako zwykłe zamieszanie. Ojciec święty wytłumaczył to różnicami międzykulturowymi i wezwał do inkulturacji „ogólnych zasad”, co ma zapewnić ich poszanowanie i stosowanie.

Jak zauważa de Mattei, moralność „poszczególnych przypadków” relatywizuje i rozkłada prawo moralne, które z definicji posiada absolutny i uniwersalny charakter. „W ostatecznym rozrachunku stajemy wobec niejasnego i wewnętrznie sprzecznego dokumentu, który każdemu pozwala na odtrąbienie zwycięstwa – nawet jeśli nikt niczego nie wygrał. Wszyscy przegrali, a w pierwszej kolejności katolicka moralność, głęboko upokorzona przez synod o rodzinie” – podkreśla prof. Roberto de Mattei.

Źródło: „Corrispondenza Romana”, Rorate Caeli

- See more at: http://www.bibula.com/?p=83980#sthash.5lbQeP5x.dpuf

poniedziałek, 2 listopada 2015

Z punktu widzenia amerykańskiego, na obecnym etapie PiS jest idealny

Ojcowie klęski i sukcesu

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    1 listopada 2015
Sukces ma wielu ojców, klęska jest sierotą. Tak w każdym razie gadają ludzie, ale czegóż to ludzie nie gadają? Gdybyśmy tak słuchali wszystkiego, co ludzie gadają, to byśmy wyszli na tym, jak Zabłocki na mydle. Ale niekiedy się to sprawdza, na przykład – w przypadku Platformy Obywatelskiej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki wielu rozmowom i bliskim spotkaniom III stopnia, jakie odbył pan generał Gromosław Czempiński – a jestem pewien, że inni generałowie nie stali z boku i się nie przyglądali, tylko też rozmawiali i się spotykali. Ale chociaż powstała, to nie robiła konkiety, jak, dajmy na to, teraz „Nowoczesna” pana Ryszarda Petru. A dlaczego nie robiła? Na pewno składał się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których chciałbym zwrócić szczególną uwagę na brak zapotrzebowania ze strony naszych sojuszników.
Wprawdzie Polska została przyjęta do NATO w roku 1999, kiedy to premierem rządu przy Leszku Balcerowiczu był charyzmatyczny Jerzy Buzek, ale nasi sojusznicy najwyraźniej nie zapomnieli, kto spędził cały dzień w centrali CIA w Langley, kto najbardziej się zasłużył przy rehabilitacji pułkownika Ryszarda Kuklińskiego i komu pochwalną recenzję wystawił sam prof. Zbigniew Brzeziński. Toteż w wyborach w roku 2001 SLD zdobył ponad 40 proc. głosów, w następstwie czego Leszek Miller został premierem. Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej, w związku z czym Lew Rywin przyszedł z propozycja korupcyjną do red. Adama Michnika, wskutek czego reputacja „grupy trzymającej władzę” została zachwiana, a w powstałą w rezultacie polityczną próżnię, ku wściekłej irytacji reżyserów tubylczej sceny politycznej wskoczył Jarosław Kaczyński z bratem Lechem w charakterze prezydenta.
Kiedy jednak pod koniec roku 2006 Kondoliza oświadczyła, że USA nie będą już forsowały przyjęcia Gruzji i Ukrainy do NATO, tylko pilnowały tam demokracji, to znaczy – obecności przy sterze swoich agentów - do wypełnienia próżni, która niewątpliwie musiałaby się pojawić po wycofaniu USA z aktywnej polityki we Wschodniej Europie, zabrali się strategiczni partnerzy. I kiedy po upadku rządu premiera Kaczyńskiego odbyły się wybory, wygrała je Platforma Obywatelska pod dowództwem Donalda Tuska, faworyta Naszej Złotej Pani z Berlina, a po 17września 2009 roku, kiedy prezydent Obama dokonał sławnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, wycofując USA z aktywnej polityki w naszym rejonie Europy, zaczęliśmy się nawet „bratać” z „narodem rosyjskim” i w ogóle.
Ale w drugiej połowie roku 2013 prezydent Obama swój poprzedni reset zresetował, na Ukrainie doszło do politycznego przewrotu, USA do aktywnej polityki w Europie Wschodniej powróciły, Polska znowu podjęła się roli amerykańskiego dywersanta, więc pojawiła się konieczność przebudowy politycznej sceny pod kątem potrzeb polityki amerykańskiej. W nowej polityce faworyt Naszej Złotej Pani na stanowisku premiera potrzebny był, niczym psu piąta noga, toteż został przez Naszą Złotą Panią wycofany w bezpieczne miejsce dosłownie w ostatniej chwili – bo akurat przeciwko Platformie Obywatelskiej i Polskiemu Stronnictwu Ludowemu zaczęto wypuszczać śmierdzące dmuchy w postaci różnych afer, z których najbardziej zagadkowa pozostaje oczywiście afera podsłuchowa.
W piętnowanie tych nieprawości zaangażowały się nawet niezależne media głównego nurtu, co stanowiło sygnał, iż parasol ochronny nad Platformą Obywatelską jest stopniowo zwijany i że ci, którzy go nad nią dotychczas trzymali, przechodzą na jasną, to znaczy – amerykańską stronę Mocy. Stało się to widoczne już podczas wyborów prezydenckich, kiedy Bronisław Komorowski został pozostawiony własnemu losowi, a potwierdzone na zorganizowanej 18 czerwca w Warszawie Międzynarodowej Konferencji Naukowej „Mosty”, podczas której ubecy tubylczy, rekomendowani przez ubeków izraelskich, złożyli Amerykanom ofertę trzymania w ryzach mniej wartościowego narodu tubylczego w zamian za obietnicę możliwości dalszego pasożytowania na nim – i oferta została przyjęta.
Wprawdzie reputacja PO pikowała w dół, ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej, więc utworzona z niczego „Nowoczesna” okazała się Wielką Nadzieją Białych, jeśli nawet nie wszystkich, to tych najbardziej nowoczesnych i forsiastych – o czym świadczyły środki na intensywną propagandę i życzliwość niezależnych mediów głównego nurtu. Dzięki tej reżyserii głosy modernizatorów naszego nieszczęśliwego kraju zostały rozbite, wskutek czego zwycięzcą wyborów zostało PiS – ale z minimalną przewagą, by sojusznicy w żadnym momencie nie utracili swobody manewru, mogąc wygrywać jednych przeciwko drugim – oczywiście w imię demokracji – bo jakże by inaczej?
Z punktu widzenia amerykańskiego, na obecnym etapie PiS jest idealny, bo nie trzeba go będzie zachęcać do gryzienia złego Putina, jako że jednym z priorytetów nowego rządu, zapowiedzianych już podczas wieczoru wyborczego będzie „dążenie do prawdy”, bo oznacza też gwarancję, że Polska niebezpieczną rolę amerykańskiego dywersanta będzie odgrywała za darmo. Wzbudza to oczywiście irytację w Niemczech, ale na wypadek ewentualnej zmiany polityki amerykańskiej po przyszłorocznych wyborach, zawsze jest możliwa korekta w następstwie której PiS zostałby podmieniony przez koalicję PO, „Nowoczesnej” i PSL, do której, w płomiennym odruchu poświęcenia dla Polski, doskoczyliby „posłowie niezależni” od pana Kukiza, w którym upatruję głównego dostarczyciela organów do takich przeszczepów. Czegóż zatem chcieć więcej, zwłaszcza, że pojawiają się pomruki, iż kuracja przeczyszczająca ma objąć nawet RAZWIEDUPR. Wszystko to być może; dopóki Putin nie zaktywizował się w Syrii i wobec Iranu, to jeszcze można się było dobrotliwie przekomarzać, ale jeśli wiedeńska konferencja nie doprowadzi do porozumienia, to bez kuracji przeczyszczającej, obejmującej wszystkich podejrzanych o niebezpiecznie związki z GRU się nie obejdzie. Na razie jednak RAZWIEDUPR się postarał i z dnia na dzień wykreował partię „Razem”, która odebrała SLD nadzieję na pozostanie na politycznej scenie.
Zagadkowa pozostaje tu postawa Leszka Millera, którego nie ośmieliłbym się podejrzewać o lekkomyślność. A jednak zdecydował się na stanięcie do wyborów w koalicji, podnosząc w ten sposób klauzulę zaporową dla SLD do 8 procent – wysokości – jak się okazało – już nie do przebycia. Warto zwrócić uwagę, że niedawno Amerykanie odmówili współpracy z polską prokuraturą w wyjaśnianiu sprawy tajnych więzień CIA w Polsce, w następstwie czego prokuratura będzie musiała umorzyć sprawę i starym kiejkutom w ten sposób zapewnić bezkarność. Jeśli pani Ogórkowa i pani Nowacka były lasem mającym ukryć ten listek, to przebiegłości Leszka Millera przynosiłoby to zaszczyt. Ale o tym będzie można przekonać się wkrótce, bo prezes Kaczyński wprawdzie wykluczył „zemstę”, a zwłaszcza - „kopanie leżących”, ale zapowiedział, że „prawo będzie przestrzegane”. No naturalnie, jakże by inaczej – chociaż pan Radosław Sikorski najwyraźniej w to nie wierzy, bo zapowiada wieloletnią przerwę w swej politycznej karierze, a nawet rozważa opuszczenie na pewien czas naszego nieszczęśliwego kraju. Dlatego, chociaż początkowo nie mógł oprzeć się pokusie włączenia się do dintojry w Platformie Obywatelskiej, to pewnie już nie będzie pretendował do żadnych partyjnych godności tym bardziej, że do ich objęcia szykuje się minister Grzegorz Schetyna, ten sam, co to odpowiedział poprawnie na wszystkie pytania, jakie mu postawiono w amerykańskim Departamencie Stanu. W tej sytuacji deklaracje pana Michała Kamińskiego, że „nie czuje się winny” porażki Platformy, brzmią nawet szczerze, bo jakże ma być „winny”, skoro tylko nieopatrznie wlazł między ostrza potężnych szermierzy?

niedziela, 18 października 2015

Dlaczego MFW, ONZ, BIS i Citibank nagle ostrzegają przed nieuchronnym kryzysem gospodarczym?


Ekonomia
Od wielu miesięcy na mojej stronie internetowej dokumentuję wyłaniający się kryzys światowego systemu finansowego a teraz niektóre z najważniejszych instytucji finansowych na całym świecie ostrzegają przed dokładnie tym samym. Na przykład w tym tygodniu byłem oszołomiony gdy zobaczyłem, że gazeta Telegraph opublikowała artykuł o złowieszczym tytule “Nadchodzi 3 bilionowy krach kredytów korporacyjnych, sądny dzień dla zadłużonych, mówi IMF“. Właściwie dokładniej to zmierzamy w kierunku "zamrożenia kredytów" lub "paniki kredytowej", ale "krach kredytowy" na teraz może dla nas wystarczyć. MFW ostrzega, że "niebezpiecznie nadmierne lewarowanie", jakiego jesteśmy świadkami "grozi wyzwoleniem fali bankructw" na całym świecie:
"Rządy i banki centralne ryzykują skierowaniem świata w nowy kryzys finansowy ostrzegł Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wzywając do ukrócenia długu korporacyjnego w krajach rozwijających się. Firmy na wschodzących rynkach “pożyczyły ponad miarę" do 3 bln dolarów w ostatniej dekadzie, odzwierciedlając czterokrotny wzrost zadłużenia sektora prywatnego, między 2004 i 2014 roku, wskazał Raport Stabilności Finansowej MFW. To niebezpieczne, nadmierne wykorzystanie lewarowania grozi obecnie wyzwoleniem fali bankructw, które zagrażają i tak już słabej gospodarce światowej, wnioskuje publikowany dwa razy do roku raport MFW."
W tym wypadku MFW rzeczywiście mówi prawdę. Jesteśmy w samym środku największej bańki zadłużenia jaką świat kiedykolwiek widział, i to jest monumentalne zagrożenie dla globalnego systemu finansowego.

Ale mimo, że wiemy o tym zagrożeniu to nie znaczy, że możemy w tym momencie coś z tym zrobić lub zatrzymać to co ma się wydarzyć.



Bank Anglii, ONZ i Bank Rozrachunków Międzynarodowych wydają podobnie złowieszcze ostrzeżenia. Poniżej znajduje się wyciąg z niedawnego artykułu z gazety The Guardian:
“Ostrzeżenie MFW odbija się echem u innych. Główny ekonomista Banku Anglii, Andy Haldane,twierdzi, że świat wkracza w ostatni epizod "trylogii kryzysu". UNCTAD, ramię handlu i rozwoju ONZ, chciałoby zobaczyć zwiększenie wydatków publicznych w rozwiniętych gospodarkach, aby zrównoważyć spadek we wschodzących gospodarkach. Bank Rozrachunków Międzynarodowychuważa, że stopy procentowe są zbyt długo, zbyt niskie, zbyt zachęcające do podejmowania ryzyka na rynkach finansowych. Wszystkie z nich obawiają się, że światowy system finansowy jest skierowany na kolejny kryzys.”


[...] Ekonomista Citigroup Willem Buiter również uważa, że mamy na horyzoncie duże kłopoty. W rzeczywistości publicznie ostrzega przed "globalną recesją" w 2016 roku:

"Ekonomista Citigroup Willem Buiter patrzy na świat i widzi krajobraz gospodarki funkcjonujący znacznie poniżej potencjalnej produkcji, który używa jako ogólny punkt odniesienia dla idei globalnej recesji. Mając to na uwadze, powiedział że w 2016 roku rosną szanse na globalną recesję.

"Uważamy, że dowody wskazują na to, że mamy ujemną globalną lukę w popycie, a globalna gospodarka rośnie w tempie poniżej globalnego potencjalnego wzrostu. (ujemna) Luka tym samym się poszerza" stwierdził Buiter w nocie do klientów. Dodał, że "luka popytowa, która była prawdopodobnie bardzo bliska zera a od niedawna funkcjonująca poniżej globalnego wzrostu może umieścić globalną gospodarkę w recesji, jeśli rzeczywiście świat kiedykolwiek w pełni wyszedł z recesji spowodowanej przez globalny kryzys finansowy".


Zazwyczaj, kiedy zanurzamy się w nowy kryzys mamy do czynienia z jakimś "zdarzeniem wyzwalającym", które tworzy powszechną panikę. Wczoraj pisałem o bieżących problemach w firmach będących gigantami rynku surowców takich jak Glencore, Trafigura i The Noble Group. Upadek któregokolwiek z nich może potencjalnie wytworzyć nowy "moment, Lehman Brothers".

Wczoraj stało się coś jeszcze bardziej niepokojącego. Zaledwie kilka tygodni temu, ostrzegłem, że największy bank w Niemczech, Deutsche Bank, był w ogromnych kłopotach. Cóż, w środę bank ogłosił stratę za III kwartał 2015 roku w wysokości ponad 6 mld dolarów:
“Nowy szef Deutsche Banku John Cryan ma posprzątać w największym banku w Niemczech. W czwartek ujawnił w trzecim kwartale rekordową stratę przed opodatkowaniem w wysokości 6 mld euro (6,7 mld) i ostrzegł inwestorów co do ewentualnych cięć dywidendy. Odpisy długów, ujemne wpływy i spory wokół kosztów przyczyniły się do straty, podał bank. Cryan został prezesem w lipcu z obietnicą obniżenia kosztów. Brytyjczyk przyspiesza plany pozbycia się aktywów i wyjścia z krajów, zmniejszając skalę banku oraz przygotowując zwolnienia do 23.000 miejsc pracy, czyli jedną czwartą pracowników banku, informatorzy przekazali Reuterowi w zeszłym miesiącu."

Miej oko na Niemcy - te problemy to tylko początek.

FILM: Nadchodzący krach państwowych obligacji i wycofanie fizycznej gotówki. Wywiad z Martinem Armstrongiem:


Coś jeszcze zwraca moją uwagę, a mianowicie fakt, że główne kraje eksportujące, takie jak Chiny, które kiedyś wykupywały duże ilości długu publicznego USA teraz porzucają ten dług w bezprecedensowym tempie. Poniższy tekst pochodzi z Wolf Richter:

"Pięć dużych nabywców amerykańskich obligacji skarbowych - Chiny, Rosja, Norwegia, Brazylia i Tajwan - zmieniły zdanie. Porzucają obligacje skarbowe, każdy dla swoich własnych powodów, które zbiegają się w jednym momencie. I dzieje się to w rekordowym tempie. Jak poinformował Wall Street Journal “Za zakończony w lipcu okres 12 miesięcy sprzedaż obligacji skarbowych przez banki centralne na całym świecie osiągnęła netto wysokość 123 mld dolarów, "największy spadek od momentu w którym rozpoczęto zbierane danych w 1978 roku". Chiny, największy zagraniczny właściciel papierów skarbowych - jego udział osiągnął 1.317 biliona w listopadzie 2013 roku zaczęły pozbywać się papierów ze szczególną pasją. W lipcu, najnowsze dostępne dane z Departamentu Skarbu USA wskazują na to, że Chińskie zaangażowanie spadło do 1.241 biliona dolarów."
Tak, wiem, w czwartek giełda po raz kolejny wzrosła, a wszyscy irracjonalni optymiści po raz kolejny mówią nam, że wszystko będzie dobrze.

Prawda, oczywiście, jest taka, że wszystko nie będzie dobrze. Odkąd zacząłem prowadzić mój Blog, nigdy nie zachwiałem się w moim przeświadczeniu, że nadchodzi największy kryzys gospodarczy jakiego Stany Zjednoczone nigdy nie widziały i napisałem ponad 1000 artykułów opisujących szczegółowo nadchodzący upadek. Nikt więc nie będzie mógł powiedzieć, że nie próbowałem ostrzec ludzi.



Ci, którzy mają ślepą wiarę w Baracka Obamę, Wall Street, Rezerwę Federalną i inne banki centralne na całym świecie, tak długo jak się da będą wyśmiewać idee nadchodzącego upadku. Jednak gdy nadejdzie sądny dzień a kryzys zapuka do ich drzwi, co będą robić?

Michael Snyder, endoftheamericandream.com 
USA 

Link do oryginalnego artykułu: LINK

piątek, 9 października 2015

Kard. Danneels należał do opozycji wobec Benedykta XVI. Przygotował wybór Franciszka

Kard. Danneels należał do opozycji wobec Benedykta XVI. Przygotował wybór Franciszka



Gotfried Daneels na chwilę przed składaniem zeznań przed parlamentarną komisją ds. molestowania dzieci, 2010. Fot. REUTERS/Francois Lenoir/FORUM

Biografia kardynała Godfrieda Danneelsa wywołała skandal. Hierarcha przyznał się do przynależności do „grupy z Sankt Gallen”, której celem – jeszcze w trakcje pontyfikatu Jana Pawła II – była walka z wpływami kardynała Josepha Ratzingera i wypromowanie kardynała Jorge Bergoglio na papieża.

„Wybór Jorge Bergoglio był skutkiem tajnych spotkań kardynałów i biskupów, od lat organizowanych przez (kardynała – przyp. red.) Carlo Marię Martiniego w szwajcarskim Sankt Gallen. Tak twierdzi Jürgen Mettepenningen i Karim Schelkens, autorzy opublikowanej niedawno biografii kardynała Godfrieda Danneelsa, który odnosząc się do tej grupy biskupów i kardynałów używa określeniaklub mafijny” – referował na łamach „La Stampy” Mario Tosatti. Spotkania „dysydentów”, krytycznych wobec roli, jaką u boku Jana Pawła II odgrywał kard. Ratzinger, zainicjował w 1996 roku biskup Sankt Gallen Ivo Fürer.


Według autorów biografii – którą kardynał zresztą oficjalnie autoryzował – Daneels przez lata przygotowywał wybór kard. Bergoglio na Stolicę Piotrową. W trakcie oficjalnej promocji książki hierarcha oficjalnie potwierdził tę informację twierdząc, że przez wiele lat brał udział w tajnych spotkaniach kardynałów przeciwnych Ratzingerowi. Śmiejąc się, nazwał tę grupę „mafijnym klubem, którego nazwa brzmi St. Gall”.

Według biografów belgijskiego hierarchy, do tego „klubu” należeli także kardynałowie Walter Kasper, Karl Lehman, Achille Silvestrini (w przeszłości prefekt Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej, a później Kongregacji Kościołów Wschodnich), kardynał Basil Hume (arcybiskup Westminster, ekumenista zmarły w roku 1999). Liderem spotkań był aż do śmierci kardynał Carlo Maria Martini – jezuita, arcybiskup Mediolanu, który w trakcie konklawe w 2005 roku był kandydatem liberałów.

Jak zauważają beligjskie media, obecność kardynała Danneelsa u boku papieża Franciszka w loggi bazyliki św. Piotra nie powinna dziwić. Belgijski hierarcha został później osobiście zaproszony przez papieża do udziału w synodzie o rodzinie. Wywołało to falę krytyki: Daneels był osobiście zaangażowany w chronienie duchownych dopuszczających się seksualnego molestowania dzieci. Kardynał Daneels chciał w ten sposób ochronić pozycję jednego ze swoich protegowanych – biskupa Roger Vangheluwe.

Vangheluwe – już jako ksiądz – dopuszczał się molestowania dzieci. Ofiarami padło dwóch jego bratanków. Kard. Daneels próbował namówić jedną z ofiar, by nie nagłaśniała sprawy aż do przejścia Vangheluwe na emeryturę. Belgijska gazeta „De Standaard” zauważyła wówczas, że celem kardynała Daneelsa było odroczenie ujawnienia problemu. Kardynał bronił się twierdząc, że nie był „przygotowany do rozmowy” z ofiarą biskupa.

Biskup Roger Vangheluwe dopuszczał się molestowania seksualnego przez 15 lat. Po raz pierwszy molestował bratanka, gdy ten miał 5 lat. Nie usłyszał zarzutów, ponieważ… przestępstwa uległy przedawnieniu. 23 kwietnia 2010 roku Benedykt XVI przyjął jego rezygnację, złożoną ze względu na popełnione przez Vangheluwe czyny.

W 2011 roku biskup-molestator podkreślał, że nie czuje się pedofilem, choć Kościół nakazał mu terapię i pokutę. W końcu był… liberalnym biskupem, publicznie zaangażowanym w promocję „diakonatu” kobiet. Równie, a może i bardziej liberalne stanowisko prezentował i dalej prezentuje kardynał Daneels. Także w sprawie aborcji i homoseksualnych „małżeństw”.

Nic dziwnego, że udział kardynała Daneelsa w konklawe w roku 2013 budził poważne kontrowersje. Podobnie, jak i pojawienie się hierarchy w loggi, tuż obok nowo wybranego papieża. Jak się teraz okazuje, modernistyczny hierarcha z Belgii odegrał istotną rolę w przygotowaniu konklawe. Karim Schelkens nie zawahał się stwierdzić, że papież Franciszek realizuje program ukuty właśnie przez grupę z Sankt Gallen. Program reformy Kościoła i – oczywiście – zbliżenia go do ludzi.

– Na początku roku 2000, kiedy śmierć Jana Pawła II stawała się przewidywalna, (prałaci z grupy Sankt Gallen – przyp. red.) zaczęli myśleć bardziej strategicznie o tym, co stanie się z Kościołem po Janie Pawle II. Kiedy do grupy dołączył kardynał Silvestrini, nabrała ona bardziej taktycznego i strategicznego charakteru – twierdził Schelkens. Wybór kardynała Bergoglio na papieża został określony przez kard. Daneelsa jako jego „osobiste zmartwychwstanie”.

Promocja biografii belgijskiego hierarchy odbyła się w Narodowej Bazylice Najświętszego Serca w Brukseli. Udział wziął w niej bohater książki – kardynał Daneels. Hierarcha nie tylko potwierdził informacje prezentowane przez Schelkensa i Mettepenningena. Powiedział, że członkowie tajnej grupy sami mówili o sobie jako o „mafii”. Mettepenningen stwierdził wówczas, że cele tej „mafii” zostały zrealizowane wraz z wyborem papieża Franciszka.

Książka – jak i towarzysząca jej konferencja – wywołała olbrzymi skandal. Autorzy biografii kardynała Daneelsa napisali prawdę, a hierarcha ją… bez zastanowienia potwierdził. Schelkens i Mettepenningen zdali sobie z powagi sytuacji dopiero po fakcie i… próbują przekonać opinię publiczną, że nie powiedzieli tego, co powiedzieli.

źródło: Rorate Caeli, LifeSiteNews

mat

Read more: http://www.pch24.pl/kard--danneels-nalezal-do-opozycji-wobec-benedykta-xvi--przygotowal-wybor-franciszka,38657,i.html#ixzz3o3cjnnZo