Ciekawa rozmowa na niedzielę:
http://www.pismofronda.pl/ziemkiewicz
niedziela, 16 października 2011
środa, 12 października 2011
Waldemar Łysiak - Mit wyzwoleńczego pokolenia 68
Waldemar Łysiak - Mit wyzwoleńczego pokolenia 68
Niemiecka publicystka, Bettina Róhl, córka sławnej terrorystki Ulrike Meinhof (Rote Armee Fraktion), autorka kilku książek o „generacji '68”, rzuciła twardo (2008):
- Nadal panuje ideologia spod znaku '68 (...) Powinniśmy się starać o demitologizację ruchu '68.
Starać się można, jednak osiągnięcie celu będzie tu bardzo trudne, gdyż dzisiejszy lewicowy („postępowy”) Salon świata został stworzony właśnie przez pokolenie młodzieżowego buntu lat 1967 - 1969, dlatego broni „mitologii '68” bez pardonu. Również u nas. Przykład najświeższy: kuratorka wystawy w Zachęcie „Rewolucje 1968” (otwarta 16 września 2008), Maria Brewińska, udzielając wywiadu „Rzeczypospolitej” rozczula się „nowym, antykonserwatywnym myśleniem” tamtej generacji buntowników, i precyzuje:
- Młodzi, którzy nie przeżyli wojny, chcieli dokonać przewrotu, aby świat stał się lepszy. Tłumiona latami energia eksplodowała. Rzeczywistość stała się psychodeliczna, miłość i seks przestały być obwarowane zakazami. To był naprawdę niesamowity okres, wybuch pozytywnych emocji: manifestacje przeciwko wojnie w Wietnamie, bratanie się artystów z ludem, białych z czarnymi, aktywizacja „zwyczajnych” obywateli.
No, po prostu, sam miód - zbiorowy Mesjasz - hipis zstąpił na Ziemię i zrobił jej dobrze. Bez tego panowałaby dzisiaj czarna noc wstecznictwa, jaskinia filistrów, ciemnogród zupełny. Nie żartuję - heroldowie ruchów '68 pieją swoje trele serio. Mit „generacji '68” to - najkrócej mówiąc - teza, iż tamto pokolenie swą rewoltą wyzwoliło ludzkość z rozmaitych tradycyjnych (często wielowiekowych) pęt i hamulców, przynosząc wolność wszystkim uciśnionym, kasując dysproporcje, niwelując nierówności, eliminując bariery, podnosząc szlabany, otwierając bramy, znosząc zakazy, wygładzając wertepy, et cetera, et cetera. Słowem: dali światu raj, lub przynajmniej przedsionek raju, i błogosławioną „polityczną poprawność” we wszelkich możliwych aspektach. Pytanie: jeśli tak, to czemu tylu ludzi brzydzi się kondycją i aparycją dzisiejszego świata?
Rewolta '68 miała różne dążenia i oblicza w krajach nią wstrząsanych (Francja, Niemcy, Włochy, Holandia, Hiszpania, Japonia, USA, Brazylia, Argentyna, Jugosławia, Polska, Czechosłowacja itd.), później wszakże jej heroldowie wypracowali wspólną platformę ideowo - reklamową (piarowską) będącą fundamentem mitu, przypisując „pokoleniu '68” liberalizację właściwie wszystkiego: rodziny (depatriarchalizacja), kultury (kontrkultura), szkolnictwa (obniżenie wymaganych norm), prawa (radykalne zmniejszenie represyjności), obyczajów (radykalne rozluźnienie), przepisów (usprawnieniowa nowelizacja), etc, w tym także wymuszenie rozwiązań szczegółowych i masowych, tyczących całych grup, jak depenalizacja homoseksualizmu (od 1969), legalizacja oraz instytucjonalizacja feminizmu, administracyjne uwalenie spuścizny nazistowskiej, itp. Starczy pobieżna analiza tych przypisywanych sobie zasług, by większość przechwałek obalić lub obśmiać
(źródła zmian były w prawie każdym wypadku wcześniejsze), lecz nie to jest istotą problemu pt. „generacja '68” lub „mitologia '68”, tylko bilans zysków i strat homines sapientes. Według Salonu - zyski bezwzględnie tu dominują, świat został prawidłowo zmodernizowany i dohumanizowany. Według kontrsalonowców - świat został przez „pokolenie '68” zgangrenowany.
Gdy zerkamy ku źródłom, czyli cofamy się pamięcią o 40 lat - widać generalną różnicę między buntem młodzieży Wschodu i Zachodu. I tu (Polska, Czechosłowacja), i tam (Francja, USA, Niemcy) bunt młodych był wymierzony przeciwko porządkowi społeczno - politycznemu, przeciwko dyktaturze. Lecz tu - przeciwko dyktaturze komunistycznych kacyków, prokremlowskich despotów. Natomiast tam - przeciwko dyktaturze konserwatywnych rodziców i siwiejących autorytetów. Młodzież zachodnią uwierały pęta tradycyjnej („buriuazyjnej”) obyczajowości i kultury, nęciły zaś „postępowe” miazmaty doktryn lewackich (maoizm, trockizm itp.). Młodzież wschodnioeuropejską gnębiły systemowe pęta doktryny komunistycznej, a wabiły uroki „mieszczańskiego” dobrobytu i liberalnego ustroju zachodnich państw. Można tedy rzec, iż nad Wisłą walczono o to, co zwalczano nad Sekwaną - jest to diabelski paradoks 1968 roku. Francuska młodzież, z całą naiwną głupotą żółtodziobów i neofitów, rwała się ku goszystowskim utopiom, które obiecywały alternatywne społeczeństwo według wzorca teoretyków socjalizmu, tymczasem polska młodzież rwała się do coca - coli i do normalnej swobody, czyli do tego, żeby w sklepach był nie tylko ocet, i aby wolność słowa zeszła z łamów konstytucji na ulice - aby zagościła w codziennym życiu.
Przepaść między motywami/celami buntów '68 (wschodnioeuropejskimi i zachodnioeuropejskimi) - to przepaść między dwiema głównymi rzeczywistościami ówczesnego globu: opresyjną i demoliberalną. W latach 60 - ych XX stulecia na Zachodzie nie było żadnych publicznych przyczyn usprawiedliwiających wybuch buntu: demokracja kwitła, panowała wolność słowa, bezrobocie nie istniało. Dobrobyt przewrócił klepki wewnątrz główek nudzącej się luksusowo młodzieży „kapitalistycznych krajów” - młodzieży, którą stać było na wszystko dzięki samemu tylko kieszonkowemu od „starych”. Bettina Róhl (2008):
- Uczestnicy zachodniego ruchu '68 dopiero wchodzili w dorosłe życie, byli wówczas nastolatkami, dwudziestolatkami, dwudziestokilkulatkami, i byli pierwszym „pokoleniem kieszonkowego”. Pierwszy raz młodzież zyskała tak duże przywileje i fory materialne, dysponując pieniędzmi od rodziców, dziadków, wujków, i od państwa, bo brała rozmaite stypendia. Pierwszy raz młodzi ludzie mogli masowo wypożyczać bądź kupować mieszkania tudzież samochody, nabywać sprzęt audiowizualny, skutery i motory, podróżować po świecie i wałkonić się z sytym brzuchem. I ta właśnie uprzywilejowana, rozpieszczona generacja dała się porwać absurdalnym lewackim ideologiom, uprawiając głupawy popkomunizm, jak ja to nazywam, mieszając Marksa i Mao z dżinsami i narkotykami, wreszcie praktykując „luksusową rewoltę” przeciwko swym dobroczyńcom - darczyńcom, czyli rodzicom, dla fatamorgan rozwalających całą kulturowo - obyczajową bazę Zachodu.
Zrewoltowana zachodnia młodzież nie miała wątpliwości, iż kapitalizm, patriarchalizm i cała tradycyjna „nadbudowa” cywilizacji zachodniej są krępującym przeżytkiem i skandaliczną przeszkodą dla postępu, którą usunąć to obowiązek każdego mądrego człowieka. Pewność co do tego panowała po obu stronach Atlantyku. I po obu stronach tegoż oceanu kulturowe, obyczajowe plus instytucjonalne skutki rewolty były podobne. Północnoamerykańska hipisowska „choroba Ery Wodnika” uległa wprawdzie szybszej kompromitacji dzięki zbiorowemu mordowi w wykonaniu bandy „dzieci kwiatów” Charlesa Mansona (rzeź u Polańskiego) i dzięki samobójczym narkotykowym „złotym strzałom” rockowych gwiazd (Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison), lecz efekt długofalowy ukazuje codziennie Hollywood (bezpruderyjny seks na ekranach) i przemysłowa kariera narkotyków.
Żeby efekt był analogiczny - start do celu musiał być identyczny. I był - zerwano się w USA pod sztandarami antykapitalizmu, antykonsumpcjonizmu, antyfamilizmu, antyklerykalizmu, antypurytanizmu, z godłem stuprocentowej WOLNOŚCI jako absolutem. I ze współczuciem dla tych, którzy rewolucji nie pragną. W książce „Umysł zamknięty” (1987) Allan Bloom pisze: „Studenci amerykańscy tamtych czasów pragnęli być przywódcami rewolucji współczucia. Pogardzali amerykańską klasą średnią, tą stanowiącą większość rzeszą prostaków, która nie chciała ani przywództwa, ani współczucia buntującej się studenterii”. Fakt - „wynalazki” buntowników nie zyskiwały powszechnych braw. Zamiast rodzinnego lub własnego domu - młodzieżowa „komuna” zamiast małżeństwa - „sztafeta”; zamiast służby wojskowej - pacyfizm; zamiast elementarnej choćby autodyscypliny - „poszerzenie świadomości”. Dawne sartrowskie hasło „Zakazuje się zakazywać!” robiło w hipisowskich Stanach nie mniejszą furorę niż w Europie lewicowych kontestatorów. Musiały minąć całe lata, by okazało się, że „wolna miłość” to rozwiązłość, „make love not war” to quasi - prostytucyjność, a „poszerzenie świadomości” to ciężkie narkotykowe uzależnienie milionów szczeniaków i gołowąsów.
Ruch hipisowski zrobił karierę globalną, rozplenił się na wszystkich kontynentach prócz Antarktydy. I wszędzie - po arkadyjskim („dzieciokwietnym”) okresie wzlotu - finałem było bolesne „bum!”. Wszędzie kończyło się zgnilizną. Robert Tekieli (2008): „Przestałem być hipisem, kiedy w Krakowie w latach osiemdziesiątych zobaczyłem co się dzieje w hipisowskim squacie. W opuszczonym budynku byli chłopcy, były dziewczyny. Była wolna miłość, narkotyki, wszystko. Ale któregoś dnia przyszli menele. Chłopcy, w imię pacyfizmu, nie bronili dziewczyn. Były regularnie gwałcone. Sub kultura”. Wedle starej reguły przetrwania („co cię nie zabije, to cię wzmocni”) - subkultura hipisów utwardziła skórę niejednemu.
Dojrzałość - rozumna refleksja - kazała też niejednemu zdumieć się, że był takim idiotą. Ekshipis, dziś wybitny prawicowy publicysta amerykański, Patrick J. O'Rourke (autor świetnych książek dla konserwatystów), przeszedł optymalną ewolucję „fromfool to sage”. Damian Leszczyński (2008): „Wspominając swoją hipisowską i kontrkulturową młodość, O'Rourke pisze jak wesoło bawił się w rewolucję, w walkę z imperializmem i nierównością, dopóki nie zrozumiał jednej prostej rzeczy - a mianowicie, że jego nieprzezwyciężona wrogość wobec kapitalizmu wynikała z wrogości wobec jakiegokolwiek wysiłku, wobec pracy”. Wcześniej czy później - by nie zdechnąć z głodu - trzeba było pójść do pracy. Mnóstwo tych, którzy nie wykorkowali od „koksu”, ścięło włosy i zaczęło się co rano meldować z teczką w biurze. Jednak lokal, do którego wracali, był już inny niż bogobojny dom rodziców. Socjolog Anthony Giddens (2008): „Dziś odczuwamy z całą mocą siłę tej transformacji i wciąż nie umiemy do końca sobie z nią poradzić. Zaliczają się do niej zmiany w obrazie rodziny, zmniejszenie roli małżeństwa, nacisk położony na jakość relacji międzyludzkich (m.in. seksu), masowe zasilenie rynku pracy przez kobiety, niższy przyrost demograficzny i epoka wychuchanych dzieci (...) Wiele spośród jednostkowych i zbiorowych eksperymentów hipisów przyniosło skutki opłakane. Seksualne wynaturzenia przybrały nazwę wolnej miłości. Narkotyki okazały się drogą do zniewoleń (uzależnień), a nie do wyzwolenia ducha (...) Co więcej, uczestnicy tego ruchu zakwestionowali kilka rzeczy, bez których nie może się obyć żadne przyzwoite społeczeństwo. Byli anty biurokratyczni, ale pewien stopień biurokratycznej koordynacji jest niezbędny w złożonym społecznym organizmie, państwo nie może bez biurokracji funkcjonować. Tak jak żadne społeczeństwo nie może działać kierując się tylko tym, do czego ma prawo”.
„Pewien stopień biurokratycznej koordynacji” - czyli reżim, także demokratyczny, żandarmeryjnie realizujący przepisy, które obowiązują daną społeczność. Niemiecki historyk Gótz Aly (członek „pokolenia '68”) mówi to samo co Giddens (2008): - Naszym celem był inny model społeczny, więc zakwestionowaliśmy państwowy monopol siły, a przecież wiadomo, że jeśli ten monopol zostanie nadwerężony, to państwo nie może funkcjonować.
Niefunkcjonowanie państwa, unicestwienie państwa, zawsze było celem anarchistów, którzy mają brodę co najmniej sto lat dłuższą niż „generacja '68”. Zatem to nie buntownicy roku 1968 wymyślili osłabianie państwowych struktur. I tak jest ze wszystkim co przypisuje sobie tamta generacja. To nie oni wymyślili ekologię (prekursorami byli tu rolnicy bawarscy). To nie oni wymyślili feminizm (wcześniej były rozmaite emancypantki, sufrażystki itp.). To nie oni wymyślili „wolną miłość” (powszechna rozwiązłość panowała już w europejskich „szalonych latach 20 - ych”, zaś całkowicie uwalniająca seks pigułka antykoncepcyjna została wynaleziona przed 1968). To nie oni zdekomponowali/zdewastowali rodzinę tradycyjną, tylko totalne uprzemysłowienie świata, które wyciągnęło kobiety z domu do pracy fabrycznej i biurowej. To nie oni wymyślili depenalizację homoseksualizmu (we Francji zadekretował to już cesarz Napoleon Wielki). To nie oni osłabili chrześcijaństwo (tę robotę zaczęła masoneria XVIII wieku i kontynuowała lewica francuska, głównie wolnomularska, przez cały XIX wiek; ksiądz Bernard Podvin, rektor Uniwersytetu Katolickiego w Lille: „- Gdy korzystając z Maja '68 francuska lewica chciała dobić Kościół, reakcją wielu katolików była ucieczka w tradycjonalizm trydencki, który pono daje więcej bezpieczeństwa”, 2008). Et cetera, et cetera. Buntownicy '68 nie wymyślili literalnie niczego. Jednak czy prawdą jest, że nie osiągnęli niczego? Götz Aly:
- Moje pokolenie, zwane „pokoleniem '68”, nie osiągnęło nic. Zupełnie nic.
To nieprawda. „Generacja '68” osiągnęła dużo, wywróciła świat do góry (rozkraczonymi) nogami. Aly zresztą poprawił się szybko: - Nie zdziałaliśmy praktycznie nic dobrego.
O właśnie: nie „nic”, tylko „nic dobrego”. Istotnie bowiem - chociaż osiągnęli dużo, czy osiągnęli coś dobrego? „Rzeczpospolita” zadała (2008) bardzo słuszne pytanie: „Czy jesteśmy od roku 1968 bardziej wolni, i czy na pewno jest to powód do radości?”. Ani do radości, ani do dumy. Pewna liberalizacja obyczajów była na Zachodzie nieuchronna wskutek ciągłego wzrostu dobrobytu, jednak wszystko, czego „pokolenie '68” nie wymyśliło, tylko rozpropagowało ekspansywnie - budzi duży krytycyzm. Czy degrengolada tradycyjnego małżeństwa i tradycyjnej rodziny („wolność od rodziny”), praktyczne unicestwienie tych struktur gwoli ekshibicyjnego uwolnienia seksualności - to jest coś, czym winniśmy się cieszyć? Winniśmy bić brawa daniu fizycznemu wymiarowi człowieka przewagi nad duchem? Mamy się kłaniać bożkom groteskowego kultu wiecznej młodości? Trzeba szanować dzisiejsze bezrygorowe szkolnictwo, które skutkuje globalnym zaniżeniem inteligentności i erudycyjności? Relatywizowanie (miast wpajanie) kanonu wiedzy i kanonu estetyki to właściwa droga? Autodestrukcja jest lepsza niż autorytaryzm? Korynckie libido winno górować nad intymnością? Śmieciowa kontrkultura nad kulturą? Każda głupawa reforma dla reformy - nad tradycją? Awangardowe nygusostwo nad kindersztubą? Trudno sobie dziś wyobrazić, że kiedyś para bez ślubu nie mogła wynająć pokoju hotelowego, lecz równie trudno sobie wyobrazić, że kiedyś uczeń nieumiejący liczyć i czytać nie mógł dostać świadectwa ukończenia szkoły.
W grę wchodzi również niezwykle ważny aspekt ekonomiczny, zatem rodzi się jeszcze jedno pytanie: czy powinniśmy się cieszyć, że Zachód coraz bardziej zmierza ku roli patałacha gospodarczego? Mariusz Adamczyk zebrał (2008) rozliczne tabele wynikowe tyczące PKB pięciu cywilizacji (Chiny, Indie, Islam, Japonia i Zachód), konkludując: „Wielkim przegranym drugiej połowy XX wieku okazuje się Zachód (...) Udział Zachodu w całkowitym światowym PKB spadł do 53% w roku 2005. Dla cywilizacji, która przez tysiąclecie rozwijała się najszybciej ze wszystkich, musi to być szczególnie szokujące (...) Coś zepsuło się dopiero na przełomie lat 60. i 70. Od tamtej pory szybkość rozwoju zaczęła systematycznie spadać i spada do dnia dzisiejszego. Na początku XXI w. Zachód, który jeszcze zaledwie 40 lat wcześniej przodował na świecie, wlecze się w ogonie peletonu. W poszukiwaniu przyczyn hamowania musimy więc szukać wydarzeń, które pod koniec lat 60. ogarnęły cały Zachód i odcisnęły swoje negatywne piętno w kolejnych dekadach. Jak wiadomo - takie zjawisko rzeczywiście miało miejsce”. Po czym wskazał to zjawisko - rewoltę '68, a konkretnie jej ekonomiczne następstwa: „Cywilizacja chrześcijańska przetrwała bez szkody wiele wstrząsów i kryzysów. Nie zaszkodziła jej reformacja, kontrreformacja, oświecenie, liberalizacja i laicyzacja. Nie dała jej rady wielka wojna. Socjalistyczne totalitaryzmy okazały się jedynie przejściowym incydentem bez znaczenia. Zachód został zainfekowany od wewnątrz dopiero przez kontrkulturę, która swoje symboliczne zwycięstwo odniosła w roku 1968 (...) Odczuła to każda sfera życia, również gospodarka”. Lecz buntownicy '68 gwiżdżą na ekonomiczne wskaźniki - wolą fetować swe triumfy „estradowego” rodzaju. „Pokolenie '68” wygrało dubeltowo: ćwierć wieku po swym buncie miało już gdzieniegdzie władzę polityczną (exemplum niemiecka koalicja Zielonych i SPD), a globalnie ma pełną władzę kulturowo - obyczajową, którą sprawuje Salon. Niepotrzebny im nawet marksizm (notabene: nie Marks, lecz goszystowski teoretyk Marcuse był ich pierwszym guru ideologicznym) – stworzyli własny „izm”, zwany „political correctness”. Wydają mnóstwo książek i piszą mnóstwo artykułów wspierających „mitologię ‘68”, mnóstwo tekstów sygnowanych nazwiskami, chociaż – ciekawostka – w 1968 uważali to za przestępstwo (hasło „śmierć autora”), głosząc, że wszelka twórczość winna być dziełem kolektywu. To maoistowskie hasło przypomniała Virginie Linhart, córka szefa grupy francuskich maoistów ‘68, Roberta Linharta, która w swej książce o „generacji ‘68” ośmieliła się też (2008) wytknąć „Majowi ‘68”, że był stymulowany i kierowany przez Żydów. Dzisiaj wiadomo, że głównie przez agentów KGB, a bezpośrednio (na ulicach i przy mównicach) przez dzieciaki z bogatych żydowskich familii, szkolone co roku na wakacyjnych obozach lansujących lewacką ideologię. O tym właśnie pisze bezkompromisowa Linhart, i rzuca nazwiska: Geismar, Weber, Levy, Cohn – Bendit i i. Wzmiankując tekst Virginie Linhart, powołuję się znowu na dziecko buntowników ‘68, i nie jest to przypadek. Panie Linhart i Rohl nie są bowiem wyjątkami – spora grupa dzieciaków tamtej lewackiej młodzieżówki gardzi dzisiaj swymi rodzicami i publicznie tę wzgardę wyraża. We Francji najgłośniejszym takim krytykiem własnych rodzicieli jest modny literat Michel Houllebecq (Magdalena isznika: „Houllebecq znienawidził wyzwolone pokolenie Maja ‘68 i obarczył je wszystkimi winami za nieszczęścia ludzkości, bo jego rodzice jeszcze po trzydziestce uważali się za dzieci kwiaty i postanowili w imię wolności jednostki oddać swoje dziecko na wychowanie do dziadków”, 2008), a w Wielkiej Brytanii równie modny pisarz Martin Amis (syn wściekłego lewaka, Kingsleya Amisa), itd. Równocześnie głośne się stały konwersje lewaków „pokolenia ‘68” – z lewicowości na antylewicowość (w USA dramaturg David Mamet, we Francji pisarz Olivier Rolin i filozof André Glucksmann), tłumaczone przez tych neofitów prawicy faryzeizmem ideologii lewicowej. Większa wszakże grupa „nazwisk” nie zamierza kląć swych ideałów ‘68 – woli je mitologizować.
„Generacja ‘68” wypromowała dużo znanych figur, które ją symbolizują personalnie. Nie jest to może takie proste w USA, bo tam z młodzieżową rewoltą kojarzone są dziś nazwiska przedstawicieli „bitników” („Beat Generation”), czyli pokolenia o włos wcześniejszego, które swym włóczęgowym luzactwem i swą twórczością literacką, swym kontestatorstwem antymieszczańskim i „dragami”, przygotowało eksplozję hipisostwa. John (Jack) Kerouac i Allen Ginsberg. Po nich był tylko Ken Kesey, autor „Lotu nad kukułczym gniazdem”, idol hipisowskiego ruchu Merry Pranksters (Weseli Figlarze), który mówił, że jest „za młody na bitnika, za stary na hipisa”. Tymczasem Europa ma gwiazdy wyrosłe bezpośrednio z 1968 roku. W Niemczech Rudi Dutschke i Joschka Fischer (został ministrem w rządzie koalicyjnym kanclerza Gerharda Schrödera), nie mówiąc już o bandyckich asach grupy terrorystycznej Baader – Meinhof. We Francji Niemiec Daniel Cohn – Bendit (nomen omen), dzisiaj wpływowy deputowany parlamentu UE (to on był w Unii głównym obrońcą Bronisława Geremka, gdy ten wywołał skandal międzynarodowy krzycząc, iż polskie faszystowskie władze – rząd is – u – chcą mu odebrać godność, bo żądają podpisania deklaracji lustracyjnej). W Polsce Adam Michnik, serdeczny przyjaciel Cohn – Bendita, guru priwiślińskiego Salonu. Michnika wszyscy rodacy dobrze znają – jednym jest znany jak zły szeląg, drugim jak złoty rubel. Niemieckiego Francuza zna niewielu Polaków, tedy warto go przedstawić.
Wśród przywódców paryskiego „Maja ‘68” Daniel Cohn – Bendit (angielska ksywa: „Czerwony Danny”, francuska: „Czerwony Dany”) wyrósł na figurę numer 1. Został ikoną europejskiej radykalnej lewicy. Tudzież ikoną anarchistów (należał do kilku ugrupowań anarchistycznych). Tudzież ikoną marihuanistów. Tudzież – o czym wie mało kto – ikoną pedofilów. W latach 70 – ych XX wieku pracował w przedszkolu państwowym i tak to wspominał później: - Mój ciągły flirt z dziećmi szybko przybrał charakter erotyczny. Dzieci rozpinały mi rozporek, by głaskać…
I tak dalej, i tym podobnie. Wywalono go za „perwersję i lubieżność”. Bettina Röhl (2008):
- Prócz uprawiania pedofilii, spacerował po ulicach z psem o imieniu Kałasznikow (…) W 1968 robił dobre „koktajle Mołotowa” i uprawiał rewolucję. Czasami przerywał uliczną manifestację, by odpocząć. Brał wtedy taksówkę i jechał do ulubionego baru, gdzie pił koktajle z tuzami znienawidzonej burżuazji – pracownikami pobliskich kancelarii adwokackich. To była taka fajna rewolucja. Mieszkanie w Paryżu, dom w Toskanii, narty w Szwajcarii, drogie wina i ekskluzywne ubrania. Historia Cohn – Bendita to cała historia tamtej lewicy.
„Czerwony Dany”, gwiazdor „lewicy kawiorowej” oraz „pokolenia ‘68”, prócz psa Kałasznikowa ukochał równie rasowego Adama Michnika: - Dla nas, francuskich studentów z generacji ‘68, Adaś był jednym z nas, człowiekiem lewicy walczącym przeciwko totalitaryzmowi o demokrację. Był tak jak ja intruzem w systemie, który go odrzucił. „Przeciwko totalitaryzmowi o demokrację”! Coś się porobiło z pamięcią „Czerwonego Daniela”, jeśli zapomniał o co w istocie walczyli. Walczyli o trockizm – o trockizację demokracji – czyli na rzecz lewackiego totalitaryzmu. Michnik przyzna później (1988), mówiąc o swym druhu francuskim: - Nie będę ukrywał, że coś mieliśmy wspólnego z trockizmem. Ano mieli. Lecz wróćmy do świeżych wynurzeń Cohn – Bendita na temat jego druha polskiego: - Ostatnio martwię się o mego przyjaciela Adama Michnika. Odnoszę wrażenie, że Adam przeżywa swój dramat Historii. Cierpi z powodu cofania się swego kraju ku mrokom. W dzisiejszej Polsce nie ma już chyba miejsca dla wolnego człowieka, dla intelektualisty. Daniel Cohn – Bendit powiedział to za rządów is – u. Teraz już nie musi się martwić – krótka era mroku minęła, wrócił i rozbłysnął pełnym blaskiem czas władzy Salonu, a guru Michnik jest tak powszechnie wielbiony, że chwalą go nawet publicyści kojarzeni z prawicą (według literata Jerzego Pilcha pewna proza literacka Jarosława Marka Rymkiewicza to „wielka pieśń miłosna o Adamie Michniku”; Piotr Semka rozczula się „chwalebną przeszłością Adama Michnika”, itp.). Zawsze zresztą był przez kogoś chwalony, pewnie dlatego, że zawsze był pryncypialny (publicysta Krzysztof Mętrak w 1971 roku: „Adaś pryncypialny, zacietrzewiony jak dawniej. Tak wyobrażałem sobie komunistyczne doktrynerstwo żydowskie przedwojennych komunistów”).
A loża Michnika, też pryncypialna michnikowszczyzna – sfera przebogata (od „GW” i lewackiej doktryny politycznej, do bluźnierczych napisów na koszulkach i klimatów a la lokal „Le Madame”) – dzierży gigantyczną władzę medialną (opiniotwórczą), analogicznie jak wokół całego globu dzierży ją „generacja ‘68”, by wymienić CNN, TVN, BBC i inne „liberalne” telewizje, bądź francuski „Le Monde”, niemiecki „Der Spiegel” czy nowojorski „NYT”. Dzisiaj tamci luksusowi żule są kastą kulturowych decydentów. Wyzwolili świat od godności, a wmawiają, że przywrócili światu godność, i na tym polega tak skutecznie szerzona przez nich mitologia roku 1968. Spośród głośnych przypadków politycznopoprawnościowego terroru, który sprawuje „generacja ‘68”, warto wymienić casus Ewy Herman, prezenterki telewizyjnej i publicystki (autorki „Das Eva Prinzip”, 2006). Tę Niemkę wywalono z pracy (2007), bo apelowała, by „przywrócić macierzyństwu rangę, którą miało zanim Niemcy pozbyły się takich wartości jak szacunek dla rodziny i pokoleniowa solidarność”. Herman krytykowała również wojujący feminizm jako „fatalny efekt rewolucji obyczajowej ‘68”, pisząc: „Walka o wizerunek kobiety doprowadziła do jednoznacznego zwycięstwa feministek, którym udało się przeforsować nowy wzór kobiety – niezależnej, ale i niekobiecej”. Została za to rozszarpana. Olga Doleśniak (2007): „Wojujący sztab roku 1968 najwidoczniej poczuł się urażony krytyką wymierzoną we wszystkie tzw. Osiągnięcia rewolucji obyczajowej. Herman złamała tabu – bez ogródek przeciwstawiła się dyktatowi antyrodzinnej propagandy feministycznej, z jej głównym hasłem «samorealizacji»„. Świeżym „newsem” dotyczącym „pokolenia ‘68” jest afera, która eksplodowała niedawno (sierpień 2008) u Włochów. Stowarzyszenie Ofiar Czerwonych Brygad (134 zabitych, ponad 2 tys. Okaleczonych) zaalarmowało Ministerstwo Kultury, że na festiwalu filmowym w Locarno Italię będzie reprezentował film „Słońce przyszłości”, gloryfikujący zbrodniczą „generację ‘68”. Minister Sandro Bondi kazał sobie wyświetlić to dzieło i ryknął wściekle. Skandalem, szeroko komentowanym przez europejskie media, był fakt, iż lewacki film (reżyser Gianfranco Pannone) otrzymał gigantyczne, choć ciche, dofinansowanie ze strony ministerstwa. Kiedy? Rok wcześniej (2007), za premiera Romano Prodiego (długoletniego agenta KGB), którego rząd pełen był dawnych aktywistów’68. O skandal związany ze „Słońcem przyszłości” Bartłomiej Radziejewski spytał polską tłumaczkę książki Bettiny Röhl „Zabawa w komunizm”, Ewę Stefańską, by usłyszeć (2008):
- Dofinansowali film pewnie urzędnicy ministerstwa stanowiący ekspozyturę generacji ‘68. Ta generacja, z nielicznymi wyjątkami, nigdy nie potępiła lewackiego terroryzmu. Dla nich bandyci z Czerwonych Brygad to bohaterowie, męczennicy, ofiary opresyjnego systemu kapitalistycznego. Nigdy nie porzucili swojej chorej fascynacji ideologią Mao, Lenina czy Marksa (…) Sentymenty do lewackiego terroryzmu pojawiły się wcześniej również w innych krajach, na przykład w Niemczech, i nie była to reakcja spontaniczna. Taka postawa została wypracowana przez lata. Sowieckie służby, posługujące się wywiadem enerdowskim, uczyniły bardzo dużo, by przygotować społeczeństwo do zaakceptowania nawet tak absurdalnych postaw wobec własnego państwa, jakie prezentowała RAF – Frakcja Czerwonej Armii (…) To efekt propagandy głoszonej przez wpływową generację ‘68. Głos takich osób, jak Joschka Fischer, Daniel Cohn – Bendit czy Gunter Grass, jest słuchany na całym świecie z uwagą, która wielu nie pozwala zastanowić się nad tym, jak wielkie brednie czasami ci ludzie wygadują (…) Wystarczy prześledzić historię pisma „Konkret”, na którym wychowała się część obecnych niemieckich elit…
Tu reporter zadał kolejne pytanie:
- Czy i w Polsce są ludzie ciepło mówiący o terrorystach?
Odpowiedź brzmiała:- Pewnie należałoby się pochylić nad poglądami ludzi związanych z „Krytyką Polityczną”. Zwykle traktuje się ich jako lewicę z ludzką twarzą, z którą dialog jest dopuszczalny ze względu na brak ich komunistycznej przeszłości. Moim zdaniem niesłusznie. Moim zdaniem KGB był królem mitotwórców, a jego następczyni, FSB, nie chce być gorsza.
niedziela, 9 października 2011
Były poputczik Miłosz Sergiusz Piasecki
Przeczytałem w "Kulturze" (nr 45/46) artykuł Juliusza Mieroszewskiego Sprawa Miłosza. Autor twierdzi, że Miłosz nie jest nawet oportunistą i że "tego rodzaju postawa [nieufność do "nawróconego" Miłosza] jest obelgą dla narodu polskiego". Jeśli uwzględnimy inne podobne głosy, okaże się, że postać tego dyplomaty Bierutowego zaczyna się powoli wywindowywać na piedestał bohatera narodowego.
Sprawa Miłosza świadczy, że wielu ludziom brak wyobraźni w ocenianiu rzeczywistości "na dystans", jak to często obserwujemy u ludzi Zachodu. Będą czule reagowali na krzywdę psa lub kota w zasięgu ich wzroku, lecz nie potrafią wczuć się w tragedię Polaka-patrioty, od wielu lat pozbawionego ojczyzny. Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego "samobójcy", który wybrał gorzki chleb emigracyjny, by tylko nie iść na kompromis z swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu. Jeśli "nawrócony" Miłosz ośmiela się pisać w czasopiśmie emigracyjnym (Nie w nr. 43 „Kultury” ): "...cieszyłem się, iż półfeudalna struktura Polski została złamana...", łatwo domyślić się, w jakim świetle i w jakich barwach jako dyplomata Bieruta ukazywał obcym swoją ojczyznę.
Warto na tym miejscu przytoczyć z książki znakomitego publicysty Stanisława Mackiewicza (Cata) Lata nadziei (Londyn [1946], str. 145) opinię jego o całej grupie wileńskiej: i "...Było mi smutno i wstyd, że bolszewizm w Wilnie szerzyła grupa utalentowanych młodych ludzi najautentyczniej wileńskiego pochodzenia, których same nazwiska przypominały stronice Pana Tadeusza lub Pamiętniki kwestarza . Bujnicki nazywał się Nieściuszko Bujnicki i był prawnukiem starego miłego grafomana, który tak rzewnie opisywał północną Białoruś . Putrament... nazwisko to figuruje w sienkiewiczowskim Latarniku jako symbol starej, tęsknej litewskości, «Putrament z Piktumą...» - czytamy w Panu Tadeuszu. Miłosz... I oto ci ludzie, którzy powinni byli najlepiej rozumieć miłość kraju, pierwsi sprowadzali na niego infekcję wroga, zdradzali go, sprzedawali, sprzedawali także siebie, bez godności, o ileż gorzej niż zwykła kurwa.
Jakaż silna jest ta infekcja i jakże wielką mieliśmy rację, gdyśmy z nią walczyli. Dzisiaj podobno niejeden z tych poetów chadza w cylinderku, zajmując dygnitarskie stanowisko, sprzedawszy kraj własny, sprzedaje państwo całe. Może kiedyś poczuje do samego siebie pogardę, gdy znajdzie się po jakiejś czystce na Kołymie lub w republice Komi”.
Ale Miłosz ani na Kołymie, ani w republice Komi się nie znalazł. Uniknął losu wielu innych poputczików i setek tysięcy uczciwych Polaków. Był dostatecznie rozsądny, by w porę zostać na Zachodzie. Co więcej, znalazłszy się wśród nas, zachował się bezczelnie, topiąc prawdę w powodzi kłamstw. Sięgnął nawet po uznanie dla swoich zasług. Powinniśmy wymierzyć mu je w pełni.
***
Gdy Miłosz porzucił stanowisko dyplomaty regime' owego, z miejsca rozpętał olbrzymią reklamę (technika bolszewicka) dokoła swego wyczynu i swej wielkości jako poety. Głos Ameryki i "Kultura" wołają, że to wielki poeta, a sam Miłosz nie szczędzi sobie pochwał wszelkiego typu. Wyliczył, kogo przekładał, lecz skromnie opuścił pozycje najciekawsze, np. Przekłady z poezji Chin Ludowych ("Twórczość" z września 1950). Na str. 83 zbiór tych ludowych perełek rozpoczyna wiersz Mao Tse-tunga Śnieg. Imponujące! Aleja nie mogę wpaść w zachwyt, skoro jako poeta Miłosz jest już starą kobyłą, bo łupi swe wiersze od dwudziestu lat, możliwości rozwoju miał rozległe, a nie napisał jeszcze nic takiego, co by dorównywało np. wierszom Łobodowskiego.
Gdyby Miłosz po zerwaniu z regimem wypowiedział się jasno, szczerze, skromnie, gdyby umiał splunąć na tamtą rzeczywistość tak jak inni, którzy ją zgłębili, jak setki intelektualistów różnych narodowości, którzy poznali komunizm w praktyce, gdyby bez pozy i blagi poświęcił swój talent, wiedzę oraz doświadczenie zwalczaniu zła, któremu służył i który też szerzył, moglibyśmy uznać, że trzeba milczeć i zapomnieć o jego przeszłości.
Miłosz istotę bolszewickiego "komunizmu" rozumiał i rozumie doskonale. Widać to chociażby z artykułu Ketman w nr. 45/46 "Kultury". Mimo to Miłosz napisał swoje Nie, które właściwie jest pochwałą obecnej potwornej rzeczywistości w Polsce. Miłosz pochwala reformę rolną i uniwersytety zapełnione przez młodzież robotniczą. A oto co pisze na ten sam temat w "Kulturze", nr 45/46, Roman Palester w artykule Konflikt Marsjasza:
"Jakże cieszyć się z wielkiej ilości młodzieży chłopskiej i robotniczej na uniwersytetach, jeśli celem tych uniwersytetów jest uformowanie umysłów całkowicie bezkrytycznych i posługujących się wyłącznie obiegowymi sloganami obowiązującej teorii? A wyrażanie radości z przeprowadzenia reformy rolnej jest chyba niezdawaniem sobie sprawy z tragicznego losu, jaki ta «reforma» gotuje milionom ludzi.
Program jest maksymalny i niszczy zarówno samego człowieka, jak i te wszystkie wartości, które dotychczas nadawały życiu ludzkiemu pewien obiektywny sens".
Miłosz pisze: "Pisarze w krajach Zachodu nie mogą mieć pojęcia o opiece, jaką zapewniają ich kolegom państwa rządzone według zasad leninizmu- stalinizmu". Twierdzi, że zarobki ich w porównaniu z zarobkami robotnika czy urzędnika są "niebotyczne". Miłosz ma rację, tylko nie dodaje, kto i za jakie zasługi ma te "niebotyczne zarobki". Aby je mieć, trzeba wyrzec się godności człowieka i Polaka.
Miłosz twierdzi: "Wielcy pisarze przeszłości rzadko byli za ich życia honorowani. Zdychali z głodu, wyganiano ich z republik, wyśmiewano, uważano za wariatów i maniaków". Miłosz rzucił to twierdzenie właśnie "propagandowo" - dla uzasadnienia dalszych wywodów, dla efektu. Tak jakby pisał ulotkę dla mieszkańców państwa totalnego, nie troszcząc się o prawdę i przechodząc do porządku nad faktami historycznymi. Nie ma tu miejsca na obszerniejsze rozważenie tej kwestii. Ale wystarczy, jeśli podam tylko jeden przykład na dowód, jak twierdzenie Miłosza jest fałszywe. Gorki za caratu miał w Rosji sławę i dobrobyt, mimo że był pisarzem dla ustroju wrogim i szkodliwym. A jak z punktu widzenia ustroju szkodliwym, można zorientować się z tego, że potrafił rozpętać za granicą (w Europie i Ameryce) akcję przeciwko udzieleniu przez Francję pożyczki Rosji, przekonując wszędzie opinię publiczną, że te pieniądze są potrzebne reżimowi carskiemu do tępienia ruchów postępowych i umocnienia tyranii. Mimo to mógł wrócić do Rosji i dalej tam żyć za tegoż cara i dalej go zwalczać. Dopiero Stalin się z nim rozprawił. W Rosji, od najdawniejszych czasów, istniało wielu innych pisarzy krytycznych, postępowych albo wręcz rewolucyjnych i nie spotkał ich tak potworny los, jak obecnie spotkałby każdego pisarza-opozycjonistę, gdyby się pojawił.
Interesujące jest zdanie Miłosza o Rosjanach: "Kontakt z obywatelami tego kraju jest trudny, wspomnienia, jakie zostawiła armia wyzwalająca, nadmiernie skłonna do grabieży, złodziejstw i gwałtów - niemiłe". Tylko "niemiłe"?! ... A armia - naturalnie "wyzwalająca". Grabież zaś, złodziejstwa i gwałty (wyzwolicieli) tylko dlatego są Miłoszowi niemiłe, że nadmierne. Co innego, jeśliby robili to umiarkowanie, według planu leninowsko-stalinowskiego. Gdyby dziś, na przykład, zgwałcili Putramenta , jutro Jędrychowskiego, potem Broniewskiego, później Gałczynskiego, następnie Miłosza, może by to nawet było miłe... A jeśli bolszewicki pułk rabuje pociąg repatriantów polskich, jadących na zachód, to jest to nadmierne czy umiarkowane, czy normalne? Czy armię, która dokonywa gwałtów i grabieży, można nazwać "wyzwalającą"?
Ktoś mógłby przypuszczać, że niektóre wypowiedzi Miłosza są zwykłymi lapsusami, ale zdarzają się między nimi takie, które rozwiewają wszystkie wątpliwości, ukazując całą potworność psyche tego bierutowca. "Czy szczęście ludzi - pisze Miłosz - których horyzont myślowy jest ograniczony do kopania swoich ogródków, picia wina w kafejce i uprawiania hobbies, nie jest szczęściem idiotów? Nie do takiego szczęścia dąży ludzkość poprzez śmierć i terror. Czy idiota będzie sadzić róże w swoim ogródku, czy rąbać las w karnych brygadach, jest właściwie wszystko jedno".
Czyż nie jest to filozofia zimnych gadów, takich jak Dzierżyński? Dla nich cichy kąt skromnego człowieka i jego spokój są nienawistne. Im jest właściwie "wszystko jedno", czy zwykły człowiek stworzy sobie cichą przystań życiową, czy gnije w łagrze. Ale o swoją osobę taki dialektyk jest bardzo troskliwy. Tak troskliwy, że nawet swe wylądowanie wśród nas nazwał "samobójstwem".
Spostrzegłem, że urokowi tego "samobójcy" uległo wielu ludzi, którzy naiwnie wytłumaczyli sobie jego zmianę frontu albo jako rezultat kryzysu w zapatrywaniach politycznych, albo jako bunt poety, który nie mógł pójść na kompromis z sumieniem. Zygmunt Zaremba np. ironicznie nazywa ("Kultura", nr 45/46) krytykujących Miłosza "emigracyjnymi Katonami" o "z góry powziętej niechęci, opartej na jedynej przesłance, że Miłosz służył regime'owi warszawskiemu. To kryterium - pisze p. Zaremba - dla oceny ludzi z kraju w żadnym wypadku wystarczyć nie może, wobec zaś Miłosza w szczególności się nie nadaje".
Lecz Miłosz nie jest człowiekiem "z kraju". Miłosz jest człowiekiem, który ze swojej zagranicznej placówki narzucony Polsce regime przedstawiał jako prawowitą władzę. Pan Zaremba pisze o grupie podobnych Miłoszowi typów: "Ludzie ci go prostu bałamucili się lewicowo, dziedzicząc po Żeromskim czy Strugu sympatię do świata pracy bez zadania sobie najmniejszego trudu zgłębienia jego życia i walk". Trzeba na to powiedzieć, że w gruncie rzeczy ludzie ci tylko innych bałamucili swą lewicowością, sami światem pracy pogardzali i przy najbliższej sposobności wzięli czynny udział w zaprzedaniu tego świata pracy obcemu najeźdźcy.
W związku z tym opowiem krótko, jak wyglądało "bałamucenie się lewicowe" na terenie Wilna niektórych przedstawicieli tej grupy w okresie okupacji. Henryk Dembiński przed wojną był prezesem katolickiego "Odrodzenia", stał się lewicowcem i przywódcą ruchu "wolnościowego" młodzieży uniwersyteckiej w Wilnie. Żadnego pionu nie miał. Komunizował lub reakcjonizował - zależnie od okoliczności. Gdy przyszli do Wilna bolszewicy, stał się pospolitym denuncjantem. Nawet wskazał bolszewikom tajne skrytki w archiwum miejskim, w których ukryto najcenniejsze dokumenty historyczne. Stefan Jędrychowski (drugi as grupy) od r. 1941 przebywał w Moskwie i tam tworzył "Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego", z którym się zjawił w lipcu 1944 w Chełmie. Przedtem też denuncjował i został skazany przez sąd tajny Armii Krajowej na śmierć. Teodor Bujnicki w piśmie bolszewickim "Prawda Wileńska" zamieścił wiersz Nasz kandydat, na cześć nie znanego nam kandydata do Wierchownego Sowietu, którego wilnianie musieli "wybrać", aby otrzymać pieczątki na paszportach - że głosowali.
W wierszu było takie zdanie: „Już się kończy łajdacko-kupiecko-szlachecka” ! Tak się cieszył polski poeta i "lewicowiec" z końca naszej niepodległości. Za swą denuncjatorską działalność został również skazany na śmierć, i wyrok wykonano. Ludzie ci byli oczami i uszami okupanta. Oni dopomagali wrogowi planować akcje przeciw nam. Oni wskazywali, gdzie są "reakcjoniści". Oni się zjawiali wraz z czołgami armii sowieckiej i znikali wraz z nimi lub konspirowali się wśród nas (aby przetrwać), nawet wciskali się do organizacji podziemnych.
Są dowody, że nawet wówczas potrafili denuncjować do gestapo tych patriotów polskich, którzy byli przeciwnikami Sowietów. Ich to zdrady, rady i pomoc umożliwiły potem bolszewikom stworzenie fikcji rządu polskiego z "woli narodu". Bez nich byłaby to tylko okupacja wojskowa obcego państwa. Nie była to "bałamucąca się lewicowo" grupka młodzieży, lecz banda podstępnych i bezwzględnych zdrajców.
Wówczas wpisałem do zeszytu wierszy młodego poety z konspiracji, uczciwego patrioty:
"Adamie, Adamie! Co się dzieje z poetami twego ukochanego Wilna? Nawet cwani enkawudziści nie umieją już odróżnić wierszoklety od bliadi i drogo płacą za stosunki z nimi. Biedne zaś kurwy płaczą zrozpaczone, widząc tak straszne pohańbienie swego fachu".
Ludzie ci jak szakale czyhali, kiedy Polska opadnie z sił i radowali się polskimi klęskami. A ponowna okupacja Polski przez wojska bolszewickie była dla nich radosnym dniem - ziszczała ich marzenia o władzy i karierach. I wiele dotkliwych dla Polski posunięć bolszewickich zawdzięczamy ich wpływom.
***
Przypadkiem trafiłem na jedną z drobnych usług poety Miłosza i nic w tym poetycznego znaleźć nie umiem. W "Dzienniku Polskim [i Dzienniku Żołnierza]" z 28 maja 1947 zamieszczono korespondencję z Waszyngtonu, pióra Vigila . Jest w niej taki fragment:
"Polonia Amerykańska sprowadziła dwie grupy sierot polskich z Indii oraz poważną grupę bezdomnych dzieci polskich z obozu Santa Rosa w Meksyku. Wszystkie te dzieci przeszły piekło zsyłki sowieckiej i ogromna większość z nich postradała rodziców na obszarach od Peczory , poprzez Kołymę do Kazachstanu.
Obecnie dzieci są w szkołach, pod znakomitą opieką, wiele z nich adoptowały rodziny amerykańskie, a kongresman Jan Lesiński, który jako przewodniczący kongresowej komisji imigracji i naturalizacji w poprzedniej kadencji Izby najwięcej napracował się nad sprowadzeniem dzieci - otoczony jest wdzięcznością zarówno ze strony małoletnich imigrantów, jak i ich opiekunów.
Inaczej rzecz się ma z p. Józefem Giebułtowiczem, pierwszym sekretarzem zespołu waszyngtońskiego, i p. Czesławem Miłoszem, który, jak Erenburg w «Prawdzie», w krakowskim «Przekroju» cierpliwie naucza Amerykanów demokracji.
Pewnego dnia obaj młodzi ludzie wmaszerowali do jednego z gabinetów Departamentu Stanu z interwencyjnymi wyrazami twarzy. Chodzi o te dzieci. Mają wrócić do Polski, szczególnie te z Indii, ale i te z Meksyku również. Rząd tego się domaga, bo rząd jest jedynym opiekunem obywateli polskich za granicą. Dzieci «wywieziono» do Stanów Zjednoczonych i oddano w obce ręce bez porozumienia się z rządem. Podobno nawet w Polsce znaleźli się rodzice, którzy domagają się zwrotu swych dzieci. Nazwiska? - to później. Teraz chodzi o zasadę.
Odpowiedź była grzeczna i prosta. Stany Zjednoczone załatwiły sprawę imigracji polskich dzieci zgodnie z przepisami prawa i w zgodzie z prawnymi opiekunami dzieci, którymi byli - w Indiach na przykład - ludzie mianowani przez sąd okręgowy w Bombaju. Obecnie amerykańskie instytucje opieki społecznej są całkowicie zadowolone ze sposobu umieszczenia dzieci, ich kształcenia itd. To - wszystko.
Dyplomatyczni interwenci zdenerwowali się najwidoczniej, skoro p. Giebułtowicz zaryzykował okrzyk i wyraził przekonanie, że dzieci zostały porwane. Wyrażenie amerykańskie, którego użył, brzmi: «kidnapped» i posiada wydźwięk dla Amerykanina tak wyraźny, że rozmówca amerykański odpowiedział coś w rodzaju: «... przykro mi, że pan posiadł język nasz w ten sposób, iż używa niewłaściwych wyrażeń...», po czym rozmowę urwał.
Dyplomacja - jak widać - też na poziomie".
Ale wyobraźmy sobie, że miły poeta Miłosz natchnioną wymową poetycką przekonałby Amerykanów, że dzieci polskie należą do Polski, a ponieważ stracili rodziców, ich nowy papa Bierut smuci się po nich i łzy wylewa, i mocno do serca przycisnąć pragnie, Radkiewicz niepokoi się, czy dziateczek nie zdeprawowano, a ojczulek wszystkich dzieci w demokracjach ludowych, Stalin, też ich losem jest srodze zmartwiony. No i oddaliby je Amerykanie. I wyrosłaby z nich, na przykład, kupa utalentowanych poetów klasy Miłosza i jegoż wysokiego poczucia patriotycznego!
Jaka szkoda, że rząd bierutowski nie posłał poety Miłosza na Sybir, aby ściągnąć dzieci polskie, które pojechały tam na wycieczkę krajoznawczą w latach 1939-1944. Wiele z nich też zostało sierotami. Ale może, wychowani w „Nowej Wierze”, baliby się jechać do Polski... W liście z Polski czytałem: "Janeczek wieczorami boi się spać i prosi dobrze zamykać drzwi. Twierdzi, że za drzwiami czai się reakcjonista".
Na bardzo umiarkowane, w stosunku do politycznego konta Miłosza, zarzuty prasy emigracyjnej Miłosz zamieścił w nr. 45/46 "Kultury" Odpowiedź. Jest równie fałszywa, jak pierwsze oświadczenie, chociaż napisana ostrożniej i z mniejszym tupetem.
Miłosz twierdzi, że Polacy "zachodni" nie rozumieją lub "lekceważą" "głębokie przemiany świadomości", jakie zachodzą w Polsce. Rozumiem i nie lekceważę przemian, lecz nie uznaję przemiany świadomości. Można być zamkniętym w pojedynczej celi przez dziesięć lat, można nie wiedzieć nic o świecie za murami, można dojść do kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej, lecz dopóki się nie zatraciło zdolności myślenia albo nie wpadło w obłęd, świadomość będzie nienaruszona. Te "przemiany świadomości", które zachodzą w Polsce, są przystosowaniem się do okoliczności i grą aktorską. Pisał o tym sam Miłosz w Ketmanie. Być może, że młodzież, zdana całkowicie na wychowanie w duchu bolszewickim, obniży swój "moral", lecz trudno będzie nawet tę młodzież przekonać, że tylko "Nowa Wiara" da jej szczęście.
Miłosz pisze: "To, że wszyscy Polacy «zachodni» są antystalinistami, nie oznacza, że wszyscy mają te same racje do potępiania stalinizmu... Moim zdaniem słabo usprawiedliwiona jest niechęć do prób udzielenia odpowiedzi na pytanie, dlaczego stalinizm jest zły. «Myśmy to dawno wiedzieli» nie rozwiązuje niczego".
Otóż nie tylko nie ma "niechęci" do udzielenia odpowiedzi, dlaczego stalinizm jest zły, lecz istnieje entuzjazm w udzielaniu takich odpowiedzi. Napisano o tym tysiące książek. A samo pytanie jest nudne i bezsensowne - tak jakby ktoś pytał: dlaczego kura pije, a siusiu nie robi? Stalinizm jest zły dla miliona powodów, chociażby dlatego np., że Miłosz nie mógłby napisać swego Nie w zasięgu "stalinizmu".
Argument Miłosza, że liczba zwolenników stalinizmu na świecie powiększyła się "w ostatnich latach o ładną garstkę milionów", nawet gdyby był słuszny, też by niczego nie dowodził, tak jak zwiększenie się alkoholizmu nie stanowi dowodu, że wódka jest pożyteczna albo lepsza od wody czy mleka.
Miłosz próbuje odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przez tyle lat służył reżimowi warszawskiemu i dlaczego tak późno przejrzał. Ale odpowiedź ta jest "dialektyczna". Wygląda to tak, jakby ktoś spytał: która jest teraz godzina? - na co otrzymałby odpowiedź: na wiosnę przylatują bociany. Miłosz odpowiedziałby szczerze tylko enkawudzistom w ich demokratycznym MGB; my takich metod nie mamy.
Miłosz pisze, że służył Krajowi, chociaż służył Bierutowi. Pisze, że służył, bo "wszyscy służą". Ale jak służą? Jeśli robotnik czy urzędnik nawet wstępuje do PPR-u, aby wyżyć, jeśli nawet w pochodach nosi portret Stalina - którego jeśliby mógł, udusiłby własnymi rękami - to jest to nieszczęście, w które miłosze go wtrącili. Za Niemców wielu ludzi też służyło, ale orientowaliśmy się doskonale w charakterze ich służby. Jest różnica między służbą, wysługiwaniem się, współpracą. A już zupełnie czym innym jest przynależność do aparatu rządowego, administracyjnego albo policyjnego. Wiele słów się pomieszało, wiele straciło znaczenie, wiele się wypacza. Ale czy możemy sobie wyobrazić Polaka, który by w razie zwycięstwa Hitlera i stworzenia przez niego przemocą w Polsce ustroju nazistowskiego reprezentował ten ustrój za granicą, jako attache kulturalny, i twierdził poważnie, że służy Polsce? Jakbyśmy nazwali takiego typa?
Gdy się czyta Odpowiedź Miłosza, ma się wrażenie, że tak się załgał, że wszystko mu się pomieszało, albo uważa, że o niczym nie mamy pojęcia. Główny konik, na którym jedzie Miłosz, to poetycki pegaz: "Istnieją sfery działania, w których można uprawiać kompromisy, i sfery działania, w których na żaden kompromis iść nie wolno. Dla poety tą sferą działania jest jego poezja". W więzieniu słyszałem opowiadanie o pewnym starowierze, który zabił Węgra, sprzedającego po wsiach towary galanteryjne. W sądzie spytano, co zrabował zabitemu. Odpowiedział, że nic przy nim nie znalazł. Sędzia zaznaczył, że przy trupie znaleziono kawałki mięsa. Czy je jadł? Tu starowier się oburzył: "Jak możecie mnie posądzać, że jadłem mięso, kiedy wiecie dobrze, że to było w piątek!". Miłosz także ogromnie rozszerza sfery działania, w których można iść na "kompromisy". Nie ma dla niego Polaka, obywatela, człowieka, reżymowca, dyplomaty, zdrajcy. Jest tylko niepokalany duch poetycki. Niestety, duch ten wyzwala się jedynie w piątki. I gdyby nie nieszczęście, że tydzień ma 7 dni, nic by nie można mu było zarzucić.
Miłosz pokpiwa z tych, którzy "do ostatniej chwili porządkowali swoje bibeloty, złudzenia, dywaniki, antyki - a potem już tylko krew i płomień i zgorzelisko". Drżyjmy wobec zapowiedzianej przez Miłosza zagłady. Może ona przyjść, choć może i nie przyjść. Ale tak czy inaczej lepiej jest "schronić się w lamus pełen słowników, herbarzy, senników i kalendarzy, między pamiątki minionego czasu" - którymi tak Miłosz pogardza - niźli włazić do katowni tego lub owego Iwana Groźnego i czytać ukazy, prikazy i dekrety. W tych "lamusach" matki-Polki, zdejmując dziecku z szyi sowiecką wesz, składają mu rączki do modlitwy za Kraj i za kogoś, kto ginie na Sybirze, jęczy w lochu Bezpieki czy spala się tęsknotą za rodziną na obczyźnie. Z tych "lamusów" wykwitały takie duchy, jak Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Chopin. Z dialektyki zaś i filozofii miłoszów powstają krwawe upiory, jak Dzierżyński czy Radkiewicz.
Uważam, że Miłosz nadal jest niebezpieczny dla sprawy polskiej i sprawy wolnego świata, walczącego z bolszewizmem. Może bardziej niebezpieczny teraz niźli na poprzednim stanowisku dyplomaty regime'u warszawskiego. Jeśli wówczas szerzył informacje o tym, że Polska ma obecnie ustrój demokratyczny i dąży ku socjalizmowi, dawniej zaś była zacofana, półfeudalna - mogło to być uważane za propagandę urzędową. Jeśli teraz będzie szerzył takie pojęcie o Polsce - będzie to brzmiało jak prawda. Mało kto przecież rozumie, że Miłosz nie mógł w to wierzyć poprzednio i że nie wierzy w to teraz. Lecz pycha nie da mu nigdy uznać szczerze, że służył dla różnych powodów... może i ze strachu też - takiego, jaki ma francuski piesek przed dużym, śmierdzącym brytanem. Aby przedstawić siebie w pięknym świetle, Miłosz będzie wybielał to, czemu służył. Na wyznanie szczere trzeba odwagi. Miłosz woli kluczyć.
Słyszałem, że Tuwim jest jeszcze gorszy niźli Miłosz, bo występuje z histerycznymi wierszami na cześć Stalina, Armii Czerwonej, obecnej Rosji. Trudno się z tym zgodzić. Robota Tuwima jest prostacka. Taki "słowik" Stalina jest zrozumiałym dla każdego błaznem, nad którym można się jedynie litować. I im głośniej i przesadniej będzie czkał i rzygał na cześć Stalina, tym więcej ośmiesza i siebie, i Stalina. Mimo wszystko jednak w galerii naszych poetów Tuwim będzie miał wielki portret, u którego stóp przytuli się maleńki portrecik Miłosza. Ale w galerii poputczików Miłosz będzie miał wielki portret, Tuwim zaś spocznie u jego stóp, nie dorastając mu do pięt.
źródło: Sergiusz Piasecki - "Były poputczik Miłosz", Wiadomości 1951, nr 44
sobota, 8 października 2011
Sergiusz Piasecki - pisarz, który pokochał Wilno i Wileńszczyznę.
Lato 1937 roku było dla Sergiusza Piaseckiego chyba jednym z szczęśliwszych w jego życiu. Właśnie wtedy wyszedł na wolność z ciężkiego więzienia na Świętym Krzyżu w Górach Świętokrzyskich. Miał za sobą jedenaście lat odsiadki, która według zasądzonego wyroku miała skończyć się 30 września 1941 roku. Najprawdopodobniej, w surowych warunkach na Świętym Krzyżu, Piasecki nie przeżyłby, ze względu na gruźlicę.
Można powiedzieć, że zawdzięczał wolność Melchiorowi Wańkowiczowi, któremu wysłał rękopis swojej powieści "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy". Wańkowicz, jako reporter i kierownik literacki warszawskiego wydawnictwa "Rój", odwiedził Piaseckiego na Świętym Krzyżu w lutym 1937 roku. Panowie podpisali umowę na wydanie książki, Wańkowicz obiecał, że będzie się starał o przedterminowe zwolnienie Piaseckiego z więzienia.
Już po powrocie do Warszawy Wańkowicz otrzymał list, w którym autor "Kochanka..." pisał m.in.: "Dziękuję, bardzo dziękuję za wieczne pióro. Cieszę się niem jak dziecko. Doprawdy... Wieczorem myślę, że jak wstanę, to będę niem pisał... i bardzo podejrzliwie patrzę na każdego, kto na nie spogląda. Więcej mnie cieszy, niźli kiedyś broń...".
Komedia edukacji
Sergiusz Piasecki używał dwóch dat swoich urodzin: 1 czerwca 1899 roku i 1 kwietnia 1901 roku. Bardziej prawdopodobna jest ta druga data. Pewne jest to, że przyszedł na świat w Lachowiczach, w powiecie Baranowicze, w województwie nowogródzkim (obecna Białoruś).
Był nieślubnym dzieckiem urzędnika pocztowego Michała Piaseckiego i białoruskiej wieśniaczki Klaudii. Wychowywał go ojciec, o matce Sergiusz mógł powiedzieć bardzo niewiele, ponieważ w ogóle jej nie znał.
Żył w kulturze rosyjskiej, uczył się w rosyjskich szkołach. Czytał nie tylko Gogola i Czechowa, ale też rosyjskie przekłady Hugo, Scotta, Dumasa oraz Sienkiewicza. Do dwudziestego roku życia nie znał języka polskiego. Jednak, gdy w 1915 roku trafił do szkoły we Włodzimierzu nad Klaźmą, jego koledzy przezywali go: "Lach" i "Polacziszka".
Właśnie w szkole pierwszy raz trafił za kraty. Miał 17 lat, gdy - jak pisał - "komedia mej edukacji skończyła się tragedią". Swoje przestępstwo pisarz określił jako "zbrojny zamach na inspektora gimnazjum i gospodarza klasy". Nie na darmo poszła lektura "Hrabiego Monte Christo", ponieważ przyszły pisarz uciekł z więzienia i jak sam wspominał po latach, rzucił się wtedy w "wir życia awanturniczego i rewolucji".
Od wywiadowcy do bandyty
To chyba nie przypadek, że ci, którzy widzieli z bliska narodziny sowieckiego komunizmu, gdy stali się już literatami, walczyli z bolszewizmem piórem przez całe swoje życie. Wystarczy tylko wspomnieć Józefa Mackiewicza czy Ferdynanda Goetla. Nie inaczej było z Sergiuszem Piaseckim, który przebywał jakiś czas w Moskwie ogarniętej rewolucyjnym zamętem. Piasecki, zanim sięgnął po ołówek i pióro, zwalczał komunizm pistoletem. Na pewno walczył w białoruskiej partyzantce antykomunistycznej. Pod koniec swego życia myślał nawet o zbeletryzowaniu tego etapu w swoim życiu. Niestety, nie zdążył.
Była jesień 1919 roku, gdy młody Piasecki zaciągnął się do oddziałów białoruskich przy polskiej armii. Ukończył podchorążówkę w Warszawie i w tym stopniu walczył podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku.
Po zdemobilizowaniu w maju 1921 roku zamieszkał w Wilnie i pokochał to miasto, choć jak sam przyznawał, żyło mu się w nim wtedy marnie. Bieda pchnęła Piaseckiego na szlaki przemytnicze na granicy polsko-sowieckiej. Były partyzant i żołnierz, który lepiej posługiwał się językiem rosyjskim niż polskim, był wymarzonym pracownikiem dla polskiego wywiadu wojskowego, tzw. "Dwójki".
Jako wywiadowca ciągle uprawiał przemyt przez granicę, co dawało mu nie tylko krociowe zarobki, ale również budowało "legendę", choćby w oczach sowieckich pograniczników. Jeżeli zamykano go wtedy do więzień na terytorium Związku Sowieckiego, to za działalność przemytniczą, a nie wywiadowczą. Choć najprawdopodobniej był świetnym agentem, to z jakichś powodów został zwolniony ze służby na początku 1926 roku. Być może poszło o awanturniczy charakter Piaseckiego, a co za tym idzie, jakiś konflikt z przełożonymi.
Po powrocie do w cywila Piasecki znów nie miał z czego żyć. Wpadł nawet na pomysł, by zaciągnąć się do francuskiej Legii Cudzoziemskiej czy pracować dla wywiadu francuskiego. Nic z tego nie wyszło. Głód i nędza popchnęły go kolejny raz na drogę przestępstwa. Tym razem pistolet nie służył do walki i obrony, ale do sterroryzowania Bogu ducha winnych ludzi i kradzieży.
Najpierw 27 lipca 1926 roku obrabował kupców żydowskich jadących na targ. Z łupem, na który składał się m.in. złoty zegarek oraz około jednego tysiąca złotych, udał się do Nowogródka. Tam spotkał kolegę, z którym dokonał drugiego napadu 22 sierpnia, tym razem, jak relacjonował "Dziennik Wileński", "na wagonetkę konnej kolejki podjazdowej z miasteczka Wasiliszki do stacji Skrzybowce".
Piasecki i jego kolega zostali zatrzymani pod koniec sierpnia. Podczas rozprawy Piasecki wziął całą winę na siebie. Oskarżeni tłumaczyli, że do napadu skłoniła ich niemożność jakiegokolwiek zatrudnienia po tym, jak znaleźli się w cywilu.
Wówczas przy niespokojnych wschodnich granicach Rzeczypospolitej sprawami napadów, morderstw i sowieckich band dywersyjnych zajmowały się sądy doraźne, które wydawały surowe wyroki. Nie inaczej było w przypadku Sergiusza Piaseckiego i jego kolegi. W warunkach stanu wyjątkowego wyrok brzmiał: kara śmierci. Gdyby do takiego napadu doszło w głębi Polski, Piasecki otrzymałby najwyżej wyrok od 3 do 5 lat pozbawienia wolności. Dzięki wstawiennictwu "Dwójki" zasądzona kara została zamieniona przez sąd doraźny na 15 lat więzienia.
W całym swoim życiu Sergiusz Piasecki spędził w więzieniach 14 lat. Z ostatniego, piętnastoletniego wyroku, odsiedział 11. "W tym okresie - ostatnim - byłem dziesięciokrotnie przenoszony z więzienia do więzienia - odbyłem pięć lat w celach pojedynczych, sześć lat we wspólnych. Przesiedziałem w karnej izolacji prawie dwa lata. Jeden raz bez przerwy jedenaście miesięcy. Odbyłem wiele tygodni karcerów w wielu więzieniach" - pisał po latach Piasecki.
Trzykrotne podziękowania
Piasecki zanim trafił na Święty Krzyż, miał już za sobą próby literackie, jednak nigdy nie opuściły one murów więziennych. Dopiero powieść o przemytnikach na pograniczu polsko-sowieckim trafiła do Melchiora Wańkowicza. Ten zachwycił się piórem pisarza samouka i rozpoczął starania o przedwczesne zwolnienie Piaseckiego z więzienia. Wańkowicza wsparli dziennikarze, literaci i publicyści o różnych poglądach, m.in. Stanisław Cat-Mackiewicz czy Juliusz Kaden-Bandrowski. Działało też wydawnictwo "Rój", w jego imieniu mecenas Adam Pragier złożył do prezydenta Polski apelację, a sam Piasecki również słał kolejne pisma o wcześniejsze zwolnienie. W końcu zapadła pozytywna decyzja. Piasecki, autor świetnie przyjętego przez czytelników i recenzentów "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy", opuścił więzienie na Świętym Krzyżu 2 sierpnia 1937 roku.
Na wolności, przed bramą zakładu karnego, czekał na niego dziennikarz Eugeniusz Żytomirski, przedstawiciel dwóch redakcji: "Expressu Porannego" i "Gazety Polskiej", który po latach wspominał tamten dzień w londyńskich "Wiadomościach":
"Wyszedł wysoki, bardzo chudy mężczyzna i niepewnie się obejrzawszy, zaczął iść w moim kierunku. W jednej ręce trzymał paczkę, drugą zaś przyciskał do piersi plik papierów. Po tym go właśnie poznałem (...). Podbiegłem mu naprzeciw i przedstawiłem się. Nic nie odpowiedział i nie od razu wiedział, co ma robić z wyciągniętą ku sobie ręką". W końcu Piasecki przemówił: "Przepraszam. Jestem trochę oszołomiony. Odzwyczaiłem się od... no, od normalnego życia. Musi mi pan darować".
Nieco później pisarz zdradził dziennikarzowi, w jakich warunkach tworzył: "Powieści moje pisałem w celi więziennej, w strasznych warunkach, gdyż w małej salce siedziało razem kilkunastu więźniów, którzy nie zawsze chętnie użyczali mi skrawka stołu".
Piasecki mógł pisać tylko w jednym zeszycie z ponumerowanymi kartkami, a po jego zapełnieniu dostawał dopiero kolejny brulion.
Zanim wyruszył pociągiem z Kielc do Warszawy, nadał na poczcie telegram do Melchiora Wańkowicza z tekstem: "Za zdjęcie z krzyża dziękuję, dziękuję, dziękuję", a swoim kolegom z więzienia wysłał paczkę z prowiantem, machorką i wędzonym boczkiem.
Na wolności
Wkrótce po dotarciu do Warszawy Piasecki odwiedził Wańkowicza. Pisarza przywitała żona autora "Na tropach Smętka", której podarował dwa prezenty. "Przyniosłem państwu Pismo Święte, które nie opuszczało mnie przez jedenaście lat, i szalik zrobiony z wydzierganych z koszul więziennych nitek, który dla mnie zrobili współwięźniowie".
W tych pierwszych dniach wolności, choć po raz pierwszy od jedenastu lat mógł swobodnie oglądać swe ukochane gwiazdy, nie czuł się zbyt dobrze. Tak było choćby wtedy, na obiedzie u państwa Wańkowiczów, gdy przeprosił za to, że nie będzie jadł nożem i widelcem, tylko łyżką. Jednak wciąż krępowały go piękna zastawa i atmosfera, do jakiej nie był przyzwyczajony. Aby rozładować nastrój Wańkowicz postawił na stole butelkę wódki i kieliszki. To również krępowało byłego przemytnika, który jeżeli pił dawno temu mocny alkohol, to wprost z butelki. W końcu napiętą atmosferę złagodziły dzieci Wańkowiczów, które zaproponowały, by Piasecki poszedł z nimi do zoo.
Przez dwa lata Piasecki pisał, zawierał nowe znajomości, choćby z Witkacym czy Henrykiem Worcellem, podróżował i odpoczywał. Dziesięć lat temu, na łamach dziennika "Rzeczpospolita", profesor Kazimierz Iwanowski opisał swoją młodzieńczą znajomość z Piaseckim.
"Lato 1939 roku jak zwykle spędzałem w rodzinnym majątku Lebiodka, niedaleko miasteczka Wasiliszki w ziemi lidzkiej. (...) W centrum Lebiodki stał wspaniały dom, w którym gospodarzył mój ojciec i jego siostra Helena. Latem miewała ona różnych gości. W lipcu 1939 roku pojawił się u niej Sergiusz Piasecki. Odnowiłem naszą znajomość i poznałem pisarza bliżej. Opalaliśmy się na łące. Fascynował mnie jego wielki brauning (model Hiszpan), z którym się nie rozstawał. Dziwiło mnie trochę, że człowiekowi skazanemu kiedyś na karę śmierci dano pozwolenie na broń, ale zachowałem te uwagi dla siebie".
Do wybuchu II wojny światowej ukazały się trzy powieści Piaseckiego: "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" (1937, 1938), "Piąty etap" (1938) i "Bogom nocy równi" (1939), wszystkie w Towarzystwie Wydawniczym "Rój". Były one również tłumaczone na wiele języków. Maria Danilewicz-Zielińska w swoich "Szkicach o literaturze emigracyjnej" wspomina, że krążyła wówczas pogłoska o tym, jakoby jury Nagrody Nobla brało pod uwagę Sergiusza Piaseckiego.
Po latach ostatnie przedwojenne lato Piasecki opisał w nieco przemilczanej, a świetnej powieści "Adam i Ewa", która była drukowana w "Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza" w 1963 roku, a przypomniało ją w 1999 roku wydawnictwo LTW.
Książka "miała być ilustracją polskiej krzywdy i moralnym aktem oskarżenia systemu przemocy (...). Na przykładzie losów zakochanej pary, na tle wizerunku pięknego miasta Wilna i okolicy, autor zamierzał pokazać, jak system polityczny zabija szczęście wartościowych jednostek" - napisał w przedmowie Ryszard Demel.
Sam Piasecki mówił o tej książce w jednym z wywiadów, że jest to historia nie tylko jednej miłości, lecz dwóch: "Wzajemnej miłości Adama i Ewy, i miłości autora powieści do Wilna i Wileńszczyzny, które nam wydarto. Ale były nasze i będą nasze! Moje słowa potwierdzą i ludzie żywi, i nagrobki tych, którzy leżą na cmentarzach wileńskich".
Po stronie honoru
Są trzy ważne książki o zajęciu Wilna przez Litwinów w 1939 roku i o pierwszej sowieckiej okupacji Wileńszczyzny (1940-1941): "Prawda w oczy nie kole" oraz "Droga donikąd" Józefa Mackiewicza i "Człowiek przemieniony w wilka" Sergiusza Piaseckiego. Bez znajomości tych książek trudno zrozumieć, czym tak naprawdę był komunizm, który jak rak toczył Polskę przez pół wieku (1939-1989).
Sergiusz Piasecki od lutego 1940 roku do lutego 1945 roku współpracował ze Związkiem Walki Zbrojnej, a następnie z Armią Krajową, choć nigdy nie złożył przysięgi, co tłumaczył w ten sposób: "Chciałem mieć zaufanie bez przysięgi i je miałem".
Początkowo działał w tzw. legalizacji, odpowiadał za pozyskiwanie oryginalnych dokumentów wytwarzanych przez okupantów, na ich podstawie wykonywano fałszywki. Na początku 1943 roku otrzymał bardziej odpowiedzialne zadanie.
W całej okupowanej Polsce działały egzekutywy, których zadaniem było wykonywanie wyroków śmierci, zatwierdzonych przez polskie sądy podziemne, nie inaczej było w Wilnie, ale tam działalność egzekutywy była mizerna. Na polecenie Komendy Piasecki zbadał przyczyny marazmu, a kilka miesięcy później objął kierownictwo egzekutywy. Między innymi przygotował zamach na Czesława Ancerewicza, redaktora gadzinówki "Gońca Codziennego". Wyrok wykonali Sergiusz Kościałkowski i Witold Milwid w przedsionku kościoła św. Katarzyny. Wkrótce drogi Sergiusza Piaseckiego i Józefa Mackiewicza przecięły się, choć z pewnością panowie znali się już przed wojną, choćby z redakcji "Słowa", w której Józef pracował, a Sergiusz bywał.
W 1943 roku rozpętała się w Wilnie akcja przeciwko Józefowi Mackiewiczowi jako zdrajcy kolaborującego z Niemcami. Sprawa była nakręcana przez komunizujących przeciwników autora "Buntu rojstów". Zapadł wyrok skazujący Mackiewicza na śmierć. Jednak swoje weto w tej sprawie postawiło kilku ważnych członków AK.
W tym czasie w ręce gestapo wpadł Zygmunt Andruszkiewicz, szef Biura Informacji i Propagandy Okręgu Wileńskiego AK. Wszystkie ważne dokumenty trzymał on nie w domu, ale w... miejscu pracy, czyli w litewskiej administracji upaństwowionych kamienic. Piasecki, znający przecież fach złodziejski z lat młodzieńczych, w niedzielę, 13 czerwca 1943 roku, wykradł archiwum Andruszkiewicza z jego biurka. Wśród dokumentów znajdowały się m.in. odwołanie wyroku na Józefa Mackiewicza, dokumenty dotyczące przyszłego autora "Kontry" oraz rzeczy przywiezione przez niego z Katynia.
Okupację niemiecką Wileńszczyzny Sergiusz Piasecki opisał w powieści "Dla honoru organizacji", a Józef Mackiewicz w książce "Nie trzeba głośno mówić". Właśnie w tej powieści można znaleźć scenę, w której panowie spotykają się w ogrodzie miejskim. My, czytelnicy, możemy się tylko domyślać, że do takiego spotkania naprawdę doszło. Piasecki miał wtedy przywitać Mackiewicza słowami: "Można powiedzieć, że uratowałem panu życie".
Już po wojnie, gdy Piasecki znalazł się we Włoszech, złożył oświadczenie, w którym bronił Józefa Mackiewicza przed zarzucaną mu kolaboracją z Niemcami.
Zanim skończyła się wojna, Sergiusz Piasecki w 1942 roku przeszedł z prawosławia na katolicyzm. Dwa lata później, w czerwcu 1944 roku, urodził się Władysław - syn pisarza i Jadwigi Waszkiewicz. Gdy w Europie kończyła się wojna, Piasecki 8 maja 1945 roku opuścił ukochane Wilno i rodzinę. Niecały rok później, z końcem kwietnia 1946 roku, pisarz wyjechał z kraju na Zachód, a swoją decyzję o emigracji tłumaczył w następujący sposób: "Zmusiła mnie do ucieczki z Polski ta okoliczność, że jako literat, który ceni swobodę słowa, nie mogłem w Polsce wydrukować ani jednego własnego słowa. Zbiegłem do Europy, aby mieć możność pracować tu literacko i w miarę sił przyczynić się do uwolnienia od okupantów naszego nieszczęśliwego Kraju".
Zanim przekroczył granicę, napisał w nocy list otwarty do Karola Kuryluka, redaktora tygodnika literackiego "Odrodzenie", któremu dał tytuł "Sto pytań pod adresem obecnej Warszawy". W jakim tonie pisał? Za przykład niech wystarczą tylko trzy pytania:
"Dlaczego partyzantka rosyjska za okupacji niemieckiej na Wileńszczyźnie paliła polskie dwory i osiedla, rabowała i okrutnie mordowała Polaków? To się działo nie samowolnie, ale taktycznie. Na to są dowody. Natomiast nie szkodziła załogom niemieckim".
"Dlaczego powracający z Rosji Polacy, wywiezieni tam z Polski przez bolszewików, przyjeżdżają w stanie zastraszającym? Bolszewicy dumnie oświadczają, że pozwolili wywieźć z Rosji po sześć ton bagażu. Kpiny! Ci ludzie wracają owinięci w gałgany, bez obuwia, chorzy i nędzni. Upiory, nie ludzie!".
"Dlaczego w lipcu 1945 r. w Toruniu na Stawkach wojskowi sowieccy zgwałcili kobietę. Polkę, która miała amputowane obie nogi? Jaki zwierz, prócz bolszewika, tego by dokonał?".
Piasecki nigdy nie doczekał się odpowiedzi na swój list, ale krążył on po kraju odpisywany i powielany. Jego fragmenty publikowały pisma emigracyjne, zaś we Włoszech ukazał się w całości jako broszura.
Na emigracji
Przez Włochy (II Korpus Polski) Piasecki trafił do Anglii. Tam ostatecznie (w 1955 roku) zamieszkał w miejscowości St. Leonards-on-Sea. Cały czas pisał, z kraju zabrał ze sobą niekompletny "Żywot człowieka rozbrojonego", opowieść o żołnierzu, który walczył w wojnie 1920 roku, a po zdemobilizowaniu, ze względu na brak perspektyw i biedę stał się przestępcą. Książkę zaczął pisać jeszcze na Świętym Krzyżu. Przywiózł ze sobą również pierwszy i rozpoczęty drugi tom "trylogii złodziejskiej" ("Jabłuszko", "Spojrzę ja w okno...", "Nikt nie da nam zbawienia"), której akcja rozgrywa się pod koniec drugiej dekady dwudziestego wieku w Mińsku Litewskim.
Piasecki pisze na emigracji również "7 pigułek Lucyfera" o powojennej Polsce i "Zapiski oficera Armii Czerwonej", obie w formie satyry politycznej. "Zapiski..." jak chyba żadna inna książka ukazują rozdwojenie jaźni, jakie dotyczyło obywateli Związku Sowieckiego. Bo przecież, zanim doszło do układu Ribbentrop-Mołotow, Hitler był największym dla nich wrogiem, a od lata 1939 roku stał się przyjacielem Stalina. Wszystko zmieniło się dwa lata później, gdy Niemcy rozpoczęły wojnę ze Związkiem Sowieckim. Wtedy "faszystowska" Anglia stała się nagle przyjacielem Kraju Rad. Jedynie Polacy zawsze byli wrogami bolszewizmu.
Piasecki pisał nie tylko powieści. W pismach emigracyjnych można było przeczytać jego opowiadania oraz teksty publicystyczne. Między innymi przestrzegał swych rodaków na obczyźnie przed powrotem do totalitarnej Polski, przeciwstawiał się oskarżeniom Polaków o antysemityzm, ale jego najbardziej znany tekst publicystyczny to "Były poputczik Miłosz". Powstał on zaraz po tym, jak Czesław Miłosz wybrał emigrację i zaprzestał swojej pracy dla dyplomacji Polski Ludowej.
Piasecki tak pisał w przedostatnim akapicie swego tekstu:
"Uważam, że Miłosz nadal jest niebezpieczny dla sprawy polskiej i sprawy wolnego świata, walczącego z bolszewizmem. Może bardziej niebezpieczny teraz niźli na poprzednim stanowisku dyplomaty régime'u warszawskiego. Jeśli wówczas szerzył informacje o tym, że Polska ma obecnie ustrój demokratyczny i dąży ku socjalizmowi, dawnej zaś była zacofana i półfeudalna - mogło to być uważane za propagandę urzędową. Jeśli teraz będzie szerzył takie pojęcie o Polsce - będzie to brzmiało jak prawda". Do sprawy Miłosza Piasecki wracał jeszcze dwukrotnie, w dwóch listach do redakcji i w jednym artykule. W liście do redakcji "Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza" pisarz jeszcze raz tłumaczył swoje stanowisko:
"Ja protestowałem przeciw temu, że Miłosz obecny ustrój w Polsce nazywa 'demokracją ludową' i 'drogą do socjalizmu'. Bo uważam, że obecny ustrój w Polsce jest katownią dla narodu, morderstwem najlepszych dzieci Polski, ogólną eksploatacją, tyranią i rusyfikacją. I nie drogą do socjalizmu, lecz drogą do łagrów, więzień, powszechnego ubóstwa i niewolnictwa". Stanowisko Piaseckiego nie było odosobnione, podobne zdanie o poecie mieli np. Mieczysław Grydzewski czy Michał K. Pawlikowski.
Józef Mackiewicz w recenzji "Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy" napisał: "Piasecki był naprawdę człowiekiem odważnym. Nie jest blagą, co pisze". Ten "odważny człowiek" odszedł 12 września 1964 roku.
Sebastian Reńca,
pisarz, publicysta
Korzystałem m.in. z pracy K. Polechońskiego "Żywot człowieka uzbrojonego", Warszawa - Wrocław 2000, oraz S. Piaseckiego "Autodenuncjacja", Warszawa 2002.
Autor opublikował w ubiegłym roku "Z cienia. Powieść o żołnierzach wyklętych" (Wydawnictwo Fronda). Książka została nominowana do tegorocznej Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza.
Nasz Dziennik 08.10.11
wtorek, 4 października 2011
Nie anty-Polska, lecz Polska
Ks. prof. Czesław S. Bartnik
Po roku 1989 sądziliśmy, że odzyskaliśmy naszą Polskę, naszą matkę: autentyczną, wymarzoną i wspaniałą. Ale wraz z upływem lat zaczęliśmy przecierać oczy: to chyba nie Polska, tylko jakaś karykatura i dla patriotów, i katolików, jakaś macocha, a nawet anty-Polska. Coraz częściej słyszeliśmy z góry, że Naród Polski to wsteczna plemienność, a patriotyzm polski w przeciwieństwie do izraelskiego to rasizm. Późniejszy premier powie, że "polskość to nienormalność; piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski". Dziś dodaje się jeszcze, iż głoszenie, że Matka Boża uratowała Polskę w roku 1920, to rusofobiczne, katolickie majaczenie Polaków. I niekiedy dodaje się obecnie dziwne stwierdzenia, że nasze potępianie napastniczej Armii Czerwonej i jej okrutnej okupacji Polski to niesprawiedliwy antykomunizm, rusofobia, a wreszcie i antysemityzm. Dlaczego antysemityzm? I tak niczego już nie rozumiemy.
Dwie Polski
Ikona Polski jaśnieje jeszcze i dziś, ale raczej w dołach, wśród ludzi prostych, uczciwych, szlachetnych, i ci ludzie stroją tę ikonę i malują coraz piękniej i serdeczniej, ale na górze, w sferach politycznych czy raczej pseudopolitycznych, robi się jakiś falsyfikat Polski, rzekomo "nową Polskę".
Na górze jednak brakuje przede wszystkim koncepcji i teorii Polski. Teorie o swoich krajach mają Francuzi, Niemcy, Anglicy, Rosjanie, Turcy, Litwini, Słowacy, lecz nie mają ich nasi koryfeusze życia publicznego: SLD, PO, jedynie małpują nadal marksizm sowiecki, socjalizm i liberalizm zachodni. Ciekawe, że mieli określoną koncepcję Polski Żydzi polscy po roku 1989, stanowiący rdzeń Unii Demokratycznej, potem Unii Wolności. Ale okazali się zbyt wyniośli, pogardliwi wobec innych i hermetyczni, i dlatego prowadzona przez nich partia dosyć szybko upadła. Tadeusz Mazowiecki nawiązywał w dużym stopniu do personalizmu Emmanuela Mouniera, co zauważyłem, gdy współpracowałem z nim jako redaktorem miesięcznika "Więź" już od pierwszego numeru w roku 1958. Podobnie było z Jerzym Turowiczem, z którym współpracowałem od początku lat 70. na łamach "Tygodnika Powszechnego". To mądre i ideologiczne ugrupowanie miało jednak coś niepolskiego, pogardliwego wobec nas. Oddał to dobrze parę lat temu na KUL pewien Żyd polski, mieszkający obecnie w Paryżu, zaproszony przez ks. abp. Józefa Życińskiego. W wykładzie dla kleryków, studentów KUL powiedział ni mniej, ni więcej, że Mieszko I był Żydem i został księciem, bo wśród Polan nie było nikogo wybitnego, a starszyzna składała się z samych pijaków. Ale było coś na rzeczy. Wielu bowiem historyków niemieckich pisało i pisze, że Mieszko I był z kolei wikingiem, skandynawskim rozbójnikiem, bo barbarzyńscy Polanie nie byliby zdolni stworzyć tak wielkiego i walecznego księstwa, które potrafiło bić rycerstwo niemieckie w roku 972 pod Cedynią, a nawet wojska cesarza Ottona II w roku 979.
Prezydent Bronisław Komorowski, choć historyk, również nie ma koncepcji Polski. Wychodzi wprawdzie z założeń UW, do której należał, przyjął przede wszystkim jej ideę prywatyzacji religii, co objawiło się w wyrzucaniu krzyża z placu publicznego, a także zdaje się przyjmować pewną niższość Polaków wobec sąsiadów, idąc za UW i PO, to jednak dokonuje daremnego eklektyzmu, starając się wsadzić w jeden wspólny worek, jak w torbę żebraczą, także idee wszystkich innych: UW, KLD, SLD, PO, SD, postkomunistów, solidarnościowców, ateistów, liberałów, masonów, choć najwięcej foruje członków UW. Chyba gra tezą "pluralizmu". I tak np. odznacza najwyższymi orderami polskimi nie tyle tradycyjnych patriotycznych Polaków, ile raczej tych, których zasługi są bardzo wątpliwe lub którzy zgoła niszczą Polskę.
W rezultacie ogólnie podział na dwie Polski stale się pogłębia, zwłaszcza w miarę jak Polska jest osłabiana i niszczona na rzecz innych krajów i narodów. Ludzie nierozumiejący praw procesów społecznych i religijnych często roją sobie, że wszystkie odłamy w Polsce można i należy zjednoczyć "dla dobra wspólnego". Ale to jest błąd. Nie da się zjednoczyć prawdy z fałszem, dobra ze złem, miłości Ojczyzny z jej niszczeniem i pogardą, bo to byłoby właśnie w służbie zła wspólnego i bezsensu. Nie wolno więc jednoczyć twórcy Polski z jej niszczycielem, mądrości z głupotą, AK z UB, patriotyzmu ze zdradą. Dla prawdziwego i sensownego zjednoczenia musi zła strona ustąpić dobrej, a dobra musi walczyć, żeby zwyciężyć, choć, oczywiście, przy pomocy środków legalnych i godnych, co jednak nie oznacza ustępstwa złemu w jego złu. Jednoczyć można i trzeba jedynie różne aspekty czy ujęcia prawdy i dobra.
Potrzeba walki z nie-Polską
Do tej pory miejscem wspólnego spotkania polskiego jest wciąż Kościół katolicki ze swoim tysiącletnim dziedzictwem chrześcijańskim i polskim. Dzięki temu oba te obozy nie walczą jeszcze jak dwaj rycerze w bagnie, tylko że obóz staropolski zauważa to trochę za późno, a obóz nowopolski tego w ogóle nie rozumie. Opierając swoje istnienie i działanie na gruncie tradycji kościelno-polskiej, chce ten grunt usunąć spod nóg i szuka oparcia na iluzorycznym i błędnym postkomunizmie, liberalizmie i nihilizmie moralnym. Przy czym jego powoływanie się na "Solidarność" jest zwyczajnym oszustwem.
Obóz nowopolski, rewolucyjny wobec Polski, ulega mitologicznej utopii, że otwiera nową erę i nowy świat przez zniszczenie dotychczasowego. Są to dziwni ludzie, którym amputowano historię. Powinni wiedzieć, że prawie każdy ambitniejszy władca od najstarszych czasów przybierał sobie jakieś imię jako "Twórca nowego świata", np. w Chinach był "Cesarz Początku". Podobnie zresztą robili Napoleon, Hitler, Stalin i inni. Ale i według naszych niedouczonych utopistów, Polska zaczęła się nie od Mieszka I, lecz dopiero bądź od roku 1944, bądź od 1989, bądź od przystąpienia do UE, i zawsze łączy się z tym przekonanie, że będzie to już era wieczna i zbawienna dla jej zwolenników.
Niestety i nasz obóz "nowej Polski" czy raczej "nie-Polski" choruje na głęboki kompleks niższości Polski i zamiast partnerstwa z UE zacieśnia się wasalstwo. Prezydent chce już od dawna, by nasz parlament zmienił - bez referendum - Konstytucję tak, by była ona całkowicie wasalska wobec UE. Przecież można ratyfikować ustawy UE każdorazowo przez Sejm. Zresztą po przystąpieniu do Unii podobno przywieziono do Polski już 350 tys. ustaw, uchwał, rozporządzeń, które w dużej mierze wykonujemy bez rozgłosu, choć nie brakuje aktów niedorzecznych. Ostatnio np. pojawiło się polecenie, żebyśmy jedli robaki i insekty, "bo są bardzo pożywne". Ponadto jeszcze 22 listopada 2010 r. Trybunał Konstytucyjny zawyrokował, że nasze uzależnienie się w prawodawstwie od Brukseli nie jest uzależnieniem, lecz spełnieniem suwerenności. Mamy tu logikę postmodernistyczną: nielogiczną.
Jest skandal z gazem łupkowym, który miałby nas dźwignąć z zapaści. Okazuje się, że na 101 koncesji Polska sprzedała 25 Rosjanom, co albo rząd ukrywa, albo jest oszukiwany, a wyjawiła to UE. Przecież Rosjanie mogą spowodować zator w całej sprawie. Trzeba pamiętać, że mają oni w Brukseli ponad tysiąc swoich przedstawicieli, którzy mają większe wpływy niż cała nasza reprezentacja łącznie z Jerzym Buzkiem. I już wpłynęli na Francję, by nie poszukiwała u siebie gazu łupkowego, a Francja miała już chęć i nam zakazać poszukiwania tego surowca. Zobaczymy jeszcze, co powiedzą Niemcy ulegający Rosji w kwestiach gospodarczych. Podejrzane są właśnie postawy naszego prezydenta i rządu PO, bo na początku głosili sceptycyzm czy nawet zastrzeżenia, teraz przed wyborami prace nad gazem popierają, ale zachodzi obawa, że po ewentualnie wygranych wyborach przez PO mogą całą sprawę sabotować, żeby przysłużyć się Rosji i UE.
Charakterystyczne jest też to, że władze wysłały ostatnio naszych prokuratorów i specjalistów do badań nad samolotem Tu-154M, zapewne żeby bronić się przed zarzutami, że zaniedbały takie badania poprzednio. Ale jednak i to pokazuje nasz status wasalski, bo nasi ludzie pracują tylko w obecności Rosjan, pod ich ścisłą kontrolą, nie mogą otrzymać niektórych niezbędnych informacji.
Ponadto PO prze całą parą do przystąpienia do strefy euro, choć byłoby to ewidentnie bardzo złe gospodarczo, ograniczyłoby jeszcze bardziej wolność finansową, i choć system euro się wali. Przy czym minister finansów popiera projekt podporządkowania Polski bezpośrednio centralnemu bankowi Unii i zarazem poddania naszych planów budżetowych kontroli unijnej. Wszystko to jeszcze bardziej uściśliłoby nasze wasalstwo wobec Unii, a może nawet byłoby zgodą na status kolonii.
Również PO, SLD i ugrupowania ateistyczne chcą wycofać egzempcję Polski od Karty Praw Podstawowych, wywalczoną z takim trudem przez Lecha Kaczyńskiego. Karta ta daje podstawy prawne pod zniesienie katolickiej etyki w życiu publicznym, np. co do wyrugowania wpływu Kościoła na życie moralne, uznania układów homoseksualnych i adopcji przez nie dzieci, swobodnego rozwoju sekt i satanizmu, niekaralności profanacji i bluźnierstw itp. Projekty co do wprowadzenia tej karty są w mediach wypowiadane przez polityków tylko półgębkiem, żeby ogół katolików nie zrozumiał, o co chodzi, i żeby nie zdradzić się przed wyborami. Ale będzie to jeszcze jeden ukłon w stronę nihilistycznego liberalizmu zachodniego.
Jest tragedią obłędne legalizowanie w UE niemoralności w dziedzinie seksu, rodziny i prokreacji. Zło tej legalizacji mało kto do końca rozumie, choć jest ono symptomem dogłębnej degeneracji dzisiejszego człowieka. To zło, najbardziej in vitro, niszczy dom rodzinny, godność urodzenia i pochodzenia, pojęcia i uczucia ojca i matki, a także dziecka, cześć dla rodziców, miłość głębszą do dziecka, więzi między rodzeństwem, idealizację środowiska narodzin i dzieciństwa, więź ojczyźnianą i narodową, podstawy kultury duchowej i społecznej, cnoty moralne, zdrowie psychiczne i równowagę osobowościową, zmysł religijny, a wreszcie zrywa ciągłość genetyczną i prowadzi do wymierania ludów i narodów. Zachowania i działania niektórych liberałów są w tym względzie przestępcze i zbrodnicze. Oto np. w Wielkiej Brytanii na trzech uniwersytetach (King´s College, Newcastle i Warwick) dokonywane są zabiegi zapładniania zwierzęcych komórek ludzkimi plemnikami (prof. M. Giertych). Warto zauważyć, że pierwszy myśl taką podjął Stalin, który w roku 1925 polecił Ilji Iwanowowi skrzyżowanie człowieka z małpą dla celów wojskowych ("Europa", 18-19.10.2008 r.).
Trzeba więc pokazać, jak groźni są politycy i inni szerzący skrajny liberalizm, który notabene na Zachodzie już słabnie, a u nas jest nierozumnie rozwijany.
- Ludzie ci dążą do radykalnego zmniejszenia populacji w Polsce, konkretnie do 15 mln, choć już w roku 2030 na stu pracujących będzie przypadać 72 osoby do utrzymywania i choć tak przeludnione Chiny odchodzą już od modelu rodziny 2+1 na rzecz modelu 2+2, gdyż słabnie gospodarka i potencjał kulturowy.
- Chcą zniszczyć religie i dawną moralność, a przynajmniej zepchnąć je na margines, gdyż są podstawowym czynnikiem zniewolenia człowieka.
- Zmarginalizować znaczenie robotników, chłopów, także związków zawodowych i różnych przeciwników "nowej ery", sprowadzając ich jedynie do roli służebnej, gdyż inaczej będą tylko hamowali rozwój społeczny i proces kształtowania nowego "człowieka wolności".
- Rozwijać pełną ekologię: kosmosu, ziemi, flory i fauny, pamiętając, że człowiek, zwłaszcza w wielkiej liczbie, jest głównym zagrożeniem dla środowiska; nie wulkany, nie trzęsienia ziemi, nie lodowce, nie susze, lecz człowiek.
- Świat i ludzkość chcą opanowywać przez odpowiednią ekonomię pieniądza i bankowości, które muszą być ponadpaństwowe, ponadnarodowe i będą pomagały w tworzeniu świata globalnego i "nowego".
- Według skrajnego liberalizmu, podstawowym źródłem szczęścia, radości i zdrowia jest zaspokajanie popędu seksualnego w sposób całkowicie nieskrępowany i nieograniczony, a więc łącznie z wszelkimi dewiacjami.
- I wreszcie liberalizm musi mieć charakter misyjny i dlatego musi mieć swoich misjonarzy, swoje podstawowe ośrodki i swoją ideologię.
Potocznie sądzi się u nas, że związek z UE ograniczy się tylko do dziedziny gospodarczej, politycznej i turystycznej. Ale tak teraz nie jest. Nowy świat Zachodu rodzi jednocześnie nowego człowieka i nowy światopogląd, i to jest importowane do nas wraz ze światem materialnym, często z pomocą nierozważnych polskich liberałów, w tym także polityków. Zachowując współpracę materialną z UE, musimy jednak odrzucić nadbudowę ideologiczną. Pomoże nam w tym bardzo Kościół i duch polskości. Jednak dla niewyrobionego i uśpionego politycznie społeczeństwa ideologowie tacy są bardzo niebezpieczni. Jakub Berman (1901-1984), Żyd warszawski, w swoim czasie kształtujący w imieniu Związku Sowieckiego całe życie Polski i pobłażający zbrodniom UB, przemawiał w roku 1946 na Zjeździe Gmin oraz Organizacji Syjonistycznych w Wałbrzychu: "Jak miną dwa-trzy pokolenia Polaków, to będziemy mogli robić z nimi, co tylko zechcemy" (Jerzy Pelc-Piastowski). Istnieje więc obawa, że tak samo mogą teraz mówić o nas liberałowie, socjaliści i postkomuniści.
Polska dziś w obrazach
Obraz Polski mimo dużych sukcesów wypaczają także wielkie błędy i przewinienia rządów prawie we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego, socjalnego, kulturalnego i humanistycznego. Nie sposób tego wszystkiego jeszcze raz wyliczać. Szczególnie źle jest za obecnego rządu. Wprawdzie rząd i jego partia wychwalają się jak panna na wydaniu, ale samo to świadczy o jakiejś jego lekkomyślności. Gdy słucha się różnych specjalistów pozarządowych, to można odnieść wrażenie, że rząd nie ma ludzi naprawdę kompetentnych i ofiarnych. Istotnie, ciągle są jakieś spięcia między nimi a społeczeństwem katolickim, bo chcą oni powoli zaszczepiać u nas obłędny skrajny liberalizm i nie ma prawie nikogo o mocnym profilu polskim i katolickim. Jak to jest możliwe, żebyśmy byli uciskani we własnym "wolnym" kraju?
Przede wszystkim rzuca się w oczy wielka niefrasobliwość rządu, jeśli chodzi o polskie mienie i całe polskie dziedzictwo, a wszystko zdaje się podporządkowane interesowi jednej partii. Na wsi powiadają: chcą nas wyprowadzić na dziadów. Być może rząd liberalny liczy, że gdy kraj wszystko wysprzeda, choćby jak pijak, to Unia zaspokoi i tak wszystkie jego potrzeby. Na przykład jeśli Polska zamknie wszystkie kopalnie węgla, to otrzyma odpowiednią energię od Niemiec czy od Brukseli i nic się jej nie stanie, bo będzie po prostu landem czy województwem Unii. Istotnie, wielu naszych potentatów chce uciec od problemu Polski.
Coś z takiego obrazka występuje u nas na Pomorzu Zachodnim, gdzie większość wielkich gospodarstw jest już sprzedana obcym, którzy są jakby eksterytorialni i izolują się całkowicie od społeczeństwa polskiego. Liczne obce firmy, zakłady, supermarkety i inne od lat nie płacą podatków, bo albo są z nich zwolnione w zamian za miejsca pracy dla Polaków, albo wymigują się od podatków różnymi sztuczkami. Mówi się też, że nasze porty są już przez decydentów przeznaczane tylko na turystykę, żeby nie stwarzać konkurencji dla portów niemieckich.
Szczerze mówiąc, jest wieczny problem z doborem ministrów. Mogą być polityczni czy propagandyści, jak to jest np. w ustroju liberalnym, ale każdy z nich musi mieć zespół złożony z najlepszych fachowców, bo inaczej tworzy się istny cyrk. Partie zaś mają mało fachowców, wielcy fachowcy bowiem zwykle nie chcą wchodzić do rządu, bo to się im nie opłaca. Ciekawy przypadek obserwujemy np. w Ministerstwie Edukacji Narodowej: ministerstwo to w tzw. reformach oparło się w dużej mierze na szkolnictwie amerykańskim, a tymczasem prezydent Barack Obama wyciął szpasa, bo 18 listopada 2010 r. powiedział publicznie, że szkolnictwo amerykańskie jest najgorsze w świecie. O Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Ministerstwie Zdrowia szkoda nawet wspominać.
Podczas gdy w całej konstrukcji UE, nie do końca przemyślanej, występują już poważne awarie, związane z bankowością, wspólną walutą euro, z wielokulturowością, układem z Schengen, błędami w regulacjach gospodarczych i podziałem Unii na lepszych i gorszych, to jednak nasze władze prą do tej konstrukcji, jakby były w amoku, i nawet jeszcze spieszą z pomocą finansową. Całkowicie wolny rynek przeradza się w wolny chaos, wyzysk i w "wolny poligon na śmierć i życie". A lobbingi, przetargi i konkursy często źle owocują, opóźniają sprawę i są korupcjogenne. Ale nasze władze wiernie tych rzeczy przestrzegają, choć nie mogą niczego wybudować o czasie.
Z kolei nikt nie broni zwykłych obywateli przed podstępnymi umowami bankowymi, pożyczkowymi, pracowniczymi, przed złymi interpretacjami prawa ze strony urzędników, przed zatrzymywaniem zapłaty, przed najrozmaitszymi oszustwami, jak np. "hipoteką odwróconą", gdzie ktoś zapisuje hipotecznie dom za dożywocie, a potem otrzymuje 400 zł miesięcznie, i to jeszcze z potrąceniami, i nie sposób podstępną umowę zerwać. Trudno się obronić przed napastnikami, bo nawet gdy zostanie on schwycony, może od razu zwolnić go policjant zgodnie z prawem liberalnym, a jeśli nie policjant, to prokurator, a jeśli nie prokurator, to sąd. W roku 2009 było w Polsce ok. 500 gangów, liczących w sumie 5118 członków.
Bywa coraz częściej tak, że niemal w każdej sprawie sądowej wygra PO albo antykatolik. W obronie poszkodowanych, np. znieważonych ze względu na wyznawaną religię, adwokaci męczą się argumentacją polskiego prawa i są biedni, bo nie wiedzą, że przewagę i tak ma już europejskie prawo liberalistyczne; np. publiczne darcie Biblii i nazwanie jej "g...", według liberalizmu jest najwyższym rodzajem sztuki i poezji. Liberalizm zrujnował wszystkie pojęcia i kategorie, uznając, że brzydota i obrzydliwość są również kategoriami piękna i sztuki. Tak samo zanika zmysł moralny i kulturalny. Oto w serwisie Facebook pojawił się 20 września filmik człowieka z Młodych Demokratów, młodzieżówki PO, z piosenką w tle pod adresem młodych kandydatek z PiS: "Hej, suczki (prostytutki), my znamy wasze sztuczki, chodźcie z nami". I potem w programie telewizyjnym osoba prowadząca trzy razy naciskała na przedstawiciela PiS, by o tym w ogóle nie wspominał, bo ów człowiek napisał też słowo: "przepraszam". Widocznie zakładała, że moralność to tylko słowa, a nie wyraz całej osobowości. Trzeba się nam bronić przede wszystkim przed całym systemem złym i dewiacyjnym, a nie tylko przed zewnętrznymi akcydensami.
Media, także państwowe, forują ciągle PO, a nawet i SLD, żeby poskramiała wyborców katolickich. W czasie przygotowania do wyborów nie ma choćby krótkich fragmentów z apostolskiej podróży Benedykta XVI do Hiszpanii czy do Niemiec. Dłużej jest pokazywana protestująca hołota, a potem Papież tylko przez chwilę przy ołtarzu i czasami niebo, a unika się pokazywania tłumów, jak za PRL. Jest to właśnie zgodne z zasadami liberalnymi, że zgromadzenie religijne ma jedynie rangę folkloru, a nie wydarzenia publicznego.
W tym kontekście trzeba jeszcze raz zauważyć, że ciągle są atakowane demonicznie Radio Maryja, Telewizja Trwam i wszelkie działania o. dr. Tadeusza Rydzyka. Jest to doskonały papierek lakmusowy, odkrywający duszę PO i wszystkich zwolenników tzw. nowej Polski w stosunku do Kościoła i Polski klasycznej. Ale w wolnej katolickiej Polsce jest to niepojęte. Ci ludzie to już nie-Polacy, raczej Tatarzy z XIII wieku. Ale przepraszam Tatarów. Wnuk Czyngis-chana, cesarz chiński, Kubilaj (1251-1294), był bardzo tolerancyjny wobec różnych wyznań i przyjaźnił się z katolickim podróżnikiem Marco Polo, dopuścił go do forum publicznego, powierzając mu w pewnym czasie zarząd miasta Jangczou. Czyż w tej Polsce nie ma już żadnego czynnika, który by strzegł elementarnej sprawiedliwości i uczciwości? Czy takie władze mają być godne popierania? Niestety, czynniki liberalne i postmodernistyczne wywierają coraz silniejszy, zgubny wpływ na całe życie społeczne, moralne i duchowe obywateli. Wprawdzie proces degradacji ludzkiej hamowany jest u nas przez silny potencjał katolicki, jednak i religijność trochę słabnie, zwłaszcza w tzw. sferach wyższych, które często tworzą sobie własne fikcje katolickie. Prawda, że co kilka wieków każda religia i kultura duchowa przeżywają nagłe osłabienie, takie jest prawo dziejowe, ale zawsze też po osłabieniu przychodzi era ożywienia i odnowienia. Niemniej jesteśmy zobowiązani do zdecydowanych i wytężonych działań, żeby taki kryzys się nie rozprzestrzeniał i nie pogłębiał.
***
Władze integralnej Polski muszą być mądre, dojrzałe, szlachetne i całkowicie oddane wspólnemu dobru Polski, choć w związaniu z UE, muszą mieć dobrą wolę i nie mogą oszukiwać. Nie mogą tworzyć z Polski partii, która notabene liczy tylko kilkadziesiąt tysięcy członków, a połowa z nich to zapewne koniunkturaliści. W każdym razie nie może być takiej demonicznej parodii, że Polską w znakomitej większości katolicką rządzą sami niekatolicy czy katolicy udawani, a nawet antykatolicy, choć i ci inni powinni być dopuszczeni do współrządzenia. Jest wielką głupotą, kiedy ktoś mówi, że nie musi głosować, bo władza taka czy inna jego nie dotyczy. Nie rozumie, że zła władza może sfałszować wybory, zniszczyć kraj, gospodarkę, firmę, może mu zabrać dom za podatki, odebrać władzę nad rodzonymi dziećmi lub zdeprawować je w szkole czy później, może zdegradować społecznie, nie dopuścić do stanowisk lub awansów, marginalizować, może odmówić darmowej pomocy w służbie zdrowia, może szerzyć ateizm, demoralizację i degradację duchową, może sprofanować Ojczyznę i kulturę i może tworzyć długo atmosferę zakłamania, niepokoju społecznego, walk i beznadziejności. Trzeba pamiętać, że naczelne władze państwowe mają wielką moc, także w demokracji. Na przykład mandżurska dynastia Qing, dysponująca tylko tysiącami swoich ludzi, narzuciła na czterysta lat setkom milionów Chińczyków, mężczyzn, obowiązek noszenia idiotycznego warkocza na znak uległości wobec tej władzy (1644-1911).
Społeczeństwo nasze jest politycznie rozbite przez to głównie, że do władzy dostają się grupy słabo związane z całym Narodem. Gdybyśmy złapali twardy grunt polityczny jako katolicy i patrioci po roku 1989, to kraj obroniłyby przed degradacją i wyniszczeniem odpowiednie instytucje i struktury, ale tak się nie stało. Dlatego dziś pozostaje nam tylko pospolite ruszenie do wyborów na Polskę i do odrzucenia nie-Polski, a zwłaszcza anty-Polski.
Społeczeństwo nasze jest politycznie rozbite przez to głównie, że do władzy dostają się grupy słabo związane z całym Narodem
Subskrybuj:
Posty (Atom)