poniedziałek, 20 lutego 2012

Józef Mackiewicz NUDIS VERBIS


Józef Mackiewicz

NUDIS VERBIS

I

Zachodzi zasadnicza różnica w podejściu do sprawy służenia ojczyźnie w czasie wojny pomiędzy różnymi krajami, na przykład pomiędzy Anglią a Polską. W Anglii wojskowy, który był w cywilu listonoszem, urzędnikiem, szewcem czy dyrektorem opery, po ukończeniu wojny powraca do swego zawodu i usiłuje w dalszym ciągu być dobrym szewcem czy dobrym dyrektorem opery. Wręcz przeciwna tradycja zakorzeniła się w Polsce. Niejeden kto u nas na wojnie strzelał dobrze z ckm, odniósł rany czy narażał życie, z tego właśnie tytułu domaga się beneficjów wykraczających poza ramy przewidziane statutami armii w postaci orderów i rang, a - żąda wpływu na politykę, na prasę, czasem materialnych synekur, narzuca hegemonię w użyciu formy pluralis maiestaticus: "my!" Nie bardzo jest to tradycja fortunna. Albowiem oficer, który potrafił kierować bitwą, nie zawsze potrafi kierować koncernem przemysłowym, albo redakcją wpływowego w kraju czasopisma. Ta zasadnicza różnica pomiędzy tradycją polską a wybraną tu przykładową angielską, wydaje mi się wynikać z odmiennej interpretacji służby wojskowej jako "zasługi" wobec ojczyzny, w odróżnieniu od "obowiązku" wobec ojczyzny. Ta druga interpretacja jest niewątpliwie słuszniejsza, zgadza się też za równo z duchem, jak literą ustaw "o obowiązkowej służbie wojskowej". A że przy wypełnianiu tego obowiązku naraża się własne życie, albo umiera, tego żadne ludzkie prawo ani przepisy zmienić dotychczas nie potrafiły i wątpić należy, czy kiedykolwiek zmienić będą w stanie.

Interpretowanie walki za ojczyznę jako "zasługi" osobistej bardzo wyraźnie podkreślały w Polsce tzw. koła legionowe. Legioniści śpiewali "My, pierwsza brygada...", a później ciągle, z dużą dozą dokuczliwego uporu, narzucali to swoje "my" cywilnemu życiu całego społeczeństwa. Podobne tradycje usiłują dziś, w nieusprawiedliwiony sposób, odnowić niektóre sfery kierownicze naszego AK i politycznych "autorytetów" walki podziemnej. Nieusprawiedliwiony dlatego, gdyż zapominają o nieodzownych warunkach wymaganych przy narzucaniu owego "My": a mianowicie efektywnego rezultatu w odzyskaniu czy obronieniu niepodległości. Tymczasem pomiędzy tzw. sferami legionowymi, które wyszły z tamtej wojny, a sferami naszego Resistance, które wyszły z tej wojny, zachodzi bardzo zasadnicza różnica. "Legionistom" ludzie najbardziej nawet niechętnie do nich usposobieni, do których i ja należałem, mogli dużo zarzucić, ale nie mogli im odmówić jednego, że mianowicie walnie się przyczynili do zwycięstwa i odrodzenia Polski. Bez względu natomiast, co by się powiedziało o kierownikach naszego Oporu podziemnego, niepodobna zaprzeczyć jednemu, że mianowicie walnie się przyczynili do naszej klęski. A upieram się przy tym, że klęska, która spotkała Polskę, należy do największych na przestrzeni Jej dziejów.

Stwierdzenie tego faktu w niczym nie pomniejsza bohaterstwa walczących żołnierzy polskich, czy to w podziemiu, czy na ziemi swojej i obcej, ani hołdu oddawanego tym, co zginęli na frontach, w więzieniu, w obozach, pod pałkami okupantów. Ale z powyższego nie wynika, że ma to umniejszyć odpowiedzialność ich kierowników za klęskę. Gdy generał Samsonow w r. 1914 wpakował wiele korpusów w bagno klęski, nie przyszło mu na myśl usprawiedliwiać się - liczbą zabitych żołnierzy... Ani tym, że kazał im strzelać, czy że sam strzelał, a - strzelił sobie w łeb.

Jakkolwiek odległa może się wydać ta analogia, nie jest rzeczą słuszną, że niektórzy panowie u nas, zamiast przyznać się do błędów i usprawiedliwiać w jaki bądź sposób po kompletnym bankructwie ich koncepcji politycznych, ośmielają się, tak jest: ośmielają się, nie tylko narzucać swoje "My" całości narodu i uzurpować sobie prawo do rozdawnictwa patentów na patriotyzm, wytyczania linii "czystości życia" politycznego, ale - zgłaszać pretensje do kontynuowania swego kierownictwa politycznego. Zdawałoby się, iż podobne zgłoszenie nie może być nigdy potraktowane poważnie przez naród dotknięty klęską, a więc zmuszony do analizy i rewizji swego postępowania w przeszłości, do szukania nowych dróg, a więc i nowych ludzi w przyszłości. Tymczasem w ostatnich czasach mamy do zanotowania szereg wystąpień publicznych tzw. "autorytetów" naszej b. konspiracji, które potraktowane zostały w sposób budzący zaniepokojenie, jakoby ta resztka Polski, która pozostała niezależna od najeźdźcy, nadal zamierzała tym "autorytetom" być posłuszna i podlegać ich dyrektywom.

Chwilami wydaje się doprawdy, iż fatum, które nas prześladuje, przybiera postać jakiegoś koszmaru, jest jakimś złym snem, który się nie kończy, z którego niepodobna się obudzić, ani otrząsnąć.

Ktoś wreszcie musi powiedzieć prawdę

Sprawa nie może dłużej leżeć odłogiem. Nie można ciągle koło niej chodzić z palcem na ustach, zachowując tę ciszę, jaka przynależna jest stąpaniu wśród majestatu grobów poległych. Jeżeli kwiaty zasadzone na tych grobach nie zdążyły jeszcze pożółknąć ani powiędnąć, nie zmienia to faktu, że ci, którzy je skrapiają łzami i pielęgnują w pamięci, chcą i muszą żyć. Dlatego wydaje mi się, iż dobrze się stało, że rzecz została sprowokowana, gdyż doniosłość ówczesnych wydarzeń ma pierwszorzędne znaczenie dla oceny, dla diagnozy politycznej naszej klęski, a bez ścisłej diagnozy nie może być środków zaradczych. Zdawało mi się, iż winien ją poruszyć bardziej może kompetentny spośród tych, którzy rzeczywistość w kraju za okupacji niemieckiej widzieli i przeżyli; że zechce wreszcie powiedzieć, dlaczego tak się stało, jak to się stało, jak to się stać mogło, że kraj przyjął obecne moralne ze, które niejednego przyprawia o dreszcz, a prawie wszystkich wprawia w zdumienie. Ktoś wreszcie to powiedzieć musi.

W jednej wielkiej tragedii Polski zwarły się trzy klęski: klęska militarna, klęska polityczna i klęska moralna. Przyczyny pierwszych dwóch omówione były dokładnie i są nadal dyskutowane z niewątpliwym pożytkiem dla naszej przyszłości. - Klęska moralna kraju wydaje mi się wszakże najbardziej zasadnicza. Widmo "radzieckiej" Polski, nie tylko w jej sowieckiej formie i zewnętrznych granicach, ale wewnętrznej treści, straszne widmo sparaliżowanego bolszewizmem narodu, stoi u progu. Kto za ten wewnętrzny paraliż postępujący ponosi największą odpowiedzialność?

W odróżnieniu od stanowiska Lwowa i Wilna oraz większości prasy emigracyjnej, za największą winę kierowników naszego podziemia poczytuję nie straty w ludziach i dobrach materialnych w okresie oporu antyniemieckiego, nie powstanie Warszawy, o którym posiadam własny, odmienny sąd, a - kompletne, idealne niemal rozbrojenie moralne wobec najeźdźcy sowieckiego.

Imponujące, jak głaz z monolitu, solidarne stanowisko wobec okupanta niemieckiego, nie jest zasługą kierowników naszej konspiracji, a samych Niemców i ich tępacko-brutalnej polityki w pierwszej kolejności, na drugim miejscu zaś zdrowego instynktu całego narodu. To są fakty. I otóż w ciągu długich pięciu lat ten zdrowy instynkt samoobrony narodowej, w stosunku do drugiego najeźdźcy, najeźdźcy sowieckiego, podkopywany i podważany był systematycznie przez "autorytety" podziemia, w ślepym posłuszeństwie instrukcjom londyńskim.

Niesłusznie jednak, moim zdaniem, wyłączność winy przypisuje się agendom rządu na emigracji. Wina ta, acz można się spierać o jej stopień, spada również na odpowiedzialnych kierowników kraju. Ich obowiązkiem było raczej rzadziej zanurzać się w rozgrywki partyjno-osobiste, a częściej za to i rzetelniej informować Londyn o nastrojach kraju. O istotnym stanie tych nastrojów nie udało mi się czy¬tać czy słyszeć dotychczas ani jednej relacji całkowicie prawdziwej. Czy ktokolwiek powiedział chociaż raz w Londynie, że nie wolno podszczuwać kraju w pośredniej popularyzacji sowieckiego "sojusznika", gdyż kraj ten, zaszczuty przez Niemców, zalany optymizmem i ślepą wiarą w Anglików, czekał bolszewików w 80 procentach jak zbawienia?! Podobnie jak oczekiwano Niemców na ziemiach wschodnich w r. 1941. Czy uprzedził kto, że wszelako metody sowieckie są tak dalece różne w swej perfidii i oddziaływaniu na psychosferę ludności od tępej brutalności metod niemieckich, że rezultat reakcji i formy rozczarowania będą zupełnie inne? Nikt tego nie powiedział, choć doświadczenie leżało na dłoni. Trudniono się natomiast wysyłką takiego materiału, który by potwierdzał i naginał do linii generalnej, z góry narzuconej przez Londyn, jakkolwiek była ona w najoczywistszej sprzeczności z tym doświadczeniem.

Niemcy wkroczyli do Wilna dopiero w roku 1941, ale już po kilku miesiącach zorientować się było można, że, bez pomocy żadnej akcji podziemnej, metody ich wzbudzają totalną nienawiść ludności. Z tej strony zatem byliśmy asekurowani i o jakimś załamaniu na rzecz Niemiec mowy absolutnie być nie mogło. Natomiast zrodziło się niebezpieczeństwo inne, trudne do przewidzenia zawczasu. Stał się nim mianowicie fakt, że te same metody niemieckie niejako rykoszetem przetaczają się w źródło popularyzujące bolszewików jako wroga Niemców. Było to zjawisko najbardziej naturalnej reakcji, wynikające z prostej ludzkiej psychiki. Jeżeli niebezpieczeństwo to zagrażało krajowi, który tych bolszewików znał i ich panowanie przecierpiał, w jakże zwielokrotnionym stopniu zaciążyć musiało tam, gdzie ich znano aktualnie tylko ze słuchowisk radia londyńskiego...

Niebezpieczeństwo to potężniało i unaoczniało się z dniem każdym coraz bardziej. Przybrało zaś formy groźne pod wpływem nie tyle jawnej agitacji komunistycznej, do której ludzie odnosili się ciągle jeszcze i z reguły powściągliwie, ile nieinteligentnie prowadzonej własnej akcji podziemnej, która niebawem przeszła pośrednio lub nawet bezpośrednio do obozu probolszewickiego.

***

Dla uniknięcia wszelkich ewentualnych niedomówień, w obliczu faktu, że przez pewne sfery "autorytetów" naszej konspiracji, jak też agenturę sowiecką, zwalczany byłem w kraju i atakowany na emigracji w sposób często nie przebierający w środkach - chciałbym zaznaczyć tu własne stanowisko. Oto nie tylko nie wypieram się stawianego mi zarzutu, iż wyłamywałem się spod dyscypliny narzuconej przez władze podziemne, ale - dumny jestem i szczycę się tym, że dyscyplinie politycznej tych autorytetów nie uległem. Przeciwnie, przeciwstawiałem się jej wszędzie tam, gdzie tylko uważałem to za możliwe, celowe i słuszne.

W odpowiedzi znaleźli się oszczercy, którzy zarzucali mi współpracę w propagandzie niemieckiej, o czym obszerniej będę mówił poniżej. W tym miejscu chciałbym oświadczyć tylko co następuje:

Wszystko, cokolwiek pisano w prasie niemieckiej i jej propagandzie na ziemiach okupowanych, czytane było na opak. A zatem to, co pisali o bolszewikach złego, nie oczerniało ich w oczach czytelnika polskiego, a - wybielało. Czyli osiągało skutek odwrotny od zamierzonego. Pierwszy na to zwróciłem uwagę, pisałem o tym już z tuzin chyba razy na emigracji, wypowiadałem i głosiłem to tysiąc razy w kraju, za¬równo ustnie, jak w wydawanych przez siebie drukach taj¬nych. Na tle tego oczywistego faktu, współpraca w pismach okupacyjnych była absurdem, nonsensem odwracającym cel. Są jednak dwa rodzaje najbardziej rozpowszechnionego terroru. Terror siły i terror jazgotu. W polityce mówi się wtedy o demagogii. Ale to, co uprawiały pewne osobistości w kraju w stosunku do swych przeciwników politycznych, bliższe jest miana jazgotu. Podobnie przekupka potrafi obalić najoczywistsze argumenty i najbardziej jasną logikę terkotem powtarzanych słów i pociągnąć za sobą cały rynek, jakkolwiek bezsensowne i nieartykułowane będą wykrzykiwane przez nią dźwięki.

Powszechne jest u nas narzekanie nawarcholstwo i niezdyscyplinowanie społeczeństwa jako na wadę narodową. W tym okresie każde warcholstwo mogło prowadzić do katastrofy, ale posłuszeństwo niektórym "autorytetom" - prowadziło do katastrofy.

Prekursorzy "reżimowej" prasy

Gdybym miał w obrazie odmalować ówczesną tragedię polityczną kraju, przedstawiłbym naród w postaci pochodu, który z pieśnią na ustach, na przemian męczeńską i tryumfalną, gnany jest przez siepaczy hitlerowskich w przepaść bolszewicką, a po bokach kroczą szpalery "autorytetów" konspiracji, pilnujących z pistoletami w garści, aby nikt z tego pochodu się nie wyłamał, nikt nie próbował zawrócić, czy innych przed przepaścią nie ostrzegł.

Ja nie chcę tu wspominać o szmatławcach w rodzaju Głosu Demokracji, Trybuny Ludu, Trybuny Wolności, Głosu Warszawy, Barykady Wolności i jakże wielu jeszcze organach KRN, tworzących już wówczas potężne podziemne państwo sowieckie w Polsce. Ale weźmy Biuletyn Informacyjny AK, który dziś tu, w Londynie, okupację sowiecką w kraju nazywa "przemianami społeczno-politycznymi".

Dnia 11 stycznia 1944 r. rząd sowiecki, nie po raz pierw¬szy zresztą, ogłasza, że anektuje pół Polski, że definitywną granicą zachodnią Sowietów będzie linia Curzona.

Dnia 22 lutego 1944 r. w Izbie Gmin występuje Churchill z oświadczeniem, że rząd brytyjski uznaje linię Curzona za wschodnią granicę Polski, która odpowiada zasadom słuszności i sprawiedliwości. Mówi o tym, że Wilno i Lwów należeć winny do Sowietów.

Biuletyn Informacyjny pisał wtedy:

Ogólnie biorąc, na podstawie ostatniej mowy Churchilla, oraz licznego szeregu innych oznak, można stwierdzić, iż ostatnimi czasy stan zatargu rosyjsko-polskiego przechyla się na naszą korzyść...

Polska Walczy zamieszcza po tej mowie Churchilla artykuł pt. "Churchill - przyjaciel Polski".

Wieś pisze w tym samym czasie o NSZ:

Wzywanie do niewspółdziałania z wojskiem sowieckim nie jest zgodne z rozkazami Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju. Jest to wyraźne szkodnictwo!

Organ Mikołajczyka, wierny Komendzie Głównej AK, Żywią i Bronią pisze (maj 1944) o "faszystach polskich":

Zbrodnie bratobójcze na oddziałach PPR-owskiej Armii Ludowej, będą najhaniebniejszą plamą w historii walki Narodu Polskiego o wolność. Nigdy na broń naszego żołnierza nie spadła kropla niewinnej krwi braterskiej. Nigdy broń ta nie zwróciła się przeciw żołnierzom komunistycznych oddziałów bojowych!

W takim to czasie podziemna Rada Narodowa, Krajowa Reprezentacja Polityczna i Pełnomocnik Rządu na Kraj pochłonięci są redagowaniem komunikatów pochwalających akcję przeciwko gen. Sosnkowskiemu... Oto co pisał Tydzień, jedno z tych, jakże nielicznych, niezależnych pism Polski podziemnej:

Jest rzeczą znamienną, że pod wpływem działania wybitnie partyjno-politycznego, ciała te wychodzą całkowicie poza zakres swoich kompetencji... Pożałowania godny jest fakt, że omawiana uchwała Rady Narodowej zapada w okresie najsilniejszych ataków na osobę gen. Sosnkowskiego ze strony Moskwy...

Takim "ocenom politycznej sytuacji", takim wymogom i jawnemu współdziałaniu z najeźdźcą sowieckim, należało się podporządkować i przyklaskiwać, ażeby uzyskać patent prawomyślności od tych panów! Jeżeli dzisiaj w spokojnym Londynie chce się zgrzytać przy odczytywaniu tych nonsensów, to nie należy zapominać, za jaką cenę były one rozpowszechniane w Kraju - wówczas. Jaką wagę gatunkową miała ta czcionka składana rękami podziemnych bojowników, którym się zdawało, że walczą o Polskę, a w istocie oszukanych, zdradzonych. Wagę krwi ludzkiej, cenę cierpień, kopań, wybijanych zębów, deptania godności, obozów, śmierci męczeńskiej. Za cenę kości, wdeptywanych przez Niemców w ziemię, niwelowano place polane krwią, aby wznieść na nich gmach Bezpieki, sowieckiego jarzma i ostatecznej klęski.

A dziś ten sam Biuletyn rozpiera się na jednej ladzie w londyńskich kioskach, łącznie z portretem Lenina w Odrodzeniu, czy artykułem Jędrychowskiego wielbiącym Stalina w Kuźnicy. Jakże mały i mizerny pozostał w zestawieniu z tymi pismami, które wyprzedził, a które wyrosły na olbrzymy na gruncie, w którego przygotowaniu, śmiem twierdzić, współdziałał.

Przelewanie krwi za zwycięstwo... Sowietów

W Warszawie zacząłem wydawać podziemne pismo pt. Alarm. Pisałem w nim:

Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie. - W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. Wobec Zjednoczonych Narodów jesteśmy nie petentem, a kon¬trahentem. Odrzucamy kategorycznie koncepcje sowieckie nazywane linią Curzona, stoimy zdecydowanie na gruncie nienaruszalności granic ustalonych Traktatem Ryskim. - Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym, i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają. Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą, itd.

Dlaczego jednak mój Alarm, głoszący tezy powyżej przytoczone, pod którymi w zasadzie każdy uczciwy Polak mógłby się podpisać, tak bardzo drażnił "autorytety" konspiracyjne w kraju?

Oto w odróżnieniu od rozpowszechnionego dziś rewizjonizmu w dziedzinie teorii oporu wobec najeźdźcy, rewizjonizmu, który często powołuje się na wzory czeskie, byłem zdecydowanym zwolennikiem zbrojnego, bezkompromisowego przeciwstawiania się Niemcom, ale - jednocześnie, równie zdecydowanym przeciwnikiem wspomagania bolszewików. wlewanie naszej krwi w walce z Niemcami uważałem za konieczne. Ale przelewanie tej samej krwi dla wspomagania bolszewików i przyspieszenia zejścia Polski w jarzmo sowieckie - za zbrodnię. Jeżeli ktokolwiek przypomina sobie chociażby ostatnio drukowany w londyńskim Dzienniku Polskim spór o to, kto dokonał unieruchomienia węzła warszawskiego, przy czym autor notatki chlubił się, że to nie PPR, właśnie AK, która w ten sposób sparaliżowała transporty niemieckie na front wschodni, ten i uprzytomni, i przypomni sobie, że stanowisko "autorytetów" konspiracji było wręcz przeciwne. Zresztą, zgodne ze stanowiskiem Rządu na emigracji, linią polityczną od dawna znaną, planem "Burzy" itd. W Alarmie drukowałem hasła:

Strzelanie do agentów Gestapo, to akt samoobrony, koniecznej. Wysadzanie pociągów z amunicją przeznaczoną do walki z bolszewikami, to świadectwo niedojrzałości politycznej.

Podobne hasło uznane zostało przez niektóre "autorytety" konspiracyjne za - niezgodne z interesem Polski. Zważmy, że działo się to w czerwcu, lipcu 1944 r. Gdy klęska Niemiec była rzeczą przesądzoną. Gdy zamiary Sowietów w odniesieniu do Polski stały się już od dawna jawne i nie podlegające żadnej dyskusji!

II

Czy racja "polska"? Czy racja "antyniemiecka"?

Każdy rozumie, że usiłując w ograniczonych ramach poddać syntetycznej krytyce akcję polityczną podziemia w przekroju pięciu lat okupacji, zmuszony jestem do podkreślania tych kształtów ówczesnej rzeczywistości, skompresowania takich szczegółów i przykładów, które dają obraz istoty rzeczy, a nie poszczególnych odcinków, fragmentów i bardzo zresztą licznych odchyleń od zasady. Jestem, powtarzam to ciągle, daleki od rzucania chociażby cienia na setki tysięcy ofiar, na żołnierzy żywych i poległych. W swej tajnej broszurze, wyda¬nej w Krakowie pt. Optymizm nie zastąpi nam Polski, pisałem na str. 11 co następuje:

Na złość Niemcom ukrywano najbardziej autentyczne wieści płynące z Moskwy i również "na złość" Niemcom fabrykowano "dobre", a z gruntu fałszywe pogłoski. Jest to ciężki grzech popełniony w stosunku do własnego narodu. Ale obciąża on tylko nasze sfery reprezentacyjne, o pretensjach wyrobienia politycznego. Trudno bowiem wymagać, powiedzmy, od jakiegoś dwudziestoletniego młodzieńca, który widzi, jak konduktor niemiecki kopie w brzuch jego matkę przy wchodzeniu do niewłaściwego przedziału pociągu w jakichś Skierniewicach, Radomiu czy Małkini, trudno wymagać odeń, żeby krew, która mu uderza do twarzy w takiej chwili, żeby zaciśnięte pięści i paznokcie wbite w dłonie, rozpaczliwej przysiędze na zemstę, mogły mu pomóc w ogarnięciu całokształtu polskich interesów politycznych, do wyrobienia polskiej myśli politycznej, sięgającej het daleko poza peron kolejowy w Skierniewicach. Radomiu czy Małkini. Taki chłopiec nie chce słyszeć o bolszewikach. On wstąpi do AK i będzie strzelał do Niemców. I w gruncie dobrze zrobi, bo co wart jest naród, którego jednostki pozbawione są godności osobistej! (podkreślenia w broszurze)

Jeżeli zbyt często wysuwam tu swoją osobę, to nie dlatego, ażebym się chciał ośmieszyć, albo pozwolił zbyć kpiną, iż uważam zapewne, że poza mną nie było ludzi trzeźwo patrzących na rzeczywistość, tylko dlatego, po pierwsze, że do przedstawienia siebie zostałem sprowokowany od lat już trwającą nagonką, a po drugie, że operowanie własnym przeżyciem i doświadczeniem ułatwia mi cytowanie charakterystycznych przykładów.

Gdy dziś czytam powoływania się na źródła krajowe, rozgrywki partyjne, uchwały, decyzje, pięknie brzmiące deklaracje władz podziemnych, z których wiele cechuje słuszność zasady, przebija patriotyzm i troska o dobro Polski, gdy się je cytuje jako odbicie "nastrojów kraju", ma się ochotę powiedzieć tylko: słowa, słowa, słowa. A rzeczywistość?

Rzeczywistość, jak to już raz pisałem, śmiertelnie zaszczuta terrorem niemieckim, podszczuwana radiem londyńskim, zerwała tymczasem z jakąkolwiek racją polską. Tematem przestała być Polska, tematem stały się Niemcy. Racja polska zastąpiona została przez rację antyniemiecką. Cel wojny: odzyskanie niepodległości, zastąpiony został zupełnie wyraźnie, bez reszty, pobiciem Niemców, nie jako środkiem do celu, a jako celem w sobie. Jasne, że na tej bazie nie można było budować konstruktywnej myśli obejmującej całokształt interesów polskich.

Tymczasem Niemcy leciały w przepaść. Z nami stało się coś podobnego, co się zdarza w tragediach leśnych wśród zwierząt, gdy napadnięty, we własnej obronie tak się weżre w napastnika, iż porwany przez niego nie może się już oderwać i runąć muszą obydwaj we wspólną otchłań na zagładę. NSZ pisał na ścianach kamienic warszawskich: "PPR - P-odłe P-achołki R-osji". Niemcy napisów nie kazali ścierać. Traciły przez to wszelkie znaczenie. Prasa komunistyczna biła brawo. Komu? Niemcom, oczywiście.

Niemcy znakomicie ułatwiali bolszewikom rolę, skomasowawszy w swych rękach monopol antysowieckiej propagandy, a tym samym wytrąciwszy ją z rąk narodów przez się okupowanych, a z kolei zagrożonych przez najazd sowiecki. W takiej chwili spotykało się ludzi, którzy w poszukiwaniu wyjścia z obłędnego koła, poczynali się zastanawiać nad możliwością jakiegoś prowizorycznego chociażby modus vivendi z Niemcami. Uważałem osobiście podobne próby za najgorsze wyjście ze wszystkich możliwych, za fatalne z fatalnych. Albowiem w ten sposób podkreślałoby się raz jeszcze nierozerwalne pobratymstwo pomiędzy antysowietyzmem i niemieckością, co stanowiło właśnie istotę nieszczęścia. Moim zdaniem racja polityczna kraju wymagała rzeczy najpilniejszej: przekonać naród, że nie każda akcja antysowiecka pochodzi od Niemców, jak w Ewangelii każda władza od Boga.

I oto w takim momencie spada cios: Polskie Radio Londyn nadaje dnia 17 marca 1944 r. dwanaście razy komunikat, że:

Wszelkie tajne wydawnictwa wychodzące w języku polskim, a w treści swej atakujące ZSRR, są dziełem propagandy niemieckiej.

W związku z tym następuje przypomnienie oświadczenia Pełnomocnika na Kraj z dnia 7 marca 44, w którym "przestrzega przed wymuszaniem przez okupanta deklaracji antybolszewickich".

Komunikat ten, gdybym nie był przekonany o jego autentyczności, poczytałbym za prowokację sowiecką. Nigdzie bowiem Niemcy podobnych deklaracji nie wymuszali i wymuszać nie mogli, bo niby od kogo? Ani organizacje, ani przedstawicielstwa polskie jawne nie istniały. Więc co, od przechodnia na ulicy, od chłopa na wsi? Była to więc bzdura, podobnie jak fama o rzekomych propagandowych kursach antysowieckich dla Polaków w Berlinie...





Na równi pochyłej

Ażeby akcję antysowiecką odseparować od wspomnianych wyżej prób jakiejś ugody z Niemcami, czy to w imię lansowanego przez niektórych hasła "ratowania substancji narodu", czy innych celów, pisałem w 1. numerze Alarmu:

Pertraktować może równy z równym, ale pertraktować może i pobity ze zwycięzcą, nawet niewolnik z panem, nawet więzień z dozorcą. Lecz nie może pertraktować ktoś, kogo się stawia w warunki poniżające jego godność. Niemcy depczą naszą godność narodową i osobistą. Nie pozwalają nam się kształcić, pielęgnować własnej kultury, drukować książek; są miasta w Polsce, w których Polakowi nie wolno się nawet uczyć gry na skrzypcach... albo trzeba się było kłaniać Niemcom na ulicy... a nasi robotnicy w Rzeszy noszą literę "P" jak Żydzi gwiazdę. Każą nam jeździć w osobnych wagonach jak Murzynom w Afryce. Ale porównanie do Murzynów nie jest ścisłe. Bo Murzyn afrykański, zetknąwszy się z człowiekiem cywilizowanym, nie był mu równy. Nie został tedy zepchnięty ani podeptany. A my zostaliśmy.

Można zasiadać albo nie zasiadać do wspólnego stołu konferencyjnego z Niemcami, zależnie od zapatrywań politycznych, ale nie można przy tym stole - stać, gdy strona przeciwna zasiada!

I otóż jeden z "autorytetów" podziemia, spotkany przeze mnie na emigracji, jeszcze teraz mi powiada: "Owszem. owszem, naturalnie to bardzo rozsądnie, ale... pana by Niemcy nie rozstrzelali, gdyby złapali, bo całe pismo było antysowieckie". - Oto jest klasyczny argument wyższego rzędu tamtejszych czasów: nie to jest ważne, co się pisze i czy słusznie lub pożytecznie. Mogła być napisana chociażby bzdura, ale tak napisana, iżby istniała pewność, że za nią Niemcy rozstrzelają.

A w gruncie rzeczy nie ja miałem wtedy rację, a on, mój obecny rozmówca. Bo było już za późno. Kraj doszedł do tego punktu zwrotnego, od którego zaczyna się toczyć po równi pochyłej z szybkością bezpowrotną. Jeszcze tam mogło się zdarzyć, że jakiś dowcipny akowiec dołączył do nakładu Biuletynu wierszyk o "Volksanglikach", trzymała się jeszcze prasa piłsudczykowska, trzymał się NSZ, ale optymizmu, ślepej ,ary w Anglików, w bezpieczeństwo ze strony Sowietów, we wszechpotęgę i dobrą wolę Churchilla z Rooseveltem, nic zachwiać w masach nie było w stanie. Żadne rozumowanie, żaden najoczywistszy argument.

Tezy sprawdzone u Goebbelsa

Nie piszę tu żadnej monografii o dziejach podziemia. Dlatego z góry muszę się zastrzec przeciwko ewentualnym zarzutom, że w uświęconej krwią walce dostrzegam tylko strony ciemne, które przesłonięte zostały blaskiem bohaterstwa i poświęcenia. Otóż właśnie to bohaterstwo i poświęcenie są jedną z przyczyn, dla których chciałbym wskazać, jak fatalnie fały zmarnowane, ba, obrócone na naszą zgubę.

Oczywiście, sprawcą nie tylko ówczesnych nieszczęść, ale Matecznej klęski są przede wszystkim Niemcy. Ta prawda nie może ulegać żadnej dyskusji. Natomiast podlega dyskusji rezultat zadanej nam klęski. O ile bowiem większość skłania ku twierdzeniu, że największą krzywdą, jaką nam wyrządzili Niemcy, było zatopienie Polski w potokach krwi i zniszczenie materialne, o tyle ja twierdzę, że zniszczenie moralne przez jej zbolszewizowanie.

Ich brutalna, niesłychana w dziejach metoda potraktowania całego narodu, metoda, która temu narodowi z początku zaparła dech w piersi, a później zaślepiła w reakcji tak gwałtownej, że przesłoniła wszelki rozsądek polityczny, ograniczając wielki naród do ślepych odruchów, właśnie w chwili, gdy zwykle skomplikowana sytuacja wymagała odeń zimnej krwi i ruchów skoordynowanych, wynikających z głęboko przemyślanych kryteriów politycznych.

Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że z Niemcami można było współpracować i nie należało do nich strzelać. Nie można było współpracować przede wszystkim dlatego, że sami tego nie chcieli. Niemców, moim zdaniem, trzeba było bić tam wszędzie i tak samo, jak oni nas bili. Ale nie znaczy to, że należało wygrywać Polskę dla - bolszewików.

Ani Niemcy w swych założeniach politycznych nie chcieli zbolszewizowania Polski, ani my nie chcieliśmy zbolszewizowania Polski. A w rezultacie Niemcy Polskę bolszewizowali, a myśmy im w tym ze wszystkich naszych sił pomagali.

Jednym z najskuteczniejszych instrumentów akcji podziemnej była jej prasa. Przytoczyłem poprzednio kilka z niej wyjątków i nie będę nawracał do fragmentów, jakim to nakładem ofiar i poświęcenia służyła ku... zaślepieniu społeczeństwa, zaślepieniu w trzech kardynalnych błędach: 1) bezkrytycznym optymizmie (nazywało się "podnoszeniem na duchu"), 2) omnipotencji Anglii i jej bezwarunkowo dobrej woli, 3) usypianiu niebezpieczeństwa sowieckiego. W sukurs tej prasie przyszedł niejaki dr Józef Goebbels, Reichsminister Hitlera, który pisał, że: 1) Polskę czeka marny los na wypadek zwycięstwa aliantów, 2) Anglia okaże się w rezultacie słaba i Polskę sprzeda, 3) bolszewicy Polskę zabiorą i zrobią z niej 17. republikę.

Nie będę się powtarzał, przypominając, że o ile obowiązywało czytanie na opak wszelkich enuncjacji niemieckich, tym bardziej, oczywiście, szefa propagandy niemieckiej. A więc wszystko się zgadzało. Zgadzało na naszą zgubę. Wsparte na tych dwóch autorytetach, tzn. pozytywnym - prasy podziemnej i negatywnym - dr Goebbelsa, wymienione wyżej tezy przeistoczyły się niebawem w uświęcone kanony, nie podlegające żadnej krytyce, pod groźbą zarzutu "współpracy z wrogiem".

W praktyce prasy podziemnej przyjął się taki schemat: ażeby napisać jedno słowo nieprzychylne o Stalinie, trzeba je było zaopatrzyć poprzednio w sto wyzwisk pod adresem Hitlera. Przy tym "autorytatywni" cenzorzy opinii publicznej sprawdzali z dokładnością fachowca, czy nie jest ich aby tylko 99 i czy są dosyć mocne, by gwarantować natychmiastowe rozstrzelanie w Gestapo w wypadku wpadnięcia. Oczywiście, przykład ten wydać się może niejednemu groteskowy w jego lapidarnym schemacie, jednak jest najzupełniej prawdziwy. Utrudniało to niezwykle wszelką publicystykę i polemikę, rozwadniało tekst, no i oczywiście osłabiało efekt. Podobnie nigdy jeszcze nie skomasowano takiego rejestru zbrodni niemieckich, jak w okresie Katynia r. 1943, aby mu je przeciwstawić i odwrócić odeń uwagę. Efekt był z góry do przewidzenia: mord katyński wydał się blady...

Wobec prasy podziemnej, jak to już wspomniałem powyżej, nie było sprostowań, wyjaśnień, żadnej apelacji. Bo za czytanie, kontakt, a tym bardziej pisanie do prasy podziemnej groziła ze strony Niemców kara śmierci. W ten sposób oszczerstwem można było zabić człowieka na miejscu. Jeżeli się zważy, że w wielu wypadkach pisali ludzie stojący nie zawsze na poziomie i, jak to w życiu bywa, nie zawsze dobrej woli, można sobie wyobrazić totalny charakter tej prasy, która nie znała sprzeciwu. Kto, kiedy i w jaki sposób mógł dojść w tych warunkach prawdy?

Dziś się to łatwo wymawia: "zdarzały się omyłki"... - Nie byłem wtedy w Warszawie, gdy zastrzelono z wyroku podziemnego, komendanta policji granatowej Reszczyńskiego, ponoć Bogu ducha winnego, najlepszego Polaka. Później twierdzono, iż on to właśnie najskuteczniej oparł się Niemcom, by nie używać policji mundurowej do rozstrzeliwania Żydów. A może nie był przyzwoitym człowiekiem? Bo kto właściwie wie? Leży w grobie. Opowiadano mi też później, że po tygodniu wyrok zrewidowano i przysłano żonie kartkę z... przeproszeniem za "omyłkę". A może i to była fama tylko?

J. M.

Lwów i Wilno 1947 nr 53 i 1948 nr 56

środa, 8 lutego 2012


Józef Mackiewicz zaszechterowany


  
Józef Mackiewicz zaszechterowany


 Największy polski pisarz XX wieku pozostaje w Polsce prawie nieznany. Jego dzieł nie ma w księgarniach, czytelniach i bibliotekach szkolnych. Erudyta, który wielokrotnie bardziej zasłużył na literacką Nagrodę Nobla niż Czesław Miłosz czy Wisława Szymborska, żadnych nagród nie otrzymał. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest fakt, że Józef Mackiewicz (bo o nim tu mowa) był zdecydowanym antykomunistą, który ten nieludzki system znał nie tylko z literatury czy z opowieści, ale sam zaznał jego dobrodziejstw na własnej skórze, będąc przymusowym poddanym Józefa Stalina w latach 1939-1941. Dziś niezawisłe (!) sądy Rzeczypospolitej Polskiej stoją na straży, aby nawet fragmenty jego dzieł nie mogły być drukowane w kraju bez zgody jedynej spadkobierczyni jego praw. Jest nią Nina Karsow-Szechter, wdowa po Szymonie Szechterze, stryju Adama Michnika. Nie tylko ciekawostką jest więc fakt, że Adam Michnik jest jednym z organizatorów literackiej Nagrody Nike w neo-PRL (bo do takiego kręgu twórców odnosi się głównie środowisko, w którym to wszystko się obraca), natomiast Józef Mackiewicz jest patronem nagrody literackiej, która promuje zupełnie inne wartości. Ale cóż, „Gazeta Wyborcza” jest bogata i opiniotwórcza, zaś patron nagrody swego imienia skazany został na to, co najgorsze – na niebyt.

Szymon Szechter (urodzony w 1920 roku we Lwowie), do 1957 roku przebywał w Związku Sowieckim. Był komsomolcem i członkiem komunistycznej partii sowieckiej, co w tej rodzinie nie było przecież czymś wyjątkowym. Pracował m.in. jako lektor w Komitecie Miejskim Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Po przyjeździe do PRL otrzymał etat w Zakładzie Historii Partii przy KC PZPR. Na zdjęciu: legitymacja komsomolska Szymona Judowicza Szechtera.
  
Oto 17 lipca 2006 roku warszawski Sąd Rejonowy, po toczącym się już 13 lat (!) procesie o ustalenie praw autorskich po Józefie Mackiewiczu uznał, że należą się one wyłącznie Ninie Karsow-Szechter (Karsov-Schechter). Jest ona właścicielką londyńskiego wydawnictwa Kontra. Żadnych praw do spuścizny nie ma natomiast córka pisarza Halina Mackiewicz. I choć procesy się nie kończą, dzieł Mackiewicza wydawać nie można. Ogromnym skandalem zaś jest fakt, że wydana w 1997 nakładem Wydawnictwa Antyk i Fundacji Katyńskiej roku książka „Katyńska zbrodnia bez sądu i kary”, która jest zbiorem artykułów pisarza na temat zbrodni katyńskiej – została wyrokiem sądu skazana na zamknięcie w magazynach i zakaz rozpowszechniania. Gdzie więc żyjemy? W III RP, która powoli przeistacza się (podobno) już w IV RP, czy jednak cały czas jest to neo-PRL?

Warszawski sąd uzasadnił to następująco: „wydanie książki Józefa Mackiewicza w Polsce było sprzeczne z wolą Autora. Taką dyspozycję przekazał on swej żonie i powódce”(sic!). Powódką jest wspomniana Nina Karsow-Szechter, natomiast żona Józefa Mackiewicza, Antonina, zmarła w 1973 roku w Polsce. I oczywiście nic wspólnego z Niną Karsow-Szechter nie miała, jak również sam Mackiewicz ...

Nina Karsow-Szechter i Szymon, też Szechter

Skąd się wzięło całe zamieszanie z prawami spadkowymi i jak, w jaki sposób Szymon Szechter i Nina Karsow-Szechter wkupili się w łaski człowieka o tak zdecydowanie antykomunistycznych poglądach?

Szechterowie przybyli do Wielkiej Brytanii w wyniku wydarzeń marcowych 1968 roku, w glorii „wrogów ustroju”, bo wówczas każdy, kto był prześladowany przez władze PRL mógł się podawać nawet za... antykomunistę. Antykomunistami to oni jednak nie byli – wprost przeciwnie. Szymon Szechter (urodzony w 1920 roku we Lwowie), do 1957 roku przebywał w Związku Sowieckim. Był komsomolcem i członkiem komunistycznej partii sowieckiej, co w tej rodzinie nie było przecież czymś wyjątkowym. Pracował m.in. jako lektor w Komitecie Miejskim Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Po przyjeździe do PRL otrzymał etat w Zakładzie Historii Partii przy KC PZPR. Później został dyrektorem w Związku Ociemniałych Żołnierzy PRL i za jakieś nadużycia gospodarcze został skazany (w 1964 roku) na karę więzienia w zawieszeniu. Odtąd rozpoczął starania o otrzymanie zgody na wyjazd stały do Izraela. Jego towarzyszką życia a później żoną była Nina Karsow (młodsza od niego o dwadzieścia lat). W 1966 roku władze bezpieczeństwa dokonały u nich rewizji, zatrzymując notatki, rękopisy itp. rzeczy, uznane za „materiały szkalujące PRL”. Nina Karsow-Szechter wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy skazana została za to na trzy lata więzienia. Już po dwóch latach została jednak zwolniona, w związku „z wyjazdem do Izraela na pobyt stały”. Szymon Szechter wyjechał razem z nią.

Komuniści oplątują antykomunistę

Mało, bardzo mało wiemy, jak to się stało, że komunistyczni dysydenci, rodem ze Związku Sowieckiego, znaleźli się tak blisko Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej. Włodzimierz Odojewski, który przyjaźnił się z Mackiewiczem, tak to wspomina: „Co z tamtego okresu utrwaliła na temat Niny Karsow-Szechter moja pamięć? To mianowicie, że z pisarską parą nawiązała kontakt jakaś młoda kobieta, która wyemigrowała z mężem z Polski do Anglii, mieszka w Londynie i pracuje w jakimś wydawnictwie brytyjskim. Że ma zamiar „chałupniczymi” metodami przygotowywać do druku różne polskie teksty. I że pyta, czy Józef Mackiewicz zaryzykowałby skład któregoś ze swoich tekstów przez nią zrobiony. Skład i potem wydanie.

Już wówczas zainteresowało mnie to, co znaczyć miało sformułowanie o owym składzie – „chałupniczymi" metodami? Otóż, zapamiętałem wzruszającą historyjkę opowiedzianą mi przez Barbarę Toporską. Że ta młoda emigrantka w Londynie, wieczorową porą (jak ich poinformowała), już po pracy, zostaje w siedzibie wydawnictwa i z mozołem przygotowuje skład do druku polskich tekstów. Zaliczały się wówczas do nich chyba tylko utwory literackie jej męża, Szymona Szechtera. Może były tam jeszcze pomiędzy obydwiema paniami dodatkowe wyjaśniające listy, może telefony; tego nie pamiętam. W każdym razie Mackiewicz na propozycję z Londynu przystał. Tak to powstało wkrótce wydawnictwo Niny Karsow-Szechter, które (był to głęboki ukłon w stronę pisarza) nazwała, od tytułu jednej z jego książek, wydawnictwem Kontra, i w tym to wydawnictwie zaczęła później druk i rozpowszechnianie kolejnych literackich i publicystycznych pozycji Józefa Mackiewicza”. („Rzeczpospolita 4-5 czerwca 2005 r.).

Emigranci z PRL nie mieli jakoś problemów ze zdobyciem środków materialnych na rozkręcenie niewielkiego choćby interesiku, jakim było wydawnictwo. Józef Mackiewicz, który przebywał na emigracji wówczas już ponad dwadzieścia lat, takich możliwości nie miał, zapewne więc skusiło go to, że jego książki będą wydawane i rozpowszechniane.

Jak Nina Karsow-Szechter została „kuzynką” Mackiewicza

Dopóki żył pisarz (zmarł w 1985 roku), dopóki trwał PRL, sytuacja była jasna – nie było zgody pisarza na wydawanie jego dzieł w okupowanym kraju. Dziś, jak pisze Krzysztof Masłoń w „RZ” (z 26 września 2006 roku), dzieł pisarza nie można wydać nigdzie – tak, nigdzie!: „Nie ma mowy o masowym wydaniu choćby jednego tytułu‚ wykluczone jest opracowanie na podstawie utworu Józefa Mackiewicza słuchowiska czy spektaklu telewizyjnego‚ o nakręceniu serialu czy filmu nie mówiąc. Osoba dziedzicząca prawa autorskie do tej twórczości odmówiła zgody na tłumaczenie książek autora „Drogi donikąd” w Niemczech‚ Francji i Szwajcarii. Podobnie nie wyraziła zgody na rosyjską edycję „Kontry”, choć w Moskwie pokrywa się kurzem gotowy przekład. A szczytem wszystkiego jest nieobecność dzieł Józefa Mackiewicza na Litwie. W marcu tego roku nie zezwolono na opublikowanie „Drogi donikąd” i „Zwycięstwa prowokacji” polskojęzycznemu wydawcy z Wilna Ryszardowi Maciejkiańcowi. Bez efektu starała się też o wydanie dzieł Józefa Mackiewicza po litewsku oficyna „Versus Aureus”.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest stanowczy sprzeciw Niny Karsow-Szechter, która „załatwiła” sobie wyłączność na własność praw autorskich po wielkim pisarzu. I konsekwentnie z tego prawa korzysta – mijają lata, a dzieł Józefa Mackiewicza na polskim (i światowym rynku) jak nie było, tak nie ma...

Nina Karsow-Szechter po prostu „udowodniła” przed niemieckim sądem, że jest córką Barbary Toporskiej (towarzyszki emigracyjnego życia pisarza), ma więc prawa do spuścizny po nim. Toporska została zaś uznana (na jakiej podstawie?) za żonę pisarza. To prawda, że Toporska w niektórych listach do niej pisała „moja córeczko”, ale był to zwrot tylko grzecznościowy. Być może niemiecki sąd, jak przypuszcza Włodzimierz Odojewski, po prostu „stanął na baczność” przed przedstawicielką narodowości żydowskiej, która takie żądania zgłosiła. W każdym razie – stało się.

„Sprawa Józefa Mackiewicza”

Czy jest to dalszy ciąg „sprawy Józefa Mackiewicza”? Tak należy przypuszczać. Przypomnijmy – jest on stale, od lat, zarówno przez środowiska emigracyjne i krajowe oskarżany o kolaborację z Niemcami. Podstawą tych oskarżeń jest fakt, że w 1941 roku w wileńskim „Gońcu Codziennym” opublikował dwa fragmenty swej fundamentalnej powieści „Droga donikąd” (traktującej o okupacji sowieckiej 1939-1941) oraz dwa artykuły. Ponadto w 1943 roku Mackiewicz był w składzie oficjalnej delegacji niemieckiej w Katyniu i po powrocie udzielił obszernego wywiadu temuż „Gońcowi Codziennemu”. Na początku 1943 roku Sąd Specjalny AK skazał Józefa Mackiewicza (a więc jeszcze przed ujawnieniem sprawy Katynia) na karę śmierci, za wcześniejsze publikacje w tejże gazecie. Wyrok został jednak natychmiast odwołany, na skutek zdecydowanych sprzeciwów różnych środowisk. Między innymi członek Rady Politycznej przy Komendzie Okręgu AK, mec. Witold Świerzewski (który był tam przedstawicielem podziemnego Stronnictwa Narodowego i działaczem Delegatury Rządu na Kraj) zagroził złożeniem dymisji i ujawnieniem skandalu. To poskutkowało. Sprawa pobytu pisarza w Katyniu nie miała z tym nic wspólnego (bo miało to miejsce później). Znalazł się tam za wiedzą i zgodą Komendy Okręgu Wileńskiego AK, sprawozdanie z pobytu złożył polskim władzom konspiracyjnym i za ich wiedzą i zgodą – na skutek wagi sprawy – udzielił wspomnianego wyżej wywiadu. Dla środowisk komunistycznych i filokomunistycznych (tych niestety, nigdy nie brakowało) przez kilkadziesiąt lat jest to koronnym argumentem o jego „kolaboracji z Niemcami”. O własnej, niezwykle groźnej w skutkach i długotrwałej kolaboracji z komunistami jego adwersarze nie chcą jednak słyszeć, bagatelizując zarzuty. W oskarżeniach posuwają się do innych kłamstw, chociażby twierdzą, że pisarz pracował na etacie w „Gońcu Codziennym”, choć był to niejaki Bohdan Mackiewicz, nawet nie jego krewny. Ale z kłamstw, uporczywie rozpowszechnianych przez dziesięciolecia, dużo do niego przylgnęło.

Qui bono?

Włodzimierz Odojewski słusznie pyta: „Zastanawiam się, co za tą działalnością Niny Karsow-Szechter się kryje, kto to wszystko finansuje (bo już tylko adwokaci to sumy ogromne!), kto jeszcze na tej dziwnej szachownicy przesuwa figury? Jakie korzyści ktoś z tego czerpie? Ona? [...] W głowie się nie mieści, że może być prowadzona przez jedną osobę, bez wspólnictwa, bez finansowej pomocy. Jest to działalność okrutnie tę literaturę okaleczająca, przy niewybaczalnej opieszałości i ślepocie sądów III Rzeczypospolitej, przy obojętności naszej prasy, przy powszechnej niewiedzy Polaków i przy lekceważeniu tej sprawy przez opinię publiczną. A drugie: jeszcze bardziej zastanawiające jest to, że cała ta afera ma miejsce wtedy właśnie, kiedy sprawa Katynia – miast, w związku z oddalaniem się w czasie – zabliźnić się, ulegać powolnemu wyciszeniu, przeciwnie, zaognia się z roku na rok, rany nie chcą się zagoić. [...] I może z myślą o tym sporze należy przyjrzeć się uważniej i czujniej aferze z próbą niszczenia twórczości jednego z głównych świadków tamtych zbrodni”.

Są to pytania, na które powinniśmy uzyskać odpowiedź jak najszybciej. A przede wszystkim, powinniśmy natychmiast uzyskać dostęp do wszystkich dzieł pisarza. Nie może być tak, że uzurpatorskie poczynania komunistycznej dysydentki mogą przez kilkanaście lat blokować dostęp do dzieł najwybitniejszego, po Henryku Sienkiewiczu, polskiego pisarza. Jego książki nie mieszczą się w kanonach szkolnych lektur, nie są wznawiane, co więcej – nie ma możliwości badania dorobku Józefa Mackiewicza, albowiem Nina Karsow-Szechter ściga i grozi sankcjami prawnymi nawet tych, którzy „zbyt obszernie” cytują pisarza. Pozostają im tylko... omówienia, ale to przecież jest jakaś paranoja, że po to tyle się zmieniło, aby w tej sprawie – nie zmieniło się nic.

** ** **

Może więc polskie władze coś wreszcie zrobią, aby to, co tak naprawdę jest własnością całego narodu, nie pozostawało w wyłącznym władaniu przedstawicieli innego narodu. Tak, innego, bo Nina Karsow-Szechter, zwalczając zabiegi Włodzimierza Odojewskiego o upowszechnienie książek Mackiewicza, posługuje się i takim, „rasowym” argumentem. Oddajmy w tej sprawie głos Odojewskiemu: „Nina Karsow-Szechter nigdy nie zaprotestowała, nie zaskarżyła mnie o zniesławienie, nasyłając na mnie jedynie polemistów, jak chociażby bydgoskiego osiołka dziennikarskiego, który nie potrafiwszy uderzyć wprost, oskarżył mnie przeogromnym artykułem w tamtejszej prasie o antysemityzm, a to dlatego, że Ninę Karsow-Szechter nazywałem Niną Karsow-Szechter, a Szechterzy są w Polsce podobno – jego zdaniem – synonimem Żyda”. Może głos w tej sprawie powinien zabrać sam Adam Michnik? Wszak łączy go z nią wiele rzeczy – zamiłowanie do literatury, znajomość dzieł Józefa Mackiewicza (choć co prawda, w ogóle tego nie okazuje) i przede wszystkim, mógłby się autorytatywnie wypowiedzieć, czy Szechterzy to faktycznie w Polsce są „synonimem Żyda”. Sam kiedyś powiedział o sobie (w USA) – „jestem Polakiem jak cholera”.Niech więc to teraz potwierdzi na łamach swej gazety.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Józef Mackiewicz "Droga donikąd" - fragment


Dawno już krótkie słońce zimowe przesunęło się znad lasów południowych nad lasy zachodnie i zaczęło dotykać co wyższych wierzchołków sosen; koń chrupał owies, prosiaki dwa razy wyżarły swoją dzienną porcję; wrony, leniwie i wysoko, zwiastując mróz, ciągnęły stadami, obsiadając szczyty drzew; dymy z chałup poszły prościutko w górę; w dalekich więzieniach zapalono nieosłonięte żarówki; zając kicał z gęstwiny do skraju lasu, szykując się do żeru na runi polnej; błysnęła pierwsza gwiazda na niebie, pierwsze reflektory samochodów na ziemi; skrzypnęły studzienne żurawie po wsiach. Najkrótszy dzień żegnał krainę narodów Związku Radzieckiego i oddalał się na kapitalistyczny zachód.
- ...trzeba zdać sobie przede wszystkim bardzo dokładnie sprawę z sytuacji - mówił Tadeusz, chodząc wielkimi krokami po pokoju Pawła tam i na powrót. - To, co widzimy wokół, jest rodzajem psychicznego paraliżu. Powiadasz: "Skutek terroru psychicznego, jakiego świat dotychczas nie widział". Słusznie, ale jakie są źródła, na czym bazuje się ten terror, skąd czerpie swą siłę magiczną? Znajomość psychiki ludzkiej? Owszem, zgadzam się, ale to jeszcze nie wyprowadza nas ze sfery ogólników. Trzeba wiedzieć z chirurgiczną dokładnością, który tu mianowicie klawisz ludzkich zwojów mózgowych jest naciskany. Moim zdaniem, bolszewicy dokonali naprawdę epokowego wynalazku i jak wszystkie tego rodzaju, jest on względnie prosty. Natura ludzka wskutek swej niedoskonałości, nie jest w stanie posiąść prawdy absolutnej. W tych warunkach kłamstwo w dziedzinie psychicznej jest zjawiskiem równie naturalnym, jak, powiedzmy, w dziedzinie fizycznej jest nim żywioł powietrza, wody i tak dalej, bez których nie możemy się obejść. Niezależnie od tego, czy będzie to kłamstwo złe, złośliwe, czy też niewinne, towarzyskie, czy, jak bywa, miłosierne. Jeżeli teraz nawrócimy do mego poprzedniego porównania z wodą, zobaczymy, że ongiś znalazł się wielki wynalazca, który pod żywioł wody podstawił koło i wyzyskał w ten sposób naturalny potencjał dla swych celów. Identycznie zrobili bolszewicy: pod naturalny potencjał ludzkiego kłamstwa podstawili młyńskie koło, nie po to, by mleć mąkę albo piłować deski na tartaku, ale żeby przepytlować ludzką psychikę. Ja nie będę tu mówił o doktrynie bolszewickiej. Jest to temat bez dna. Ja mówię o technice bolszewickiej, bo tylko znajomość techniki może nam dać klucz do zahamowania ich maszyny. Otóż bolszewicy doszli na podstawie studiów bardziej praktycznych niż teoretycznych, że skoncentrowane kłamstwo ludzkie posiada siłę, której granic na razie nie znamy, że można dokonać przewrotu gruntownego w takich dziedzinach, jak mowa ludzka, znaczenie słów itd. - Tadeusz zatrzymał się pośrodku pokoju, uniósł głowę i wskazał palcem sufit:
- Jeżeli ty albo ja, albo ktoś z normalnych ludzi w normalnych warunkach zechce na przykład zełgać, że sufit jest nie biały, a czarny, to rzecz wyda się nam zrazu bardzo trudną. Zaczniemy od kołowania, chrząkania, wskazywania na cienie po jego rogach, będziemy tłumaczyć, że w istocie swej nie jest on już tak zupełnie czysto biały... Jednym słowem, będziemy się posługiwać skomplikowaną metodą, która zresztą nie doprowadzi w końcu do celu, bo nikogo nie przekonamy, że sufit jest czarny. Co robią natomiast bolszewicy? Wskazują sufit i mówią od razu: "Widzicie ten sufit... On jest czarny jak smoła". Punkt, dowiedli od razu. Ty myślisz, że to jest ważne dla ludzi, że prawda jest odwrotna? Zapewne tak myślisz. A oni się przekonali na podstawie praktyki, że to wcale nie ważne. Że wszystko można twierdzić i że twierdzenie zależy nic od jego treści, a od sposobu jego wyrażenia. I oto widzimy jak dochodzą do następnego etapu, powiadając do ludzi tak: "A teraz wyobraźcie sobie, że istnieją podli kłamcy, wrogowie wszelkiej prawdy naukowej, postępu i wiedzy, którzy tak nisko upadli w swym nikczemnym zakłamaniu za pieniądze kapitalistów, że ośmielają się łgać w żywe oczy, że sufit jest biały!" I zebrany tłum wyrazi swe oburzenie, wzgardę, a nawet śmiać się będzie i wykpiwać tak oczywiste kłamstwa tych wrogów prawdy... My sądzimy dotychczas, że oni mogą wyczyniać takie seanse zbiorowej hipnozy tylko u siebie po uprzednim zmaltretowaniu swoich obywateli. Nic podobnego. Oto przychodzą do nas i wydają na przykład broszurkę o tym, co u nas się działo. Dla nas o nas samych. Ja tobie zaraz pokażę. - Wyjął z podręcznej teczki małą, szarą książeczkę.
- Co to jest? - spytał Paweł, który wpółleżąc na kanapie i słuchając Tadeusza zabawiał się gładzeniem kota, a teraz wyciągnął rękę po broszurę.
Dziełko wydane zaraz po wkroczeniu armii czerwonej w granice wschodniej Polski w r. 1939, nosiło tytuł "Zapadnaja Biełaruś". Na odwrocie okładki: "Państwowe wydawnictwo literatury politycznej. 18 drukarnia moskiewskiego trestu politgrafiki. Nakład 100 tysięcy". - Widziałem to - rzekł Paweł zwracając.
- Czytałeś?
- Nie.
- To posłuchaj: "W Polsce istniało takie prawo, że gdy zaskrzypi koło u wozu chłopskiego, niepokojąc sen obszarnika, chłop musiał płacić 7 złotych sztrafu. Obszarnik miał prawo bić chłopa aż do utraty przytomności, zabrać odeń ziemię i cały inwentarz za długi - zupełnie bezkarnie i bez żadnego sądu... Robotnik pracował więcej niż 20 godzin na dobę... W armii panował system kar cielesnych, bito pałka mi... żydzi mogli chodzić tylko po niektórych ulicach, po innych nie mieli prawa..."
Paweł roześmiał się szczerze.
- Ty się śmiejesz? Śmieje się może jeszcze kilku, do słownie. Ci, którzy jeszcze rozumują starymi kategoriami, kiedy to twierdziliśmy, że podobna lektura byłaby lekturą humorystyczną. W tym tkwił właśnie nasz błąd. To nie jest literatura humorystyczna. Oni to kolportują u nas masowo i... ludzie się nie śmieją. Nie do pomyślenia? - mówisz. - Owszem, to jakby na przykład wydać w Londynie książkę, że przechodnie nie mieli prawa mijać pałacu królewskiego inaczej, jak na przykład na klęczkach albo coś w tym rodzaju. Zaręczam tobie, że też nie będą się śmiali, gdy zostaną zagarnięci przez bolszewików. Zaręczam. "Nie do pomyślenia" może być coś jedynie póty, póki istnieje możliwość wytknięcia tego kłamstwa palcem. Z chwilą Jednak gdy palec zostanie sparaliżowany, wszystko staje się do pomyślenia. Oni o tym właśnie wiedzą.
- No, ale poza granicami...
- Co poza granicami? Zaprzeczenie każde stwarza jedynie sporność sprawy. I wiele milionów powie sobie: "Ostatecznie, nie ma dymu bez ognia"... Otóż bolszewicy stworzyli: dym bez ognia. To są rzeczy genialne, mój drogi! Sto tysięcy nakładu dla rozpowszechnienia w naszym kraju, który jeszcze pół roku temu wiedział, jak było naprawdę!
-Schował broszurę i wyjął inną książeczkę, w czerwonej, płóciennej okładce.
- Co ty za bibliotekę wozisz ze sobą? - zażartował Paweł.
- A to, dla pewnych celów... misyjnych - odpowiedział Tadeusz tym samym tonem. - Ty może myślisz, że oni tak piszą tylko na najniższym szczeblu propagandy? - Ciągnął dalej. - Więc posłuchaj wielkiego pisarza Maksyma Gorkiego, jak on pisze o świecie niesowieckim: "...I cóżbyście robili, gdybyście nie umieli łgać?!... Ogromną zasługą władzy sowieckiej jest stworzenie takiej prasy, która szeroko zaznajamia ludność z życiem całego świata i demaskuje kłamstwa tego życia... Fakt znamienny tego świata, to wrogi stosunek do myśli..."
- Oj, dosyć - Paweł zrobił ruch ręką.
- Ty możesz sobie na to pozwolić, żeby przerwać, ale miliony i miliony muszą słuchać podobnych rzeczy, muszą. W głowie zaczyna się kręcić. Jakaż może być dyskusja, gdy wszystko postawione jest właśnie do góry nogami. Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami. To jest w swej prostocie tak genialne, jak to zrobił Pan Bóg, gdy chciał sparaliżować akcję zbuntowanych ludzi, budujących wieżę Babel: pomieszał im języki.
- Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
- W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
- Więc jaki? Powiedz.
- Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać!
Paweł usiadł i oderwał rękę od kota:
- Jak to, strzelać? Do kogo?
- Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.
Nastało milczenie. Tadeusz wciąż chodził tam i z powrotem po pokoju. Kot, który mruczał dotychczas, urwał i obejrzał się na Pawła.
- Wybacz mi - odezwał się Paweł - ale czy to rozwiązanie nie jest już trochę za proste? Powiedziałbym: za naiwne?
- Czy ty znasz - odparł Tadeusz, zatrzymując się po środku pokoju - bajkę Andersena o szacie królewskiej? Wiesz, tę, że była taka szata, którą tylko ludzie sprawiedliwi mogli widzieć, i gdy król szedł, rzekomo w nią przybrany, a w istocie goły, wszyscy krzyczeli: "Cóż za przepiękna sza ta", bo nikt nie ośmielił się przyznać, że jej nie widzi. I dopiero naiwne dziecko zawołało pierwsze: "Ależ on jest goły!" Ten okrzyk naiwny przywrócił wreszcie poczucie rzeczywistości wszystkim. Tak samo pierwszy naiwny jak go nazywasz, strzał...
- Nie wszystko da się uprościć za pomocą przenośni i cytaty. Gdyby życie wypełnione było tylko gotowymi wzorami do naśladowania... Ale przede wszystkim strzały po ciągną za sobą ofiary wśród strzelających. Więcej nawet, mogą być właśnie na rękę bolszewikom, demaskując ich wrogów, służyć za prowokację...
- Jakby oni i bez tego nie wiedzieli, kto jest ich wrogiem!
- ...Po zabójstwie Kirowa - ciągnął nie przerywając sobie Paweł - nie tylko opozycja partyjna, ale setki tysięcy ludzi, zwłaszcza resztki rosyjskich sfer antysowieckich, przy płaciło głową.
- Teraz ja ci zarzucę naiwność rozumowania. Rozumujesz ciągle jeszcze kategoriami "mieszczańskimi". Takie rzeczy, jak preteksty czy prowokacje, w ich starym, materialnym znaczeniu, również uległy przeobrażeniu. Za czasów gdy strzelano do Kirowa, bolszewicy nie doszli jeszcze do tej perfekcji w ich wynalazku, co dziś. Kirow - to był właśnie ostatni objaw przeżytego okresu. To, co osiągnęli dziś za pomocą swego koła, podstawionego pod strumień skondensowanego kłamstwa, przekonało ich, że stare metody policyjnych prowokacji są zbyteczne. Hitler, gdy napadał na Polskę, przebierał ponoć jakichś tam zbirów w polskie mundury na granicy, którym kazał następnie atakować niemieckie posterunki. Stare, mieszczańskie kawały! Bolszewicy wiedzą, że nie trzeba nic: robić. Wystarczy tylko: powiedzieć... Czy ty myślisz, że jak napadali na Finlandię potrzebowali podstawiać jakiegoś przebranego faceta, który by strzelił do nich pierwszy z linii Mannerheima? Po co! Oni po prostu: po wiedzieli. Tylko powiedzieli, że Finowie pierwsi zaczęli strzelać. To wystarczy. Gdyby im dziś potrzebne było wywarcie represji podobnej, jak to było po zabójstwie Kirowa, to sądzisz, że będą czekać na pretekst strzałów albo sami oddadzą strzał prowokacyjny? Nic podobnego! Oni tylko: oświadczą, że taki strzał padł. A jeżeli im to nie będzie w tej chwili potrzebne, to żebyś strzelił sto razy, schowają to w kieszeń. Nie wszyscy jeszcze mogą to pojąć, że oni mogą powiedzieć cokolwiek bądź, co tylko chcą. - Tadeusz podjął swój spacer po pokoju, milcząc przez czas dłuższy. Kot zeskoczył z kanapy i skierował się do drzwi.
- Bolszewicy - zaczął znowu Tadeusz, otwierając drzwi i wypuszczając kota - bolszewicy niczego tak bardzo nie boją się na świecie, jak strzałów, strzałów wśród... ciszy. Oni doskonale rozumieją, jakiego rodzaju moralnym echem od bić się może podobny strzał. Po co utrzymują ten przeogromny aparat policyjny? Największy na świecie. Myślisz, że dla zabawy? Tak sobie przez wrodzony sadyzm, jak to przedstawia naiwna propaganda antysowiecka? Śmieszne? Przez miłość do setek tysięcy enkawudzistów, żeby im dać nieprodukcyjne posady i pensje. Tyle pieniędzy, tyle energii ludzkiej wyrzucić na marne? Nieee, mój drogi, oni się w takie rzeczy nie bawią! Konkretny strach przed strzałami zmusza ich do tego; zapobieżenie strzałom, niedopuszczenie do nich za cenę tego zawrotnego budżetu policji politycznej!
- Przypuśćmy, że masz rację. Ale strzały są objawem materialnej przemocy. Wynika więc, że ich logicznym prze znaczeniem jest kierowanie i trafianie również w jakąś moc materialną. Innymi słowy, propagując strzały, wysuwasz potęgę materialną sowiecką ponad jej psychiczne oddziaływa nie czyli przeczysz sam sobie.
- Nie, nie przeczę. Po pierwsze: psychiczne działanie bolszewizmu, jak każde tego rodzaju, wymaga ciszy i skupienia. Nie da się chloroformować pacjenta, gdy ten się rzuca; nie da się hipnotyzować w atmosferze krzyku, hałasu, a tym bardziej huku strzałów. Jeżeli to, co przeżywamy w tej chwili, podobne jest do złego snu, to czyż ze snu nie najłatwiej jest wyrwać kogoś hukiem? Materialne znaczenie strzału sprowadza się jedynie do kawałka ołowiu, który trafia w ciało. Ale huk wystrzału, to jego moralne znaczenie o wiele większe od poprzedniego i niezależne, czyś trafił, czy chybił. Ba, a przecież tu chodzi o masy. Ty się możesz zbudzić ostatecznie od trzasku wywróconego krzesła, a masy czym zbudzisz? Tylko strzałem. - Zapalił papierosa i niewidzącym ruchem podał ognia Pawłowi. - Ach, przepraszam. Nie palisz?
- Nie tak dużo.
- Mój ojciec był sztabs-kapitanem w rosyjskiej armii carskiej w tamtej wojnie. Zima roku 1915 pułk jego rzucony został do Suwałk, pod sam front. Wyładowali się z pociągu i zajęli przygotowane koszary w oczekiwaniu dalszych dyspozycji. Tymczasem Niemcy, którzy są mistrzami wojny, za skoczyli raptownie. Rano, gdy pułk ustawiał się najspokojniej na dziedzińcu koszar, do Suwałk wpadł pluton kirasjerów niemieckich. Dowódca tego plutonu w asyście tylko dwóch konnych wjechał przez bramę na podwórzec i mając przed sobą tysiąc uzbrojonych ludzi, kazał im po prostu składać broń. I wiesz, co nastąpiło? Wszyscy zaczęli karabiny rzucać na kupę, a podoficerowie przynaglali ludzi. Oficerowie w tym czasie jeszcze się golili. Kilku z nich wyskoczyło w szelkach i też potraciło głowę. Mój ojciec mydlił sobie twarz przed oknem. Gdy zobaczył, co się dzieje, odłożył spokojnie pędzel, wziął karabin, pchnął okno, zmierzył i wy strzelił. Nie trafił, ale to nie było konieczne. Niemcy rzucili się do ucieczki, tak jak przedtem wpadli, a wszyscy żołnierze z powrotem do karabinów. Tak oto jednym strzałem ratuje się tysiące przed psychiczną przewagą jednostek. To prze życie ojca, który je często opowiadał, zapadło mi głęboko w pamięci. Nie będę ci prawił truizmów. Podobne rzeczy są znane i powtarzają je wszystkie kroniki wojenne setkami. Niemcy dlatego, moim zdaniem, są mistrzami wojny, bo rozumieją lepiej od innych właśnie jej psychiczną grę. Czytałeś zapewne w gazetach o wyczynach niejakiego generała Rommla na francuskim froncie sprzed kilku miesięcy. To są jeszcze dziecinne igraszki w zestawieniu z tym, co wyczyniał w tamtej wojnie z Włochami, na froncie pod Isonzą. Brał w niewolę siły stokroć silniejsze, działając metodą psychicznego sparaliżowania tłumu. Stare rzeczy, jeżeli chodzi o wojnę. Natomiast w polityce dopiero bolszewicy doprowadzili je do perfekcji, jaką widzimy.
- Dlaczego w takim razie postępują tak ostrożnie, do każdej rzeczy podchodzą etapami?
- Właśnie dla uniknięcia ryzyka takiego strzału z okna. Na wojnie ryzyko jest niezbędne. Ale oni nie chcą wojować, oni wolą brać gołymi rękami i mają rację. Oni nie znoszą ryzyka i, w ich sytuacji, mają rację.
- Widzę - powiedział Paweł wstając - że uważasz Sowiety za tzw. kolosa na glinianych nogach, którego można jednym strzałem...
- Tak. Na glinianych. Niestety, nie wszyscy tylko sobie zdają sprawę z rodzaju gliny. Sowiety są najmniej materialistycznym państwem na świecie. Cała ich siła oparta jest wyłącznie na operowaniu psychiką ludzką.

Było bardzo późno w noc, gdy poszli spać. Tadeusz do stał posłanie na tej samej kanapie, na której ongiś sypiał Karol.
Paweł wszedł na palcach do sypialni, żeby nie budzić Marty, ale ona leżała na wznak z otwartymi oczami.
- O czym tak długo gadaliście? - spytała.
- O polityce.
- Boże, czy nie szkoda czasu? - I po chwili dodała:
Sama ciebie namawiałam, ale teraz... Doprawdy nie jestem zupełnie pewna... Po co właściwie masz jechać do Ejszyszek, ty?
- No, zobaczymy - odparł Paweł ściągając buty.

niedziela, 22 stycznia 2012



Izraelska gazeta donosi, jak Żydzi mordowali Polaków.


Dziennik Izraela „Maariv” ogłosił światu imiona sowieckich oficerów NKWD uczestniczących w mordzie katyńskim. Polski Żyd Abraham Vidro (Wydra), który mieszka teraz w Tel Awiwie, 21 lipca 1971 r. poprosił pismo o wywiad, bo chciałby, zanim umrze, wyjawić sekret o Katyniu. On opisał spotkanie z trzema Żydami, oficerami NKWD, w wojskowym obozie wypoczynkowym Rosji. Oni powiedzieli mu, jak uczestniczyli w mordzie Polaków w Katyniu.
Byli to: sowiecki mjr Joshua Sorokin, por. Aleksander Susłow, por. Samyun Tichonow. Susłow zażądał od Vidro zapewnienia, że nie wyjawi tego sekretu do 30 lat po jego śmierci, ale Vidro obawiając się, że tak długo nie pożyje, zdecydował się wyjawić go wcześniej. Mjr Sorokin, ufając Vidro, powiedział: „świat nie uwierzy czego ja byłem świadkiem”. Vidro mówił dziennikowi „Maariv”:
Żydowski mjr w sowieckiej tajnej służbie (NKWD) i dwóch innych oficerów bezpieczeństwa przyznali mi się, jak okrutnie mordowali tysiące polskich oficerów w lesie katyńskim. Susłow mówi do Vidro: „Chcę ci opowiedzieć o moim życiu. Tylko tobie, ponieważ jesteś Żydem, czy możemy mówić o wszystkim? To nie robi żadnej różnicy dla nas… Mordowałem polaczków własnymi rękami! I do nich sam strzelałem.”
Bardzo ważną informację podał pan Aleksander Barkaszow w roku 1994, lider partii o nazwie Rosyjska Jedność Narodowa. W wypowiedzi dla „Życia Warszawy” z 4 października 1994 r. stwierdził: „Wiem jaką tragedią jest dla was sprawa katyńska, ale oświadczam: polskich oficerów nie rozstrzelali Rosjanie. Sprawdzaliśmy przynależność przynależność etniczną enkawudzistów – wykonawców wyroku. Wszyscy byli Żydami i wypełniali rozkazy sobie podobnych, stojących wyżej w ówczesnej hierarchii. Rosjanie są z natury przyjaźnie nastawieni do Polski”. Rzeź 15.000 niewinnych ludzi jest makabrycznym zadaniem nawet dla najbardziej zatwardziałego oprawcy. Stalin (prawdziwe nazwisko w jęz. pol.: Józef Dawid Dżugaszwili) zwrócił się do głowy tajnej policji sowieckiej, Żyda Ławrentija Berii. Obaj przedyskutowali masowe morderstwo i zdecydowali, że powinno to być wyłącznie zadaniem Żydów, którzy zajmowali czołowe stanowiska w tajnym aparacie. Ich odwieczna nienawiść do katolickich Polaków była powszechnie znana. ....

piątek, 20 stycznia 2012

Artykuł



x. prof. Waldemar Chrostowski: Obecni Żydzi nie są naszymi starszymi braćmi w wierze

Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, konsultorem Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego, rozmawia Irena Świerdzewska
Jak przyjął Ksiądz Profesor słowa redaktora naczelnego „L’Osservatore Romano” Giovanniego Marii Viana, że nazywanie Żydów naszymi „starszymi braćmi” jest już nieaktualne?
Z satysfakcją i wielką ulgą, bo to ważny element samoświadomości chrześcijańskiej. Wyrażenie Jana Pawła II „starsi bracia” wypowiedziane w 1986 r. w synagodze rzymskiej, doprecyzowane potem jako „starsi bracia w wierze”, wymagało od początku bardzo ostrożnego stosowania. Problem w tym, że wypaczono przekład tych słów z włoskiego na inne języki, w tym również na polski i wielokrotnie zafałszowywano ich rozumienie. Chociaż wiele razy w ciągu kilkunastu ostatnich lat postulowałem i prosiłem, także w rozmowie z ks. Adamem Bonieckim, ówczesnym redaktorem naczelnym polskiego wydania „L’Osserwatore Romano”, żeby te słowa papieża podawać we właściwym brzmieniu, te nawoływania pozostawały bez odzewu. Dobrze się więc stało, zwłaszcza w kontekście zapowiadanej wizyty Benedykta XVI w tej samej synagodze rzymskiej, w której przemawiał Jan Paweł II, że pojawiło się oficjalne i tak potrzebne doprecyzowanie.
Skąd wzięło się to wypaczenie?
W przemówieniu w synagodze rzymskiej Jan Paweł II powiedział: „Religia żydowska nie jest dla naszej religii «zewnętrzna», lecz w pewien sposób «wewnętrzna». Mamy zatem z nią relacje, jakich nie mamy z żadną inną religią. Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i w pewien sposób, można by powiedzieć, naszymi starszymi braćmi”. W przekładach tego przemówienia wyrzucono słowa „w pewien sposób”, na skutek czego formuła stała się bezwarunkowa. I to jest właśnie ów wielki teologiczny błąd, który oznacza poważne zafałszowanie wypowiedzi papieskiej i wypaczenie samych podstaw teologicznych relacji chrześcijańsko-żydowskich.
Jakie skutki niosło bezwarunkowe określanie Żydów jako naszych „starszych braci”?
Współczesny judaizm, czyli judaizm rabiniczny bądź talmudyczny, jest traktowany przez większość chrześcijan, co gorsza przez wielu teologów chrześcijańskich, jako religia Starego Testamentu. Sądzą oni, że współczesna religia żydowska jest kontynuacją religii biblijnego Izraela. W związku z tym twierdzą, że stanowi proste przedłużenie wiary i pobożności Starego Testamentu, co sprzyja traktowaniu chrześcijaństwa jako swoistej na nim narośli. Tymczasem, o czym doskonale wiedzą Żydzi, a często nie chcą wiedzieć teologowie chrześcijańscy, współczesny judaizm nie jest zwyczajną kontynuacją religii biblijnego Izraela! Na jej glebie wyrosły dwie religie: ta, która uznała Jezusa za Mesjasza, czyli chrześcijaństwo, oraz ta, która tego nie uczyniła i w dużej mierze ukształtowała się w konfrontacji z chrześcijaństwem, czyli judaizm rabiniczny. Dość paradoksalnie judaizm rabiniczny okrzepł i rozwinął się już po zaistnieniu chrześcijaństwa, a także w opozycji do niego. Ten paradoks historyczny ma ogromne konsekwencje teologiczne. Obie religie polegają na Starym Testamencie i w równym stopniu nie mogą się bez niego obyć! Dziedzictwo biblijnego Izraela to nie tylko dziedzictwo żydowskie, lecz w najpełniejszym tego słowa znaczeniu także dziedzictwo chrześcijańskie. Bezwarunkowe uwypuklanie „starszeństwa” wyznawców judaizmu prowadzi do zupełnego wydziedziczenia wyznawców Chrystusa z tej życiodajnej gleby, jaką również dla nas stanowi Stary Testament.
W grę wchodzą też inne przesłanki. „Starsi bracia” oraz „starsi bracia w wierze” to dwa wyrażenia, które weszły do obiegu podczas pontyfikatu Jana Pawła II, lecz nie miały precedensu w wielowiekowym nauczaniu Kościoła. Powstaje pytanie: jakie są ich źródła oraz jak należy je poprawnie rozumieć? Znamienne, że im mocniej katolicy wskazywali, że wyznawcy judaizmu są naszymi „starszymi braćmi”, tym mocniej oni odżegnywali się od tej formuły. Nie znam nikogo reprezentatywnego po stronie żydowskiej, kto by głośno i z równą siłą przyznawał, że chrześcijanie są „młodszymi braćmi” żydów. Ta powściągliwość wynika przede wszystkim z utrwalonego żydowskiego spojrzenia na chrześcijaństwo, które nadal pozostaje bardzo nieprzychylne. Jednym ze skutków tego stanu rzeczy jest fakt, że w ujęciu żydowskim nie traktuje się chrześcijan jako bratnich wyznawców wiary w jedynego Boga. Tego spojrzenia nie wolno lekceważyć, bo jeżeli formuła tak chętnie powtarzana przez część chrześcijan ma istotne znaczenie teologiczne i ma służyć zbliżeniu wyznawców obu religii, to powinna być dobrze zrozumiana, zaakceptowana i upowszechniana przez obie strony.
Czy ostatnie stwierdzenia mogą osłabić dialog z judaizmem?
Zbliżenie z Żydami i ich religią nie może polegać na prawieniu tanich komplementów, ani tym bardziej na ignorancji czy wypaczaniu nauczania chrześcijańskiego. Musi polegać na prawdzie! W przeciwnym wypadku nie przynosi pożytecznych rezultatów, a tylko deformację, która w naszych czasach stanowi przejaw judaizacji chrześcijaństwa, równie niebezpiecznej jak tendencje judaizujące, które miały miejsce w pierwszych wiekach, zwalczane przez Ojców Kościoła oraz apologetów i pisarzy wczesnochrześcijańskich. W tym miejscu warto przytoczyć słowa św. Ignacego z Antiochii: Jest rzeczą bezsensowną mówić o Jezusie Chrystusie i zarazem żyć po żydowsku, ponieważ to nie chrześcijaństwo przyjęło judaizm, lecz judaizm chrześcijaństwo, w którym zgromadzili się wszyscy ludzie wierzący w Boga” („List do Magnezjan”, VIII, 3).
Myślę, że wyznawcy judaizmu usłyszeli w podanym doprecyzowaniu coś bardzo ważnego: są naszymi braćmi, podobnie jak wszyscy inni ludzie, aczkolwiek braterstwo z wyznawcami judaizmu ma dla nas aspekty szczególne i wyjątkowe. Właśnie dlatego trzeba prawidłowo ustalić, na czym dokładnie ono polega, co oznacza, a także co z niego wynika. Należy też podkreślić, że „stwierdzenie braterstwa” nie może być deklaracją jednostronną. Wtedy jesteśmy naprawdę braćmi, kiedy obie strony mówią o braterstwie, uznają je oraz wspólnie umacniają i budują.
“Idziemy” nr 43/2009
Źródło informacji: SANCTUS.pl