piątek, 3 lipca 2015

Art-B - mechanizm oscylatora podpowiedział Gąsiorowskiemu i Bagsikowi „ktoś w Izraelu”

Roman Motoła

„Artyści biznesu” i wielki exodus, czyli jak zapłaciliśmy za żydowską repatriację

Data publikacji: 2015-07-01 14:00
Data aktualizacji: 2015-07-02 08:22:00
„Artyści biznesu” i wielki exodus, czyli jak zapłaciliśmy za żydowską repatriację
Miedzynarodowa konferencja Naukowa Operacja Most; n/z Andrzej Gasiorowski, zona Bozena Lagoda Gasiorowska, Jerzy Dziewulski, Boguslaw Bagsik. Fot. Adam Chelstowski / FORUM

Czternastego czerwca 1990 roku w rejs z Okęcia do Tel Awiwu wystartował boeing 747, zabierając około 350 Żydów. Był to początek trwającej do 1992 roku supertajnej Operacji „Most”, w wyniku której do Izraela przeniosło się 100 tysięcy emigrantów ze Związku Sowieckiego. Polska nie tylko stała się punktem tranzytowym, ale i – jak wszystko na to wskazuje – w znacznej mierze sfinansowała akcję. W osobliwych okolicznościach.

Frapujące kulisy przedsięwzięcia, którego szczegóły miały być podobno tajemnicą przez co najmniej pół wieku, odsłania w opublikowanej ostatnio przez wydawnictwo „Fronda” reporterskiej książce Dariusz Wilczak.

Scenariusz exodusu sowieckich Żydów kreślił już w połowie lat 80. tygodnik „Time”. Gazeta pisała o moskiewskich wizytach Edgara Bronfmana, prezesa Światowego Kongresu Żydów, który we wrześniu 1985 r. najpierw sondował możliwość otwarcia granic ZSRS dla jego rodaków, a później podjął konkretne kroki na rzecz realizacji planu zakładającego organizację przerzucenia wielu dziesiątek tysięcy osób.

Krótko potem w rozmowie z prezydentem Mitterandem chęć udziału Polski w ogromnym przedsięwzięciu zadeklarował generał Wojciech Jaruzelski. Operacja miała przynieść polityczne oraz wizerunkowe zyski Moskwy i Warszawy w tak zwanym wolnym świecie. Widząc na horyzoncie zbliżającą się gospodarczą katastrofę obóz sowiecki szykował się już przecież do kolejnej transformacji, a do tego przychylność, czy wręcz wsparcie Zachodu były niezbędne. Przy tym Kreml nie chciał psuć swoich relacji z państwami arabskimi, zaś tak duża operacja wiązała się z ryzykiem zdemaskowania i zamachów terrorystycznych.

Do konkretów doszło kilka lat później, w okresie premierostwa Tadeusza Mazowieckiego. Otwarcie wzajemnych przedstawicielstw dyplomatycznych Polski i Izraela, wizyta szefa tutejszego rządu w Stanach Zjednoczonych w marcu 1990 r. Podczas spotkania z Amerykańskim Kongresem Żydów Mazowiecki, oprócz złożenia deklaracji przywrócenia polskiego obywatelstwa emigrantom z 1968 r. powiedział: Polska nie uchyli się też przed pomocą osobom narodowości żydowskiej chcącym emigrować do Izraela z terytorium Związku Radzieckiego.

W tym czasie trwały już przygotowania do przedsięwzięcia, któremu miesiąc wcześniej nadano kryptonim Operacja „Most”. Za jej zabezpieczenie ze strony polskiej odpowiadał wówczas major Jerzy Dziewulski i stu ludzi, których miał do dyspozycji. Według ustaleń Wilczaka, logistyką oraz finansowaniem operacji zajmowała się m.in. znana głównie z wydrenowania polskiego systemu bankowego na grube kwoty firma Art-B [„Artyści Biznesu”].– Z punktu widzenia Izraela, ale i państwa polskiego, nie ma powodu, żeby po tylu latach cokolwiek ukrywać. Minęło sporo czasu, nikomu nic już nie grozi. Przynajmniej tak mi się wydaje – powiedział autorowi współwłaściciel przedsiębiorstwa Andrzej Gąsiorowski. Jeszcze niedawno polskie państwo poszukiwało go międzynarodowym listem gończym, obecnie bez przeszkód porusza się on po Warszawie, udziela wywiadów, uczestniczy w rocznicowej półtajnej a półjawnej konferencji poświęconej Operacji „Most”.

- Art-B powstała po to, żeby w niedalekiej przyszłości mogła dojść do skutku alija? Ten powrót Żydów ze Związku Radzieckiego i twój osobisty powrót? – dopytuje w książce Wilczak.

To dobra teza. Związana według mnie z przeznaczeniem – pada odpowiedź, po czym Gąsiorowski snuje ni to poważną, ni kpiącą opowieść o spotkaniu z rabinem i podjętej misji udziału w dziejowym wydarzeniu.

Dowiadujemy się też, że słynny mechanizm oscylatora, dzięki któremu Art-B zgarniała po wielokroć w różnych bankach oprocentowanie na te same czeki, podpowiedział Gąsiorowskiemu i Bagsikowi „ktoś w Izraelu” (rozmówca nie pamięta kto). W okresie „reformy Balcerowicza” Polska znalazła się bowiem w podobnej sytuacji jak ów kraj po oddaniu Egiptowi półwyspu Synaj - ogromna inflacja, wysokie oprocentowanie waluty krajowej, LIBOR w stosunku do dolara, zamrożone płace. Prokuratura zarzucała szefom Art-B wyłudzenie 400 mln złotych. Holding, w zarządzie którego zasiadał m.in. doradca Banku Światowego Walery Amiel, jak przyznaje Gąsiorowski, wydał na operację "Most" kilka milionów dolarów. Zamawiał m.in. broń i sprzęt wojskowy potrzebny w operacji, zaś właściciele obracali się w sferach izraelskich służb specjalnych oraz wysoko postawionych polityków.

Przy okazji wyszedł na jaw szerzej nieznany dotąd fakt, że Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski, uznawani w Polsce za aferzystów (ech, ten polski antysemityzm! Obaj posiadają obywatelstwo Izraela) to w istocie zacni ludzie. Dla swych zasług, które mamy okazję właśnie w tych dniach po części poznawać, obaj cieszą się szczególną opieką „państwa położonego w Palestynie”. Wprawdzie w swoim czasie pierwszy z wymienionych nieopatrznie z protekcji tej zrezygnował, wskutek czego trafił na krótko w Polsce za kratki, ale już drugi uczestnik pamiętnego duetu „artystów biznesu” to niekarany, szanowany, zbierający odznaczenia (także od Rosji), obywatel, niemalże celebryta.

Nie obyło się bowiem bez profitów za zaangażowanie obrotnych „biznesmenów”. – Zostało nam to wynagrodzone miękkim lądowaniem w Izraelu i nietykalnością. Bo potem – opowiadano mi po latach dopiero – polskie służby próbowały wymóc na izraelskich, żeby nas sprowadzić. Zawsze z tamtej strony padała odpowiedź: nie – mówi dziś bez skrępowania Gąsiorowski.

Poza wątkiem sensacyjnym, w oparciu o reporterską podróż, liczne rozmowy, dokumenty i cytowane gęsto rezultaty rozmaitych badań Wilczak rysuje też społeczny pejzaż kraju po kolejnej fali aliji, czyli „wstąpienia”, „powrotu” do Izraela Żydów, którzy żyli dotąd daleko – głównie w ZSRS. Od proklamowania niezależnego państwa w 1948 roku kolejnymi falami przyjeżdżają do Izraela nie tylko z powodu etnicznego, czy też sentymentalnego przywiązania do kraju przodków, ale i w nadziei na poprawę losu. Imigranci z dawnego ZSRS, przybyli w latach 90. w liczbie około miliona osób, mocno zaznaczyli swój wpływ na rozwój starej-nowej ojczyzny, co uwidoczniło się choćby w korzystnych trendach gospodarczych. Nie wszyscy skłonni są przy tym do asymilacji, nauki hebrajskiego. Rosyjski napotkać można na ulicach żydowskich miast na każdym kroku, nie tylko w wersji mówionej, ale i pisanej, w postaci powszechnych tam gazet i książek.


Roman Motoła


Read more: http://www.pch24.pl/artysci-biznesu-i-wielki-exodus--czyli-jak-zaplacilismy-za-zydowska-repatriacje,36692,i.html#ixzz3ena5nPvv

czwartek, 2 lipca 2015

http://www.bibula.com - Ameryka na równi pochyłej – Grzegorz Kucharczyk

Aktualizacja: 2015-07-1 10:50 am 
Laicyzacja nie musiała się dokonać w nieubłagany sposób. Nie jest to anonimowy proces, tylko dzieło konkretnych rządów i konkretnych większości parlamentarnych, konkretnych ludzi dokonujących zasadniczych wyborów. Podobnie rzecz wygląda w przypadku obecnej, krytycznej chyba, fazy rewolucjonizowania Ameryki.
Błyskawica, która uderzyła w kopułę bazyliki świętego Piotra tuż po obwieszczeniu przez Benedykta XVI woli opuszczenia Tronu Piotrowego, okazała się potężnym znakiem. Bo też symbolem naszej, chrześcijańskiej cywilizacji jest właśnie ta Bazylika, a nie na przykład budynki WTC w Nowym Jorku. Jak wieść o abdykacji Ojca Świętego spadła niczym grom z jasnego nieba, tak i ten piorun uderzający w kopułę nad Konfesją świętego Piotra podkreślał wagę (moim zdaniem rewolucyjną) papieskiej decyzji. Dzisiaj, po dwóch latach od tego wydarzenia możemy powiedzieć, że była to również zapowiedź kolejnych uderzeń w podstawy chrześcijańskiej cywilizacji.

Sąd Najwyższy – wehikuł rewolucji

Historia ostatnich miesięcy, a nawet tygodni, to zapis tych klęsk: wynik referendum w Irlandii na temat homoseksualnych pseudomałżeństw, ustawa o in vitro w Polsce, wreszcie ogłoszona 26 czerwca, podjęta większością jednego głosu decyzja Sądu Najwyższego USA zrównującego w sensie świeckiego prawa związki jednopłciowe z małżeństwami. Trudno nie zgodzić się z komentatorami, którzy przypisują temu ostatniemu wydarzeniu „kosmiczne znaczenie”.
Bo tak w istocie jest. Po 26 czerwca nic już nie będzie takie samo. Werdykt wydany przez amerykański Sąd Najwyższy wyznacza kolejny etap w rewolucyjnej działalności tego gremium. W „największej demokracji świata” to nie rzesze wyborców ostatecznie decydują o obliczu kulturowym – czyli najważniejszym – swojego kraju, ale pięć osób. Bo taką zwykłą większością (5:4) w minionych dziesięcioleciach ten sam sąd rewolucjonizował Amerykę – czy to w przypadku zgody na legalizację zabijania nienarodzonych czy odmawiając prawa do modlitwy (nawet w ciszy) na terenie szkół.
Patrick Buchanan, komentując na swoim blogu decyzję pięciu amerykańskich sędziów ws. legalizacji homoseksualnych nibymałżeństw, napisał: Mówi się nam, że Ameryka zmieniła się w takich sprawach jak aborcja i homoseksualizm. Ale chociaż myślenie może podlegać zmianie, prawa mogą się zmieniać i wyniki wyborów z pewnością zmieniły się, czy jednak prawda moralna zmienia się? Czyż Dziesięć Przykazań, chrześcijańska tradycja i Prawo Naturalne zdefiniowane przez Akwinatę były tylko dobre dla swoich czasów, ale nie dla naszych?

Nadchodzi ucisk

Dla nas – czytelników i autorów piszących na tym portalu – są to pytania retoryczne. Choć nie miejmy złudzeń, decyzja z 26 czerwca przyspieszy proces, który już trwa – dopisywanie do podstaw naszej upadającej chrześcijańskiej cywilizacji jeszcze jednego dogmatu, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety. W tych dniach bowiem widzimy, jak trafnie Gilbert K. Chesterton zdefiniował dogmat jako „prawdę oczywistą, która została zakwestionowana”.
Za głoszenie tego dogmatu wierzący chrześcijanie (katolicy, protestanci) już płacą. Przypominanie bowiem tej, zakwestionowanej teraz przez pięciu amerykańskich sędziów oczywistości już dzisiaj jest w wielu europejskich krajach określane jako „mowa nienawiści” i w związku z tym penalizowane. Podobnie jak na przykład sprzeciw katolickich agencji adopcyjnych wobec oddawania dzieci do adopcji parom homoseksualnym. Ogłoszona w imię „wolności i godności” decyzja większości sędziów Sądu Najwyższego USA zwiastuje nadejście kolejnej fali despotyzmu i pogardy.
Sędzia Samuel Alito, autor jednego z czterech głosów mniejszości do fatalnego orzeczenia, przewiduje taki właśnie przebieg wydarzeń, pisząc w swoim votum separatumDzisiejsza decyzja jest uzurpowaniem sobie konstytucyjnego prawa należnego obywatelom – czy utrzymać, czy zmienić tradycyjne pojmowanie małżeństwa. […] Będzie ona służyć do oczerniania Amerykanów, którzy nie chcą przystać do nowej ortodoksji.[…] Jeśli zwykła większość sędziów może wymyślić nowe prawo, a następnie narzucić je reszcie kraju, jedynym realnym ograniczeniem stojącym na drodze przyszłym większościom [sędziowskim] w robieniu tego, co im się podoba, będzie ich własne poczucie tego, co ci, którzy mają polityczną władzę i wywierają kulturowy wpływ, zechcą tolerować.
Jeszcze lapidarniej określił to kolejny autor głosu mniejszości w składzie Sądu Najwyższego, Chief Justice (odpowiednik naszego Prezesa Sądu Najwyższego) John Roberts, który w swoim votum separatum podkreślił, że „zamknięcie debaty zmierza do zamknięcia umysłów”. Ten sam sędzia słusznie zauważył, że uderzającą rzeczą jest to, jak dużo w sposobie rozumowania większości orzekającej w równym stopniu można zastosować do podstawowego prawa do zawierania małżeństwa przez więcej niż dwie osobyJeśli ‘bowiem istnieje godność w związku między dwoma mężczyznami lub dwiema kobietami, którzy (które) chcą się pobrać i należy to do ich autonomii, by dokonać takiego wyboru’, dlaczegóż miałoby być mniej godności w związku trzech ludzi, którzy wykonując swoją autonomię, dokonują zasadniczego wyboru zawarcia związku małżeńskiego?.

Na co stać „pragmatyczną” prawicę?

Od lat zajmując się problemami laicyzacji w Europie (dziewiętnastowieczne Kulturkampfy), podkreślam, że laicyzacja nie musiała się dokonać w nieubłagany sposób, nie jest to anonimowy proces, tylko dzieło konkretnych rządów i konkretnych większości parlamentarnych, konkretnych ludzi dokonujących zasadniczych wyborów. Podobnie rzecz wygląda w przypadku obecnej, krytycznej chyba, fazy rewolucjonizowania Ameryki.
Pięciu sędziów – rewolucjonistów znamy z nazwiska: Ruth Bader Ginsburg, Stephen Breyer, Sonia Sotomayor, Elena Kagan oraz Anthony Kennedy. Czterech pierwszych mianowali lewicowi prezydenci, Bill Clinton i Barack Obama. Jednak głos decydujący oddał mianowany przez Ronalda Reagana ostatni z wymienionych sędziów.
Od czasu obalenia w 2013 roku przez Sąd Najwyższy tzw. Prawa o Obronie Małżeństwa (Demence of Marriage Act), Anthony Kennedy był wskazywany jako tzw. głos wahający się (swaying vote), który może przeważyć szalę w amerykańskim Sądzie Najwyższym nominalnie zdominowanym przez sędziów pochodzących z nominacji republikańskich prezydentów (takich jest w obecnym składzie Supreme Court pięciu) na korzyść radykalnej, rewolucyjnej w istocie rzeczy lewicy.
Cytowany wcześniej Patrick Buchanan czterdzieści lat temu opublikował książkę pod znamiennym tytułemKonserwatywne głosy, liberalne zwycięstwa, opisującą mechanizm rozchodzenia się w USA dwóch rzeczywistości: tradycyjnych (czyli normalnych) przekonań większości obywateli oraz ciągłego, udanego forsowania liberalnej agendy kulturowej czyli agendy najważniejszej. Wskazywał przy tym na fenomen kolejnych większości w składzie Sądu Najwyższego, odpowiedzialnych za rewolucjonizowanie Ameryki; większości tworzonych przez nominatów demokratycznych prezydentów, do których zazwyczaj dochodził przedstawiciel prawicy „umiarkowanej”, „pragmatycznej”, w Polsce powiedzieć by można „wzorowanej na najlepszych standardach zachodnioeuropejskiej chadecji”.
Kimś takim jest właśnie sędzia Anthony Kennedy, nominowany przez Reagana w 1987 roku, po tym jak opanowany przez demokratów Senat nie zgodził się na wysuniętego wcześniej przez prezydenta jako kandydat do Sądu Najwyższego Roberta Borka. Dla senackiej większości był on zbyt „konserwatywny”. Kennedy był „konserwatywny w wystarczający sposób”. Teraz wiemy dlaczego.

Katolicyzm bezobjawowy w akcji

Sędzia Anthony Kennedy był również autorem pisemnego uzasadnienia orzeczenia z dnia 26 czerwca. Ten sam sędzia Kennedy jest nominalnym katolikiem, podobnie jak katoliczką jest sędzina Sonia Sotomayor (z nominacji Obamy) również glosująca za legalizacją homoseksualnych pseudomałżeństw. Podobnie jak katolikami są w Polsce odchodzący prezydent, premier i znakomita większość parlamentarzystów głosujących niedawno za ustawą o tzw. leczeniu niepłodności, jak katoliczką jest dawna minister zdrowia (dziś premier), która organizowała zabójstwo dziecka nastoletniej „Agaty”, jak katoliczką jest prezydent Warszawy wyrzucając z pracy lekarza, bo kierując się sumieniem nie chciał zabić nienarodzonego dziecka… To ten sam katolicyzm bezobjawowy, który „nie narzuca nikomu swojego światopoglądu”, „zostawia swoje przekonania w szatni”, czytaj: sól pozbawiona smaku.
Cechą wspólną wszystkich odmian bezobjawowego katolicyzmu jest oderwanie się od filozoficznych podstaw (w znaczeniu filozofii bytu) i bazowanie tylko na emocjach i mglistych odczuciach. A przecież jak uczy św. Jan Paweł II (encyklika „Fides et Ratio”), nie ma nauczania wiary bez zdrowej teologii, a zdrowej teologii nie ma bez fundamentów teologicznych zdrowej filozofii, czyli filozofii bytu, tak jak określił ją św. Tomasz z Akwinu.
W napisanym przez sędziego Kennedy’ego uzasadnieniu do orzeczenia większości w kwestii tzw. małżeństw homoseksualnych czytamy, że „ich [homoseksualnych par] nadzieja nie może być skazana na życie w samotności, nie może być wyłączona z najstarszej instytucji naszej cywilizacji. Proszą oni o równą godność w oczach prawa. Konstytucja przyznaje im to prawo”. Klasyczny przykład takiego właśnie oderwania się od podstaw filozoficznych w znaczeniu braku odniesienia się do definicji bytu, jakim jest małżeństwo, a tylko odnoszenia się do mglistych odczuć („poczucie godności” etc.).

Co powie Papież?

Zmarły parę lat temu amerykański myśliciel konserwatywny Thomas Molnar napisał, że „nasza cywilizacja bez wątpienia zakończy się, gdy Kościół katolicki oraz Stany Zjednoczone przystąpią do rewolucji”. 26 czerwca 2015 roku pięciu amerykańskich obywateli zadecydowało, że w przypadku USA akces ten stał się faktem. Obserwując rok temu obrady rzymskiego synodu biskupów, czytając opublikowany niedawno dokument roboczy („Instrumentum laboris”) mający być podstawą prac II sesji synodu w październiku 2015 roku, patrząc na aktywność niemieckich hierarchów zamierzających „skorygować” szóste przykazanie Dekalogu oraz słysząc znaczące milczenie papieża Franciszka w tej sprawie, powraca myśl o gromie spadającym na Bazylikę.
Ojciec Święty we wrześniu ma przybyć z wizytą do Stanów Zjednoczonych. Do kraju, w którym zaszła rewolucyjna zmiana, a o której – póki co – Rzym milczy, zajmując się pilniejszymi kwestiami w rodzaju zmian klimatycznych. Czy Amerykanie, ale i cały Kościół, usłyszą wtedy słowa umocnienia w wierze?
Grzegorz Kucharczyk

Deblokada Kaliningradu, czyli przyszła wojna

Nowa zimna wojna zapanowała pomiędzy Rosją a Zachodem. Chociaż, porównaniu z pierwszą zimną wojną, stan obecny i tak przypomina raczej, jeśli nie okresy odprężenia, to przynajmniej lekkiej odwilży. Dla Moskwy takie okresy odprężenia były tylko okazją do zebrania sił, zaczerpnięcia oddechu i uśpienia czujności Zachodu przed następnym wybrykiem. Dziś nie ma blokady gospodarczej, ani ograniczeń COCOM które spowalniały modernizację sowieckich sił zbrojnych. Putin sam ogranicza import żywności z Zachodu, jakby chciał przyzwyczaić Rosjan do czegoś jeszcze gorszego, co ma nastąpić. Chociaż sankcje Zachodu są na razie symboliczne, gospodarka Rosji i tak padła, ale to głównie z powodu wycofania się inwestorów, i osłabienia rubla w związku ze spadkiem cen ropy naftowej. Obecnie PKB Rosji spada w szybkim tempie ale szalony pułkownik nie daje za wygraną i forsuje zbrojenia oraz szykuje się do nowych podbojów. Wydaje się że jeśli nie zdecyduje się na mocne uderzenie na Ukrainę, następna taka okazja może mu się szybko nie trafić. A jeśli osiągnie sukces na Ukrainie, co może być jego następnym celem?

Ta mapa zazwyczaj przedstawiana jest, aby pokazać że z perspektywy Rosji, równiny Polski i północnych Niemiec, to najwygodniejszy trakt aby dostać się do Oceanu Atlantyckiego. Tym razem popatrzmy na nią inaczej. Czerwona linia pokazuje najkrótszy front którym Rosja może oddzielić się od NATO na zachodzie.

Nie ulega kwestii że dzisiejsza Rosja jest za słaba żeby stawić czoła NATO w konwencjonalnej wojnie. Dlatego Putin działa etapami, za pomocą małych kroczków. Jednocześnie modernizuje swój arsenał jądrowy i bada możliwości działań niekonwencjonalnych. Celem nieukrywanym od lat, jest przywrócenie imperium, przynajmniej w granicach dawnego ZSRS. Może na innych zasadach, bardziej wolnorynkowych, bez spróchniałej ideologii komunistycznej. Jeśli popatrzymy na mapę, widać, że poszerzenie NATO o kraje bałtyckie skróciło odległość dolotu do Moskwy z ok 744 km do ok. 590 km. Przyjęcie Ukrainy skraca czas dolotu do Moskwy o kolejne 134 km. Jeśli więc Putin zajmie lewobrzeżną Ukrainę, następnym celem stanie się Łotwa, ponieważ to z jej terytorium odległość do Moskwy będzie najkrótsza. W praktyce Łotwę trzeba rozpatrywać w połączeniu z Estonią gdzie znajduje się liczna mniejszość rosyjska. Kolejnym celem może być Litwa. W Rosji na blogach i forach zaczyna się mówić o "deblokadzie Kaliningradzkiego Rejonu Obronnego". Deblokada Kaliningradu może być dla Rosji wygodnym pretekstem aby przejść do inwazji na Litwę. Przy okazji jest chwytliwa w samej Rosji, bo odwołuje się do silnej w umysłach Rosjan kliszy, odnoszącej się do blokady Leningradu podczas II Wojny Światowej. Do wykonania tego zadania może posłużyć nowa 1 Armia Pancerna Gwardii rozwijana od niedawna pod Moskwą. Rosja jest za słaba żeby przeprowadzić uderzenie na kilku frontach jednocześnie bez użycia broni jądrowej. Musi więc albo rozpętać ograniczoną wojnę jądrową, dbając o odpowiednie preteksty żeby dać alibi  liberałom i pacyfistom w USA.  Albo wykorzystywać działania niekonwencjonalne, wojnę hybrydową, próbować dokonać wewnętrznych przewrotów w krajach które chce podbić. Lub przynajmniej udawać że to są wewnętrzne przewroty.

Możliwy jest też wariant kombinowany - najbardziej prawdopodobny. Zacznie się od wojny hybrydowej a skończy na ograniczonej wojnie jądrowej lub tak zwanym "deeskalacyjnym" uderzeniu jądrowym na jakiś drugorzędny cel, na przykład jakieś miasto lub bazę lotniczą w Polsce. Teoria deeskalacyjnych uderzeń jądrowych jest ostatnio mocno rozwijana w Rosji. Rosjanie uważają że jedno, dwa uderzenia jądrowe podczas zajmowania jakiegoś kraju, pozwolą ostudzić zapędy jego sojuszników do udzielania mu pomocy w ramach artykułu 5 NATO. Moskwa może też oczekiwać, że jeśli USA będą zajęte konfliktem z Chinami na Morzu Wschodniochińskim, lub (i) dużą wojną na Bliskim Wschodzie, będą z konieczności musiały odpuścić sobie Europę. Przynajmniej jeśli chodzi o operację zaczepną czyli pomoc w wyzwalaniu zajętego przez Rosję kraju. Zwłaszcza jeśli będą przyciśnięte argumentem w postaci rosyjskich strategicznych pocisków jądrowych. Wykorzystując taktyczną broń jądrową i szantażując kraje NATO pociskami jądrowymi średniego zasięgu, które są zakazane przez układ INF, (Rosja właśnie ten układ złamała budując nowe pociski średniego zasięgu). Wykorzystując tę broń, Rosja może szybko osiągnąć powodzenie nawet na kilku frontach. Dobrze, może tak się stać, ale co potem zapytają niedowiarki? Przecież Rosja jest za słaba na okupację tylu krajów! Poza tym NATO zaraz przejdzie do kontrofensywy i wyzwoli zajęte kraje. Z okupacją nie powinno być problemów jeśli się kontroluje internet (a jest to możliwe, przykładem są Chiny) i wprowadzi karę śmierci za najmniejszy przejaw buntu. Poza tym życie w krajach bałtyckich niewiele się zmieni. Wolny rynek pozostanie. Będą nadal funkcjonować rządy i parlamenty (choć złożone z agentów). Tylko zamiast euro, kraje te powrócą do własnych walut. Nacjonaliści będą nawet zadowoleni. Jeśli mieszkańcy będą chcieli wyjechać, to się im na to pozwoli. Im mniej rybek w akwarium, tym spokojniej. Gorzej z kotrofensywą NATO. Rosja będzie groziła oczywiście rozpętaniem globalnej wojny jądrowej (jakby tej ograniczonej było mało), ale trzeba się też zabezpieczyć w sposób konwencjonalny. Rosja, po wzięciu swojego łupu, zawsze na jakiś czas łagodnieje. Niczym pyton który połknął koźlę. Znajdzie sobie jakieś spokojne miejsce, leży i odpoczywa. Udaje że nic się nie stało. Skąpe siły konwencjonalne będzie musiała tak rozmieścić, żeby NATO nie mogło wykorzystać swojej przewagi. W tym celu już na początku wyznaczy sobie takie rubieże, dzięki którym front bezpośredniego styku z NATO zostanie maksymalnie skrócony.

Co robi dowódca żeby zabezpieczyć skrzydła i maksymalnie skrócić front? Opiera się o przeszkody terenowe, takie jak rzeki, jeziora, góry. Dla Rosji takimi przeszkodami na których może się oprzeć są morza: Bałtyk i Morze Czarne. Jeśli przeprowadzimy najkrótszą linię prostą pomiędzy tymi morzami, to jeden jej koniec musi zacząć się gdzieś w okolicach miejscowości Karolino Bugaz na pograniczu Ukrainy i Mołdawii, 38 km od Odessy, a drugi, skończyć w okolicach małej wioski o wdzięcznej nazwie Różaniec nad Zalewem Wiślanym. Linia o długości około 1200 km. Jej obrona wymagałaby tylko około 8 armii (czyli na innych kierunkach może pozostać jeszcze 3 armie czynne i 4 rezerwowe). Co ciekawe, ta linia przebiega wzdłuż obecnego podziału Mołdawii pozostawiając po wschodniej stronie tak zwaną Republikę Naddniestrzańską, gdzie obecnie znajdują się wojska rosyjskie. Pozostawia też z konieczności skrawki wolnego terytorium Ukrainy nad Morzem Czarnym oraz Lwów i Czerniowce. W tym miejscu przypomina się oferta Moskwy złożona Radkowi Sikorskiemu podziału Ukrainy. Widać że Rosjanie oferowali mu tylko skłócenie Polski z Ukrainą. Ale to nie wszystko, ta linia dzieli również Polskę. Po jej wschodniej stronie zostaną większa część województwa Warmińsko-Mazurskiego, całe województwo Podlaskie i część województwa Mazowieckiego. Ogółem linia na naszym terytorium ma długość około 428 km. Do jej obrony potrzebowałaby Rosja około 3 armii (przyjmując szerokość obrony jednej armii około 150 km). Ile sił potrzebowałaby do jej zajęcia, to zależy od siły obrońcy, czyli naszej. Polska do obrony pasa o takiej szerokości teoretycznie potrzebowałaby około 8-9 dywizji (50 km na dywizję). Ale ponieważ tylu nie ma, to Rosji do zajęcia tego obszaru wystarczy 6 armii. Biorąc pod uwagę że "kraj związkowy" ZBiR, Białoruś, dysponuje dwoma dowództwami operacyjnymi, to Rosji wystarczy 4-5 armii.

Idea najkrótszego frontu nie była obca już strategom Rosji carskiej. Wtedy jednak zakładano zajęcie trochę większego terytorium.

 Co będzie dalej? Apetyty Rosji są nienasycone. Jak w tym dowcipie: z kim chce graniczyć Rosja? - Z nikim! Kremlowski nadworny ideolog, Dugin, nowe wcielenie Rasputina, przewiduje podbój całej Europy Zachodniej. Kiedy w naszej części Europy panował syberyjski ascetyczny komunizm, w zachodniej Europie rozwijała się inna jego odmiana, libertyński marksizm Gramsciego. Zakładał on że przed ubiciem kapitalistycznego potwora, trzeba pomóc burżuazyjnym społeczeństwom zgnić od środka. Dziś widzimy jak społeczeństwa zachodniej europy nie mogą sobie poradzić z dyktaturą poprawności politycznej która nakazuje równać w prawach wszystkie mniejszości. To dzięki niej muzułmanie mogą kolonizować Europę, bo są de facto uprzywilejowani dzięki zabiegom rządzących lewaków. Kiedy ta przegniła konstrukcja runie, Rosja będzie mogła pójść dalej na zachód. Całkiem możliwe że nowe rosyjskie czołgi T-14 będą witane kwiatami w Berlinie, Rzymie i Paryżu.

Stanisław Michalkiewicz - ubocznym skutkiem rewolucji komunistycznej może być destrukcja cywilizacji łacińskiej

Upiór dzienny w Nocy Kościołów

Felieton    tygodnik „Nasza Polska”    1 lipca 2015
Czego to się człowiek nie dowiaduje, kiedy tylko pojedzie do Wrocławia! Bo akurat pojechałem na zaproszenie tamtejszego Radia Rodzina, które zaproponowało mi wygłoszenie prelekcji w ramach „Nocy kościołów”: czy chrześcijaństwo może ocalić Europę. Jeszcze nie zdążyłem przyjechać, a już mikrocefale chlipiący michnikowszczyny z „Gazety Wyborczej” zostali poinformowani, że skoro ja mam wygłaszać prelekcje, to nie będzie żadna „Noc kościołów”, tylko „noc upiorów”. Informację tę przekazała mikrocefalom pani redaktor Katarzyna Wiśniewska, ongiś rzucona przez redakcyjny sanhedryn na religijny odcinek frontu ideologicznego w najweselszym w całej gazecie dziale religijnym. Najweselszym – bo pan red. Turnau stręczy tam „judeochrześcijaństwo” tubylczym mikrocefalom, którzy myślą, że to wszystko naprawdę. Nie on jeden zresztą – ale o to mniejsza. Myślałem jednak, że pani red. Wiśniewska się przeziębiła, albo została wysłana do Tel Awiwu na rekolekcje, bo przez dłuższy czas jakoś nie mogłem zauważyć jej na łamach. Tymczasem jeśli nawet była przeziębiona, to już jej mija, a jeśli na rekolekcjach – to wróciła z nowymi umiejętnościami w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym. Zatem na początek podziękowałem jej za odnotowanie mojej obecności we Wrocławiu, chociaż jak zwykle się pomyliła, pisząc o nocnych upiorach. Ja bowiem nie jestem upiorem nocnym tylko dziennym. Najwyraźniej jeśli pani redaktor była przeziębiona, to gorączka chyba jej jeszcze całkiem nie przeszła, o czym można przekonać się na podstawie relacji z mojej prelekcji.
Zauważyła przede wszystkim, że była ona „antysemicka”, co wzbudziło w jej umyśle zrozumiałe wzburzenie, bo najwyraźniej musi uważać, że w kościołach mogą być wygłaszane tylko opinie filosemickie, inaczej mówiąc – żydofilskie. Dodatkowo relacja jej opatrzona została moją fotografią sprzed kilku lat, co wzbudza we mnie podejrzenia, że fotografa przy tym nie było, a kto wie, czy i pani redaktor w swojej relacji nie posłużyła się aby wiadomościami z drugiej ręki, szlajając się w tym czasie po jakichś wrocławskich spelunkach? W takiej sytuacji nic dziwnego, że i to zdjęcie i ta relacja, to typowy handełesowski Scheiss.
Tymczasem w swojej prelekcji owszem - zająłem się Żydami, bo jedną z dwóch zawleczonych z zewnątrz chorób trapiących współczesne chrześcijaństwo, jest właśnie „judeochrześcijaństwo”. Jest to dywersja skierowana na rozmydlenie chrześcijaństwa, która od pewnego czasu polega na ostrożnym lansowaniu tezy, że Zmartwychwstanie nie było faktem historycznym, a tylko apostołowie tak pragnęli, żeby Chrystus ożył, tak pragnęli, że aż w końcu zaczęło im się coś zwidywać. Jak powiada Stanisław Lem w „Głosie Pana” - „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle tylko postępować cierpliwie i metodycznie”. Na to zapewne liczą propagatorzy „judeochrześcijaństwa” - że jeśli chrześcijanie zostaną oswojeni z poglądem, iż Zmartwychwstanie nie było faktem historycznym, to potem będzie można sobie z nimi już łatwo poradzić.
Ciekawe, że przewidział to św. Paweł już 2 tysiące lat temu. Znając swoich rodaków jak zły szeląg, nie miał chyba wątpliwości, że będą próbowali zwalczać chrześcijaństwo wszelkimi sposobami, a jednym z nich będzie kwestionowanie autentyczności Zmartwychwstania – o czym zresztą wspomina Ewangelia wg św. Mateusza – i dlatego, niczym grom, grzmi przez stulecia ta potężna przestroga Pawłowa: „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, próżna jest nasza wiara!” I rzeczywiście – w jakim celu ktokolwiek miałby przejmować się halucynacjami galilejskich rybaków? Drugą chorobą zawleczoną do chrześcijaństwa z zewnątrz, a konkretnie – z ideologii socjalistycznej - jest przekonanie, jakoby prawo do wiecznego zbawienia było jednym z naturalnych praw człowieka, na tej samej zasadzie, jak prawo do jazdy metrem, które podobno miało być nawet wpisane do konstytucji ZSRR. Skoro Pan Bóg ludzi stworzył, to teraz nie ma rady – musi ich zbawić, żeby tam nie wiem co. Tę roszczeniową postawę wobec Pana Boga wyraził Henryk Heine, nota bene – Żyd - mówiąc: „Dieu me pardonnera, c’est son metier” (Bóg mi wybaczy, to Jego zawód). Jest to pogląd oczywiście sprzeczny z szóstą prawdą wiary katolickiej, że „łaska Boża jest do zbawienia KONIECZNIE potrzebna” - ale co z tego, skoro na Zachodzie coraz więcej chrześcijan o tym zapomina i na przykład przystępują masowo do Komunii, chociaż już przestali się spowiadać.
Wspomniałem o tych, zawleczonych z zewnątrz chorobach chrześcijaństwa, bo jeśli miałoby ono ocalać Europę, jako kategorię cywilizacyjną, to najpierw musi samo otrząsnąć się z tych infekcji, bo w przeciwnym razie nie tylko Europy nie ocali, ale jeszcze i ją zainfekuje. Tymczasem Europa przeżywa obecnie rewolucję komunistyczną w pełnym natarciu, z wykorzystaniem instytucji Unii Europejskiej – a jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, to tylko dlatego, że prowadzona jest ona według innej strategii, niż ta, którą znamy. Bo my znamy strategię bolszewicką, która składała się z trzech elementów: gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, masowego terroru i masowego duraczenia. Przyniosła ona nawet spore rezultaty, ale na dłuższą metę okazała się nieefektywna, toteż obecnie komuna posługuje się strategią zaproponowaną przez Antoniego Gramsciego, który głównym polem bitwy rewolucyjnej uczynił sferę ludzkiej świadomości, czyli kultury. W tej strategii na pierwszy plan wysuwa się więc masowe duraczenie, dokonujące się przy pomocy piekielnej triady: państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego.
W naszym nieszczęśliwym kraju „Gazeta Wyborcza” w dziedzinie duraczenia nie daje się nikomu prześcignąć, co pokazuje, że ciągłość między pierwszą i druga komuną jest większa, niż mogłoby się komuś wydawać. Narzędzia terroru są stworzone, ale nie są na razie używane w skali masowej, bo – po pierwsze – masowe duraczenie przynosi znakomite rezultaty, zwłaszcza wśród mikrocefali, a po drugie, przed czym przestrzegał Machiavelli pisząc, że „okrucieństwo i terror należy stosować rozsądnie i tylko w miarę potrzeby” - żeby przedwcześnie nie płoszyć potencjalnych ofiar. W rezultacie przekształcenia własnościowe dokonają się bez żadnego przymusu, to znaczy – cała własność przejdzie w szpony banksterów. Strategia rewolucji komunistycznej się zmieniła, ale cele są cały czas te same: wyhodowanie człowieka sowieckiego i stworzenie mu środowiska, w postaci państwa totalitarnego. Człowiek sowiecki tym różni się od normalnego człowieka, że wyrzekł się wolnej woli. Dlatego nie może żyć w normalnym świecie, tylko w sztucznym środowisku w postaci państwa totalitarnego, które tym się m.in. odznacza, że nie toleruje żadnej władzy poza własną, np. władzy rodzicielskiej, czy religijnej. Toteż walczy i z jedną i z drugą – a ubocznym skutkiem rewolucji komunistycznej może być destrukcja cywilizacji łacińskiej, a więc Europy, jako kategorii cywilizacyjnej.
Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 25 czerwca 2015

Deutsche Bank na progu bankructwa


Dwa lata temu dosyć głośno w mediach zrobiło się w związku z problemami Deutsche Banku. Od tego czasu bank spieniężył pokaźną część aktywów, zwolnił kilka tysięcy pracowników i o kłopotach na chwile zapomniano. Problemy banku jednak nie zniknęły.
Deutsche Bank jest obecnie drugim największym bankiem inwestycyjnym na świecie. Łączne aktywa banku wynoszą 2 bln euro, a kwota depozytów przekracza 570 mld euro. Dla porównania, największy polski bank PKO BP jest jakieś 25 razy mniejszy.
Prawdziwym problemem Deutsche Banku jest jego zaangażowanie na rynku derywatów, czyli instrumentów pochodnych wynoszące obecnie 55 bln euro. Jest to mniej więcej dwudziestokrotność PKB Niemiec. Około 70 % wszystkich derywatów opiewa na stopy procentowe, a ich główne zabezpieczanie stanowią obligacje rządowe.
Na przestrzeni ostatnich 2 lat problemy banku z ogromną pulą derywatów (minimalnie większą ma tylko JP Morgan) były łagodzone przez rosnące ceny obligacji stanowiące trzon zabezpieczenia. W lutym tego roku dług rządowy osiągnął maksymalne ceny (rentowność bliska zeru), po czym wyceny obligacji zaczęły spadać. Wraz z nimi spada wartość zabezpieczeń utrzymujących całą piramidę derywatów.

Prześledźmy teraz co się działo w DB na przestrzeni ostatniego roku:

- Kwiecień 2014 – Deutsche Bank zostaje zmuszony przez organy nadzoru  do podniesienia kapitału o 1,5 mld euro.
- Maj 2014 – bank sprzedaje aktywa warte 8 mld euro z 30% zniżką, byleby szybko pozyskać kapitał. Problemy z płynnością zaczynają być poważne. Straty + brak płynności = bankructwo.
- Marzec 2015 – bank nie przechodzi stres testów. Podobne testy przeszła  nawet belgijska DEXIA, która w ciągu kilku kolejnych dni ogłosiła bankructwo.
- Kwiecień 2015 – bank musi zapłacić 2,5 mld kar nałożonych za manipulacje na rynkach w USA oraz Wielkiej Brytanii (to tak na marginesie odnośnie teorii spiskowych nt manipulacji rynkami).
- Maj 2015 – uprawnienia jednego z dwóch Prezesów Zarządu Anshu Jain’a zostały rozszerzone do niespotykanych poziomów, co zdarza się wyłącznie w przypadku bardzo poważnych kryzysów.
- 5 czerwca 2015 – Grecja nie spłaca transzy kredytu do MFW, co ma poważne konsekwencje także dla Deutsche Banku.
- 6 czerwca 2015 (dzień później) – dwóch Prezesów Zarządu Jain oraz Fitshen składają rezygnacje. Jest to ewidentna ewakuacja z tonącego okrętu. Ostatecznie Jain godzi się odejść z końcem czerwca, podczas gdy Fitshen pozostanie do maja przyszłego roku.
- 9 czerwca – agencja ratingowa S&P obniża rating banku do BBB+ (niżej niż Lehman w momencie bankructwa i tylko 3 oczka wyżej od ratingu śmieciowego).

Czy Deutsche Bank będzie rzeczywiście kolejnym Lehmanem?

Tego nikt nie wie, ale ryzyko jest ogromne. DB zatrudnia prawie 100 tys. osób. Wartość derywatów posiadanych przez bank przekracza globalny PKB.
Co gorsza, wartość głównego zabezpieczenia stanowią obligacje, których wartość topnieje z dnia na dzień. Ceny obligacji największych krajów straciły 10-12% i to zaledwie w ciągu 3 miesięcy. Przez lata rynek stóp procentowych był skutecznie manipulowany przy pomocy derywatów, ale wydaje się, że siły rynkowe zaczynają ostatecznie przeważać.
Rynek obligacji jest na tyle duży, że nie ma absolutnie możliwości aby wszyscy byli się w stanie z niego ewakuować nie wywołując jednocześnie krachu. Obecna sytuacja trochę przypomina zabawę w kto pierwszy ten lepszy. Na rynku zwyczajnie brakuje płynności (popytu), a przy takiej skali banki centralne absolutnie nie są w stanie jej zapewnić.
Ostatecznie musimy pamiętać, iż poważne zawirowania na rynkach finansowych odbywają się w odstępach mniej więcej 7 lat. Mieliśmy krach 1987 tzw. czarny poniedziałek. Następnie „Masakrę na obligacjach” z 1994. O pęknięciu bańki na Nasdaq’u w roku 2000 pamiętają raczej wszyscy, podobnie jak upadek Lehman Brothers, który prawie doprowadził do upadku cały system monetarny.
Problem Deutsche Banku jest poważny z wielu powodów. Bank jest nieporównywalnie większy niż Lehman Brothers, więc skala rażenia również jest nieporównywalnie większa. Obecnie globalny sektor finansowy przypomina system naczyń połączonych, a współzależności są niezwykle silne.
Problemy jednego banku natychmiast przekładają się nie tylko na inne banki, ale i na całe kraje. Co więcej, same banki centralne wykorzystały już większość możliwości łagodzenia kryzysów finansowych. W przeszłości, gdy tylko zaczynały się problemy, banki centralne natychmiast wpompowywały w rynek środki płatnicze oraz obniżały stopy procentowe.
Ratowanie instytucji finansowych rozpoczęte w 2008 tak naprawdę nigdy się nie skończyło, w efekcie czego banki centralne niespecjalnie mają już możliwości ratowania sytuacji. Na koniec zamieszczam porównanie wielkości PKB Niemiec, strefy euro oraz ekspozycji Deutsche Banku na rynek derywatów. Dane dają do myślenia.

Trader21
źródło


I JESZCZE COŚ O FINANSACH:

Coś wisi w powietrzu. Nadszedł czas, aby trzymać fizyczną gotówkę w domu.
PrisonPlanet.pl
Polska
2015-06-21
Ekonomia
Elity finansowe sugerują, iż zbliżająca się zapaść finansowa jest na horyzoncie. Poczynając od greckiego kryzysu, kryzysu Euro do nagłego wzrostu popularności złota widzimy wskazania nadchodzącego nieuniknionego krachu.

Ostatnio gubernator Texasu Greg Abbott wskazał na swoją nieufność względem fiducjarnego systemu monetarnego Rezerwy Federalnej starając się przenieść warte miliard dolarów złoto z powrotem do stanu co ma wzmocnić wizerunek Texasu.

Kraje takie jak Chiny i Niemcy wykonały podobne ruchy, gdzie niemiecki bank centralny Bundesbank, na początku tego roku ogłosił, że do 2020 roku chce sprowadzić do kraju 300 ton złota z nowojorskiego FEDu.

Grecy stoją w długich kolejkach wycofując swoje oszczędności z banków:


Doszło już do tego, że dyrektor jednego z największych brytyjskich funduszy obligacji wezwał inwestorów by chować pieniądze pod materacem. 

"Ian Spreadbury, który obraca ponad 4 mld funtów inwestorów w kilku funduszach obligacji, w tym dla Fidelity jak również flagowym Moneybuilder Income, obawia się, że "systemowe zdarzenie" może uderzyć w rynki. Zdarzenie to może być zbliżone w wielkości do kryzysu finansowego 2008 roku, który rozpoczął się w Wielkiej Brytanii po masowym wycofywaniu pieniędzy z banku Northern Rock.

"Ryzyko systemowe znajduje się w systemie i jako inwestor trzeba mieć tego świadomość" powiedział gazecie Telegraph Money.

Jak powiedział najlepszą strategią radzenia sobie z tym problemem, jest dla inwestorów, aby zdywersyfikowali swoje pieniądze na różne aktywa, w tym złoto i srebro, a także środki pieniężne na rachunkach oszczędnościowych. Spreadbury poszedł jednak dalej, sugerując, że jest rozsądnym by trzymać trochę "fizycznej" gotówki, co jest niecodzienną propozycją wypływającą od zarządzającego dużym funduszem.

Jego problemem jest to, że globalny dług - szczególnie hipoteczne zadłużenie - zostało napompowane do rekordowego poziomu, co było możliwe dzięki wyjątkowo niskim stopom procentowym, które mogą wkrótce wzrosnąć. Nie jest on pewien jak banki poradzą sobie z nadchodzącymi wstrząsami.
"





Wszystko to, w połączeniu z faktem, że miliarderzy budują bunkry i nabywają zamorskie kryjówki, zarysowuje ponury obraz globalnej przyszłości gospodarczej.