wtorek, 12 listopada 2013

Szczyt klimatycznej histerii

Wtorek, 12 listopada 2013 (02:10)
W genialnej powieści Bolesława Prusa „Faraon” jest kapitalna scena, kiedy to kapłani starożytnego Egiptu w oparciu o swą wiedzę astronomiczną oraz nieświadomość ludu egipskiego wykorzystują zaćmienie słońca w swojej walce z młodym faraonem – reformatorem.
W porównaniu do czasów opisywanych przez powieściopisarza wiele się zmieniło. Niepomiernie wzrosła wiedza szerokich kręgów ludzkości, w tym także wiedza z dziedziny astronomii. Dziś nikomu już nie uda się użyć zaćmienia słońca jako instrumentu politycznego. Nowa epoka wymaga, aby stawiać ludzkość wobec nowych wyzwań. Od wielu już lat rolę taką spełnia globalne ocieplenie.
Terminem tym określa się datowane od połowy XX stulecia podwyższenie temperatury powietrza występujące na powierzchni ziemi i oceanów. Szacuje się, że w okresie 1906-2005 średnia temperatura na ziemi mogła wzrosnąć w przedziale między 0,74 a 0,18 st. Celsjusza. Za wzrost temperatury odpowiedzialne są gazy cieplarniane, które powodują zjawisko, które zostało jeszcze na początku XIX wieku określone jako efekt cieplarniany. Zaliczono do nich parę wodną – odpowiedzialną w 36-66 proc. za efekt cieplarniany (a przy uwzględnieniu chmur nawet 85 proc.,), dwutlenek węgla (9-26 proc. odpowiedzialności), metan (4-9 proc.) oraz ozon (3-7 proc.).
Głównym winowajcą okrzyknięty został jednak dwutlenek węgla, a za jego pośrednictwem człowiek. On to bowiem zainicjował w końcu XVIII wieku epokę uprzemysłowienia, która opierała się na węglu kamiennym, którego spalanie miało spowodować z kolei wzrost zawartości CO2 w atmosferze ziemskiej o 31 procent.
Teza o postępującym globalnym ociepleniu została zaakceptowana przez większość gremiów naukowych świata, a zwłaszcza przez środowiska naukowe i polityczne państw najwyżej gospodarczo rozwiniętych, a więc te, które swego czasu przodowały w dziele industrializacji, a co za tym idzie – i w emisji dwutlenku węgla.
Niewygodna, ale czy prawda?
Wokół zagrożenia ociepleniem globalnym rozpętano szeroką akcję propagandową, której czołowym eksponentem w świecie polityki był Al Gore, wiceprezydent Stanów Zjednoczonych w okresie prezydentury Billa Clintona. Z jego udziałem i w oparciu o jego książkę został w 2006 r. nakręcony film dokumentalny zatytułowany „Niewygodna prawda”, w sugestywny sposób przedstawiający kataklizmy, jakie przyniesie ludzkości globalne ocieplenie.
Wkrótce jednak doczekał się on repliki. W 2007 r. Brytyjczyk Martin Durkin nakręcił film „Globalne ocieplenie – wielkie oszustwo”. Podważał on główną tezę zwolenników globalnego ocieplenia, że za jego pojawienie się odpowiedzialny jest człowiek i jego działalność przemysłowa. Zarzucał też środowiskom naukowym, że ich opowiedzenie się za antropogeniczną genezą zjawiska ocieplenia powodowane jest względami materialnymi: na badania nad tym problemem wyasygnowano mnóstwo pieniędzy, a sponsorzy oczekiwali takich, a nie innych wyników.
Trzeba jednak powiedzieć, że także w świecie nauki nie brak krytycznych wypowiedzi na temat globalnego ocieplenia. Na gruncie polskim dał tego dowody nieżyjący już prof. Zbigniew Jaworowski. Podkreślał on, że głównym sprawcą tzw. efektu cieplarnianego nie jest wcale dwutlenek węgla, a para wodna.
Przypominał także, że efekt cieplarniany jest dobrodziejstwem dla ludzkości. To dzięki niemu rozwinęło się i trwa życie na planecie Ziemia. Gdyby nie on, średnia temperatura na Ziemi wynosiłaby -18 st. C, zamiast obecnych +15 stopni. Daleki był także od demonizowania dwutlenku węgla. To gaz życia – przekonywał. Zawarty jest w roślinach i innych organizmach żywych, gdyby nie on, nie byłoby także życia na Ziemi.
Przemawiając zaś przed komisją Senatu USA, stwierdził, że teza o znacznym wzroście dwutlenku węgla w atmosferze, począwszy od początku ery uprzemysłowienia, bierze się z nieprawidłowo dokonanej oceny zawartości tego gazu w powietrzu w dobie przedindustrialnej. „Główną podstawą histerii klimatycznej – pisał w 2008 r. – stały się raporty IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change) uznawane w Brukseli za księgi święte”.
Warto dodać, że na czele owego Międzyrządowego Panelu ds. Zmiany Klimatu stoi Rajendra Pachauri, z wykształcenia inżynier kolejnictwa. We wrześniu 2008 r. zaapelował on do ludzkości o ograniczenie spożycia mięsa, albowiem jego produkcja odpowiada za 18 proc. emisji gazów cieplarnianych, w szczególności metanu pochodzącego od bydła – rzeźnego i mlecznego.
Redukcja CO2
Mimo że natura globalnego ocieplenia nie została dokładnie określona i że nie został rozstrzygnięty podstawowy dylemat: kto lub co odpowiada za jego występowanie, uruchomiona została ogromna machina propagandowo-polityczna ukierunkowana na walkę z nim. Przyniosła ona zresztą konkretne rezultaty. Głównym z nich jest słynny protokół z Kioto wynegocjowany w grudniu 1997 roku. Wszedł on w życie w 2005 roku. Na jego mocy kraje-sygnatariusze zobowiązały się do redukcji do 2012 r. własnych emisji gazów cieplarnianych co najmniej o 5 proc. w stosunku do poziomu emisji z 1990 roku. Protokół zawiera także możliwość, w przypadku niedoboru bądź nadwyżki emisji tych gazów, wymiany handlowej polegającej na odsprzedaży lub odkupieniu limitów od innych krajów. Według przewidywań, protokół z Kioto ma przynieść redukcję średniej temperatury globalnej pomiędzy 0,02 st. C a 0,28 st. C do roku 2050.
Ogólnie planowana redukcja jest jednak znacznie wyższa, aż o 29 proc., a ponadto zróżnicowana. Dla Unii Europejskiej wynosi ona 8 proc., dla USA – 7 proc., dla Japonii – 6 proc., a dla Rosji – 0 procent. Natomiast w wypadku Australii i Islandii dopuszczono nawet wzrost emisji.
Polska miała obniżyć swoją emisję o 6 proc. w porównaniu do poziomu z roku 1988, który przyjęto jako rok bazowy dla byłych krajów socjalistycznych. Ponieważ jednak z powodu zmiany struktury gospodarki narodowej w okresie transformacji emisja gazów w Polsce zmniejszyła się w latach 1988-2001 aż o 33 proc., otworzyła się szansa, że Polska może zarobić na handlu swoimi nadwyżkami. Szansę tę utrąciła jednak Komisja Europejska, która zdecydowała w marcu 2005 r. o ograniczeniu Polsce przyznanych jej wcześniej limitów.
Argumentowała ona, że przyznanie Polsce zbyt wysokich limitów doprowadziłoby do masowej sprzedaży limitów przez polskie przedsiębiorstwa, co mogłoby doprowadzić do spadku ceny za tonę emisji dwutlenku węgla i w konsekwencji zniechęcałoby innych do proekologicznych inwestycji.
Stany Zjednoczone, największy emitent gazów cieplarnianych, nie ratyfikowały protokołu z Kioto, uważając, że przyniosłoby to poważne szkody ich gospodarce. Kierowały się także tym, że prężnie rozwijające się gospodarki Chin i Indii są wyłączone spod restrykcji protokołu w zakresie emisji gazów.
Prezydent George Bush stwierdził, że protokół jest nieuczciwym i nieskutecznym sposobem walki ze zmianą klimatu. Podjęto jednak w Stanach kroki na rzecz ograniczenia emisji gazów i osiągnięto rezultaty lepsze niż w UE. Ograniczenia emisji w USA wyniosły 14 t na jednego mieszkańca, podczas gdy w UE 12 t. Równocześnie w Chinach emisja gazów wzrosła o 205 t na głowę, a w Indiach 100 ton. W praktyce zatem skuteczność protokołu oceniana jest jako bliska zeru. Ogółem emisja CO2 od roku bazowego wzrosła o ok. 49 procent.
Mimo tych niepowodzeń zwolennicy walki ze zmianą klimatu nie ustają w swoich działaniach. Wyrazem ich wysiłków jest opracowany przez UE pakiet klimatyczny, na przyjęcie którego zgodził się w 2008 r. rząd Donalda Tuska. Obowiązuje on od stycznia 2013 roku. Potocznie określany jest on jako 3 x 20 i obejmuje: ograniczenie o 20 proc. emisji gazów cieplarnianych, wzrost o 20 proc. efektywności energetycznej, a także osiągnięcie 20-procentowego udziału energii produkowanej z odnawialnych źródeł energii. Istotne postanowienia dotyczą handlu emisjami.
Zaplanowano stopniowe wprowadzenie systemu aukcyjnego. Zniesiono bezpłatne przydziały emisji od roku 2013 w sektorze energetycznym, a od roku 2020 w innych branżach.
Ubezwłasnowolnieni
Postanowienia pakietu szczególnie mocno uderzą w Polskę, której energetyka w 95 proc. opiera się na węglu. Przyjmując, że prognozowana cena 1 t dwutlenku węgla może wynieść 175 zł, będziemy musieli zapłacić rocznie 26 mld zł za emisję tego gazu. Przełoży się to na gwałtowny wzrost cen energii elektrycznej, co zwiększy skalę ubóstwa Polaków. Równocześnie wysokie ceny energii elektrycznej pogorszą konkurencyjność polskiej gospodarki, co z kolei zaowocuje masowym bezrobociem.
„Kto kontroluje energię, ten kontroluje świat” – stwierdził swego czasu wybitny geopolityk francuski gen. Pierre-Marie Gallois. Problem walki z globalnym ociepleniem sprowadza się w istocie do tego, z jakiego rodzaju energii będziemy korzystali. Polsce w niedwuznaczny sposób sugeruje się, ażeby zrezygnowała ze swojego narodowego bogactwa, jakim są ogromne pokłady węgla kamiennego i brunatnego, i przestawiła się na drogi, importowany gaz ziemny. Równocześnie nie ustają wysiłki mające na celu zniechęcenie jej do wykorzystania innych posiadanych przez nią bogactw, takich jak geotermia i gaz łupkowy.
Cel tych zabiegów jest jasny. Pewien rosyjski ekspert trafnie to ujął: nie można kontrolować klimatu, ale można kontrolować gospodarkę słabszych krajów. A kontrola gospodarki oznacza także kontrolę polityczną, ma też na celu hamowanie rozwoju. Baczna obserwacja pozwala bowiem nawet na polityczną identyfikację środowiska natchnionych ekologów. Kontrola taka jest ponadto powiązana z ekonomiczną eksploatacją. Energia elektryczna produkowana z węgla jest prawie dwukrotnie tańsza niż z gazu ziemnego i farm wiatrowych, czterokrotnie tańsza niż z siłowni wykorzystujących energię słoneczną.
Polska musi zatem wypracować własną strategię energetyczną bazującą na posiadanym przez nas potencjale. Towarzyszyć jej musi racjonalna ochrona środowiska naturalnego. W tym celu należy zintensyfikować prace nad podziemną gazyfikacją węgla zarówno kamiennego, jak i brunatnego (z fazy studyjnej powinny one przejść do fazy przemysłowej), przyspieszyć eksplorację złóż gazu łupkowego i wspierać geotermię.

Prof. Tadeusz Marczak
Nasz Dziennik

niedziela, 10 listopada 2013

Logiczna zbrodnia smoleńska. Rosja miała motyw




Celem smoleńskiej zbrodni było nie tylko uderzenie w Polskę. Ratując w 2008 r. pod przywództwem Lecha Kaczyńskiego Gruzję, kraje naszego regionu pierwszy raz od II wojny zachowały się tak, jakby były pełnoprawnymi europejskimi państwami, a nie satelitami Moskwy. Smoleńsk był udaną demonstracją, odpowiedzią Rosji: jesteście tylko postkolonialnymi byłymi demoludami, skoro prezydenta Polski, która miała aspiracje wam przewodzić, można bezkarnie zabić. I zarówno jego naród, jak i zachodni sojusznicy nie ruszą w tej sprawie palcem - pisze Piotr Lisiewicz w „Gazecie Polskiej”.

Katastrofa smoleńska miała za cel wywołanie katastrofy posmoleńskiej. Obie były równie starannie dopracowane przez tego samego autora scenariusza. Bez przygotowania tej drugiej – pierwsza nie miałaby sensu.

Zdegradować i poniżyć lidera, to reszta się podporządkuje

Chodziło o zdegradowanie i poniżenie państwa, które stało się dla Rosji problemem jako lider krajów, które dotychczas były „bliską zagranicą”, a nagle broniąc Gruzji, zachowały się tak, jakby były Wielką Brytanią, Francją czy Niemcami.

Rosja w swojej tradycyjnej strefie wpływów nie chciała „Zachodu”. Musiała udowodnić, że go tu nie ma. Spowodować, by lider zachodniej „zarazy” demonstracyjnie, na oczach pozostałych krajów podążających lub mogących podążyć jego śladem, okazał się groteskowym, postkolonialnym bantustanem. Kraikiem, który Moskwa może okrutnie poniżać, a jednocześnie w pełni kontrolować.

Konieczne było nie tylko upokorzenie go ze strony Moskwy, ale i żywy dowód, że także Zachód traktuje Polskę jak bantustan. Nie jako sojusznika „na poważnie”, którego się broni, lecz peryferyjne państewko w strefie niczyjej.

W tym, co tu piszę, nie ma śladu polonocentryzmu. Polska nie była dla Rosji największym problemem na świecie. Była poważnym problemem na lokalną skalę Europy Środkowo-Wschodniej. Poważnym, ale usuwalnym, jeśli użyje dostępnych jej narzędzi, w których stosowaniu – co wielokrotnie opisali sowietologowie – jest najlepsza na świecie.

Dwa ważne pytania przeciwników tezy o zamachu

Kilka uwag metodologicznych. Dwa pytania o motyw ewentualnego zamachu, którego miałaby dokonać Rosja, należą do stałego repertuaru zwolenników tezy o pancernej brzozie. W przeciwieństwie do innych, są one uzasadnione i wymagają udzielenia merytorycznej odpowiedzi.

Pierwsze: czy warto było w kwietniu zabijać polskiego prezydenta, skoro pod koniec roku kończyła się jego kadencja i miał niewielkie szanse na reelekcję?

Drugie: czy nikły zysk nie przewyższał niewyobrażalnych kosztów, gdyby sprawa wyszła na jaw?

W mojej ocenie prace ekspertów sejmowej komisji i uczestników konferencji smoleńskich są wystarczającymi dowodami, by nie mieć wątpliwości, że samolot rozerwały wybuchy. To był zamach, stan naszej wiedzy na ten temat "Gazeta Polska" opisała tydzień temu w raporcie po konferencji smoleńskiej.

By jednak zrozumieć motyw zamachu dokonanego przez Rosję, potrzebna jest wiedza z trzech dziedzin.

Po pierwsze – na temat strategii Rosji wobec podbijanych państw, opisanej przez naukowców sowietologów, historyków i znawców Rosji. Bardzo pokaźny dorobek mają tu uczeni polscy, w III RP mało znani: Włodzimierz Bączkowski, Jerzy Niezbrzycki, Marian Zdziechowski, Stanisław Swianiewicz i inni. To porażające, ale Smoleńsk pasuje do ich opisów co do przecinka.

Po drugie – znajomość technologii morderstw politycznych, będących codziennością we współczesnej Rosji. Od początków, czyli PR-owych przygotowań, do przyszłych wniosków śledczych, przez wykonawstwo po schematy ich tuszowania.

Po trzecie – gruntowna analiza sytuacji w Polsce i na świecie: a) przed oraz b) po smoleńskiej zbrodni. Tego, jak przebiegało przejmowanie po upadku rządów PiS wszystkich narzędzi oddziaływania na społeczeństwo w III RP. Takich jak władze państwowe, prokuratura, media, uniwersytety, episkopat.

Przez kogo? Przez trzy typy ludzi: rosyjskich agentów, osoby powiązane z Rosją innym typem zależności, np. interesami, oraz osoby bezideowe, chwiejne, słabego charakteru, pozbawione patriotycznej tożsamości, karierowiczów itp.

Analiza ta musi być uzupełniona wiedzą o specyfice państw postkomunistycznych, zachowaniu w nich wpływów przez Moskwę, zarządzaniu nimi przez postsowiecką biznesową oligarchię, mentalności poszczególnych warstw społecznych itp.

W podpunkcie b) towarzyszyć temu musi analiza wszystkiego, co działo się po Smoleńsku, jak wspomniany materiał ludzki wykonał – mimo potknięć – rosyjski plan.

Uzupełnieniem musi być podobna analiza sytuacji na świecie, a więc tego, jak Rosja wykorzystała moment, w którym Zachód był zajęty innymi problemami, nieskory do kłócenia się z Rosją i miał wyjątkowo słabych przywódców.

1989 – pod kontrolą Moskwy, 2008 – samowolka

By zrozumieć, jak niepokojące było dla Rosji to, co stało się w Gruzji, cofnijmy się do historycznego obrazka opisanego w powieści „Kontra” Józefa Mackiewicza. Jest to książka o losach żołnierzy z narodów leżących na wschód od Polski. Podczas wojny walczyli przeciwko Związkowi Sowieckiemu, a potem – jako członkowie narodów drugiej kategorii – zostali wydani przez cywilizowany Zachód w ręce Stalina.

Gdy w Tbilisi obok polskiego prezydenta i z jego inicjatywy stanęli prezydenci Ukrainy, Litwy i Estonii oraz premier Łotwy, przełamany został ten fatalizm historii. Oto narody drugiej kategorii pierwszy raz zachowały się jak narody z tej lepszej Europy.

1989 r. nie był dla Moskwy takim szokiem. Po pierwsze, przegrywała z Ameryką Reagana, a nie z satelitami, w większości których opozycja była słaba. Po drugie, mniej lub bardziej sprawnie kontrolowała wymuszony na niej procestransformacji.

W 2008 r. inicjatywa postawienia się Moskwie wyszła od byłych demoludów, a nie ze „starego” Zachodu. Prezydent Lech Kaczyński w wywiadzie dla „GP” mówił: „Rosja ma wobec Polski i wszystkich krajów byłego bloku wschodniego swoje cele. Zrezygnuje z nich tylko wówczas, gdy będzie musiała, a nie z powodu jakichś sentymentów”.

„Spreparować” i „gołymi rękami wziąć”

Wymienieni przeze mnie czterej polscy sowietologowie zajmowali się Rosją w II RP, stanowiąc wsparcie dla koncepcji prometejskich Piłsudskiego. Na uniwersytecie, w pismach naukowych, wywiadzie. Po wojnie Bączkowski, Niezbrzycki i Swianiewicz wykładali na amerykańskich uczelniach i służyli swą wiedzą o Sowietach Stanom Zjednoczonym (Zdziechowski zmarł w 1938 r.).

Jaka była najważniejsza myśl w ich pracach o Rosji? Bączkowski przytaczał książkę „Operacja warszawska” Borysa Szaposznikowa, profesora sowieckich uczelni, autora wojskowego planu sowieckiej napaści na Polskę z 1939 r.

Książka dotyczyła wojny z 1920 r. Zdaniem Szaposznikowa, główną przyczyną porażki nie było wcale złe uzbrojenie armii, ale błędna ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce. „Przeceniliśmy zrewolucjonizowanie wewnętrznej sytuacji w Polsce w tym okresie. Ta przesada w ocenie sytuacji w Polsce znalazła swój wyraz w nadmiernej, tzn. nieuzgodnionej z naszymi możliwościami, ofensywnej operacji” – pisał. Polemizując z Michaiłem Tuchaczewskim, zarzucał mu nazbyt europejski sposób myślenia o wojnie. Dowodził, że najważniejsze jest, by – zgodnie z rosyjską szkołą – wroga „spreparować” tak, żeby go można było „gołymi rękami wziąć” – „szapkami zakidat”.

Bączkowski dowodził, że Zachód nie potrafi skutecznie przeciwstawiać się Moskwie, bo błędnie uważa ją za podobne sobie państwo europejskie. Tymczasem Rosja jest powierzchownie powleczonym europejskością państwem azjatyckim, czerpiącym wojenną strategię od Czyngis-chana i Chińczyków.

Istotą jej siły nie jest wcale nowoczesna armia, bo takiej Moskwa nigdy nie miała, lecz rozkładanie wewnętrzne państw, które chce podbić.

Pisał w tym kontekście o Polsce przedrozbiorowej i jej elitach żyjących z carskich pensji. Stwierdzał, że źródłem siły Moskwy „nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową”.

Dopiero gdy podbijane państwo było niezdolne do obrony, następował „tryumfalny marsz hordy”.

Preparowanie w praktyce

W XXI w. zastosowanie tej strategii wobec państwa postkomunistycznego, które przez pół wieku było pod moskiewskim panowaniem i nie odsunęło byłych komunistów od wpływów, lecz odwrotnie – zgodziło się, by to oni stworzyli postkomunistyczną oligarchię, okazało się skuteczne.

Zapoczątkowane zostało już wcześniej, w 2007 r., gdy premiera Jarosława Kaczyńskiego zastąpił Tusk. Wylot prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Tbilisi w 2008 r. rząd Tuska utrudniał na wszelkie możliwe sposoby.

Odpowiedź na pytanie, czy w takim razie Moskwie nie opłacało się zlikwidować Kaczyńskiego wcześniej, brzmi: „nie”. Do 2007 r. było to nieopłacalne, bo działał rząd, który natychmiast skorzystałby w tej sprawie z wszystkich uprawnień, jakie Polska ma jako członek NATO i UE. Z pewnością zrobiłby on też wszystko, by powołana została międzynarodowa komisja badająca przyczyny katastrofy.

W 2008 r. w Polsce rządził już uległy wobec niej premier, ale zbyt wiele przyczółków lobby niepodległościowego było jeszcze w polskich instytucjach władzy, mediach itp. Poza tym w Ameryce wciąż prezydentem był George Bush.

Zamach wykonany w idealnym momencie

Moskwa zachowała się w sprawie Smoleńska z zimną racjonalnością. Używając słów Szaposznikowa, „preparowała” i „rozkładała” polskie instytucje albo czekała, aż partia Tuska w imię partykularnych interesów rozłoży je sama.

Trwała też w mediach kampania poniżania Lecha Kaczyńskiego. Wielu prowadziło ją dla partykularnych celów, natomiast rosyjska agentura wpływu po to, by po śmierci nikt go nie żałował.

Rosja uderzyła dopiero wtedy, gdy wiedziała, jak zachowają się po Smoleńsku polskie władze, media, śledczy, elity itp. Czekała też na korzystniejszą koniunkturę międzynarodową, która pojawiła się w 2009 r. po wyborze na prezydenta Baracka Obamy.

Odpowiedź na pytanie, czy 10 kwietnia był najlepszym terminem do przeprowadzenia zamachu, jest więc twierdząca. Bo jego celem nie było samo zabicie Lecha Kaczyńskiego, lecz przywrócenie porządku w regionie.

A drugie zastrzeżenie sceptyków, odnoszące się do nikłych zysków i dużego ryzyka? Trzy i pół roku po katastrofie odpowiedź na to pytanie jest prosta. Kontrola w regionie jest przywrócona. A ryzyko międzynarodowego skandalu? Nie było go. Skoro Polski rząd nie zażądał pomocy z UE, NATO czy międzynarodowej komisji, to Zachód uznał, że sprawę ma z głowy.

Nawet przeciwnicy tezy o zamachu muszą przyznać: jeśli Rosja chciała go dokonać, mogła zrobić to bezkarnie.

Celem Rosji nie jest zresztą to, by wszyscy uwierzyli, że jest w tej sprawie niewinna. Wystarczy, by nie było przeciwko niej twardych dowodów. A ci, którzy mogą wiedzieć za wiele, będą likwidowani. Natomiast sytuacja, w której dowodów nie ma, ale w gruncie rzeczy wszyscy wiedzą, że to był dokonany przez nią zamach, jest dla niej korzystna. Mają wiedzieć i drżeć – to zjawisko znane z historii i także świetnie opisane przez sowietologów.

Im mocniej poniżona zostanie Polska, tym lepiej, bo tym mocniejsza nauczka dla innych. Stąd niszczejący na lotnisku wrak, zamiany ciał w trumnach, zdjęcia ciał ofiar w internecie i to, o czym trudno nawet pisać – odcięta głowa Anny Walentynowicz.

Stąd też każda próba przywrócenia godności niszczona jest z furią przez posługującą się nienagannym polskim rosyjską agenturę wpływu.

zdjecie
M.Borawski/Nasz Dziennik

Jak odbudować suwerenność

Sobota, 9 listopada 2013 (02:00)
Z prof. Witoldem Kieżunem, wybitnym teoretykiem zarządzania, rozmawia Beata Falkowska
Panie Profesorze, rozmawiamy w przededniu Święta Niepodległości. Zapytam na początku słowami hymnu: jeszcze Polska nie zginęła?
– Struktura gospodarki polskiej wskazuje na naszą podległość ekonomiczną. Przekaz, który chciałbym, aby zabrzmiał 11 listopada, to: odzyskajmy naszą niepodległość ekonomiczną, zachowajmy niepodległość polityczną. W obliczu coraz mocniejszych tendencji sfederalizowania Unii Europejskiej grozi nam pozbawienie wolności i niezależności typu politycznego.
To ostatni moment na podjęcie walki o suwerenność ekonomiczną?
– Tak, rzecz jasna nie w sensie absolutnym, że nagle całość polskiej gospodarki znajdzie się w polskich rękach, chodzi o osiągnięcie struktury ekonomicznej właściwej niepodległym państwom w Europie, czyli 15 pierwszym krajom Unii Europejskiej. W Niemczech jest 6 proc. zagranicznych banków, we Francji 10 proc., w Danii ok. 20 procent. Podstawowe źródło finansowania, kredytowania znajduje się tam w rękach rodzimych placówek, zainteresowanych rozwojem własnego kraju. To daje możliwość prowadzenia samodzielnej polityki finansowej, którą suwerenne państwo musi prowadzić. U nas na 63 banki tylko 3 są polskie, w tym tylko 1 bank ma 100 proc. polskiego kapitału. A zyski banków sięgają 15 mld zł rocznie.
W efekcie olbrzymia większość rozwoju, inwestycji jest finansowana przez obce banki, które prowadzą swoją politykę.
– W tej chwili mamy status ekonomiczny podobny do statusu krajów pokolonialnych. W zbyt dużym stopniu działamy na rzecz obcego kapitału, który co roku wyprowadza miliardy złotych zysku z naszego kraju. Wszędzie na świecie funkcjonują dziś przedsiębiorstwa o mieszanej strukturze właścicielskiej, ale to nieprawda, że wielki kapitał międzynarodowy nie ma narodowości, każda firma ma wyraźny charakter narodowy państwa posiadającego najwięcej udziałów. W państwach ekonomicznie niepodległych tylko 20-30 proc. przedsiębiorstw to podmioty zagraniczne, reszta własne. U nas ta proporcja jest odwrócona. Efekt? Zyski zagranicznych firm działających w Polsce są wyprowadzane za granicę. Zagraniczne markety zakupują głównie towary we własnym kraju, a pracownicy zagraniczni pracujący w Polsce są lepiej opłacani od Polaków. Musimy natychmiast zacząć odwracać te wektory. W Europie obecnie robią to Węgry.
W latach 80. jeździł Pan po uniwersytetach w USA z wykładami o idei „Solidarności”. Zdławiono ją w zarodku, by móc budować III Rzeczpospolitą ze wszystkim jej patologiami.
– Liczyłem na „Solidarność”. Geremek, Kuroń, Michnik, Wałęsa – to było realne szefostwo „Solidarności” w okresie przełomu ustrojowego. Idea tego ruchu została zaprzepaszczona, idea nawiązująca do katolickiej nauki społecznej, myśli Jana Pawła II. Nasza transformacja przerodziła się w proces utraty niepodległości ekonomicznej. Nie mieliśmy niepodległości politycznej za PRL, ale mieliśmy potencjał produkcyjny, nawet w przemyśle włókienniczym. Do dziś mam polski garnitur kupiony w Nowym Jorku na Manhattanie, nieporównywalnie tańszy niż garnitury amerykańskie. Masowo je kupowano, nawet przyjeżdżając z okolicznych miejscowości.
Myśli Pan, że wielu Polaków dziś jechałoby do odleglejszego sklepu, by kupić polski produkt?
– Tak, ale polski produkt musi być tańszy, i z reguły jest tańszy. Wzestawieniach opublikowanych w moich pracach udowadniam, że dominujące w supermarketach importowane produkty są droższe od polskich tej samej jakości.
W paradygmat zachowania niepodległości politycznej powinna być także wpisana kategoryczna niezgoda na tendencje fe- deracyjne w Unii Europejskiej, czemu początek daje euro. Rząd Tuska obrał odwrotny kurs i prze do euro. To byłby finis Poloniae?
– Już traktat lizboński obniżył znacznie siłę naszego głosu na forum Rady Europejskiej w porównaniu z traktatem nicejskim. Decydującym wyznacznikiem siły decyzyjnej państwa stała się liczba ludności. Oczywiście dało to znaczną przewagę Niemcom, my spadliśmy do kategorii państwa peryferyjnego. Cały czas środowiska profederacyjne forsują pomysł „jednej” Europy. Wizja jednego świata bezpaństwowego została ujęta expressis verbis w konstytucji Związku Sowieckiego, gdzie w nawiązaniu do starej heglowskiej koncepcji zapisano, że po zdobyciu świata przez socjalizm zlikwiduje się państwa. Wstępny projekt traktatu przekształcającego UE w federację jest już gotowy. O nim się już dyskutuje.
A suzeren będzie w Berlinie…
– Niemcy są jedynym krajem, który zyskał nieporównywalnie dużo w polityce unijnej. Są obecnie drugim światowym eksporterem po USA. Plasują się na czwartej pozycji po USA, Chinach i Japonii, jeśli chodzi o potencjał ekonomiczny. Jednak w perspektywie długofalowej potencjał Niemiec prawdopodobnie wyeliminuje z pierwszej trójki Japonię. Pamiętamy, że opanowanie Europy przez Niemcy jest od dawna tradycyjną koncepcją niemiecką, począwszy od Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, a także podstawą Niemiec hitlerowskich. W ramach tej ostatniej Polska miała przestać istnieć.
Niestety nie jest prawdą, że obecnie nastąpiło faktyczne pojednanie polsko-niemieckie. Doszło do formalnego pojednania, które sprowadziło się do nadania pełnych praw mniejszości niemieckiej w Polsce, przy jednoczesnym braku statusu mniejszości narodowej Polaków mieszkających w Niemczech. Do dziś Niemcy nie zwróciły w pełni majątku zagrabionego w czasie wojny Związkowi Polaków w Niemczech „Rodło”.
Polityka historyczna Berlina konsekwentnie relatywizuje niemieckie winy i zbrodnie.
– To w prasie niemieckiej stale powtarza się sformułowanie „polskie obozy koncentracyjne”. Dofinansowany przez oficjalny niemiecki urząd serial pokazuje wręcz zbrodniczy antysemityzm żołnierzy Armii Krajowej. Ciężko dopatrzeć się postawy autentycznego pojednania Berlina, a wszystko to w sytuacji olbrzymiej przewagi niemieckiego kapitału w Polsce w przedsiębiorstwach i rynku prasy.
Dla człowieka, który przeżył okupację, walczył w Powstaniu, to chyba brzmi jak czarny sen?
– Odpowiem pani wspomnieniem. Podczas okupacji jechałem kiedyś wieczorem tramwajem. Do stojącego na ulicy esesmana jakiś podchmielony mężczyzna zaczął z uśmiechem mamrotać „Heil Hitler”. Seria z pistoletu. Sekundę później leżał martwy. Tramwajarza sparaliżowało. Nie mógł ruszyć z miejsca. „Jedź” – musiałem go szturchnąć.
Nawet jeśli Unia Europejska nie przybierze kształtu federacji, może wykończyć nas demografia.
– Ostatnie dane GUS donoszą, że ponad 3 mln Polaków są za granicą. Do pewnego momentu to było korzystne dla struktury dochodu narodowego, bo pracujący za granicą przysyłali pieniądze rodzinom w Polsce, ale od pewnego momentu to zjawisko osłabło, bo emigrować zaczęły całe rodziny. Dane za ostatnie półrocze dotyczące emigracji to 70 tys. Polaków w ostatnim półroczu. Jednak najtragiczniejszą sprawą jest wymieranie polskiego społeczeństwa. Wskaźnik rozrodczości w Polsce oscyluje na granicy 1,3, wśród Polek w Wielkiej Brytanii wynosi 2,5.
Niektórzy cieszą się, że zaludniamy Polakami Wielką Brytanię i inne państwa.
– Nie jest tak, bo migracja wynaradawia. Z moich badań w Kanadzie wynika, że najczęściej w trzecim pokoleniu Polacy mieszkający za granicą już nie mówią po polsku, mają co najwyżej mglistą wiedzę o polskich korzeniach. Dlatego tak ważna jest walka o ekonomiczną niepodległość, by Polacy mogli żyć godnie we własnej Ojczyźnie, a wskaźnik rozrodczości wrócił do niedawnej tradycji wielodzietnych rodzin. A to wymaga konkretnej motywacji, także ekonomicznej, wysokich dodatków rodzinnych. Trzeba więc opracować precyzyjny program ekonomiczny, maksymalnie oszczędne gospodarowanie. A co robią tymczasem polskie władze samorządowe? Przytoczę drobny, acz symptomatyczny przykład. Warszawa kupiła ostatnio autobusy Mercedesa, a mamy świetne polskie autobusy Solarisy. Polityka inwestycyjna polskich władz powinna więc zaczynać się od hasła: kupujemy polskie. Tego zawołania nie ma w przestrzeni publicznej. Niedostatecznie wykorzystano też szansę wypromowania za granicą polskiej, zdrowej, ekologicznej, nieskażonej żywności.
A nasza żywność jest unikalna w skali Europy.
Solarisy przegrywają z Mercedesami, polskie sery z francuskimi etc. Kompleks polskości karmi się bezrefleksyjnym zapatrzeniem w mityczny Zachód. Jak go zwalczać?
– Uwierzyć w siebie i wziąć się do pracy. Wykładając na wielu uczelniach zagranicznych, miałem studentów różnego pochodzenia. Najlepszymi byli wszędzie Żydzi, ale Polacy dorównywali, a nawet nieraz ich przewyższali pomysłowością, intelektualną inicjatywą.
Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
– Niestety Polacy zdecydowanie ustępowali zmysłem porządku, starannością, planowością działania. Wszędzie, gdzie było 3-4 Polaków, byłem pewny, że gdy termin oddania pracy przypada np. 1 kwietnia, to tylko Polacy złożą prace po terminie. Dobre, ale po terminie. Kolejne sprawy, które rzucały się w oczy, to niepunktualność, niestaranność. Mamy jako naród problem z wdrażaniem genialnych pomysłów w życie. Niestety obecne środowiska polityczne charakteryzuje płytkość intelektualna, nikt nie mówi polskiej młodzieży zdecydowanie: nie wyjeżdżaj, bierz się za pracę tu, w Polsce. Masz takie i takie możliwości, są unijne pieniądze do wzięcia, to je bierz. Ale kto ma to mówić młodym? Korporacja zawodowych polityków, którzy całe życie żyją z polityki? Naszym problemem jest dobór kadry kierowniczej. Polską nie mogą rządzić zawodowi politycy np. z wykształceniem historycznym. Muszą to być ludzie z fachowym i praktycznym przygotowaniem w sferze zarządzania. Nie można też akceptować władzy bez właściwego długofalowego programu.
Młodzi wyjeżdżają albo wchodzą w tryby „korporacyjnego feudalizmu”, nabijając konta szefom w Tokio, Berlinie czy Nowym Jorku. Czas wojowników nie może przecież odejść wraz z Pańskim pokoleniem.
– Musimy walczyć o postawę inicjatywy, energii, przedsiębiorczości . My biliśmy się w Powstaniu, teraz trzeba się też bić, nie zbrojnie, ale rozwijać swoje możliwości, talenty. Wykaż inicjatywę! Nie myśl tylko o wyjeździe czy stanowisku w zagranicznej korporacji, pomyśl, co samemu możesz zdziałać! Ale taka postawa musi wynikać ze świadomości, że chcemy żyć w niepodległej ekonomicznie Polsce, żeby nie była kolonią.
Właśnie opisał Pan tak wyśmiewaną postawę patriotyczną.
– My byliśmy inaczej wychowywani, i jeśli chodzi o patriotyzm, i przedsiębiorczość. Nas uczono oszczędzania od małego. Jak zdawałem maturę, miałem 200 zł oszczędności. To była wysokość średniej miesięcznej pensji, kupiłem wtedy najbardziej nowoczesny rower z trzema biegami. Gdy miałem 16 lat, miałem już pomysł na własny biznes. Szalone powodzenie miały wówczas w Warszawie kina. Wykonałem kosztorys, ile potrzebuję, by wynająć salę kinową. Do spółki włączyłem pełnoletnią sąsiadkę. Ona zarezerwowała wynajem przez nas tej sali kinowej. Pierwszy seans miał się odbyć 1 września 1939 roku. Oczywiście się nie odbył, a program wynajmu sali mieliśmy na kilka miesięcy.
Całkiem „nowoczesny” był tamten przedwojenny patriotyzm.
– We współczesnej formie postawa patriotyczna wymaga ogólnokrajowej dynamicznej polityki przedsiębiorczego państwa, dynamicznego, śmiałego programu. Nie filozofii „tu i teraz”, ale walki o wyjście z pozycji neokolonialnej. Bijmy się, walczmy o niepodległość ekonomiczną, taką jaką ma 15 pierwszych krajów UE, i kategorycznie nie rezygnujmy z aktualnej samodzielności politycznej. Skończmy z priorytetem peryferyjnej problematyki konfliktów wewnątrzpartyjnych.
Kto walczy, ten wygrywa?
– Przeżyłem sowiecki obóz, 86 proc. przebywających tam zginęło. Też byłem załamany. Byłem niemal całkowicie sparaliżowany, ruszałem głową i rękoma. Koledzy wieszali się na siedząco. Za jedną porcję zupy można było kupić sznur. Zdecydowałem się.
To było w nocy i uświadomiłem sobie wówczas, że jest 1 sierpnia. Wróciła złość bojowa, wspomnienie walki, powiedziałem: o nie, ja wam jeszcze pokażę. Miałem szczęście. Był tam jeden górnik, który bardzo mnie lubił, pełnił funkcję felczera. Powiedział do mnie: masz spodnie, marynarkę, płaszcz, buty. To już coś. Zdobędziemy dla ciebie czosnek, może także skondensowane mleko. Udało się.
Co dzień jadłem ten czosnek. Zacząłem także ćwiczyć. Doszedłem do siebie. Ci przeżyli, którzy walczyli. Masę rzeczy można jeszcze w Polsce odwrócić, zrobić, ale pod jednym warunkiem – że układ rządzący będzie nastawiony na perspektywę rozwoju. Wszystko można jeszcze zrobić.
Dziękuję za rozmowę.
Beata Falkowska
Nasz Dziennik

środa, 6 listopada 2013

W życiu Marcina Boczka było już wszystko; próby samobójcze, narkotyki, alkoholizm, przygodny seks, bezdomność, zboczenia seksualne, ciężki wypadek. Właściwie nie powinien już żyć. Ale żyje - i co dziwne - ma się nad wyraz dobrze. Najbardziej jednak przerażające jego doświadczenia wiążą się z okultyzmem i demonami: "rzucało mną po ścianach!". Jeśli masz słabe nerwy - nie oglądaj.
Film ten jest pełną wersją wraz z przerażającymi szczegółami i zaskakującym finałem ( skrót - pod linkiem:http://www.youtube.com/watch?v=bXNstk... )
Obecnie Marcin Boczek jeździ po Polsce (i za granicę) zaświadczając o cudzie swojego uwolnienia, uzdrowienia i nawrócenia wszędzie tam gdzie zostanie zaproszony. Gdybyś i Ty chciał go zaprosić na spotkanie do kościoła, wspólnoty, grupy - skontaktuj się: mb.besaleel@gmail.com 

--
Umieść ten film na FB - jeśli uważasz że warto.
Redakcja ITT wyraża zgodę na zamieszczanie na innych witrynach naszych materiałów filmowych pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle pochodzenia materiału oraz aktywnego linku-banneru do witryny Internetowej Telewizji Tychy. - Jest to jakaś gratyfikacja za naszą pracę...
(Dla witryn o charakterze komercyjnym - obowiązują indywidualne ustalenia).
Sponsorzy i kościoły mogą korzystać z dowolnych naszych materiałów - bez żadnych warunków i zastrzeżeń. ZASUBSKRYBUJ nasz kanał - to Cię nic nie kosztuje, a będziesz miał bieżące powiadomienia i informacje.






piątek, 1 listopada 2013

Halloween- Samain, najświętsza noc okultystów.
PrisonPlanet.pl
Polska
2013-10-31
Kultura
Największym świętem w kalendarzu okultystów/druidów jest Samain zaczynający od 29 października do 31. Dzień ten był dla Celtów końcem roku i początkiem nowego. Samain to nazwa celtyckiego boga śmierci, przedstawianego jako rogate bóstwo. Tradycja tego święta sięga około roku 1000 p.n.e. i rozwinęła się wśród ludów Celtyckich, choć w podobnej formie była obecna na całym świecie (również w Polsce- patrz Dziady).


Przez dni poprzedzające święto Samain zbierano wiklinę i budowano z niej kolosa na kształt człowieka z klatkami wewnątrz. Nazywało się to wiklinowy człowiek (ang. wicker man). Druidzi przygotowywali również lampy stworzone z wydrążonej rzepy i wypełniali je tłuszczem zbieranym z poprzednich ofiar ludzkich (stąd dziś lampy drążone w dyniach). Rozpalano wielkie stosy i stawiano na nich olbrzymie kotły wypełniając je m.in. jabłkami, wodą, miodem.

Następnie druidzi udawali się do mieszkańców, domów, zamków etc dobijając się do drzwi, pytając“trick or treat?” (Po polsku należy to przetłumaczyć jako “sztuczka magiczna lub dar”, obecnie przemieniło się to w zwyczaj zbierania cukierków w krajach anglosaskich wypaczając pierwotne znaczenie na “cukierek albo psikus”). Jeśli osoba współpracowała z druidami oddawała kogoś ze służby albo członka własnej rodziny jako “dar”, ofiarę składaną tej nocy. Jako nagrodę za oddanie“daru” druidzi zapalali i pozostawiali wcześniej przygotowane rzepowe lampy wypełnione ludzkim tłuszczem przed domem, które miały chronić domowników przed demonami wywoływanymi tej nocy. Jeśli natomiast ludzie nie współpracowali z druidami, nie oddawali człowieka na ofiarę, kapłani malowali krwią na drzwiach sześcioramienną gwiazdę w okręgu (heksagram). To miało otworzyć mieszkańców na demoniczne siły, które miały ich atakować podczas nocy Samain.

Po godzinach wędrówki druidzi wracali na miejsca ofiarne i ustawiali w rzędach sprowadzone “dary”. Do wcześniej przygotowanego, wrzącego kotła wrzucano świeże jabłka, dając ofiarom opcję wyciągnięcia zębami jabłka z wrzącego kotła. Jeśli osobie za pierwszym razem się to udało puszczano ją wolno, jeśli nie, to druidzi łapali taką ofiarę i obcinali jej głowę.

Następnie do wcześniej przygotowanego postumentu wiklinowego człowieka wsadzano podarowanych ludzi i ofiary z jedzenia. Ostatecznie podpalano całość paląc ludzi żywcem.


Wiadomości o ceremoniach druidów zawarte są w źródłach Posejdoniosowych oraz w tekstach Pliniusza. Cezar opisał wiklinowe figury ogromnych rozmiarów (immani magnitudine simulacra),które wypełniano żywymi ludźmi i podpalano.

Inne makabryczne rytuały obejmowały to o czym pisał Strabon, o "ofiarach i wróżbach, które sprzeciwiają się naszym zwyczajom", od kiedy Rzymianie ich zabronili. Dalej opisuje jak ofiara ludzka zostaje pchnięta nożem w plecy, a z jej śmiertelnych drgawek odczytuje się znaki. Diodor relacjonuje nieco inną wersję tego samego rytuału. Innymi formami składania ofiar z ludzi opisanymi w szczegółach przez Strabona były: strzelanie do ofiary z łuków, wbijanie na pal oraz ofiara całopalna składana zarówno z ludzi jak i zwierząt wewnątrz plecionki z łoziny w kształcie ogromnej postaci(kolosson).

Po rytuale spalenia wiklinowego człowieka rozpalano ogniska gdzie następnie przywoływano demony. Druidzi przebierali się w makabryczne kostiumy mające wystraszyć i utrzymać pod kontrolą wywoływane demony (stąd przebieranie się na Halloween). Demony wywoływane tej nocy mogły obejmować celtycką boginię natury. Podczas Samain partnerką bóstwa Dagda (dobry bóg) była bogini natury- Morrigan. Występuje ona w tekstach iryjskich jako Królowa Demonów, do której odnoszono też inne budzące grozę epitety, jak Neman, Panika, Badb Catha, Kruk czy Pola Bitwy; w innych kontekstach pojawiają się takie imiona, jak Macha i Medb (Maeve), z którymi łączy się symbolika i cały szereg atrybutów związanych z koniem, a dokładniej z klaczą.

Tym samym jak wyraźnie widzimy Halloween nie jest po prostu zwykłym, śmiesznym, atrakcyjnym, komercyjnym świętem z krajów anglosaskich ale powrotem do kultu celtyckiego, rogatego boga śmierci Samaina. Rytuały odprawiane trzy tysiące lat temu zostały skrupulatnie odtworzone w obecnych realiach.

Sklep Halloween w USA:


Palenie wiklinowego człowieka:


"Zabawy" z wyławianiem jabłek:


Pytanie pozostaje dlaczego tego typu pogańskie święta są promowane na całym świecie? Odpowiedź na to pytanie jest dość prosta i nie ma nic wspólnego z komercjalizacją czy amerykanizacją życia. Wystarczy przyjrzeć się elitom świata zachodniego, których nadrzędny kult masoneryjny zorganizowany został na modłę systemu druidycznego razem z jego rytuałami i kalendarzem świąt. Dobitnie udowodnił to zagadnienie Alex Jones wkradając się do Bohemian Groove gdzie elity świata spotykają się by wziąć udział w corocznych rytuałach.

Oto jak elity tego świata spotykają się raz do roku by odbyć druidyczne rytuały w Bohemian Groove:


OGLĄDAJ DALEJ>>>



Tym samym niewinne święto Halloween, które również trafiło do polski ma kompletnie inny kontekst, o którym media głównego nurtu zawsze zapominają wspomnieć. Nie wspomina się o tym aby nie spłoszyć mas ludzi, które zapędza się w kierunku rewitalizacji pogaństwa i budowaniu nowej zielonej religii. Tutaj chodzi o powolną infiltrację kulturalną i konwersję zachodniego świata. Zanim więc, ktoś kupi dynię i wystawi ją przed domem, pośle swoje dziecko na zabawę halloween lub samemu weźmie w niej udział powinien się dwa razy zastanowić w czym bierze udział.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Halloween – neopoganizm czy niewinna zabawa?




Halloween – 


Halloween – neopoganizm czy niewinna zabawa?
Piotr Malecki / FORUM
W ostatnich latach głosy przeciwników Halloween stały się coraz głośniejsze i nawet niektórzy hierarchowie Kościoła ostrzegają otwarcie przed tym "świętem". Choć podają szereg ważnych argumentów udowadniających, dlaczego katolik nie powinien angażować się w takie zabawy, znaczna część dzieci i ich rodziców nadal uważa, że uczestnictwo katolika w Halloween jest całkowicie bezpieczne. Czy to prawda?

By zrozumieć, dlaczego obchody Halloween są zagrożeniem duchowym, należy przypomnieć korzenie tego święta. Wywodzi się ono ze środowiska emigrantów z Irlandii mieszkających na terenie USA. Wśród nich pojawił się pomysł, aby wskrzesić niektóre pradawne zwyczaje kultywowane przez ich przodków, plemiona staroceltyckie.

Szczególne miejsce w kalendarzu należało do Samhain. To święto obchodzono w noc rozdzielającą październik od listopada. Celtyccy kapłani – druidzi nauczali, że tej nocy demony, duchy ciemności i bóg śmierci biorą w posiadanie Ziemię. Aby zyskać ich przychylność, należy oddać im cześć i złożyć ofiary. Zobowiązani do tego byli wszyscy mieszkańcy kraju, którym zależało na uniknięciu gniewu i zemsty groźnych duchów. Aby złożyć im cześć, należało przed domem wystawić wydrążoną, podświetloną dynię lub czaszkę. Demony rozpoznawały w ten sposób, że mieszkańcy tego domu uznają ich władzę. Ludzie malowali twarze, przebierali się w skóry zwierząt, nosili na głowach zwierzęce czaszki, pragnąc upodobnić się do groźnych, duchowych istot. Druidzi, którzy potrafili komunikować się z duchami i oznajmiali ich wolę, w imieniu demonów żądali ofiar ze zwierząt i ludzi. Palono zatem wielkie ogniska, w których ginęli ludzie a wśród nich dzieci.

Żyjący wiele wieków później potomkowie Celtów, pragnąc wskrzeszać swoje dawne tradycje, przekonywali, że to krwawe święto ku czci celtyckiego boga śmierci nie musi kojarzyć się z krwawymi obrzędami i może być radosną zabawą, związaną z niewinnymi przebierankami i rozdawaniem cukierków. Święto, początkowo  obchodzone w wąskim gronie irlandzkich emigrantów, za sprawą przemysłu rozrywkowego produkującego halloweenowe gadżety, stało się ważnym elementem współczesnej kultury masowej, generującym niemałe przychody wielu firmom na świecie. Czy przeciwnicy Halloween rzeczywiście mają powody, aby odwodzić katolików od tych praktyk?

W środowiskach chrześcijan zwraca się uwagę przede wszystkim na argument, że Halloween jest najważniejszym świętem dla współczesnych czcicieli szatana. W istocie, jest to noc, kiedy członkowie satanistycznych sekt przeprowadzają najważniejsze obrzędy i rytuały ku czci demonów. Jak informują twórcy słynnego filmu dokumentalnego „Halloween – święto duchów”, policyjne statystyki oraz nagłówki wielu amerykańskich gazet co roku obwieszczają makabryczną prawdę o Halloween, że w tym czasie ginie bez śladu wielu ludzi, zwłaszcza dzieci. Los większości z nich pozostaje nieznany. Podejrzewa się, że stają się ofiarami satanistycznych rytuałów. Występujący w filmie były satanista Glenn Hobbs, przestrzega, że nie ma bezpiecznego Halloween, że jest to święto, na którego promocji i upowszechnianiu wśród dzieci szczególnie zależy wyznawcom szatana. „Moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczące Halloweenu są bardzo mroczne. Wcale mnie to nie cieszyło – wspomina. -  Widuję w sklepach te przebrania. Widzę, jak matka zakłada córce czapkę czarownicy, a chłopak cieszy się na myśl założenia diabelskiej maski. Widzę słodycze, wydrążone dynie, ludzi dekorujących domy szkieletami i innymi symbolami śmierci. To wszystko przywołuje straszne wspomnienia z przeszłości (Glenn był świadkiem porywania, gwałcenia i zabijania dzieci podczas rytuałów satanistycznych odbywających się w Halloween - przyp. autor.), wspomnienia o śmierci, o dzieciach tak strasznie deprawowanych, pozbawionych dzieciństwa, osobowości. Wszystko to w imię szatana. Kiedy następnym razem pójdziecie do sklepu z przebraniami, pomyślcie o tym, że w tym dniu zabija się dzieci, a robią to ludzie, którzy posunęli się o krok dalej, ci, którzy nie traktują Halloween jako okazji do zabawy, lecz uważają to za datę ceremonii religijnych, podczas których odbierają życie niewinnym ofiarom. Nie potrafię w tym dniu powiedzieć: „Bawcie się dobrze”, nawet jeśli nie macie związku z satanizmem i traktujecie te obchody jako rozrywkę, bo sataniści traktują nas jako zasłonę dymną. Czuję się chory, kiedy (wyznawcy) Kościoła Chrystusa kultywują te straszne, demoniczne obrzędy. Świadomy chrześcijanin powinien im być przeciwny, stawiać im czoła. (…) Powinniśmy modlić się za te dzieci, aby Bóg uchronił je od utraty życia”. 

Podobnego zdania jest była satanistka, Deborah Lipsky. Potwierdza, że Halloween jest wielkim świętem czcicieli szatana, którzy dają wówczas upust drwinom z Kościoła i jego świętych. W tym dniu wzywają demony i potępieńców. Jednocześnie targają nimi ogromne namiętności. Lipsky dodaje, że nawet niewinny strój dzieci przebierających się za aniołki, chodzące od domu do domu i zbierające słodycze, naraża je na poważne działanie demoniczne.  

Wiele osób uczestniczących w zabawach halloweenowych tłumaczy się, że nie mają z satanistami nic wspólnego, że nie oddają czci szatanowi, że to tylko zabawa. Niestety, przez sam fakt obchodzenia Halloween włączają się w obrzędy ku czci szatana, jedynie czynią to w inny, bezkrwawy sposób. Zwolenników argumentacji: „to dla mnie tylko zabawa” wypadałoby zapytać, czy wiedzą, że bawią się w obrzędy, które powstały dla oddawania demonom czci? Czy zatem taka „zabawa” podoba się Bogu? Czy Bóg akceptuje to, że osoba podzielająca wiarę w Niego włącza się w obrzędy, które swoimi korzeniami sięgają najczarniejszych pogańskich praktyk demonicznych? Dla chrześcijanina świadomość, że w czasie Halloween prawdziwi czciciele szatana oddają mu cześć, powinna być wystarczającym argumentem, aby odcinać się od wszystkiego, co ma związek z tym świętem, zgodnie z zasadą „Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1Tes 5). Uczestniczenie w zabawie halloweenowej, w jakiejkolwiek formie, jest grzechem przeciwko pierwszemu przykazaniu, bałwochwalstwem. Nie można przemilczeć faktu, że dla wielu czcicieli demonów radosne uczestnictwo w dzieciństwie w obchodach halloweenowych było początkiem drogi odejścia od wiary w Jezusa Chrystusa oraz wejścia w późniejszym czasie w satanizm.

Kolejne niebezpieczeństwo Halloween związane jest z faktem, że obchody tego święta często nabierają formy inicjacji okultystyczno-magicznych. Na terenie wielu szkół i miejsc, gdzie organizuje się Halloween, zaprasza się „dla zabawy” prawdziwe wróżki i osoby profesjonalnie zajmujące się okultyzmem, które świadczą swoje usługi tym, którzy dobrowolnie nigdy nie skorzystaliby z ich usług. Niektóre ofiary takich spotkań przekonują, że następuje tutaj mechanizm uwiedzenia i uzależnienia: wróżka układając komuś uczestniczącemu w takiej „zabawie” horoskop czy karty tarota przekazuje pewne informacje, rozbudza ciekawość i przekonuje, że powinna za jakiś czas odwiedzić ją, aby „karty powiedziały więcej”. Pomijając aspekt ekonomiczny, następuje powolne uzależnienie duchowe takiej osoby od osoby przekazującej informacje „nie z tego świata”.

Księża egzorcyści przekonują, że w okresie po święcie Halloween lawinowo wzrasta ilość osób proszących o modlitwę uwolnienia. Jest to smutny owoc wielu niebezpiecznych okultystycznych zabaw. Szczególną popularnością cieszą się tzw. szkoły czarnej magii i wywoływanie duchów, uprawiane tej nocy. Niejednokrotnie odbywa się to przy udziale profesjonalnego medium. Dzieci, młodzież oraz mało zaangażowani religijnie dorośli nie są świadomi, że ze światem duchów nie ma żartów, że człowiek nie ma żadnej władzy nad duchami przodków, że na ich miejsce przychodzą upadłe duchy, które podszywają się pod „wywoływanego ducha”. Problemy zaczynają się, kiedy Halloween się kończy, wszyscy rozchodzą się do domów, a wywołany duch zaczyna dręczyć uczestników takich seansów. Wielu z nich doświadcza poważnych udręczeń i opresji, co nierzadko kończy się poważnymi zaburzeniami emocjonalno-psychicznymi i duchowymi.

W czasie Halloween wystawy wielu sklepów zamieniają się w jarmarki rodem z horrorów: pojawiają się maski upiorów, wampirów, zombie, przedmioty i amulety magiczne, kościotrupy i inne makabryczne zabawki. Tego rodzaju gadżety nie są dla nas estetycznie i duchowo obojętne: niszczą naszą wrażliwość, oswajają przestrzeń dla tego, co brzydkie i upiorne. Częścią naszego świata, naszej kultury staje się promocja brzydoty i kultury śmierci. W chrześcijaństwie postaci upiorów są jednoznacznie związane ze światem upadłych duchów, istot odrzucających Boga i Jego miłość. Ponownie trzeba by zadać pytanie: czy promowanie postaci sprzeciwiających się Bogu, przebieranie się i upodabnianie się do nich może podobać się Bogu? Czy służy to budowaniu naszej przyjaźni z Jezusem? Jeśli Chrystus cierpiał i umarł na krzyżu właśnie po to, by zwyciężyć śmierć i szatana, to czy chrześcijanin powinien mniej lub bardziej świadomie promować to, co upiorne i demoniczne? Wszelkie próby usprawiedliwiania obrzędów Halloween to albo przejaw skrajnej religijnej ignorancji, albo próba zakamuflowanego wprowadzania neopoganizmu na miejsce chrześcijańskich wierzeń i tradycji.

Postawione na wstępie artykułu pytanie musi także obejmować przestrzeń naszej kultury. W Kościele katolickim 1. listopada to czas, kiedy czcimy dusze świętych i zbawionych. Czy Bogu podoba się, że uczestnicy halloweenowych zabaw w noc poprzedzającą to święto oddają (nieświadomie lub świadomie) cześć potępionym duchom, a następnego dnia duszom zbawionych i świętych? Pismo Święte surowo przestrzega: „Nie możecie pić z kielicha Pana i z kielicha demonów, nie możecie zasiadać przy stole Pana i przy stole demonów” (1Kor 10,21).

W tradycji polskiej, od wielu stuleci, pierwsze dni listopada to czas wyciszenia, refleksji nad przemijaniem, śmiercią, czas modlitewnej pamięci o zmarłych przodkach i duszach cierpiących w czyśćcu. Obchody Halloween w poważny sposób naruszają ten porządek i stoją w sprzeczności z polską tradycją. Młode pokolenie wzrasta w nowej tradycji, odrzucającej skupienie i ciszę na rzecz krzykliwych, makabrycznych zabaw w upiory, w złorzeczenie i straszenie. Instytucje i placówki oświatowe, włączając się w promocję Halloween, dokonują swoistego gwałtu na polskiej tradycji i na dzieciach. Zamiast uczyć ich szacunku do najbardziej szlachetnych rodzimych zwyczajów, w imię idei kosmopolitycznych bezrefleksyjnie zaszczepiają w dzieciach i młodzieży kult nowych tradycji, stojących w opozycji do naszej kultury. Zadaniem utrzymywanych z pieniędzy podatników instytucji oświatowych jest wychowywanie dzieci w duchu szacunku dla polskiej tradycji. 

Katoliccy rodzice powinni stosować dozwolone formy nacisku na dyrektorów szkół i przedszkoli, aby kierowane przez nich placówki zdecydowanie odcięły się od promocji święta Halloween jako szkodliwego nie tylko dla naszej kultury, ale także dla prawidłowego rozwoju dzieci. Promowana przez Halloween estetyka ciemności, strachu i śmierci, głęboko uderza we wrażliwość dzieci, niszczy ich psychikę, zaburza pokój i poczucie bezpieczeństwa. Symbolika związana z postaciami jednoznacznie kojarzącymi się negatywnie  (śmierć, wampiry, czarownice) rodzą w dzieciach strach i niepokój. Nie jest właściwe, aby szkoła była przestrzenią promocji makabrycznych zabaw, które rodzą lęki, z którymi dziecko nie potrafi później sobie poradzić. Ponadto, zabawy halloweenowe traktują świat zmarłych i śmierć jako przedmiot żartów i zabaw, gdy tej przestrzeni należy się szczególny szacunek.

W ubiegłym roku w Wolsztynie, na kilka tygodni przed Halloween, grupa rodziców wysłała do dyrektorów okolicznych szkół i przedszkoli listy sprzeciwiające się organizowaniu jakichkolwiek zabaw halloweenowych na terenie zarządzanych przez nich placówek. Rodzice podali szereg argumentów powołujących się na szacunek dla naszej tradycji oraz troskę o prawidłowy rozwój dziecka. Pod każdym listem udało się pozyskać ponad sto podpisów rodziców dzieci uczęszczających do szkoły. Jeden z nich podsumował akcję jako udaną: „W żadnej ze szkół nie odbyła się zapowiadana impreza. Pewien dyrektor był mi nawet wdzięczny za te listy z podpisami. Mógł z czystym sumieniem zabronić nauczycielom i uczniom organizowania Halloween powołując się na list i zawarte w nim żądania. Gdyby tego listu nie było, miałby problem jak przekonać zwolenników tej imprezy”.

Rodzice i wychowawcy, szukając alternatywy dla Halloween, angażują się nie tylko w sprzeciwy obywatelskie kierowane do dyrektorów placówek wychowawczych, ale także szukają zdrowej alternatywy dla swoich dzieci. Od kilku lat promuje się tzw. pochody świętych, w czasie których dzieci przebierają się za postaci słynnych świętych i błogosławionych. W tym roku w kilku miastach organizowane są pochody z relikwiami świętych, w których także uczestniczą dzieci. Pojawiają się inne pomysły, np. teatrzyki przypominające żywoty świętych.

Choć ciekawych propozycji jest coraz więcej, rozważny rodzic nie uniknie konieczności rozmowy ze swoim dzieckiem na temat szkodliwości tego święta. Zakaz uczestnictwa w Halloween musi iść w parze ze spokojnym podaniem argumentów, dlaczego Bogu nie podoba się to święto. Monika J. ze Starogardu Gdańskiego pisze na swoim profilu: „Powiedziałam "NIE" dla uczestnictwa w przedszkolnym balu halloweenowym mojej 5-latki... Zdumiewające jest to, z jaką pokorą Ania to przyjęła... To do mojego dziecka naprawdę niepodobne. U syna w szkole też nie organizują wróżb w Andrzejki czy balu w Halloween, ale tam religii uczy naprawdę super babka i wiem, że gdyby nawet coś takiego przyszło komuś do głowy, to ona od razu narobiłaby rabanu i organizowanie tego typu "atrakcji" zostałyby odrzucone w przedbiegach  A w przedszkolu? No cóż, na każdym kroku widać jakie "święto" się zbliża. Przygotowałam wykład dla córki, sporo argumentów "przeciw" i myślałam, że trudno będzie mi ją przekonać, bo ona na zabawy zawsze chętna. Wystarczyło tylko powiedzieć dlaczego to jest złe i dziecko od razu zmieniło zdanie. Córka mówi, że nie chce iść na ten bal, ale z drugiej strony, dziś gdy ją odbierałam, jakby z żalem powiedziała, że tylko ona nie pójdzie i wszystkie dzieci przyjdą przebrane i przyniosą dynie. Postanowiłam, że tego dnia w ogóle nie pójdzie do przedszkola, a 1 listopada my urządzimy sobie małe święto, bo przecież mamy Św. Monikę, Annę, Piotra i Szymona, więc to święto naszych patronów i tym samym trochę jakby nasze (choć święci oczywiście nie jesteśmyJ)”.

Barbara Z. z Warszawy informuje: „Moje dziecko nie dość, że nie chce chodzić na Halloween, to także nie daje cukierków dzieciom, które wtedy pukają do drzwi. Wie, że dawanie cukierków zachęca te dzieci do chodzenia po domach. Mówi im, że zasmucają Jezusa. Że Halloween wymyślili ludzie, którzy nie kochali Jezusa. Zamiast cukierków daje dzieciom obrazki z wizerunkami świętych”.  

Kasia C. z Bydgoszczy dzieli się swoimi doświadczeniami: „Moje dziecko oświadczyło w wieku 5 lat, że Halloween'u nie akceptuje. Pani od angielskiego skomentowała oczywiście, ale mojej 5-latki to nie ruszyło, choć ją to kosztowało. W roku następnym córka oświadczyła w szkole, że nie wróży. Moje dziecko jest łasuchem – takim naprawdę – po lekcjach powiedziała mi: "Mamusiu, wiesz że Pan Bóg dał mi dziś taką siłę, że nawet tych 'ich' słodyczy nie chciałam i nie zjadłam". Ale od nas zjadła za to pyszności. Nauczycielom wyraźnie mówimy, że nie akceptujemy Halloween i wróżb, bo jesteśmy wyznania rzymsko-katolickiego i prosimy o uszanowanie tego. A jeszcze prosimy, aby panie zrobiły to tak, żeby nasze dziecko nie odczuło tego w żaden nieprzyjemny sposób. Jak dotychczas większość nauczycieli uszanowało to. Może są tego samego wyznania:)))?”

Ks. Sławomir Kostrzewa

żródło