sobota, 11 sierpnia 2012



M.Borawski/Nasz Dziennik
Bratnia pomoc masonerii
Piątek, 10 sierpnia 2012 (06:22)


Ostatnio jesteśmy świadkami prób reklamowania masonerii w Polsce jako siły kulturotwórczej pod hasłem "Zasługi masonerii dla kultury polskiej". Tej myśli ma być poświęcona wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie w 2013 roku.

Pojawiają się kolejne pozycje książkowe o historii masonerii oraz edycje źródłowe zawierające ujawnione dokumenty masońskie. Niektóre z tych publikacji ukazały się dzięki dotacji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jak np. edycja XVIII-wiecznych konstytucji brytyjskiej masonerii.

Wskazywanie na udział masonerii w toczącej się obecnie w świecie zachodnim kolejnej odsłonie "wojny o kulturę" jest dla tych, którzy tak twierdzą, pewną niemal przepustką do grona "oszołomów", "ludzi opętanych spiskową teorią", "chorobliwych nienawistników". Tako rzecze powszechnie panująca opinia w stadzie niezależnych umysłów nadających ton w mediach tzw. głównego nurtu.

Ale przecież dla każdego, kto śledzi historię Europy Zachodniej w ciągu ostatnich dwustu lat (od rewolucji francuskiej), wspomniany wyżej wpływ wolnomularstwa jest łatwy do wskazania. Pozostając przy "wojnach o kulturę" w ich XIX-wiecznej odsłonie, w takich krajach jak Francja, Włochy czy Portugalia udział masonerii jako czynnika inspirującego i do pewnego stopnia kierującego antykatolicką polityką kolejnych liberalnych ekip rządowych był niewątpliwy.

Sami wolnomularze nawet się z tym specjalnie nie kryli. I nie kryją. Gdy w 2005 roku cała "postępowa Francja" świętowała stulecie uchwalenia ustawy o rozdziale Kościoła od państwa, na stronie internetowej Grand Orient de France (Wielki Wschód Francji) - największej loży wolnomularskiej w tym kraju, ukazały się teksty wprost opisujące wspomnianą ustawę jako rezultat "dobroczynnego" wpływu Wielkiego Wschodu na francuską politykę przełomu XIX i XX wieku.


Francja i Wielka Brytania: ujawnić masonów

Ale przecież wpływ ten nie ograniczył się bynajmniej do tej epoki. W styczniu 2011 roku francuski liberalny tygodnik "Le Point" opublikował artykuł pod znamiennym tytułem "Masoni. Niewidzialna ręka", w którym alarmował, że lobby masonów ma decydujący wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji w polityce, wymiarze sprawiedliwości oraz biznesie prowadzonym nad Sekwaną.

W tym samym tekście znalazły się ponadto informacje o nasyceniu masonami szeregów francuskiej elity władzy. Periodyk wymienił nazwiska kilku ważnych ministrów w ówczesnym francuskim rządzie i postacie znajdujące się w najbliższym otoczeniu byłego prezydenta Nicolasa Sarkozy´ego.

"Le Point" - należący przecież do tzw. mainstreamowych mediów - przypomniał swoim czytelnikom, że tak liczna obecność członków tajnego stowarzyszenia (jakim jest masoneria) na szczytach władzy zagraża sprawnemu funkcjonowaniu państwa.

W tym kontekście autorzy wspomnianego artykułu zwrócili uwagę na głośną we Francji w 2008 roku sprawę skandalicznego wyroku sądu, który przyznał Bernardowi Tapie, biznesmenowi znanemu ze swoich - mówiąc eufemistycznie - niezbyt jasnych interesów (np. jako prezes piłkarskiego klubu Olympique Marsylia był skazany za "kupowanie" meczów), bardzo wysokie odszkodowanie z kasy państwowej. Tygodnik wprost stwierdził, że wyrok ten można łatwo wyjaśnić faktem, że zarówno Tapie, jak i sędziowie ze składu orzekającego byli masonami.

Obawy co do destrukcyjnego wpływu masonerii na życie publiczne nie ograniczają się bynajmniej do Francji. W 1997 roku raport brytyjskiego Home Office (ministerstwa spraw wewnętrznych) - a więc już w okresie, gdy rządziła lewicowa Labour Party Tony´ego Blaire´a - zalecił, by wszyscy sędziowie i policjanci obowiązkowo składali deklaracje o swojej przynależności (lub nie) do masonerii.

W 1998 roku laburzystowski minister spraw wewnętrznych Jack Straw wydał stosowne rozporządzenie, zobowiązujące, by nowo przyjmowani do służby w policji i wymiarze sprawiedliwości składali obowiązkowe deklaracje, natomiast zatrudnieni na tych stanowiskach przed wejściem w życie rozporządzenia - dobrowolne.

Jak po paru latach doniosła brytyjska prasa, to rozporządzenie szefa Home Office zostało faktycznie zbojkotowane przez wymienione grupy zawodowe.

Jak widać, masoneria nie jest bynajmniej obsesją ludzi patrzących na świat przez pryzmat teorii spiskowych, nie stanowi przedmiotu dociekań "starszych, mniej wykształconych, z małych miast", ale traktowana jest jako poważny problem natury państwowej w najważniejszych krajach Unii Europejskiej. Nieprzejrzystość struktur masonerii utajniającej swój skład osobowy i sposób działania stanowi realne niebezpieczeństwo dla sprawnego funkcjonowania tak ważnych gałęzi aparatu państwowego jak policja czy wymiar sprawiedliwości.

Powstaje bowiem zasadnicze pytanie (i wątpliwość) - wobec kogo jest tak naprawdę lojalny wysoko postawiony urzędnik (sędzia): wobec prawa państwowego czy wobec rodzimej loży. Skandal, który wybuchł we Włoszech w latach 80. ubiegłego wieku na tle funkcjonowania tzw. loży P2 (korupcja), był potwierdzeniem tego typu podejrzeń. Dodajmy, że taki, można powiedzieć, propaństwowy wzgląd kierował władzami II Rzeczypospolitej, które w 1938 roku na mocy dekretu prezydenta RP zakazały funkcjonowania na obszarze Polski wolnomularstwa.


Rzecz najważniejsza: "właściwy" wizerunek

Czy obserwowane działania promujące masonerię są rezultatem zorganizowanego, zakulisowego działania lóż działających w Polsce? Nie wiem. Wolnomularstwo jest stowarzyszeniem tajnym, strzegącym swoich tajemnic, a ujawniającym tylko tyle, ile chce i kiedy chce. Dysponujemy jedynie śladami, odpryskami prawdziwych intencji i planów. Na przykład w postaci prasowych wywiadów.

Warto sięgnąć choćby do rozmowy, którą ponad dwadzieścia lat temu z przedstawicielem Wielkiego Wschodu Francji przeprowadził tygodnik "Wprost" ("Bracia w fartuszkach" - wywiad z Didierem Śniadachem z Wielkiego Wschodu Francji, "Wprost", 20 stycznia 1991, nr 3). Wywiad ciekawy z dwóch powodów. Po pierwsze, widoczna jest w nim, w sposób modelowy, taktyka oswajania polskiego czytelnika z wolnomularstwem. Jak mówił bowiem przedstawiciel Grand Orientu: "My, wolnomularze, nie chcemy rewolucji, dążymy jedynie do polepszania człowieka poprzez jego wszechstronny rozwój. (...) Najważniejsza dla nas jest indywidualna praca jednostki nad własnym rozwojem".

A więc masoneria jako kółko samokształceniowe, chociaż z ambicjami misyjnymi. Francuski wolnomularz podkreślał bowiem, że "najistotniejsze jest przecież, żeby nasze [masońskie] idee przenikały za pośrednictwem wolnomularzy do różnych środowisk". Ale spokojnie. Nie grozi to żadnymi wstrząsami, zwłaszcza dla Kościoła. Aby to udowodnić, przedstawiciel francuskiej masonerii "kreatywnie" podszedł do prawdy historycznej, zauważając, że "wolnomularze w czasie rewolucji francuskiej ochraniali księży i pomagali im, bo naszą ideą jest braterstwo" (sic!!!).


Propozycja nie do odrzucenia?

Czytelnik niezorientowany w "zasługach" masonerii na rzecz odgórnie narzucanej od czasów rewolucji francuskiej polityki laicyzacyjnej byłby skłonny widzieć w lożach niewinne stowarzyszenia osób, które do wszystkich odnoszą się z miłością, szacunkiem i respektem. Takiego efektu oczekiwano. Przecież wspomniany wywiad ukazał się w 1991 roku, gdy apogeum osiągała walka środowisk liberalno-lewicowych o państwo "neutralne światopoglądowo", a "Wprost" wraz z "Gazetą Wyborczą", "Trybuną" i "Nie" był w awangardzie walki z czyhającym wszędzie "państwem wyznaniowym".

Czytelnik z tych tekstów oczywiście nie dowiedział się o papieskich orzeczeniach w sprawie masonerii, potępiających sposób działania oraz ideologię masońską. A nawet jeśli o nich wiedział, brał to za kolejny dowód "katolickiego obskurantyzmu". Mógł jednak czerpać pociechę z faktu, że do walki z tym ostatnim nadciąga pomoc - fachowa, z niemal dwustuletnim doświadczeniem na polu walki o postęp, tolerancję i braterstwo.

W cytowanym wywiadzie znalazły się bowiem znaczące zapowiedzi, nie tylko pomocy Polakom w organizowaniu nad Wisłą lóż masońskich. Przedstawiciel Wielkiego Wschodu zapowiadał również, że "chcemy pomóc Polakom dostać się do Wspólnego Rynku".

Jaka była skala tej pomocy, jakich sfer polskiego życia publicznego dotknęła szczególnie mocno - tego nie wiemy. Jednak z masońską deklaracją "pomocy" Polsce u progu tzw. transformacji po 1989 r. jest podobnie jak z deklaracją Breżniewa złożoną po powstaniu "Solidarności" w sierpniu 1980 roku o tym, że "nie pozostawimy socjalistycznej Polski samej w potrzebie i pomożemy naszym polskim towarzyszom". Lepiej z niej nie korzystać.

Autor jest kierownikiem Pracowni Historii Niemiec i Stosunków Polsko-Niemieckich Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, opublikował m.in. ksiażki : „Czerwone karty Kościoła”, „Pierwszy holocaust XX wieku”, „Kielnią i cyrklem. Laicyzacja Francji w latach 1870-1914”.



Prof. Grzegorz Kucharczyk

środa, 8 sierpnia 2012


Sercem kapelana: W wieczór świętej Anny przeglądając żydowską gazetę…

Czy podróże kształcą – nie wiem, pewien jestem natomiast, że pozwalają się dokształcić. „Może nie zostanę skierowany na ambitne stypendium, pewnie nigdy nie będzie mnie stać na zagraniczne studia, ale z księgarni, z biblioteki, z antykwariatu nikt mnie nie wyrzuci, nikt psami nie poszczuje” – zawsze sobie powtarzam. Choć może czasem by ktoś chciał to uczynić, obserwując księdza, garnącego ku sobie łapczywie zadrukowany papier, jeśli tylko wyczuje opłaty niewygórowane lub żadne.
Zgodnie z ową słabością charakteru przywarło mi do dłoni i myśli – na tygodnie – pochwycone na lotnisku w Birmingham czasopismo o intrygującej okładce. Porzucone na regale z toną zebranych dotąd książek, przypomniało się znowu dzisiaj. Fotografia mężczyzny w charakterystycznej kipie-jarmułce wykonana od tyłu, tak, aby pokazać, iż uszyta została ona z brytyjskiej flagi. „Jubileusz Królowej – pomyślałem – wszyscy teraz i wszystko spowija się tu w państwowe barwy, one mają nadawać wszystkiemu splendor… Ale – aż tak?…”
Na koniec maja (28) roku bieżącego datowane wydanie tygodnika „New Statesman” związanego z, hm, hm, Partią Pracy otrzymało na tle pleców wspomnianego mężczyzny pytający tytuł „Kto wypowiada się w imieniu Żydów brytyjskich?”. Na jej odwrotnej stronie już reklama turystyczna państwa Izrael: „Opowieść krainy mlekiem i miodem płynącej”. Spis treści i kolejna brytyjska flaga – pieczołowicie ułożona z reklamowanych tak batonów.
Artykuł wprowadzający – „Lojalność, tożsamość i przynależność” (s. 5) – wspomina obchodzoną przed sześciu laty trzysta pięćdziesiątą rocznicę osiedlenia Żydów w Wielkiej Brytanii i narzeka, iż „dyskusje o tożsamości brytyjskich Żydów są zbyt często wplątane w spory o Izrael”. „Ciekawe” – myślę. W „Korespondencji” (s. 6) – „List tygodnia” o prawach (w rzeczywistości raczej przywilejach) mniejszości bynajmniej nie narodowych czy religijnych… „A jednak wszędzie!”.
„Syjonizm i judaizm – poranek po” (s. 13) – artykuł młodego ortodoksyjnego rabina nazwiskiem Jacob Weisz, skądinąd oskarżonego przed trzema laty o rzekome napastowanie maluczkich w obrzędowej łaźni (ortodoksyjny!), malowniczo zestawia zgilotynowanie monarchii we Francji pod koniec XVIII wieku i „upadek” komunizmu w naszych czasach, by dodać do tego zmierzch „traumy syjonizmu”: „Żydowskie cierpienia przez wieki stworzyły takiego rodzaju szorstkość duchową, która się obróciła w narodziny syjonizmu z jego ślepotą na innych ludzi jak i przywiązaniem do ziemi” – tak, tak! „Czego bym najpierw oczekiwał, to tego, iż przygotujemy żydowskie serca na poranek po – przygotujemy je przez Prawo i sprawiedliwość, i otwartość na wszystkich, ponieważ to jest ta sprawiedliwość i miłość, które są darem Stwórcy i naszą potrzebą”. Dobrze, że się wtedy wybronił.
Dwie strony dalej plakat książki „Rola prawych muzułmanów ratujących Żydów z Holokaustu” z cyklu „Wiara ma znaczenie”. O Turkach.
„Mój ojciec pokazał mi patriotyzm uciekiniera” – tłumaczy Ed Miliband, brat byłego ministra spraw zagranicznych (s. 19), wspominając znanego z portretu dziadka, który „zmarł w Polsce na długo, zanim się urodziłem” i innego, który „umarł w obozie koncentracyjnym, zamordowany przez nazistów za to, że był Żydem”. Naziści tradycyjnie już pozbawieni byli narodowości i przynależności państwowej (Staatsangehörigkeit).
Za kolejne dwie strony widzimy i czytamy Alinę Treiger pierwszą kobietę-rabina w Niemczech. Promienna kobieta z misją: „Przejąć przywództwo”.
Dalej (s. 22) – wielka fotografia otwiera artykuł londyńskiego profesora Davida Cesarani’ego, twarzy znanej także u nas z telewizyjnych dokumentów o hitleryzmie, artykuł, który nadał tytuł (ten na plecach Izraelity) całej gazecie. Na zdjęciu ciemnoskóry młodzieniec – „uciekinier z Darfuru” – przypatruje się sympatycznej konwersacji dwu innych. Treścią – panorama żydowskiej różnorodności w Brytanii: epoki, środowiska, klany, spory i opinie.
„Ludzie skłonni są raczej oskarżać ofiarę niż napastnika” – przekonuje Bella Freund, wzięta żydowska aktywistka w obronie Palestyńczyków – „Tak. Izrael jest zbirem” (s. 28).
Ale oto właściwy chyba gwóźdź numeru (nie uwłaczając wspomnianemu profesorowi czy bratu ministra): „W sierpniu 1947 dwóch brytyjskich żołnierzy zostało zamordowanych w Mandacie Palestyny, co doprowadziło do najszerszych antysemickich rozruchów, jakie kiedykolwiek widziała Brytania. Dlaczego zostało to zapomniane? Stracony weekend”. Artykuł (s. 33 – 35) Daniela Trillinga (który zasłynął dwa lata temu w „The Guardian” tekstem „Oczekiwanie, że imigranci będą mówić po angielsku jest hipokryzją” – 10. 06. 2010) rozpoczyna się kolejną wielką fotografią – zdjęciem ludzi przy pomazanych swastykami nagrobkach: „Poruszający i zatruwający resentyment: neonaziści sprofanowali żydowski cmentarz w Prestwich, Lancashire, w sierpniu 1965”. Ależ tak – w 1965 roku znowu. Autor zamieszcza też faksimile strony „Daily Express” z 1. 08. 1947 r. z innym potężnym zdjęciem: „Powieszeni Brytyjczycy: zdjęcie które zszokowało świat”. Na pewno zszokowało Brytanię. Wyprowadziło zwykłych ludzi – zwłaszcza z Glasgow, Liverpoolu i Manchesteru – na ulice przeciw żydowskim współmieszkańcom i – w przenośnym ale istotnie prawdziwym sensie – przez dziesiątki lat ich tam trzymało. Trilling tłumaczy, że powojenne codziennych towarów „racjonowanie podtrzymało stereotyp Żydów jako ludzi czarnego rynku”, ale waży się pytać potężnie: „Rozruchy, dwa lata po Holokauście? Kto chce to rozgrzebywać?”. My zapytajmy głośniej: I to gdzie?!
„Wyznania przypadkowego komunisty” czyli Michaela Rosena (s. 42 – 45), szczycącego się: „Moi rodzice byli tym, co naziści nazywali żydokomuną” oraz wszystko inne – to po tych intelektualnych zakąskach (w tanim samolocie nic nie dawali) już chyba tylko gorzko-kwaśny deser. Dosyć.
Nie napisałbym ani jednej powyższej linijki, skoro nagli mnie całkiem inna, naukowa robota, gdyby mi w tych dniach, podczas przetrząsania stosów niezależnych druków (o nałogu!), ktoś nie podsuwał, nie próbował objaśniać, reklamować, apostołować bez mała, reprintu jakiejś przedwojennej knigi o generalnej zgubności wpływów żydowskich na ten biedny świat. Knigi, piszę świadomie, pamiętając nie tylko osławione antyżydowskie „Protokoły mędrców” przez carską ochranę w świat wypuszczone, ale i żydowskiego agenta caratu Jewno Azefa, brzydząc się i czarnymi sotniami i Trockim, trzymając – z Prymasem Tysiąclecia – wyraźny dystans i od moczaryzmu i od bermanowszczyzny. „Toż to wewnątrzbolszewicka awantura! Nie nasza to wojna! Ani Polaków, ani katolików!” – powtarzam uparcie. Szanuję wielce broniących Kościoła i polskości Dorę Kacnelson, Normana Finkelsteina i rabina Davida G. Dalina a z nimi kilku współczesnych, naszych, prawych żydowskich publicystów. Narażają się mocno. Uwzględniam poważne zagadnienie wyraźnego przed stuleciami nurtu chazarskiego, potężną klanowość środowiska, której szczególnie gorzkim wyrazem są mafijne struktury w strefach brudnego, niemoralnego zysku na obu kontynentach i wszelkie inne nieszczęścia i… powtarzam to uparcie. Trzeba zwalczać nieprawość, przestępstwo, zbrodnię – zwłaszcza państwową zbrodnię, ale nie narodowość. Narodowość zaprasza się do uczestnictwa.
Nie ma dziś najmniejszej wątpliwości, iż istotą prowokacji znanej jako „pogrom kielecki” 4 lipca 1946 roku było wepchnięcie Polaków-katolików do – na Łubiance precyzyjnie zaprojektowanej a na Kremlu zaordynowanej nam – trumny z etykietą światowego antysemity, przytrzymanie w niej skol’ko ugodno i obezwładnienie w ten sposób Polski niepodległej, której kośćcem jest katolicyzm, ale organizm ma harmonijnie syntetyczny (te parafialne fundacyjne talary w obrocie kahałów, te srebrne talerze z hebrajskimi błogosławieństwami na powitanie biskupa, te duszpasterstwa „u nawrócenia świętego Pawła” i dobrowolne(!) od stuleci chrzty dorosłych, a za nimi i czasem święcenia…). Uczący się nieustannie swych sztuczek Kreml nie porzuca wszakże starych receptur, skoro mają szansę dalej się sprawdzać: do znaków szczególnych maestrii tamtejszej pracowni należy manipulacja zagadnieniem narodowości. Hitler, niepogodzony ze własną, mieszaną, innymi gardził i militarnie bez sensu kazał gardzić. Lenin, jego najlepszy gruziński uczeń i kolejni, przechwytując sporo zasobów, doświadczeń i kadr swoich jakże łagodnych a przez się zgładzonych poprzedników – sami uznali się za chirurgów w dziedzinie narodowości i… na dziesiątki lat krew zalała wschodnie imperium oraz pół świata. Wyłuskiwanie mniejszości narodowych z całości społeczeństwa, używanie ich do kontrolowania nieokiełznanej dotąd większości kraju podbitego, z kolei budzenie „słusznej” przeciw nim niechęci i odwetu, bo się przecież w sposób nieuprawniony uprzywilejowały. „Żeby pamięci ludu tak nie bolały lata 1948 -1956, poczęstujmy ich rokiem 1968. Źle im? Skoro jeszcze nie plują na krzyż, niech plują na białą gwiazdę, na sześcioramienną, żeby tylko nie pluli na pięcioramienną, czerwoną, naszą!” Szatańską.
Podobnie jak manipulację religią, gdy w czas piekielnej rzezi Kościoła konstruuje się własną „Żywą Cerkiew”, która wszystko pokropi i pochwali (jak potem własny „Tygodnik”), a wdeptawszy kapłanów w ziemię, wyciąga się ich stamtąd, gdy nużno i nada, gdy wróg u bram, tak manipulację kryterium narodowości traktuję jako wizytówkę tamtej szkoły. Gdy się – jak niedawno na sali sądowej poetę – pogardliwie przepytuje, czy nie Niemiec, albo jak w dawnych już epokach geologicznych, w liceum, post-partyjna nauczycielka przesłuchiwała mnie publicznie, skąd się tu wziąłem, bo mówię przecież inaczej, bo mam kresowy akcent…
Czytam o składzie Legionów Piłsudskiego, o polskim przedwojennym korpusie oficerskim. Przekonuję się. Tak, obok przede wszystkimi Polaka tutaj rdzennego, tego „najprawdziwszego”, tego „z mlekiem matki” (czy jest ktoś taki po nawałnicach dziejów? – oby go jak najwięcej!) – i Niemiec, i Litwin, i Żyd, i Tatar, i Ormianin, i Rusin i Rosjanin-uciekinier – „będziem Polakami”. Już staliśmy się przez wieki. A przez pasterzowanie świętych kapłanów będziem w przewadze i katolikami i już nimi od wieków jesteśmy, wśród wszystkich ludzi „dobrej woli”. Fides de necessitate non esse debet – „Nie potrzeba, aby wiara była z przymusu” – powtarzam za księdzem Pawłem Włodkowicem z Akademii, triumfalnym mówcą soboru w Konstancji, pogromcą prusko-krzyżackiej pogardy wobec (jeszcze) nieochrzczonych bliźnich. „Będziem Polakami!” – cytowałem onegdaj podczas powierzonego mi kazania na 11 listopada w Oleśnie, jak mówiono to do siebie w 1918 roku w rodach pruskiej szlachty na środkowym, Polsce przypadłym Pomorzu. „Będziem!” I słuchano.
Nie brakuje ludności żydowskiej także na dzisiejszym Opolskim Śląsku – i przyjezdnej, i rdzennej. Owszem, są rodziny, są całe przysiółki, są nawet rzymskokatoliccy kapłani. Ktoś o swoich korzeniach prawi na odpuście, ktoś tylko szepcze do ucha… Ja, Polak-katolik, ksiądz na w pół a z biskupiego dekretu „trydencki”, wspomniałem tych braci, gdym, zaproszony na tegoroczny królewski Jubileusz do Londynu i Birmingham, miał tam okazję zasiadać do stołu z wieloma ludźmi, a między nimi – z moim rówieśnikiem – katolickim proboszczem o wyraźnie żydowskim wyglądzie i tożsamości. Nie było już, jak się zdarzyło nie tylko w roku 1947, 1965 czy ubiegłym, rozruchów o podtekście narodowościowym, etnicznym czy kulturowym. Wszystko tonęło w ich narodowych flagach. Wracałem z lewacką gazetą o Żydach w ręku i kilkoma nowymi książkami z historii i teologii katolickiej w torbie. Może mądrzejszy.
Cała liturgia Mszy świętej na dzień świętej Anny, głównej Patronki Opolszczyzny, koncentruje się na realizacji obietnic Boga wobec narodu wybranego Starego Przymierza i naszym – Nowego Izraela – w tym uczestnictwie dzięki Wcieleniu Przedwiecznego:
Modlitwa dnia:
Panie, Boże naszych ojców, Ty wybrałeś świętą Annę na matkę Maryi, która została Rodzicielką Twojego wcielonego Syna, * przez jej wstawiennictwo daj nam osiągnąć zbawienie obiecane Twojemu ludowi. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, † który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków.
Modlitwa nad darami:
Wszechmogący Boże, przyjmij te dary jako znak naszego oddania, † i spraw, abyśmy się stali uczestnikami tego błogosławieństwa, * które obiecałeś Abrahamowi i jego potomstwu. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Modlitwa po Komunii:
Boże, z Twojej woli Jednorodzony Syn Twój wziął na siebie nasze człowieczeństwo, abyśmy się stali uczestnikami Boskiego życia, † uświęcaj swoje przybrane dzieci, * które nakarmiłeś przy swoim stole. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Kilka lat temu, podczas kazania na wieczornej Mszy świętej sub Divo („pod Bogiem”, „pod gołym niebem”) rozpoczynającej tłumne obchody odpustu świętej Anny w rzeczonym Oleśnie pozwoliłem sobie rozważyć jaka mogła być, jak mogła wyglądać owa wielce tam czczona Patronka. „Babcia Pana Jezusa podobna była do tych szacownych, pobożnych, wiekowych oleskich Żydówek, które sprzed wojny pamiętają najstarsi z parafian i pielgrzymów”.
To Ktoś z nas.
Autor: ks. Sebastian Krzyżanowski
Opole, 26. 07. 2012 r.

wtorek, 17 lipca 2012

Synowie Przymierza Polin



Komorowski a Synowie Przymierza B'nai B'rith w Polsce

Tydzień przed Wielkanocą 2010 odbyła się manifestacja przeciwko budowie na warszawskiej Ochocie meczetu. To pierwsza tak głośna akcja dotycząca problemu, który w zachodniej Europie od dawna rozbudza emocje. Ale zwolennicy powstania muzułmańskiej świątyni w stolicy Polski nieoczekiwanie znaleźli wsparcie w pewnej organizacji, o której istnieniu większość Polaków nie ma pojęcia, choć skupia znaczące postaci życia publicznego.
Otóż zaraz po manifestacji ukazało się oświadczenie B'nai B'rith Polin, przedstawiającego się jako "stowarzyszenie polskich Żydów". W oświadczeniu czytamy, że "protest przeciwko budowie meczetu w Warszawie jest niezrozumiały i niczym niewytłumaczalny. Rozbudzanie nastrojów antyarabskich w niczym nie różni się od podsycania antysemityzmu. (...) Ten obecny protest nielicznych - na szczęście - warszawiaków jest jak przeniesiony z czasów nawoływań do pogromów antyżydowskich przed stu laty w carskiej Rosji czy czasów tworzenia imperium Hitlera w III Rzeszy". Na koniec B'nai B'rith Polin wzywa protestujących, by "przestali kalać dobre imię Polaków i Polski, kraju szczycącego się tysiącletnią tradycją tolerancji".
Oświadczenie opublikował w całości stołeczny dodatek "Gazety Wyborczej", nie informując jednak czytelników, czym jest owo stowarzyszenie. Tymczasem założone w 1846 r. w Nowym Jorku B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza) to najstarsza i bodaj najbardziej wpływowa żydowska organizacja na świecie. Oficjalnie przedstawia się jako ruch filantropijny i oświatowy, w dodatku neutralny w kwestiach religijnych i politycznych - ale to samo zawsze mówiła o sobie europejska masoneria, co nie przeszkadzało jej w odgrywaniu istotnej roli politycznej i w walce z Kościołem katolickim. To porównanie nie jest zresztą przypadkowe, gdyż B'nai B'rith zorganizowana jest właśnie tak jak masoneria - jej członkowie skupiają się w lożach. Członków jest ok. pół miliona w 58 krajach.
Spotkanie w ambasadzie
Polski oddział tej organizacji - B'nai B'rith Polin - istnieje niespełna 3 lata, choć tradycje ma znacznie starsze. Pierwsze loże na ziemiach polskich powstały pod koniec XIX w., a w II RP istniało aż 10 lóż. Końcem ich działalności był listopad 1938 r., kiedy to prezydent Ignacy Mościcki wydał dekret o rozwiązaniu organizacji masońskich, do których została zaliczona także B'nai B'rith.
Istniejąca obecnie B'B'nai B'rith Polin powstała we wrześniu 2007 r. Nie pisały o tym gazety, nie informowała telewizja, ale wzmiankę na ten temat można znaleźć na stronie internetowej Ambasady USA w Polsce. Warto zacytować ją w całości, bo jest bardzo wymowna: "9 września przy okazji otwarcia nowej loży B'nai B'rith w Warszawie ambasador Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji - prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem. Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam. Otwarcie warszawskiej loży B'nai B'rith oznacza odrodzenie się tej organizacji żydowskiej w Polsce po niemal 70 latach nieobecności".

Pierwszym prezydentem polskiego oddziału B'nai B'rith został prof. Andrzej Friedman, lekarz-neurolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Wojewódzkiego Szpitala Bródnowskiego, a przy tym syn Michała Friedmana, dawnego politruka LWP i szefa Wydawnictwa MON, który po usunięciu z wojska (w stopniu pułkownika) i z partii w 1968 r. został czołowym tłumaczem literatury hebrajskiej i jidysz.
Ulubiony dziennikarz marszałka
Znacznie ciekawsza jest jednak postać obecnego prezydenta B'nai B'rith Polin, który podpisał wspomniane oświadczenie w sprawie meczetu, ale także wcześniejsze, ze stycznia br., w którym ostro skrytykowano biskupa Tadeusza Pieronka za głośny wywiad dotyczący holokaustu. Otóż od lutego 2009 r. prezydentem B'nai B'rith Polin jest znany dziennikarz i bliski współpracownik Bronisława Komorowskiego  - Jarosław J. Szczepański. Od połowy lat 70. pracował w "Expressie Wieczornym", gdzie zajmował się tematyką gospodarczą, zwłaszcza górnictwem. W 1981 r. był szefem działu informacyjnego "Tygodnika Solidarność", później współpracował z podziemnymi strukturami związku na Śląsku, dzięki czemu w 1989 r. znalazł się przy "okrągłym stole" jako sekretarz strony "solidarnościowej" w podzespole górniczym. Niedługo potem wrócił do "Tygodnika Solidarność" - już jako sekretarz redakcji - ale nie na długo, bo ostentacyjnie odszedł  stamtąd, gdy kierownictwo gazety objął Jarosław Kaczyński. Od początku lat 90. związany był z Telewizją Polską, a w latach 1997-2000 przebywał w USA, gdzie jego żona, również znana dziennikarka Dorota Warakomska, była korespondentką TVP. Po powrocie do kraju Szczepański został wiceszefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej i choć w 2002 r. stracił posadę na Woronicza, to wrócił tam już po dwóch latach - tym razem jako rzecznik prasowy nowego prezesa Jana Dworaka, starego znajomego jeszcze z początku lat 80. (Dworak był wówczas sekretarzem redakcji "Tygodnika Solidarność", którą kierował Tadeusz Mazowiecki).
Gdy Dworaka w TVP zastąpił Bronisław Wildstein, Szczepański ostatecznie odszedł z telewizji. Niedługo potem, na początku 2007 r., jego nazwisko znalazło się w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych - jako niejawnego współpracownika WSI. Podczas pracy w TAI miał on informować WSI o "planach w zakresie zmian personalnych co do zagranicznych korespondentów TVP", a po opuszczeniu telewizji "oferował WSI gotowość infiltracji "Rzeczpospolitej" lub "Wprost" bądź "innej związanej z jego profesją instytucji"". On sam stanowczo zaprzeczył tym informacjom, wytoczył proces sądowy Ministerstwu Obrony Narodowej (sprawa jeszcze się nie skończyła), opublikował też list otwarty do prezydenta Kaczyńskiego. Do dziś twierdzi, że jego współpraca z WSI polegała tylko na tym, że w 2002 r. na prośbę znajomego oficera z ataszatu wojskowego w Waszyngtonie przywiózł z Rosji zakupiony w księgarni komplet map jeziora Bajkał i okolic, gdzie przebywał na urlopie.
Kilka tygodni po publikacji raportu ówczesny wicemarszałek Sejmu Bronisław Komorowski zatrudnił Szczepańskiego jako swojego doradcę medialnego. Polityk PO mówił wówczas: "z Jarosławem Szczepańskim znam się od stu lat", przekonywał: "mamy do siebie zaufanie, poza tym ma świetną opinię", trudno jednak nie dostrzec w tym geście wyraźnej deklaracji politycznej: oto jedyny polityk Platformy, który od początku konsekwentnie sprzeciwiał się likwidacji WSI, zatrudnił dziennikarza oskarżonego o współpracę z tymi służbami. Co więcej, gdy jesienią 2007 r. Komorowski został marszałkiem, od razu powołał Szczepańskiego na stanowisko szefa Biura Prasowego Kancelarii Sejmu. Nie pełnił tej funkcji długo, bo zaledwie pół roku, ale nawet w tak krótkim czasie "zasłynął" odebraniem stałych przepustek dla dziennikarzy niektórych mediów, w tym "Naszej Polski", "Naszego Dziennika", "Tygodnika Solidarność", telewizji Trwam.
Profesor od ateizmu
Od początku funkcjonowania B'nai B'rith Polin jej wiceprezydentem jest prof. Jan Woleński (właściwie Hertrich-Woleński), filozof i logik z UJ, w latach 1965-1981 członek PZPR, później związany z "Solidarnością". W czasach głębokiego PRL działał w urzędowym, antykatolickim Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, dziś zasiada w Komitecie Honorowym Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów - organizacji o podobnym charakterze, która od kilku lat propaguje m.in. "śluby humanistyczne", czyli ateistyczne parodie religijnych ceremonii ślubnych (także jednopłciowych). W maju 2007 r. prof. Woleński był jednym z założycieli krakowskiego Ruchu na rzecz Demokracji, zainicjowanego przez Kwaśniewskiego, Wałęsę i Olechowskiego przeciwko rządom PiS. Dał się poznać również jako zagorzały przeciwnik lustracji - napisał nawet na ten temat książkę pt. "Lustracja jako zwierciadło".
Tropiciel antysemitów
W zarządzie B'nai B'rith Polin znajdziemy także inną charakterystyczną postać elity III RP. Sergiusz Kowalski - bo o nim mowa - to jeden z najostrzejszych publicystów z kręgu "Gazety Wyborczej", bez wahania i bez umiaru zarzucający przeciwnikom politycznym antysemityzm i ksenofobię, nazywający ich "czarną sotnią", "ciemnogrodem" itp. W 2003 r. Kowalski wraz z pisarką Magdaleną Tulli opublikował książkę pt. "Zamiast procesu. Raport o mowie nienawiści", zawierający liczne cytaty z prasy prawicowej (w tym z "Naszej Polski"), w których autorzy doszukali się antysemityzmu. Wśród "oskarżonych" przez parę Kowalski-Tulli znaleźli się liczni kapłani katoliccy z Prymasem Glempem na czele, arcybiskupami Michalikiem i Majdańskim, biskupami Lepą i Stefankiem. Taka "bezkompromisowość" Sergiusza Kowalskiego, rzadka nawet na tle środowiska "GW", do złudzenia przypomina postawę jego dziadka, Władysława Kowalskiego ps. "Grzech", członka władz Komunistycznej Partii Polski, szybko jednak usuniętego i potępionego przez Komintern za ultralewicowe sekciarstwo.
Ludzie z cienia
W obecnym zarządzie B'nai B'rith Polin znajdziemy też dwie inne, mniej znane, ale jakże charakterystyczne osoby. Funkcję skarbnika pełni Agnieszka Milbrandt, dyrektor Społecznej Szkoły Podstawowej nr 30 i Społecznego Gimnazjum nr 5 w Warszawie, a równocześnie skarbnik Towarzystwa Oświaty Niepublicznej, skupiającego dyrektorów prywatnych szkół z całej Polski. Natomiast sekretarzem zarządu B?nai B?rith Polin jest dr Jonathan Britmann, psycholog pracujący w Szpitalu Psychiatrycznym w Tworkach i wykładający na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, pochodzący zaś z Izraela, gdzie był funkcjonariuszem służb specjalnych. Korzystając ze swoich doświadczeń, Britmann założył w Polsce Izraelską Akademię Treningu Walki "Sayeret" zajmującą się doradztwem i szkoleniem w zakresie bezpieczeństwa i ochrony firm. Ten wszechstronny Izraelczyk jest także redaktorem naczelnym magazynu internetowego "Forum Żydów Polskich".
Warto też wymienić kilka nazwisk spośród tych założycieli polskiej loży B'nai B'rith, którzy nie występują oficjalnie jako członkowie jej władz. Mamy tu więc np. byłych posłów Jana Lityńskiego (z Unii Wolności) i prof. Pawła Śpiewaka (z PO), byłego wiceministra spraw zagranicznych, obecnie ambasadora w Hiszpanii Ryszarda Schnepfa, dyrektora tworzonego Muzeum Historii Żydów Polskich Jerzego Halbersztadta, a nawet Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, katolickiego księdza i wykładowcę KUL, który swego czasu ?odkrył? swoje żydowskie pochodzenie i od tej pory jest ulubieńcem arcybiskupa Życińskiego.
http://www.bibula.com/?p=20601

W niedzielę, 9 września br./2007/ organizacja żydowska o nazwie'Niezależny Zakon Synów Przymierza' - Independent Order of B'nai B'rith, reaktywowała po prawie 70 latach swoją działalność w Polsce. W uroczystości w Warszawie wzięło udział wiele osób, m.in. prezydent B'nai B'rith International Moishe Smith.
http://hopka.pl/zb29
Ewa Junczyk-Ziomecka - Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta przekazała w imieniu Prezydenta Kaczyńskiego wyrazy radości z "odrodzenia się" tej organizacji po 70 latach w Polsce.
http://hopka.pl/zb28
(Faktu tego nie odnotowano na stronach internetowych Kancelarii Prezydenta. W tym dniu odnotowano List Prezydenta RP do uczestników Dożynek Diecezji Łomżyńskiej)
Ambasador USA Victor Ashe spotkał się z działaczami tej organizacji – prezesem Moishem Smithem i wiceprezesem Danem Mariaschinem.
Omówiono m.in. sprawę ustawodawstwa dotyczącego zwrotu mienia oraz kwestie związane z Radiem Maryja i Telewizją Trwam.



W 2007 po niemal 70 latach nieistnienia odrodziła się w Polsce jedna z najbardziej znaczących organizacji Żydowskich - B’nai B’rith – Loża Polin.

Stowarzyszenie B’nai B’rith - „Synowie Przymierza”. jest najstarszą żydowską organizacją d międzynarodowa. Założona ona została 13 października 1843 r. przez kilkunastu żydowskich emigrantów z Niemiec, na czele których stał Henry Jones.

Rozwój B’nai B’rith w Stanach Zjednoczonych nastąpił bardzo szybko, loże powstawały w wielu miastach. Pierwsza loża poza Stanami Zjednoczonymi powstała w 1875 r. w Kanadzie a pierwsza loża w Europie została stworzona w 1882 r. w Berlinie. Obecnie B’nai B’rith liczy około 80 000 członków w 58 krajach.

Cele B’nai B’rith opisane są jak następuje w konstytucji:

„B’nai B’rith jest międzynarodową organizacją żydowską, która poświęca się bezpieczeństwu i trwałości narodu żydowskiego i państwa Izrael, obronie praw człowieka, zwalczaniu antysemityzmu,bigoterii i ignorancji, tudzież okazywaniu usług społeczności na zasadzie najszerzej pojętych zasad humanitarnych. Jej zadaniem jest zjednoczyć osoby pochodzenia żydowskiego i uwydatnić tożsamość żydowską za pośrednictwem wzmacniania żydowskiego życia rodzinnego i wychowania i kształcenia młodzieży, szeroko pojętych usług dla osób starszych, oraz obrony Żydów i działalności na ich korzyść na całym świecie.”

Jedną z zasad B’nai B’rith jest neutralne stanowisko w dziedzinie religii i polityki. Mogą do niego należeć ludzie najróżnorodniejszych tendencji religijnych i wszystkich poglądów politycznych. Jest on otwarty na tych samych zasadach dla kobiet i dla mężczyzn.

Godłem B’nai B’rith jest siedmioramienny świecznik (na wzór tego, który znajdował się w Świątyni w Jerozolimie) i jego hasłem jest „dobroczynność, miłość bratnia i zgoda”.

Podstawową jednostką struktury B’nai B’rith jest loża. Każda loża otrzymuje od władz centralnych dokument („charter”), który daje jej prawo posługiwania się nazwą B’nai B’rith. Loże są zgrupowane w większe jednostki, tradycyjnie zwane „dystryktami”, chociaż w ostatnich latach struktura ta stała się bardziej skomplikowana. W r. 1999 dwa dystrykty istniejące w Europie (dystrykt XV – Wielka Brytania i Irlandia - i dystrykt XIX – kontynent europejski) połączyły się w jedną całość pod nazwą „B’nai B’rith Europa” (BBE) z siedzibą w Brukseli. Było to spowodowane możliwością odgrywania poważniejszej roli w ramach Unii Europejskiej. Wszystkie te jednostki działają w ramach B’nai B’rith międzynarodowego (B’nai B’rith International – BBI), którego siedziba znajduje się w Waszyngtonie.

Naczelnym organem BBI jest międzynarodowa Konwencja, która zbiera się raz na dwa lata i na którą wszystkie loże mogą wysłać przedstawicieli. Wybiera ona międzynarodowego prezydenta. Tradycyjnie Prezydent jest ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie BBE organizuje Konwencję co dwa lata.

Pośród wielu czynności podejmowanych przez B’nai B’rith najbardziej widoczną jest działalność mająca na celu zwalczanie rasizmu, dyskryminacji rasowej i antysemityzmu i obronę praw człowieka. Jest to tradycja której początki sięgają do pierwszych lat organizacji. Już w latach sześćdziesiątych XIX wieku B’nai B’rith brał czynny udział w akcji międzynarodowej mającej na celu zapewnienie praw obywatelskich Żydom w Rumunii, którzy tych praw byli pozbawieni po otrzymaniu przez ten kraj niepodległości w r. 1866. W r.1913 B’nai B’rith stworzył specjalną organizację anty-rasistowską, Anti-Defamation League (ADL), która działa obecnie jako organizacja niezależna i cieszy się dużym poważaniem w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach. Jako przykład tego typu akcji w ostatnim okresie można wspomnieć działalność B’nai B’rith w różnych krajach europejskich w celu zwrócenia uwagi władz państwowych i opinii publicznej na niedopuszczalne cechy podręczników szkolnych używanych przez Władzę palestyńską, pełnych nienawiści do Izraela i do narodu żydowskiego w ogóle. Na skutek tej akcji Parlament Europejski przyjął uchwałę zabraniającą zużycia zasobów budżetu Unii Europejskiej do finansowania tych podręczników.

W ramach tych działań B’nai B’rith utrzymuje kontakty, na szczeblu krajowym jak i międzynarodowym, z władzami państwowymi, placówkami dyplomatycznymi, członkami parlamentów i władz samorządowych, organami masowego przekazu. Jest on również obecny w organizacjach międzynarodowych. B’nai B’rith jest uznany jako organizacja pozarządowa utrzymująca oficjalne stosunki z Organizacją Narodów Zjednoczonych, Organizacją Narodów Zjednoczonych do spraw oświaty, nauki i kultury (UNESCO), Radą Europy i Organizacją Państw Amerykańskich i utrzymuje także stosunki z organami Unii europejskiej.

Inne pola działalności B’nai B’rith dotyczą akcji humanitarnej i kultury. Jako przykład można przytoczyć pomoc finansową i materialną (żywność, lekarstwa), jaką B’nai B’rith okazuje niektórym gminom żydowskim
w Europie wschodniej, dzięki zasobom, które sam zbiera tudzież dotacji, którą otrzymał od rządu holenderskiego..

Istnieje także organizacja młodzieżowa B’nai B’rith, pod nazwą „B’nai B’rith Youth Organization” (BBYO). Jest ona zwłaszcza czynna w Stanach Zjednoczonych, ale również w niektórych krajach europejskich, np. we Francji.

Kilka słów o B’nai B’rith w Polsce

Na ziemiach polskich pierwsze loże B’nai B’rith powstały pod koniec XIX wieku, w zaborze pruskim (Katowice 1883, Poznań 1885, Chorzów 1903) i austriackim (Bielsko 1889, Kraków 1892, Lwów 1899). Loże te należały naturalnie do dystryktu VIII (Niemcy) lub X (Austria-Węgry). W b. zaborze rosyjskim loże powstały dopiero po odzyskaniu niepodległości (Warszawa 1922, Łódź 1926). Oddzielny dystrykt polski (numer XIII) został stworzony w r. 1924, z siedzibą w Krakowie . Prezydentem tego dystryktu był Leon Ader, adwokat krakowski, od jego stworzenia do r. 1937, kiedy zastąpił go Ludwik Rattler, również adwokat krakowski.

Według danych „Książki adresowej” członków B’nai B’rith, wydanej w Krakowie w r. 1937, istniało wtedy w Polsce 10 lóż do których należało 934 członków.

Istniały także loże kobiece i związki młodzieżowe. Należy wspomnieć, że kilka lóż istniejących poprzednio, m.in. w Bydgoszczy i w Toruniu, zostało rozwiązanych przed r. 1937 z uwagi na brak członków. Trzeba również podkreślić że istniały loże B’nai B’rith na ziemiach niemieckich przyłączonych do Polski w r. 1945 (m.in. kilka lóż we Wrocławiu) i w Gdańsku.

Nieliczna grupa członków B’nai B’rith w przedwojennej Polsce składała się w dużej większości z przedstawicieli elity społecznej i gospodarczej. Na liście członków znajdują się przede wszystkim przemysłowcy, kupcy, bankierzy i dyrektorzy przedsiębiorstw, adwokaci i lekarze. Jest wśród nich cały szereg znanych osobistości (np. Mojżesz Schorr i Majer Bałaban) oraz kilku senatorów i posłów na Sejm.

Działalność B’nai B’rith w Polsce przerwał dekret Prezydenta Rzeczypospolitej z 22 listopada 1938 r. rozwiązujący organizacje masońskie w Polsce. Pomimo starań kierownictwa B’nai B’rith, które usiłowało dokazać że B’nai B’rith nie zaliczał się do masonerii, decyzja ta została również zastosowana do B’nai B’rith. Miało to przynajmniej jedną dodatnią konsekwencję: akta B’nai B’rith w Krakowie zostały zabrane przez Starostwo Grodzkie i prawdopodobnie dzięki temu ocalały, choć nie całkowicie (między innymi nie odnaleziono biblioteki) i nie zawsze w dobrym stanie. Zespół ten znajduje się obecnie w Archiwum Państwowym w Krakowie gdzie został on starannie zachowany, skatalogowany i opracowany.

Niniejszą notatkę opracował
Witold Zyss
Przedstawiciel B’nai B’rith przy UNESCO

B’nai B’rith Polska – Loża Polin

Stowarzyszenie ma na celu:

  1. działanie na rzecz rozwoju społeczności żydowskiej,
  2. obronę praw człowieka i wspieranie powszechnej tolerancji,
  3. przeciwdziałanie antysemityzmowi, rasizmowi i innym formom ksenofobii,
  4. utrwalanie społecznej pamięci o Zagładzie,
  5. promowanie dobrych stosunków międzynarodowych i międzywyznaniowych, wspieranie pokojowego współistnienia, zwłaszcza między Żydami i nie–Żydami, tak w Polsce, jak i zagranicą,
  6. przeciwstawianie się kampaniom nienawiści wobec Państwa Izrael,
  7. pomoc ofiarom prześladowań etnicznych i terroryzmu,
  8. wdrażanie w życiu publicznym zasad filantropii, honoru i odpowiedzialności obywatelskiej, w tym prowadzenie działalności charytatywnej z zakresu pomocy ofiarom katastrof, klęsk żywiołowych, konfliktów zbrojnych i wojen, pomocy społecznej oraz działania na rzecz osób niepełnosprawnych, pomoc chorym i społecznie upośledzonym, wspieranie i ochrona ludzi starszych, owdowiałych i sierot,
  9. wspieranie kultury, sztuk pięknych i nauk.

Stowarzyszenie realizuje powyższe cele poprzez:

  1. propagowanie ich na forum publicznym, w tym poprzez wydawnictwa,
  2. współpracę z osobami i instytucjami o bliskich Stowarzyszeniu celach, w kraju i zagranicą,
  3. występowanie z wnioskami i opiniami do właściwych władz i urzędów, m.in. sądów i innych organów wymiaru sprawiedliwości w sprawach związanychz celami Stowarzyszenia
  4. docieranie z pomocą humanitarną do ofiar katastrof, klęsk żywiołowych, konfliktów zbrojnych i wojen,
  5. odwiedzanie chorych i społecznie upośledzonych i udzielanie im pomocy,
  6. organizacyjne i materialne wspieranie i ochronę ludzi starszych, owdowiałych i sierot,
  7. opiniowanie i wspieranie finansowe i organizacyjne projektów bliskich celom Stowarzyszenia,
  8. organizowanie spotkań, prelekcji, wystaw, koncertów oraz innych imprez publicznych,
  9. ochronę interesów członków Stowarzyszenia,
  10. fundowanie stypendiów.

Zarząd:
  • Przewodniczący: Jarosław J. Szczepański

czwartek, 12 lipca 2012


Bez Polski nas nie będzie

Wawrzyniec Rymkiewicz
25-06-2012


Nasze życie, tracąc przeszłość i przyszłość, zapadnie się w sobie w iluzji posthistorycznego bezczasu
(Tekst ukazał się jako odpowiedź na jubileuszową ankietę opublikowaną w setnym numerzedwumiesięcznika Arcana)

1. Na co Polska może być jeszcze potrzebna? Jaki jest/może być sens polskości (Polski) dla Polaków, jaki dla tutejszych, jaki dla sąsiadów, dla innych (dla naszego regionu, dla Europy, dla świata)?
2. Na co my możemy być Polsce potrzebni? Jakie zobowiązanie może dziś wynikać z akceptowanej przynależności do polskiej wspólnoty historycznej/obywatelskiej/narodowej?

Opowiedzieć na te pytania będziemy mogli dopiero wtedy, kiedy ustalimy, czym jest polskość, a to z kolei zakłada wyjaśnienie, czym jest naród i jaki jest jego status w porządku istnienia. Objaśnienia wymagają dwa punkty: związek pojęcia narodu z kategorią historii i charakter stabilności (względnie niestabilności) obecnego porządku historycznego, a także porządku historycznego w ogóle.

1. Zacznijmy więc w trybie filozoficznym. Naród jest pojęciem ogólnym, opisuje pewną formę zbiorową. Ta forma, co oczywiste, obejmuje nie tylko mnie, wraz z całą moją istnieniową szczególnością, lecz także innych ludzi. To pojęcie – co już bardziej zagadkowe – nie jest jednak pojęciem abstrakcyjnym, oderwaną esencją, bytującą gdzieś w państwie czystych idei. Naród jest formą zanurzoną w czasie historycznym, więcej: jest pewną formą czasu historycznego. Ci inni, których to pojęcie obejmuje, to nie tylko moi współcześni, lecz także – a nawet przede wszystkim – ci, którzy byli tu przede mną i przyjdą tu po mnie. Żadne z innych pojęć ludzkiej wspólnoty, jak człowieczeństwo albo społeczeństwo, nie jest równie głęboko związane z pojęciem historii. Historia człowieka, dzieje ewolucji gatunku, rozgrywające się w tysiącletnich horyzontach czasowych, wydają się dla mnie – jako jednostki – dalekie, nie dotyczą mnie bezpośrednio, w żaden sposób mnie, w mojej szczególności, nie określają. Z kolei społeczeństwo, masy ludzkie wstrząsane przez nieustanne zmiany ekonomiczne, poddane kampaniom reklamowym, cyklom giełdowym, koniunkturom i dekoniunkturom gospodarczym, zmienia się zbyt szybko, żeby dać nam poczucie czasowej wspólnoty. Pojęcie historii, wpisane w kategorie człowieczeństwa albo społeczeństwa, staje się więc albo za szerokie albo za wąskie, rozmywa się w nieokreśloności albo rozpada na serie przypadkowych zdarzeń, nie pozwalając skonstruować spójnego pojęcia czasowej całości. Prawdziwa historia jest historią narodów.

Myśląc o narodzie mamy zatem do czynienia z pewną formą ogólną, lecz czasową, z kształtem albo postacią – z rozmysłem używam tu języka Arystotelesa – na raz stałą i zmienną. W ten sposób, wprowadzając historię i czas jako pierwsze dopełnienia pojęcia narodu, dokonaliśmy już istotnej jego rekonstrukcji. Od pojęcia narodu odpadają bowiem różne określenia dawniej mu przypisywane, które okazują się bądź to kategorialnie nieadekwatne (atemporalne), bądź też przypadkowe i przemijające (temporalnie wtórne). Nasza rekonstrukcja prowadzi zatem do redukcji temporalnej: w narodzie widzimy naprzód pewną postać czasową, a następnie pewną postać czasu – historię. Przyjrzyjmy się teraz dawnym pojęciom narodu, zwracając w pierwszym rzędzie uwagę na ich niezgodność z faktami doświadczenia, a następnie wyświetlając ich temporalne znaczenie.
Istotą narodu nie jest zatem, jak chciał tego Schelling, wspólna religia; jest rzeczą oczywistą, że Polacy mieli w przeszłości różne religie, a można sobie również wyobrazić, że nie będą mieć żadnej; dzieje religii, które Schelling utożsamiał z historią w ogóle, są tylko jednym z rozdziałów historii narodów. O narodzie nie stanowi także, jak chciał tego Hegel, forma państwowa; byliśmy Polakami nie posiadając państwa; historia państwa i prawa może być, lecz nie musi częścią narodowej historii. Idealizm niemiecki, który odkrył historię jako samoistną sferę rzeczywistości i skonstruował jej pierwsze pojęcia, szybko utracił jej temporalny sens w wyobrażeniu dziejów powszechnych, skrojonych tak szeroko, iż od razu nieruchomiały, zastygając w jakichś kształtach bezczasu albo nadczasu. W obrazie dziejów powszechnych, kreślonym ręką niemieckich filozofów, nie było również miejsca – na co zwrócili uwagę polscy filozofowie XIX wieku – dla Polaków (w szczególności) i dla Słowian (w ogólności). Słowianie wydawali się ludem pozahistorycznym; nie zdążyli na historię, spóźnili się na dramat dziejów, które już się zakończyły. Ich religia, wschodnie chrześcijaństwo, została stworzona przez Żydów i Greków; do ostatecznej formy doprowadzili je protestanci, wyciągając z chrześcijaństwa najradykalniejsze myślowe i praktyczne konsekwencje. Po reformach Piotra I w Rosji i upadku Rzeczpospolitej szlacheckiej nie istniała także żadna szczególna dla Słowian forma organizacji państwowej i politycznej, pozwalająca uzasadnić ich istnieniową samodzielność.

Niezgodność tej diagnozy ze stanem faktycznym (mówi się nam, że nas nie ma, kiedy najwyraźniej istniejemy) pchnęła Libelta i Trentowskiego do konstruowania filozofii słowiańskiej i tworzenia słowiańskiej mitologii. Idąc ich śladem, lecz porzucając idealizm niemiecki – nie warto go bowiem uzupełniać o filozofię Słowian, lecz trzeba po prostu odrzucić – proponuję tutaj odwrócenie: to nie my, Słowianie (w ogólności) i Polacy (w szczególności) jesteśmy ludem pozahistorycznym, lecz metafizyka Schellinga i Hegla jest metafizyką atemporalną; jej ahistoryzm polega na podstawieniu historii cząstkowych, dziejów państwa albo religii, pod historię powszechną. Że nie chodzi tu o puste gry pojęciowe, okaże się w dalszym ciągu tego wywodu, kiedy zaatakujemy rzeczywistość (na raz historyczną i ahistoryczną), którą niemiecki idealizm rozpoznał i uzasadnił, a która w ideologicznych swoich artykulacjach do niego się odwołuje.

Wróćmy do dawnych pojęć narodu. Z naszym historycznym doświadczeniem niezgodne jest także etniczne pojęcie narodu, próbujące sprowadzić naród do plemiennej albo rasowej wspólnoty. Takie pojęcie, widać to już dzisiaj wyraźnie, było nowoczesną konstrukcją (opartą na biologii Darwina i angielskim utylitaryzmie, który stanowił jej pojęciową podstawę); konstrukcją niezgodną z rzeczywistym porządkiem polskiej historii – obejmującej w sobie od samego początku różne plemienne partykularyzmy i etniczne odrębności – z której wyłonił się następnie kształt wielokształtny, naród wielonarodowy I Rzeczpospolitej. W nowożytnym nacjonalizmie widzimy zresztą znowu ten sam błąd kategorialny; usiłował on sprowadzić egzystencję narodu do substancji biologicznej, tu i teraz namacalnie obecnej, widocznej na przykład pod mikroskopem. Substancje, obiekty materialne, istnieją jednak zawsze w teraźniejszości, naród tymczasem jest formą wyłaniającą się z historycznej przeszłości i wybiegającą w historyczną przyszłość; jest zatem, mówiąc żargonem filozofii XX wieku, pewną postacią sensu, kształtem znaczenia, albo, mówiąc całkiem już tradycyjnie: ma charakter duchowy, jest duchem czasowym, temporalnym tchnieniem.
Na koniec wreszcie naród nie sprowadza się do wspólnoty języka, choć ta ostatnia, będąc koniecznym warunkiem narodu – nie ma narodu bez języka – musi zostać uwzględniona w jego pojęciu; jest zatem doświadczalną oczywistością, że nie każdy użytkownik polszczyzny poczuwa się do polskości; polszczyzna, co zaraz wytłumaczę, może się stać i często się staje językiem poza-historycznym.

Dlaczego jednak w ten właśnie sposób powinniśmy zrekonstruować nasze pojęcie narodu? I co nam taka rekonstrukcja daje? Otóż – przede wszystkim – sądzę, że nie jest ona arbitralna. Konstrukcja pojęcia zawsze opiera się na wcześniejszych faktach kognitywnych, próbuje zdać sprawę z tego, co już wiadomo, jakkolwiek w sposób niewyraźny i mętny. Dla naszego dzisiejszego pojęcia narodu, dla sposobu, w jaki nim się posługujemy, decydujące jest to, przeciwko komu albo przeciwko czemu go używamy. Pojęcie narodu jest bowiem słowem wojennym. Niesie w sobie złowrogą obietnicę konfliktu i sporu (co zresztą nadaje mu prawdziwą wagę i ciężar, także w oczach jego przeciwników; wojna, uczy Heraklit, jest ojcem wszechrzeczy). Dlatego – poza historią i językiem – trzecim, koniecznym dopełnieniem tego pojęcia będzie kategoria wroga. Dawne pojęcie narodu oznaczało zbiorowość przeciwstawioną innym zbiorowościom, z którymi naród toczył narodowe wojny; nowe pojęcie narodu, które właśnie się wyłania, będzie pojęciem wspólnoty historycznej przeciwstawiającej się posthistorycznemu człowieczeństwu społecznemu. Pojęcie narodu, jakim się dzisiaj bezwiednie posługujemy, byłoby zatem istotnie różne nie tylko od pojęcia narodu w Rzeczpospolitej szlacheckiej, lecz także od pojęcia narodu w Polsce przedwojennej. Naród jako wspólnota czasowa może zmieniać swój czasowy sens, pozostając wciąż tym samym narodem. Żeby to wytłumaczyć, muszę zmienić tryb wykładu z filozoficznego na historyczny i zstąpić do faktycznych, materialnych warunków konstrukcji tego pojęcia, a następnie – skierować się w stronę wroga.

2. Posługujemy się pojęciem narodu w rzeczywistości posthitlerowskiej. Nie przypadkiem III Rzesza stanowi negatywny kontekst użycia tego słowa: nikt nie chciałby go używać tak, jak hitlerowcy, a ten, kto nim się posługuje, naraża się na konwencjonalny zarzut „faszyzmu” – przy czym ta konwencjonalność, znak myślowego bezwładu, duchowej martwoty, nie jest jakimś powierzchownym epifenomenem obyczajowym (jak reguły zachowań przy stole), lecz sięga dogmatycznych podstaw społeczeństw liberalnych. Rzeczywistość posthitlerowska, świat powojenny, chwieje się jednak dzisiaj w swoich posadach: ostatni uczestnik tamtych wydarzeń – ostateczny, zdawałoby się zwycięzca tamtej wojny, czyli Stany Zjednoczone – stoi w obliczu duchowej zapaści, której widzialnym skutkiem są kryzys ekonomiczny i klęski wojenne; na scenie dziejów pojawili się już nowi gracze, a raczej starzy gracze przybrali, bądź też próbują przybrać jakiś nowy kształt (myślę tu przede wszystkim o narodowych Chinach i postnarodowych Niemczech oraz hybrydalnej mafijno-policyjnej, sowiecko-carskiej Rosji). Można się zatem spodziewać rewizji reguł gry w polityce światowej, a głębiej – rewizji reguł globalnego człowieczeństwa, w którą to rewizję zaangażowane będzie pojęcie narodu i w którą także my – z konieczności – będziemy wciągnięci. Kiedy bowiem nasi sąsiedzi, narody, które uczestniczą od samego początku w naszych dziejach, z którymi te dzieje dzielimy, wymyślają się na nowo – albo przynajmniej próbują się wymyśleć – wtedy także my, Polacy, musimy zrobić to samo. W innym bowiem przypadku – wymyślą nas inni.

Wróćmy zatem do punktu wyjścia historii najnowszej, czyli do II wojny światowej. Była ona globalnym starciem imperiów, w którym całkowitą klęską poniosła III Rzesza – a zatem to imperium, które swoją zasadą uczyniło zasadę narodową i które dlatego właśnie (a zatem z przyczyn zasadniczych) przegrało. Hitler przegrał wojnę ze Stalinem, ponieważ latem 1941 roku nie stworzył we Lwowie rządu ukraińskiego i armii opartej na dezerterach z Armii Czerwonej. Gdyby to uczynił, Polaków pewnie by już nie było; wtedy, latem 1941 roku, stanęliśmy po raz pierwszy w naszej historii przed perspektywą całkowitego unicestwienia, horyzontem końca czasu. Patrzmy jednak na sprawę zimno. Hitler przegrał, ponieważ nie zrozumiał reguł gry, zmiennych zasad historii. Budowa imperium narodowego w przestrzeni polityki globalnej jest niemożliwa – przede wszystkim z powodów demograficznych. Jego klęska w marszu na Moskwę była zderzeniem armii z geografią; żołnierze Wehrmachtu stanęli wobec ogromnych przestrzeni, zaludnionych przez miliony ludzi. Ta nieoczekiwana zmiana kategorii – armia walczy z geografią i demografią – wydaje się zasadnicza i warto mieć ją na oku. Istotą wojny totalnej, którą toczą ze sobą planetarne imperia, jest przesunięcie i przemieszczenie; Hitler prowadził wojnę przeciwko cywilom.

Wojnę wygrały imperia, które swoją zasadą uczyniły planetarny uniwersalizm, komunistyczna Rosja i liberalna Ameryka. Oba wyciągnęły lekcję z klęski Hitlera, przyjmując do wiadomości, że imperium – jeśli ma być stabilne – musi tolerować w swoich granicach mniejsze narody. Pole konfliktu jeszcze bardziej się rozszerza, a wojna całkowicie zmienia swoją naturę, staje się tak zwaną zimną wojną, przenosząc się z płaszczyzny militarnej na płaszczyznę ekonomiczną i społeczną. Ekspansja zmienia się w eksport. Sowieci eksportują rewolucję socjalną, inwestując pieniądze w partie komunistyczne na całym świecie, co raz po raz powoduje lokalne wybuchy; Amerykanie eksportują z kolei towary produkowane w skali masowej, zalewając tą towarową masą całą planetę. Ważnym elementem tej ekspansji jest przemysł rozrywkowy, jego wirtualne produkty będą wehikułem amerykańskiego stylu życia, on zaś będzie z kolei wytwarzał popyt na amerykańskie towary. Nakręcające się w ten sposób koło podaży i popytu, rozpędzając się w nieskończoność, obejmie swoim zasięgiem całą planetę, wciągając i pochłaniając w tym ruchu azjatyckich i europejskich sojuszników Ameryki – aż po jej ostateczny tryumf.

Tę wojnę Ameryka wygrywa. Poziom życia oficerów KGB i sowieckich czynowników partyjnych jest w latach 80. dużo niższy, niż ich odpowiedników na tak zwanym Zachodzie. Stąd ta dziwna rewolucja, osobliwy przewrót, w którym tajna policja obaliła własne imperium. Oto prawdziwa ironia historii: elity KGB wytworzone przez Związek Sowiecki dla jego obrony, obracają się przeciwko niemu; podobnie, jak niegdyś mieszczanie – wytwór gospodarki feudalnej – zwrócili się w dialektycznym ruchu przeciwko feudalizmowi (okoliczność, że upadek reżimu marksistowskiego można wytłumaczyć banalnym marksistowskim schematem potęguje tylko ogólną ironię dziejów).

Ważne, żebyśmy wyraźnie uprzytomnili sobie charakter zwycięstwa Ameryki. Nie był to tryumf militarny, lecz zwycięstwo ontologiczne; zwyciężył amerykański styl życia, amerykański sposób istnienia, który pod koniec tamtego stulecia wydawał się atrakcyjniejszy, niż wszystkie inne – konkurencyjne – sposoby. Reguły tego zwycięstwa wydają się dzisiaj oczywiste; ważniejsze są w tej chwili jego koszty. Otóż, okazuje się, że zwycięstwo Ameryki było zwycięstwem pyrrusowym, którego cenę przyjdzie nam jeszcze długo płacić. Opierało się ono bowiem na wewnętrznej klęsce, w jego kształcie zarysowuje się kolejne odwrócenie – paralelne skądinąd do analogicznego odwrócenia złożonego u podstaw Związku Sowieckiego. Imperia zniewalają – wyzwalając albo wyzwalają – zniewalając. Porządek wolności i konieczności zostają w nich z gruntu pomieszane.

Hitler chciał uczynić niewolnikami Słowian. W imperiach postnarodowych albo ponadnarodowych czyni się niewolnikami własnych obywateli. Starożytne słowo niewolnik nigdzie oczywiście nie pada; imperia zamieszkują ludzie nowocześni. W państwach komunistycznych propaganda mówi o „wyzwalaniu człowieka”’; wrogów klasowych reedukuje się w łagrach albo leczy w szpitalach psychiatrycznych – wrogość wobec ustroju jest bowiem szaleństwem, działalnością sprzeczną z rozumem; uczciwi obywatele spotykają się ze swoimi oficerami prowadzącymi, pogłębiając w ten sposób własną świadomość klasową. Przemoc we wszystkich tych wypadkach ma formę edukacyjną, wdziera się do głębi duszy i tam zakorzenia nową formę ludzką, człowieka sowieckiego. Wszystko to dzieje się w upiornym świetle końca czasów. Państwo, które podsłuchuje i śledzi swoich obywateli, wydaje się bowiem karykaturą chrześcijańskiego Boga, który wszystko widzi i nad wszystkim czuwa – jak gdyby proroctwa Hegla i Schellinga, mówiące o urzeczywistnianiu się Boga w historii, spełniły się, ale na opak, obrócone we własną odwrotność. Heglowska teza o „końcu historii” jest zresztą jedną z klisz propagandowych marksistowskiej nowomowy.

Analogiczne odwrócenie następuje w człowieku amerykańskim; że jednak mówimy tu o świecie liberalnym, rządzonym niewidzialną ręką rynku, więc wydaje się ono bardziej mimowolne i spontaniczne, niż sowiecka manipulacja. Amerykańska ekspansja, powiedziałem, obracając się w autoteliczne koło podaży i popytu, prowadzi do boomu ekonomicznego, eksplozji znacznie skuteczniejszej niż zdetonowanie tysięcy bomb atomowych. Amerykanie potęgując produkcję i podwyższając konsumpcję muszą jednak sprowadzić samych siebie, własnych obywateli, do jakichś pół-zwierzęcych albo para-zwierzęcych form życia. W ten sposób powstaje nowa forma bio-egzystencjalna: konsument. Konsumpcja nie jest zachowaniem zwierzęcym (zwierząta żrą), nie jest jednak także działaniem ludzkim (ludzie jedzą). Konsument pochłania niepotrzebne produkty – jest w istocie rzeczy żołnierzem na froncie wojny ontologicznej; liczy się ruch, obrót w interesie, potęgowanie własnej formy istnienia.

Ontologia konsumenta manifestuje się najwyraźniej w przedmiotach jednorazowego użytku, które zapełniają jego środowisko egzystencjalne. Ta kategoria rzeczy nie ogranicza się dzisiaj do opakowań albo obiektów-opakowań, jak symboliczna już puszka coca-coli. W gospodarce konsumpcyjnej nie warto reperować popsutych sprzętów domowych; dla jej trwania – dla tego ruchu, który w siebie się obraca – lepiej, żeby konsument kupił i skonsumował jakiś nowy produkt. Produkcja masowa staje się w ten sposób produkcją obiektów tymczasowych. Tu właśnie leży źródło wszechogarniającego poczucia nierzeczywistości wypełniającego mieszkańców tej dziwnej krainy. Pralki i magnetofony, telefony komórkowe i samochody dotknięte są tą samą wewnętrzną skazą; rzeczy są pozbawione trwałości; wszystko jest chwilowe. Produkcja ma na celu dalszą produkcję. Konsumpcja prowadzi do dalszej konsumpcji. Kup – zniszcz – i kup znowu. Oto wieczny powrót tego samego. Wiekuista tymczasowość.
To, co jawi nam się w pierwszej chwili jako fenomen obyczajowy albo ekonomiczny, jest w istocie swojej pewnym sposobem przeżywania czasu. Zwierze żyje chwilą. Człowiek wie, że ma umrzeć i może skupić własną przyszłość i przeszłość w sensowną całość. Konsument żyje chwilą spotęgowaną w wieczność. Przeszłość i przyszłość kurczą się i znikają, wsysane i połykane przez wszechogarniającą teraźniejszość. Taki jest właśnie sens kredytu konsumpcyjnego, który stanowi dzisiaj powszechną formę obrotu pieniądzem w ekonomii liberalnej, a który polega na życiu na koszt przyszłości; tak jakby przyszłości nie było; a także kredytu hipotecznego – kupna mieszkania na koszt przyszłości – który można uznać w dodatku za radykalną próbę uprzestrzennienia i unieruchomienia czasu. Ta nowa postać jego przeżywania manifestuje się jednak w sposób najbardziej pierwotny (bo w formie bio-egzystencjalnej) w nowych kształtach młodości i starości, które wyłoniły się niedawno na obszarach cywilizacji Zachodu. Starość stała się czymś nienaturalnym, chorobą; paralelnie stanem naturalnym człowieka stała młodość, która – będąc z natury swojej czymś przejściowym – donikąd jednak nie prowadzi, znajdując swój cel w sobie. Widzowie współcześni oglądają na ekranach telewizorów pięćdziesięcioletnich prezenterów ubranych w ubrania nastolatków i zachowujących się, jak nastolatki.

U podstaw tej figury złożona jest głęboka zmiana sensu życia, czyli – w ostatecznym rachunku – zmiana sensu zmiany; życie jest bowiem ciągłą przemianą, metabole. W rzeczywistości konsumpcyjnej nie istnieje żaden bio-kulturowy mechanizm – egzystencjalna figura – kumulacji doświadczeń. Kiedy wszystko jest chwilowe, nic się nie utrwala. Przeszłość znika. Samo życie staje się wtedy przedmiotem jednorazowego użytku.

Ideolodzy liberalizmu mówili w latach 90. ubiegłego stulecia o „końcu historii” – powtarzając, brzydką czkawką, dawne formuły sowieckie. Ten koniec miał jednak znowu jakąś pokraczną formę. Hegel widział w końcu dziejów pełnię ostateczną, syntezę absolutną. Liberalny „koniec historii”, polega natomiast na załamaniu się porządku czasu, w którym jedna z jego części (teraźniejszość) wyłamuje się z całości albo podstawia pod całość. Ta pokraczna i kulawa uniwersalność bełkocze dzisiaj do nas w basic english, nowym języku powszechnym, który zastąpił w tej roli łacinę, język uniwersalny średniowiecza, i francuszczyznę, język uniwersalny oświecenia. Rosyjscy tradycjonaliści uważali kiedyś, że Związek Sowiecki nie ma nic wspólnego z rosyjskim duchem; tak jakby komunistyczna ekspansja – zabójcza dla samej Rosji – wydarła z niej jej własną narodową esencję. Trudno nie ulec wrażeniu, że coś podobnego stało się także z Ameryką i Anglią. Wystarczy rzucić okiem na podręczniki do angielskiego, przyjrzeć się ich ewolucji w ostatnim półwieczu, żeby zobaczyć, jak tracą one stopniowo – jak się wypłukują – z elementów angielskiej i amerykańskiej kultury narodowej. A jeśli imperializm ma swoją postać językową, jasny staje się także dogmatyczny zakaz posługiwania się pojęciem narodu, od którego tutaj wyszliśmy. Każde imperium – w swej niepohamowanej ekspansji – zakłada własne dogmaty, ustanawia szczególną dla siebie dogmatykę imperialną.

Ta rzeczywistość nie jest jednak trwała, a jej nietrwałość – wewnętrzna niestabilność – dała o sobie po raz pierwszy znać w kryzysie, który otworzył nowe tysiąclecie. Koszty kredytów stały się zbyt wysokie. Ameryka i Europa, a za nimi reszta świata, zapada się w ekonomiczną depresję, jakby sam czas, dotąd oszukiwany, podważał stabilność i równowagę społeczeństw Zachodu. Nie udało się też inne oszustwo: wojna bez śmierci. Żołnierze-konsumenci nie chcą umierać. Główną troską generałów staje się w tej sytuacji ochrona ich życia – cel, dla którego zaangażować trzeba ogromne środki techniczne; co sprawia dalej, że wojny okazują się zbyt kosztowne, obracają się – nawet wygrane – w finansową klęskę. Osobliwe zwycięstwa w Iraku i Afganistanie, zwycięstwa będące klęskami albo obracające się w klęski, podważają władzę globalnego imperium. Wzrasta napięcie, które od wewnątrz rozsadza planetarny porządek. Uprawnione staje się w tej sytuacji podejrzenie, że każdy porządek imperialny jest w istocie swojej niestabilny. Mówiąc filozoficznie i przenosząc – zgodnie z ruchem samej rzeczywistości – problem w dziedzinę abstraktów: prawomocne wydaje się podejrzenie, że nie istnieje dobre pojęcie historii powszechnej. Każde takie pojęcie polega bowiem na podstawieniu jakiejś rzeczywistości partykularnej pod koncept ogólny, na podniesieniu jakieś cząstki bytowania – walki społecznej (komuniści), wzrostu ekonomicznego (liberałowie) – do rangi powszechnika. Pojęcie historii powszechnej, tak skonstruowane musi jednak prędzej czy później załamać się i rozpaść.

3. W tej perspektywie, w obliczu planetarnej niestabilności, jasny staje się, wyłożony przeze mnie wcześniej, nowy sens pojęcia narodu i oczywista staje się także konieczność wyboru polskości. W obliczu tego chaosu możemy bowiem śmiało powiedzieć: bez Polski nas nie będzie. Nasze życie, tracąc przeszłość i przyszłość, zapadnie się w sobie w iluzji posthistorycznego bezczasu – iluzji realnej, rzeczywistej zjawie; a my sami staniemy się niewolnikami form, które są nam obce i nad którymi nie panujemy; form, których skądinąd nie można oswoić, ponieważ one same są sobie obce i nad sobą nie panują – obracając się we własne przeciwieństwo.

Wybierając naród wybieramy skończoność przeciwko nieskończoności. Wszystkie totalne zbrodnie i planetarne katastrofy ubiegłego stulecia polegały na próbie zamknięcia nieskończoności w formie skończonej. Taki jest właśnie ontologiczny sens każdego imperializmu. Tylko akceptacja własnej skończoności, uczy jednak Arystoteles, daje człowiekowi szczęście. To ostatnie trzeba znaleźć w sobie, obejmując skończoność własnego życia i odnajdując w ten sposób w sobie – opierając na sobie – własną egzystencjalną suwerenność, istnieniową niepodległość, autarkeja.

Wybierając naród wybieramy czas, porządek historyczny, następstwo pokoleń, w którym zarysowuje się figura ciągłości, będąca jedynym kształtem trwałym, jaki jest nam tutaj dostępy; jedyną tutejszą stałością jest bowiem trwałość czasu. Jest to wybór skończoności w dwojakim sensie tego słowa. Wybieram skończoność, kształt zamknięty, przeciwko globalnej magmie, planetarnemu bezformiu; zarazem wybieram jednak także własne istnienie w czasie, pomiędzy tymi, którzy byli tu przede mną i przyjdą tu po mnie; wybieram istnienie skończone, trwające pomiędzy ich skończonymi istnieniami, w tamtej trwałości, jaką są dzieje narodu.

Wybierając polskość wybieramy także wolność, która – jak wynika pośrednio z wcześniejszego wykładu – jest możliwa tylko w czasie. Czas jest warunkiem wolnego wyboru, ponieważ wybieramy zawsze pomiędzy przyszłymi możliwościami, opierając się na przeszłych doświadczeniach. Człowiek pozbawiony przyszłości i przeszłości traci kontrolę nad własnym życiem, przemieniając się w jakąś niewolniczą albo pół-zwierzęcą postać istnienia.

Wybór tej wolności jest wyborem formy konkretnej. Ta wolność, egzystencjalna suwerenność, była sensem Korony, złożonej u podstaw Świętego Królestwa Polskiego. W I Rzeczpospolitej została ona rozparcelowana na naród szlachecki, a potem – od czasów Powstania Kościuszkowskiego – przeniesiona na wszystkich Polaków. Każdy z nas nosi więc dzisiaj tamto Królestwo w sobie. Być Polakiem znaczy być wolnym człowiekiem, panem i władcą samego siebie. Jest to dar tym cenniejszy, że został on poświadczony przez krew i śmierć. Wolność wychodzi nam naprzeciw w twarzach naszych narodowych świętych, męczenników: Karola Levitoux, Emanuela Szafarczyka i Jana Rodowicza-Anody.
Wybierając polskość nie wybieramy jej przeciwko innemu narodowi, ale – powtórzmy – przeciwko planetarnej magmie, globalnemu chaosowi. Patrząc wokół siebie, widzimy inne kształty wolności, zawsze partykularne i osobne. Wolność nie jest bowiem nigdy czymś ogólnym, każde jej pojęcie ma zawsze oparcie w jakimś akcie partykularnym. Czym więc dla nas, Polaków, jest złota wolność szlachecka, tym dla Czechów będzie powstanie husytów, a dla Ukraińców – pamięć wolnej kozaczyzny; polska Korona ma od samego początku za towarzystwo Korony świętego Stefana, Mendoga, Dymitra Zvonimira. Ich obecność jest dla nas szczęściem. Jak bowiem wolny człowiek potrzebuje dla swej wolności towarzyszy – nie można być wolnym pośród niewolników – tak wolne narody potrzebują siebie nawzajem.

Naszym zobowiązaniem jest zatem forma polska. Mówiąc o kształcie trwającym w czasie ją właśnie mamy bowiem ostatecznie na myśli. Forma polska nie sprowadza się do sentymentalnych kształtów, szlacheckich dworów i sielskich krajobrazów, bez względu na to, jak bardzo są nam one drogie. Ta forma jest kształtem czasu, obejmującym przeszłe i przyszłe doświadczenia. Polacy – wbrew temu, co mówi telewizja – potrzebują poetów, którzy założą formalne podstawy ich odrębnego, nieprzetłumaczalnego na inne języki istnienia, a także historyków, którzy to czasowe istnienie opiszą, i filozofów, którzy je objaśnią. Takie jest nasze tutejsze zobowiązanie, nasz – wobec Niej – która była i będzie, obowiązek.
Wawrzyniec Rymkiewicz

wtorek, 10 lipca 2012


Wokół berlińskiego kongresu

Felieton    serwis „Nowy Ekran” (www.nowyekran.pl)    9 lipca 2012
Ach, cóż za siurpryza - i to w dodatku podwójna, ach, co ja mówię - nie żadna tam „podwójna”, tylko wręcz poszóstna! Właśnie kilka dni temu, to znaczy - 4 lipca - wszystkie niezależne media doniosły o odbytym 12 maja br. w Berlinie pierwszym kongresie Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce, na którym przedstawione zostały różne gorące pragnienia i postulaty - między innymi i ten, by język hebrajski został uznany w naszym nieszczęśliwym kraju za drugi język urzędowy. Niezależne media okraszają tę informację uspokajającym komentarzem „Wielkiego Przyjaciela Polski”, czyli byłego ambasadora Izraela w Warszawie, pana dra Szewacha Weissa, który powiada, że to „fantazje”. Może sam w to wierzy, a może tylko tak dobrotliwie komentuje ze względów humanitarnych, by niepotrzebnie, a zwłaszcza - by przedwcześnie nie płoszyć naszego mniej wartościowego narodu tubylczego.
Z drugiej jednak strony, wiele fantastycznych pomysłów ziściło się nawet na naszych oczach, więc dlaczegóż to akurat ten miałby się nie ziścić? Skoro szef Mosadu został Honorowym Obywatelem Rzeczypospolitej, to dlaczego - powiadam - w przyszłości nie będzie mógł zostać Pierwszym Obywatelem? Takie rzeczy już się przecież w naszym nieszczęśliwym kraju zdarzały - że wspomnę choćby Jakuba Bermana, który wprawdzie był tylko skromnym wiceministrem, ale w prawdziwym rządzie - jak wspomina Stanisław Mikołajczyk, który przecież coś tam musiał o tym rządzie wiedzieć - był w hierarchii na pozycji czwartej, zaraz po Iwanie Sierowie, po którym następował szef NKWD w sowieckiej ambasadzie, następnie ambasador Lebiediew, a zaraz potem - właśnie Berman, którego generał Jaruzelski jeszcze w roku 1983 udekorował orderem Krajowej Rady Narodowej. Ale mniejsza o te wspominki, pokazujące przecież, że ciągłość pewnych procesów przekracza bariery transformacji ustrojowych i odwracania sojuszów - zwłaszcza, gdy sojusze są odwracane również przez starszych i mądrzejszych - bo ważniejsze są inne, aktualne okoliczności tej całej sprawy.
Po pierwsze - ten „pierwszy” kongres Ruchu Żydowskiego Odrodzenia w Polsce odbył się w Berlinie, a nie w Warszawie, mimo, że ta pompuje i pompuje pieniądze w Muzeum Historii Żydów Polskich. To, że pieniądze pompuje pani prezydentowa Hanna Gronkiewicz-Waltz, to naturalne, jakże by inaczej. Znacznie ciekawsza jest darowizna, jaką ostatnio wzbogacił Muzeum najbogatszy człowiek w Polsce, czyli pan dr Jan Kulczyk, który ponoć dał aż 20 milionów. Za takie pieniądze na Ukrainie została przeprowadzona „pomarańczowa rewolucja” po której do dzisiejszego dnia nie może się pozbierać pani Julia Tymoszenko. Zresztą - mniejsza o nią - bo dotacja uczyniona przez pana dra Jana Kulczyka wskazuje, że i on coś musi wiedzieć a skoro coś musi wiedzieć i daje, to znaczy, że wie, iż trzeba dawać. „Bo mówiła żony ciotka: tych co płacą - nic nie spotka” - powiadał Konstanty Ildefons Gałczyński. A któż w naszym nieszczęśliwym kraju jest bez grzechu wobec Boga i bez winy wobec cara? Może są takie osoby, ale czy należy do nich akurat pan dr Jan Kulczyk? Tego oczywiście nie wiemy, ale skoro płaci, to pewnie też liczy na to, że nic go nie spotka.
Mimo to jednak kongres odbył się w Berlinie, a nie w Warszawie, chociaż odrodzenie żydowskie ma nastąpić właśnie w naszym nieszczęśliwym kraju, a nie w Niemczech! Dlaczego tedy w Berlinie? Warto przypomnieć artykuł pewnego malarza, jaki ukazał się przed kilkoma laty w niemieckiej prasie - że mianowicie dobrze byłoby przenieść Izrael do Europy. Autor wskazywał dwie możliwe lokalizacje: Turyngię, albo Polskę. Ponieważ w Niemczech malarze dochodzą czasami do wielkiego znaczenia politycznego, osobiście bym tych projektów nie lekceważył tym bardziej, że wychodzą one naprzeciw niemieckiej polityce - i to nie tylko historycznej, ale i politycznej. Bo chyba nikt nie wątpi, że taki kongres musiał odbywać się za aprobatą tamtejszych władz, a może nawet - z ich entuzjastycznym, choć dyskretnym poparciem?
Dlaczego zatem niemieckim władzom zależy na odrodzeniu żydowskim w Polsce? Czyżby dlatego, że takie odrodzenie znakomicie wkomponowuje się w scenariusz rozbiorowy, ułatwiając rozciągnięcie ścisłej politycznej i gospodarczej kontroli nad naszym mniej wartościowym narodem tubylczym przy pomocy politycznego instrumentu pod nazwą Judeopolonia? Pożyteczna myśl raz rzucona w przestrzeń prędzej czy później znajdzie swego amatora - a warto przypomnieć, że pomysł Judeopolonii pojawił się w roku 1916 - co prawda w trochę innym kształcie terytorialnym, ale przecież nie o kształt tu przede wszystkim chodzi, tylko o roztoczenie kurateli nad mniej wartościowym narodem tubylczym - by każdy rozpaczliwy odruch sprzeciwu z jego strony bezpiecznie pacyfikować, jako wybuch organicznego polskiego antysemityzmu. Judeopolonia stanowi znakomite alibi, więc pourquoi pas - tym bardziej, że co najmniej od końca lat 90-tych niemiecka polityka historyczna jest ściśle skoordynowana z polityką historyczną żydowską.
Po drugie - warto zwrócić uwagę, że kongres odbył się w Berlinie 12 maja, a niezależne media w Polsce, jak na komendę poinformowały o tym nie, dajmy na to, 13 maja, tylko dopiero 4 lipca! Nawet zakładając - co wydaje się niepodobieństwem - że ów berliński kongres był imprezą starannie zakonspirowaną i żadna informacja ani o jego odbyciu, ani o jego postanowieniach, nie przedostała się na zewnątrz, to znaczy, że 4 lipca ktoś tę imprezę rozkonspirował. Kto mógł to zrobić i w jakim celu? Jeśli to nieprawdopodobne przypuszczenie byłoby trafne, to jasne, że musieli uczynić to organizatorzy imprezy. Skoro uznali, że 4 lipca już można ujawnić to, czego nie można było za żadne skarby ujawnić 13 maja, to znaczy, że między 13 maja, a 4 lipca jakaś sytuacja zmieniła się w sposób zasadniczy, że w tym czasie musiały zapaść jakieś decyzje i to decyzje nieodwracalne. Wydaje się oczywiste, że w tych decyzjach nasi Umiłowani Przywódcy nie uczestniczyli - że dla nich starsi i mądrzejsi wyznaczyli makagigi w postaci koko koko euro spoko - podobnie zresztą jak w wielu innych sprawach. W takiej sytuacji decyzje owe musieli podjąć nie tylko strategiczni partnerzy, tzn. Niemcy i Rosja, ale również - miłujący pokój Izrael, a skoro i on - to także nasz największy sojusznik w NATO, czyli USA pod kierownictwem administracji Baracka Obamy - z naszego punktu widzenia najgorszej od czasów Franklina Delano Roosevelta. Mamy zatem znowu scenariusz rozbiorowy z udziałem trzech państw i aprobatą czwartego.
Wreszcie ostatnia sprawa - świadoma dyscyplina niezależnych mediów. Bo jeśli berliński kongres, jaki odbył się w Berlinie 12 maja, nie był imprezą ściśle zakonspirowaną, to fakt jednoczesnego ukazania się informacji o nim w niezależnych mediach głównego nurtu w Polsce jest bardzo poważną poszlaką, iż w mediach tych obowiązuje świadoma dyscyplina. Kto tę dyscyplinę narzucił i kto ją egzekwuje? Czy przypadkiem nie oficerowie prowadzący? W demokratycznym państwie prawnym, zwłaszcza urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, bardzo ważne są masowe nastroje. Jakże tedy miejsca, w których te masowe nastroje są wytwarzane, mogłyby pozostać zaniedbane przez okupujących nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniaków? Nie ma takiej możliwości, przeciwnie - właśnie ten odcinek musi być przez nich szczególnie penetrowany i kontrolowany. Skoro tedy, przy tak ścisłej kontroli udało się nałożyć skuteczną surdynę na informację o berlińskim kongresie prawie aż na dwa miesiące, to znaczy, że świadoma dyscyplina w niezależnych mediach jest znacznie większa, niż nam się wydaje.
Stanisław Michalkiewicz